STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

11 września 2012

"Tae ekkejr!" - Eleonora Ratkiewicz



Tytuł: Tae ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 358




Pierwsze, co rzuca nam się w oczy, zanim w ogóle otworzymy książkę, jest okładka. W przypadku "Tae ekkejr!" prezentuje się ona obłędnie. Gdy tylko ją zobaczyłam, zakochałam się w niej bez pamięci i bardzo dziwiły mnie głosy przemawiające za tym, że jest okropna. Jak dla mnie i zdjęcie, i użyta czcionka, przemawiają za kunsztem wykonania okładki, którą od dzisiaj zaliczam do grona swoich ulubionych.

Niewiele wiadomo o autorce książki, Eleonorze Ratkiewicz. Do tej pory nie jestem w stanie znaleźć w sieci jednoznacznej informacji o tym, czy jest ona naszą rodaczką. Świadczyć by mogło o tym jej nazwisko, ale po co w takim razie tłumaczenie Ewy Białołęckiej? Najpewniej więc mamy do czynienia ze spolszczeniem nazwiska bądź też z osobą o polskich korzeniach. Niemniej jednak z opisu zamieszczonego w książce wynika, że Eleonora Ratkiewicz to kobieta wszechstronna i sympatyczna, dla której - uwaga, bo to bardzo mądre słowa - "biografia to ludzie, których poznaje się na życiowej ścieżce [...]". Autorka była członkiem stażystów Studia Filmowego w Rydze, trenowała sztuki walki, zaczytywała się w literaturze chińskiej i japońskiej, a nawet próbowała swoich sił w rysunku.

Za pisanie zabrała się jakiś czas później, a "Tae ekkejr!" to efekt jej ciężkiej pracy. I w pierwszej kolejności przyjrzyjmy się może kreacji świata przedstawionego. Z jednej strony jest on prosty, nie wyróżniający się niczym na tle setek książek o podobnej tematyce. Nie jest to Śródziemie, emanujące pięknem na każdym kroku, który stawiają członkowie Drużyny Pierścienia. Świat wykreowany przez Ratkiewicz przyrównałabym do tego, który znamy z książek Johna Flanagana. Zwyczajny, przywodzący na myśl średniowieczne zamki i grody, który mimo swej pospolitości posiada swój urok. Ale na tym nie koniec. Są przecież elfy, są ludzie, są też krasnoludy. Atrakcyjność tych trzech gatunków polega na tym, że autorka nadaje im pewne charakterystyczne cechy. Model krasnoluda jako pedantycznego budowniczego jest dla mnie zrozumiały - takie były krasnoludy i u Tolkiena, i u Paoliniego. Inaczej ma się już sprawa z kransoludzkim mentorem elfa. Ciężko mi to przełknąć, bo uważałam elfy za istoty nadzwyczaj inteligentne i samodzielne, a przy tym wycofane, rzadko stykające się z innymi gatunkami. Tymczasem autorka swobodnie igra z tym, co już się przyjęło, robiąc z elfów melancholijne stworzenia, skrycie podziwiające człowieka. I otóż właśnie! Człowiek postawiony na piedestale, chociaż wcale się tego nie domaga! Coś niezwykłego i na swój sposób uroczego, choć na początku może mierzić. Z czasem jednak można się przyzwyczaić.

Niestety, jeśli przyjrzymy się uważniej fabule, to stwierdzimy, że większość dotyczy... niczego. Mamy, rzecz jasna, jej ogólny zarys (książę Lermett w imieniu ludzi jedzie paktować z elfami, które rzekomo dopuściły się zbrodni, po drodze spotyka rannego księcia elfów Ariena alias Enneariego, razem podróżują po świecie ludzi, potem elfów, a na koniec jest mała jatka i jeden musi ratować drugiego w imię ogromnej przyjaźni), niemniej jednak jest on obficie okraszony mało znaczącymi wydarzeniami, nudnymi, pseudofilozoficznymi wynurzeniami bohaterów, słowem: zapychaczami. Niejednokrotnie miałam ochotę rzucić książkę w kąt i zająć się czym innym. Zawsze jednak wracałam do lektury, ponieważ "Tae ekkejr!" ratuje... dobry humor.

Autorka świetnie operuje językiem, dostarczając nam wielu okazji do śmiechu. I to nie takiego pobieżnego półuśmiechu, lecz głośnego rechotu ze łzami w oczach włącznie. Humor trzymał się i Lermetta, i Enneariego, a ich wzajemne poznawanie się wielokrotnie bawiło mnie do łez, przez co byłam w stanie przełknąć "fabułę o niczym". Gdyby nie te przydługie przemyślenia i zbyt skomplikowane, wielokrotnie złożone zdania, byłoby naprawdę dobrze. A tak jest przeciętnie.

Plusem książki jest pewien element fabuły, który podbił moje serce. Mianowicie mam na myśli początki przyjaźni Lermetta i Ariena. Do tej pory nie mieli oni okazji przebywać w swoim (mieszanym) towarzystwie, przez co nie znali się nawzajem i nie wiedzieli czego mogą się po sobie spodziewać. Autorka sporą część książki poświęciła zabiegom wzajemnego poznawania się tej dwójki, okraszonego humorem i sytuacjami, w których zarówno Lermett, jak i Enneari, nie byli w stanie zachować spokój ducha, bojąc się, że jeden na drugiego się obrazi i tyle będzie z ich przyjaźni.

Ogólnie książka nie niesie za sobą żadnego głębszego przesłania. Poza jednym - moim zdaniem wyjątkowym. Ojciec Ariena, a zarazem władca elfów, dawno temu wydał rozporządzenie, które zabraniało młodym elfom (i nie tylko) przechodzenia za Przełęcz i kontaktowania się z ludźmi. Przez cały czas Arien myślał, że jest to tylko bzdurny kaprys króla, który przynosi więcej szkód niż pożytku, bo młode elfy, spragnione przygód, nagminnie łamały zakaz i ruszały do ludzi. Dopiero pod koniec dowiadujemy się, że elficki król miał kiedyś przyjaciela (człowieka), ale jak na długowieczną istotę przystało, przeżył go i po dziś dzień opłakiwał jego stratę. Tym samym wyszło na jaw, że król chciał chronić swoich pobratymców przed własnym losem. Nie chciał, by inni cierpieli tak jak on. Jest to bardzo mądre i wzruszające - do tego stopnia, że na samą myśl o tym jakiś dziwny żal chwyta mnie za serce.

Podsumowując, książka ma swoje plusy i minusy. Rozkładają się mniej więcej po równo. "Tae ekkejr!" nie jest dziełem wybitnym, może czytelnika denerwować i nużyć, ale tak czy inaczej w zaskakujący sposób zainteresuje go na tyle, by doczytał książkę do końca. Także polecam ją tym, którzy nie mają akurat niczego innego pod ręką, a chcą się przenieść do świata, w którym istnieją elfy i ludzie, a nad nimi króluje godna podziwu i naśladowania przyjaźń.

Ocena: 4,5/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.


7 komentarzy:

  1. Mi właśnie okładka się nie podoba. XD Ale może pasuje do treści, a to wiele zmienia. ;D Spotkałam się już z podobną opinią, że książka jest o "niczym", dlatego tak bardzo mnie nie ciągnie. ;) Jednak humor mnie zaciekawił. ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam bardzo negatywne recenzje, a i twoja mówi, że mogę się przy książce męczyć. Myślę, że na dzień dzisiejszy sobie daruję.

    OdpowiedzUsuń
  3. cała seria mnie intryguje, więc będę wyczekiwać chwili, aż książki wpadną w moje ręce :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna historia z królem oraz jego tajemniczym zakazem, ale skoro już ją przedstawiłaś, to chyba nie warto czytać całej książki :)

    Chociaż z drugiej strony .... Dawno już nie podróżowałem po żadnej fantastycznej krainie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ambrose, warto!

    A historią z królem i zakazem musiałam się podzielić, bo to największa zaleta tej książki - zaraz obok humoru. Zresztą opowiedziałam ją oględnie, podczas gdy w książce król elfów opowiada dokładnie całą historię. Jest piękna.

    I wątek pięknie się kończy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Okładka rzeczywiście jest interesująca i przyciągająca oko, zarówno w tym tomie jak i w kolejnym. Co do treści to niestety nie wypowiem się na temat tej książki, ponieważ nie miałam okazji jej czytać. Jedynie tom kolejny z tej trylogii. I stwierdzam, że nie mam zamiaru nadrabiać zaległości. Wystarczy mi męczarni z "Lare i t'ae"

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię i zapraszam ponownie!