STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 czerwca 2012

Podsumowanie czerwca


Zapewne domyślacie się, że jest to moje pierwsze, a więc i szczególnie dla mnie wyjątkowe, podsumowanie miesiąca.

Przede wszystkim chciałabym podziękować wszystkim ponad siedmiuset osobom, które w pierwszym miesiącu istnienia bloga odwiedziły Zrecenzujemy, a także osobom, które na bieżąco komentowały i wciąż komentują moje recenzje. Dziękuję, że dzielicie się ze mną swoimi spostrzeżeniami, że sumiennie radzicie mi, co czytać koniecznie, a czego absolutnie nie, i przede wszystkim, że jesteście ze mną i pomagacie mi się rozwijać. Dziękuję również dwudziestu pięciu obserwatorom, którzy dostrzegli we mnie potencjał.

Decyzja o założeniu tego bloga była jedną z lepszych, jakie podjęłam. Dzięki niemu kreatywnie i pożytecznie wypełniam swój wolny czas, a także dzielę się z Wami moją ogromną pasją do czytania.

W tym miesiącu przeczytałam aż dwadzieścia książek, które łącznie dały 5698 stron, a to w przeliczeniu na trzydzieści dni równa się 190 stronom przeczytanym dziennie.

Spośród tych książek aż dwanaście niżej wymienionych tytułów doczekało się recenzji, a recenzje siedmiu kolejnych pojawią się w lipcu. Recenzji i samej książki „Klątwa tygrysa” nie zaliczyłam do podsumowania wcale, ponieważ przeczytałam ją i opisałam nieco wcześniej na portalu Lubimy Czytać.

Zrecenzowane na blogu zostały następujące tytuły:

1. Igrzyska śmierci, Suzanne Collins [RECENZJA]

2. Pas Deltory. Puszcze Milczenia, Emily Rodda [RECENZJA]

3. Klątwa tygrysa, Colleen Houck [RECENZJA]

4. Sztuka ścigania się w deszczu, Garth Stein [RECENZJA]

5. Pas Deltory. Jezioro Łez, Emily Rodda [RECENZJA]

6. Mistrz, Andy Andrews [RECENZJA]

7. Raj na ziemi, Mary Alice Monroe [RECENZJA]

8. Africanus. Syn konsula, Santiago Posteguillo [RECENZJA]

9. Klątwa tygrysa. Wyzwanie, Colleen Houck [RECENZJA]

10. I wciąż ją kocham, Nicholas Sparks [RECENZJA]

11. Skrzydła nad Delft, Aubrey Flegg [RECENZJA]

12. Delirium, Lauren Oliver [RECENZJA]

13. Pokuta, Anne Rice [RECENZJA]

Najmilej wspominam „Sztukę…” Steina oraz „Africanusa” Posteguillo, natomiast najbardziej rozczarowałam się „I wciąż…” Sparksa oraz „Pokutą” Rice.

Książki, które przeczytałam w czerwcu, a których recenzje pojawią się w lipcu:

1. W pierścieniu ognia, Suzanne Collins

2. Kosogłos, Suzanne Collins

3. Pas Deltory. Miasto Szczurów, Emily Rodda [RECENZJA]

4. Mój przyjaciel Henry, Nuala Gardner [RECENZJA]

5. Drużyna: Wyrzutki, John Flanagan [RECENZJA]

6. Władca wilków, Juraj Červenák [RECENZJA]

7. Siedem razy dziś, Lauren Oliver [RECENZJA]

Przedstawione w pierwszym stosie książki „Więzień nieba” i „Assassin’s Creed. Renesans” muszą, niestety, odczekać swoje w kolejce, zanim zabiorę się za ich recenzowanie. Natomiast dwie z nich, czyli „Drogi Książę z Bajki” i „Przedostatnie marzenie” okazały się niereformowalne i łącznie udało mi się wymusić przeczytanie około pięćdziesięciu stron z każdej.

W ciągu miesiąca udało mi się również nawiązać współpracę z czterema wydawnictwami, z czego ogromnie się cieszę, ponieważ w jakiś sposób dowodzi to temu, że to, co robię, podoba się innym, a także nie jest to praca na marne. Kiedy tylko wszystkie egzemplarze recenzenckie do mnie dotrą, podzielę się z Wami stosem złożonym i z nich, i z zakupów własnych, i z ewentualnych egzemplarzy bibliotecznych. Z pewnością będzie co czytać!

Dużym sukcesem była również moja pierwsza wygrana na portalu Lubimy Czytać. Tym sposobem czekam na przesyłkę od Prószyńskiego, w której znajdzie się "Głos serca" mojej ukochanej autorki - Jodi Picoult.

Najpopularniejszym postem okazała się recenzja "Skrzydeł...", natomiast najmniej osób przeczytało recenzję "Pokuty", choć to akurat może być podyktowane datą publikacji.

Dziękuję serdecznie za ten miesiąc i liczę na to, że za rok spotkamy się na Zrecenzujemy w znacznie powiększonym składzie i razem będziemy świętowali pierwsze urodziny.

PLAN NA LIPIEC? Czytać, czytać, czytać - i mieć z tego przyjemność!

A już jutro na blogu recenzja „Władcy wilków”!



29 czerwca 2012

"Pokuta" - Anne Rice





Tytuł: Pokuta
Autor: Anne Rice
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 302



Dzisiaj przyjrzymy się bliżej „Pokucie” autorstwa Anne Rice. Akurat tej autorki chyba nie muszę nikomu przedstawiać, chociaż przyznaję szczerze, że „Pokuta” jest pierwszą książką Rice, którą do tej pory czytałam. Tak czy inaczej, Anne Rice to urodzona w Nowym Orleanie autorka bestsellerowych Kronik Wampirów, które przyniosły jej ogromną sławę na całym świecie.

„Pokuta” to nieco inny kawałek chleba, jest to bowiem pierwsza książka Rice traktująca o aniołach. Autorka na stare lata nawróciła się na wiarę katolicką i stąd też ta zmiana. Mimo że nie czytałam wampirzych książek jej autorstwa (jeszcze!), to wiem, z jakim uwielbieniem są one traktowane przez jej fanów. Z tego względu śmiem stwierdzić, że porzucenie wampirów na rzecz aniołów nie wyszło Rice na dobre.

Nie mówię, że „Pokuta” jest złą książką. Czyta się ją dobrze i widać w tekście zamiłowanie Rice do nowej tematyki. Polski przekład choć w niewielkim stopniu oddaje wspominany przez miłośników kunszt literacki autorki. Mi osobiście przypadł do gustu jej styl pisania.

Nie jestem jednak w stanie nazwać tej pozycji hipnotyzującą. W wielu momentach po prostu się nudziłam i miałam ochotę przewracać po kilka stron naraz. Nie byłam w stanie ogarnąć tej otoczki metafizyczności, którą obiecywano w zapowiedziach. Z drugiej strony jakoś specjalnie jej nie poszukiwałam, wiedząc że nie zrobi na mnie większego wrażenia.

Mówiąc w największym skrócie, „Pokuta” to historia anioła i płatnego mordercy. O ile ten drugi przewijał się przez całą książkę, o tyle ten pierwszy pojawiał się bardzo rzadko. Dlatego też książka wydawała mi się mało... anielska. Dla mnie była to raczej swego rodzaju spowiedź przestępcy, głównego bohatera - Lucky'ego Szczwanego Lisa alias Toby'ego O'Dare. Ów płatny morderca został nam przedstawiony w dwojaki sposób. Z jednej strony jako bezlitosny kat, z drugiej jako korzący się przed Bogiem grzesznik i pokutnik. Ta błyskawiczna przemiana z niewiadomych mi przyczyn wzbudziła mój niesmak, mimo wszystko jednak Toby był znacznie ciekawszą postacią od swojego opiekuna - Malachiasza. Kiedy Toby'm targały emocje i sprzeczne uczucia, Malachiasz potrafił jedynie płakać i litować się nad nim. W konsekwencji wyszedł najbardziej bezpłciowo ze wszystkich znanych mi aniołów. Wracając na moment do fabuły, nasz nijaki anioł zdecydował się pomóc Toby'emu w nawróceniu i wybaczeniu sobie dawnych przewin. W tym celu zabrał go w podróż w czasie, aby Toby mógł dla odmiany kogoś uratować (zazwyczaj przecież zabijał). O tym, jak się ta historia rozwinęła, nie będę już Wam mówić.

Starałam się podejść do tej powieści entuzjastycznie, chociażby ze względu na same dobre opinie, jakie słyszałam o Anne Rice. Niestety, lekturą nie byłam zachwycona, ani nawet pozytywnie zaskoczona. Przez większą część książki nudziłam się jak mops i w sumie tylko historia życia Toby'ego wciągnęła mnie na tyle, bym nie uznała czasu poświęconego „Pokucie” za zmarnowany. Również dociekanie do sedna sprawy po tym, jak Toby cofnął się w czasie, było całkiem ciekawe i powstrzymało mnie od rzucenia książki w kąt. Cała reszta, cała ta otoczka sztucznej religijności była dla mnie – nie oszukujmy się – dnem.

Podsumowując, „Pokuta” to pozycja, którą „na dwoje babka wróżyła”. I ciekawa, i nudna. Z czystej ciekawości sięgnę po kolejne części, jako że „Pokuta” wchodzi w skład trylogii „Czas aniołów”. W sumie jestem ciekawa tego, jak się skończy historia Toby'ego. Miejmy nadzieję, że z czasem nie utraci on ikry, a Malachiasz – wręcz jej nabierze. Książkę polecam fanom i ciekawskim. Osobom, które wolą Rice w roli matki wampirów – nigdy w życiu.

Przecież to tak, jakbym powiedziała fanom „Igrzysk śmierci”, że Collins napisała alternatywę ze słodką, romantyczną Katniss w miejsce tej, którą wszyscy pokochaliśmy...

Ocena: 3/6

27 czerwca 2012

"Delirium" - Lauren Oliver





Tytuł: Delirium
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 360



Delirium tu, Delirium tam… Czym się tak wszyscy zachwycają?”, myślałam, przeglądając blogi i portale dla miłośników książek. Długo, naprawdę długo nie miałam z tą książką styczności, raz tylko chwyciłam ją w Empiku i pozachwycałam się okładką. Dopiero Znak ze swoją promocją „50% taniej” wstrzelił się w dziesiątkę i tym oto sposobem stałam się właścicielką owej tajemniczej książki.

Jej autorka, Lauren Oliver, to urodzona w Nowym Jorku dziewczyna o delikatnej urodzie. Rozpoczęła karierę w branży wydawniczej, ale jej ambicje sięgały wyżej. Wreszcie, w 2011 roku, pojawiła się pierwsza część trylogii „Dystopia”, czyli już osławione w blogosferze „Delirium” (wcześniej autorce udało się wydać książkę „Siedem razy dziś” i właśnie mam przyjemność ją czytać).

Już sam opis z tyłu książki wywołał w moim umyśle zagorzałą gonitwę myśli. Co by było, gdyby miłość naprawdę była chorobą, a ludzkość miała na nią lekarstwo? Wzdragam się na samą myśl o tym i mimowolnie wspominam jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w swoim krótkim życiu, czyli „Equilibrium” z Christianem Bale’m. Tam wszelkie uczucia były uważane za coś złego, przez co ludzie zmuszeni byli zażywać serum je niwelujące. Jakby nie patrzeć, „Delirium” opiera się na podobnym motywie – dystopii, w której nie ma miejsca na uczucia, a wszelkie ich przejawy są tępione i karane. Jest to smutna wizja niedalekiej przyszłości, ale mam wielką nadzieję, że sama jej nie dożyję.

Bohaterką książki jest nastoletnia Lena, którą poznajemy na krótko przed jej osiemnastymi urodzinami. Wejście w dorosłość oznacza dla niej zastrzyk z remedium – cudownym lekarstwem, dzięki któremu po raz pierwszy w życiu odetchnie z ulgą i przestanie się bać zarażenia miłością. Lena nie marzy o niczym innym. Z zapałem przygotowuje się do testów, które pozwolą komisji ocenić jej osobowość, a następnie sparować dziewczynę z odpowiednim kandydatem na męża. Życie Leny wypełniają więc przygotowania do wielkiego dnia, a także codzienne obowiązki w domu.

Zupełną odwrotnością spokojnej Leny wydaje się być przebojowa Hana, przyjaciółka głównej bohaterki. Dla niej wszystko, co zakazane, jest ekscytujące i warte ryzyka. Próbuje w swój świat wciągnąć również i konserwatywną Lenę, która marzy o remedium i wciąż pozostaje główna na wszelkie próby. Na szczęście dla mnie (i dla książki!) w sercu Leny tli się iskierka buntu – być może za sprawą matki, która wolała umrzeć niż zapomnieć o miłości do ukochanego męża i córki. W chwili, gdy Lena poznaje pokusy podziemnego świata, a wraz z nimi tajemniczego Alexa, całe jej życie zmienia się nie do poznania.

Jak skończy się ta historia? Tego nie dowiemy się tak szybko, bo „Delirium” jest zaledwie pierwszym tomem trylogii. Mogę Was za to zapewnić, że po lekturze tej pozycji poznacie jak historia się zaczęła.

Ukłon należy się osobom pracującym nad przekładem (istotną różnicę między oryginałem a polskim tłumaczeniem wytknęła mi ostatnio jedna z Czytelniczek – dziękuję!). Jestem przekonana, że autorka starała się przekazać swoją historię w jak najprostszy sposób, dlatego cieszę się, że po polsku wyszło to naturalnie i zgrabnie. Język jest prosty i składny, a przy tym nie jest monotonny. Między wersy często wkrada się humor, co jeszcze bardziej potęguje przyjemność płynącą z czytania. Ani się człowiek nie obejrzy, a już się książka kończy.

Innym plusem „Delirium” jest dobrze zarysowana postać zarówno Leny, jak i Alexa. Doskonale widzimy jak z każdym rozdziałem nasza główna bohaterka zmienia swoje podejście do życia. W Alexie z kolei widzimy niezłomność charakteru i wytrwałe dążenie do celu. Bardzo go za to podziwiam. Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że autorce udała się ta dwójka, a jej dokładne poznanie polecam poprzez samodzielne przeczytanie książki.

Chciałabym również poświęcić akapit światu przedstawionemu. Co prawda miasto odizolowane jak po jakiejś niewyjaśnionej katastrofie to wtórny element tego rodzaju książek, jednak na swój sposób nie wpływa to negatywnie na moją ocenę. To pewnie przez ten motyw amor deliria nervosa, dzięki któremu książka jest wyjątkowa. Niemniej jednak podoba mi się w tej wizji dokładność, z jaką autorka przedstawiła społeczeństwo. Ludzie, którzy żyli po remedium w otępieniu i przekonaniu o słuszności zażycia tego leku, przerażali mnie brakiem empatii i zdolności do wyrażania jakichkolwiek emocji. Przedstawienie ludności w sposób jednoznacznie przywodzący na myśl nieczułe roboty zrobiło na mnie niemałe wrażenie.

Jeśli już musiałabym na siłę wymienić jakiś minus tej książki, to nadmierny zachwyt przed samym jej przeczytaniem. Przez taki właśnie szał sama nacięłam się przy drugiej części „Klątwy tygrysa” i dlatego też ostrzegam wszystkich nadmiernie się ekscytujących – uważajcie, bo służby porządkowe zgarną Was za popadanie w niezdrowe dla społeczeństwa emocje.

„Delirium” to całkiem przyjemna lektura na nudny wieczór. Z powodzeniem polecam ją wszystkim tym, którym pojęcie miłości w ujęciu choroby wydaje się intrygujące. Osobiście uważam tę książkę za udany zakup i przyznam się bez bicia, że szybko podbiła moje serce. Mam nadzieję, że nie rozczaruję się drugą częścią, którą mamy podobno ujrzeć na półkach sklepowych już na jesieni. Do tego czasu myślę, że przynajmniej jeszcze jeden raz powrócę do lektury tej części. Zdecydowanie polecam.

Ocena: 5/6

25 czerwca 2012

"Skrzydła nad Delft" - Aubrey Flegg




Tytuł: Skrzydła nad Delft
Autor: Aubrey Flegg
Wydawnictwo: Esprit
Liczba stron: 256



Z okładki spogląda na mnie tajemnicza, rudowłosa dziewczyna. W jej oczach kryje się tajemnica. Na ustach błąka się ledwo dostrzegalny uśmiech. Ubrana w staromodną suknię od razu sugeruje linię czasową książki. Ta okładka urzeka – w zaskakujący sposób wręcz zmusza mnie do zapoznania się z treścią. Bardzo szybko przenoszę się do XVII-wiecznej Holandii.

W malowniczym Delft mieszka nastoletnia Louise Eeden – spadkobierczyni fortuny, która wskutek intrygi zostaje wplątana w romans z przyjacielem z dzieciństwa. Nie jest nim zainteresowana, ale też nie decyduje się położyć kres plotkom, gdyż wie, że połączenie ich rodów umożliwi jej ojcu artystyczną niezależność, czyli coś, o czym mężczyzna marzy od zawsze.

Mniej więcej w tym samym czasie Louise wkracza w świat malarstwa za sprawą Jacoba Haitinka, który otrzymuje zadanie sportretowania dziewczyny z okazji zbliżających się „zaręczyn”. Chwali się autorowi, że z takim pietyzmem przedstawił proces malowania obrazu. Miałam frajdę, czytając o tych wszystkich sposobach pozyskiwania odpowiednich farb, a na kolana powaliła mnie „biała krowa”. Jestem teraz bardzo ciekawa jak właściwie wygląda proces tworzenia farb w czasach współczesnych.

Wracając do wątku malarskiego, nie sposób nie zatrzymać się przy postaci malarza. Jest to postać zdecydowanie dynamiczna – przez całą lekturę nie byłam w stanie go wyczuć, bo był nieprzewidywalny. W moim odczuciu cierpiał na jakiś syndrom rozdwojenia jaźni i wcale by mnie to nie zdziwiło, bo za czasów rozkwitu malarstwa wielu artystów okazywało się dziwakami lub wręcz szaleńcami. Haitink jest niezwykle barwny, przewija się przez większą część fabuły i jest jednym z jej głównych elementów. Przy nim Louise wypada wręcz blado, ale odnoszę wrażenie, że taki był zamysł autora, zważywszy na to, że dziewczyna nie uważała siebie za kogoś wyjątkowego.

Nasza główna bohaterka wydaje się być uległa. Poddaje się temu, co o niej mówią i boi się odzyskać wolność. Jest gotowa poświęcić swoje szczęście, aby pomóc ojcu spełnić marzenia. To dobra, ciepła osoba, ale momentami zbyt naiwna. Mimo to da się lubić. Zbawienny wpływ ma na nią ów portret, a raczej osoba, która pomaga przy jego malowaniu – Pieter Kunst, czeladnik w służbie Haitinka. Ten prosty chłopak o duszy anioła staje się dla Louise zalążkiem buntu. Motywuje ją do walki o samą siebie, choć ani trochę się o to nie stara.

Jaki będzie ostateczny wybór Louise? Czy dziewczyna zdecyduje się walczyć o swoje, czy może ulegnie presji i wyjdzie za Reyniera, który z każdym kolejnym dniem wzbudza w niej coraz więcej wątpliwości? Tego dowiecie się, czytając „Skrzydła nad Delft”.

Co mi się spodobało w tej książce, to wielowątkowość. „Skrzydła…” na pierwszy rzut oka są powieścią o miłości, ale jeśli przyjrzymy się dokładniej, dostrzeżemy w niej motyw wyboru. Wybór między jednym mężczyzną a drugim, między szczęściem swoim a szczęściem ojca, między uprzedzeniami starej niani a chęcią otworzenia się na nowe religie.

Religia jest tutaj właściwie tłem – wokół niej kręci się cała akcja. Byłam w ogromnym szoku, czytając o tym, jak wzajemnie traktowali się w tamtych czasach protestanci i katolicy. Choć nie należę do bardzo religijnych osób, to niezmiernie dziwiło mnie, że katolicy przedstawiani byli jako pomiot Szatana i największe zło na świecie. Ów religijny wątek nadaje książce poważnego, kontrowersyjnego charakteru i momentami przesłania wątek artystyczny.

Niemniej jednak „Skrzydła nad Delft” opowiadają również o relacjach międzyludzkich (kobieta-mężczyzna, córka-ojciec, mistrz-uczeń) i one są motorem napędzającym i tak nieco monotonną fabułę. Nie dzieje się tutaj wiele, ale znów muszę podkreślić, że taki jest, moim zdaniem, zamysł autora. Skupić mamy się bowiem nie na pędzącej do przodu akcji, lecz na sztuce, wyborze, relacjach. Sprzyja temu rozciągający się na wszystkie rozdziały rytuał tworzenia portretu Louise, a po części i język, w którym nie doszukałam się wartkości, charakterystycznej dla dynamicznych tytułów. Myślę więc, że autorowi zależało na tym, żebyśmy zagłębili się w spokojnej lekturze, na moment zwolnili tempo życia i przyjrzeli się wielu wątkom poruszanym w „Skrzydłach…”.

Językowo nie mam książce nic do zarzucenia. Zdania budowane są poprawnie, a autor radzi sobie z równoważeniem opisów z dialogami. Zdania wielokrotnie złożone również się tutaj nie pojawiają, co ułatwia czytanie i nie doprowadza czytającego do szału. Całość czyta się szybko i sprawnie, że aż się człowiek nie obejrzy, a już jest koniec.

Pewnie dlatego zakończenie było dla mnie tak wielkim zaskoczeniem. Po tak sielankowej historii, w której „grozę” sieją jedynie zamieszki na tle religijnym, spodziewałam się równie sielankowego końca. A tu proszę, zupełnie nie tak, jak czułam, że będzie.

Na plus zaliczam jeszcze możliwość poznania Holandii z czasów innych niż obecne. Oczyma wyobraźni już widziałam brukowane uliczki, domki bielone wapnem i drewniane okiennice. Chciałabym zobaczyć Delft na własne oczy i przekonać się jak różni się od tego opisywanego w książce. Z pewnością była to dla mnie miła wycieczka i liczę na to, że Aubrey Flegg powróci jeszcze do Delft w kolejnej powieści.

Polecam książkę, mimo że jestem fanką szalonych zwrotów akcji, nieoczekiwanych wydarzeń i „ochów” wykrzykiwanych w trakcie czytania. Przyjemnie było zwolnić, zatrzymać się na dłużej, cofnąć do XVII wieku i przemyśleć kilka spraw. Jako że literatura irlandzka wciąż jest w naszym kraju nieco egzotyczna, cieszę się, że przemogłam w sobie niechęć do tego, co nieznane, i przeczytałam „Skrzydła…” z korzyścią dla mojego rozpędzonego umysłu.

Ocena: 4,5/6


Za możliwość poznania technik pozyskiwania farb dziękuję Wydawnictwu Esprit.


22 czerwca 2012

"I wciąż ją kocham" - Nicholas Sparks





Tytuł: I wciąż ją kocham
Autor: Nicholas Sparks
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 352




Jak już kiedyś wspominałam, Nicholas Sparks to dla mnie zagadka. Jego twórczość odbieram różnie, więc nigdy nie wiem, czy dana pozycja mi się spodoba, czy nie. „Wybór” podobał mi się bardzo, „Noce w Rodanthe” były tak nudne, że nawet ich nie dokończyłam, a „Pamiętnik” nie zrobił na mnie obiecanego, piorunującego wrażenia. Jak było z „I wciąż ją kocham”?

Przede wszystkim jest to historia John'a Tyree, młodego chłopaka z szemraną przeszłością, który zaciąga się do wojska, aby odmienić swój los. Już jako żołnierz powraca na urlop do rodzinnego miasteczka i poznaje tajemniczą, niezwykłą dziewczynę o pięknym imieniu Savannah. Biorąc pod uwagę to, co zazwyczaj dzieje się w takich książkach, młodzi zakochują się w sobie, ale nie jest dane im szczęście, bo John musi wracać do koszar. Mija kilka lat, bo z powodu zamachów z 11 września chłopak pod wpływem patriotycznego impulsu zaciąga się do wojska po raz kolejny. Któregoś dnia, po kolejnym, ciężkim dniu na froncie, otrzymuje list od ukochanej, który zmienia jego życie raz na zawsze.

Książka napisana jest z punktu widzenia Johna, możemy ją więc potraktować jak jego osobisty pamiętnik, opowiadający najgorsze, a potem i najlepsze chwile jego życia. Na pewno warto wspomnieć o tym, że podzielona jest na trzy główne wątki. Pierwszym z nich jest związek z Savannah. Nie zawsze idealny, skupia się wokół ich walki o szczęście i miłość, jaka ich połączyła. Drugim są relacje Johna z ojcem, którego chłopak uważał za dziwaka, do czasu, gdy Savannah nie uświadomiła mu, że ojciec być może choruje na jedną z odmian zespołu Aspergera. Trzecim wątkiem jest zaś służba wojskowa, którą John odbywa w różnych rejonach świata ogarniętych wojną. Jednym słowem: nudy.

Nie da się ukryć, że Sparks ubrał tę historię w przyjemne słowa, które może i podziałają na nieuleczalnych romantyków, ale w moim odczuciu nie zmienia to faktu, że jest ona bezpłciowa. Czytając „I wciąż ją kocham”, nie czułam żadnych zwrotów akcji, fabuła po prostu płynęła, leniwie i wolno, ale ciągle do przodu. Nie znalazłam w tej książce niczego, co by mnie zaskoczyło lub zachwyciło. Była to po prostu nijaka lektura-przerywnik, za którą wzięłam się tylko dlatego, że chciałam opóźnić czytanie „Delirium”, a po części i dlatego, że chciałam dać autorowi jeszcze jedną szansę. Teraz nie wiem, czy dotrwam do „Ostatniej piosenki”, bo film w sumie był fajny, ale boję się, że książka już niekoniecznie. Macie jakieś opinie?

Jedno, co muszę autorowi przyznać, to fakt, że raz udało mu się wyprowadzić mnie z równowagi. Najzwyczajniej w świecie zezłościłam się po tym, gdy dotarło do mnie, co święta Savannah zrobiła Johnowi. Pewnie nigdy nie zrozumiem, co nią kierowało, przez co utrwaliła mi się w myślach jako najgorsza bohaterka i podła kobieta skryta za woalką niewinności.

Pomimo kunsztu językowego, płynności zdań i ciekawej narracji, nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej dobrego o tej książce. Nie będę też owijać w bawełnę, przedłużając w nieskończoność recenzję, kiedy nawet przed samą sobą przyznałam, że lektura mnie nie zachwyciła. Widocznie muszą być takie chwile w życiu recenzenta, gdy trafia na coś, co do tego stopnia mu się nie spodobało, że nie jest w stanie napisać nic więcej.

Nie napiszę, że polecam „I wciąż ją kocham”, bo nie wiem, komu mogłabym to zaproponować. Chyba tylko wymienionym wcześniej nieuleczalnym romantykom, zatwardziałym fanom Nicholasa Sparksa oraz tym, którzy podjęli się wyzwania czytelniczego z tym autorem w roli głównej.

Ocena: 2,5/6


20 czerwca 2012

"Klątwa tygrysa. Wyzwanie" - Colleen Houck





Tytuł: Klątwa tygrysa. Wyzwanie
Autor: Colleen Houck
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Liczba stron: 415



Czekałam na ten tytuł od chwili przeczytania pierwszej części. Od tego czasu zdążyłam już przejrzeć chyba z milion recenzji, kilka razy zwątpić w tygrysi fenomen, ale mimo wszystko wytrwale bronić Colleen Houck przed atakami internetowej złośliwości.

Dziś, świeżo po lekturze „Wyzwania”, jestem jeszcze bardziej rozdarta. Wstyd się przyznać, ale lubię takie książki jak „Zmierzch”, czy właśnie „Klątwa tygrysa”, bo nie wymagają ode mnie myślenia, a i tak dostarczają rozrywki. „Wyzwanie” czytało się lekko i przyjemnie, ale tym razem zmusiłam się do dystansu wobec książki. Odłożyłam na bok swoje uwielbienie do Rena i otworzyłam szerzej oczy. To, co dostrzegłam, pozbywając się otoczki megahitu, którą sama wokół siebie zbudowałam, zaszokowało mnie zupełnie.

Pierwsza część może i ambitna nie była, z tym na pewno się zgodzę, ale druga całkowicie zmasakrowała moje podejście do serii. Colleen Houck zniszczyła tajemniczego, uroczego Rena i zamieniła go w replikę ciepłej kluchy alias Edwarda Cullena. Stał się teraz jeszcze bardziej romantyczny i rycerski, ciągle by tylko chodził za Kelsey, przez co zrobił się bezpłciowy i nieatrakcyjny w moim odbiorze. Z nieprzewidywalnego, niegdyś jawiącego się jako półdzikiego, Kishana, zrobiła autorka zakochanego Romea, gruchającego czułe słówka do – jakby nie patrzeć – dziewczyny swojego starszego brata. Kelsey jak to Kelsey – pozostała dziwną, na swój sposób dającą się lubić, ale wciąż irytującą dziewczyną. Co prawda trochę się rozwinęła i nie przypomina już tak bardzo ciapowatej Belli, ale teraz z kolei autorka nieco zaszalała i popchnęła Kelsey w stronę Mary Sue. Idealna dziewczyna z tajemniczą mocą? Niekończące się strzały w kołczanie? Błagam… Koncept naprawdę ciekawej powieści zmienił się w żałosny trójkąt a’la książkowe „Pamiętniki wampirów” (nie mylić z genialnym serialem!), momentami tak mdły, że tylko z czystego uporu udawało mi się nie omijać wielu fragmentów.

Chociaż trzeba przyznać, że motyw dodaje nieco smaczku książce i delikatnie ją ożywia, szkoda tylko, że pomysł trzeba było skopiować, żeby w ogóle wypalił. Tak czy inaczej, ta wszechobecna czułostkowość, romantyzm, wyznania i pocałunki są tak frustrujące, że zaczynam doceniać zdystansowaną miłość Katniss do Peety z „Igrzysk śmierci”. To się przynajmniej dało czytać…

Jedynym bohaterem, który pozostał tym samym, wspaniałym człowiekiem, jest Pan Kadam. Mogę bez wstydu przyznać, że wprost go uwielbiam, a każdy fragment, w którym występował, był dla mnie na wagę złota. Troskliwy, uprzejmy i – przede wszystkim – diabelnie inteligentny, wzbudził we mnie pokłady sympatii. Pan Kadam był motorem napędzającym misję Kelsey i Kishana, a ciekawostki, które bardzo często głosił w trakcie wspólnych podróży, były jednym z nielicznych plusów tej książki.

Bardzo dobrze oceniam wszelkie nawiązania do mitów – i to nie tylko stricte indyjskich, ale i pochodzących z innych wierzeń i religii. Równie dobrze przyjęłam egzotyczne podróże, w których brali udział bohaterowie, wyłączając jednak te paranormalne, bo z nimi było już gorzej, ale o tym może za chwilę. Mile wspominam mimo wszystko Kishana, który przynajmniej bywał zabawny – Renowi, niestety, to nie wychodziło, chociaż próbował usilnie być równie niepokorny, co jego brat. Na plus mogę jeszcze zaliczyć łatwy w odbiorze język, dzięki któremu szybko przeczytałam książkę, a także jak zwykle wspaniałą okładkę, na którą mogłabym patrzeć bez końca (ale pierwsza i tak była ładniejsza!), a i tak by mi się nie znudziła.

Całość, rzecz jasna, czytało się wyśmienicie, ale cóż z tego, skoro cała reszta tej recenzji będzie się skupiać na mankamentach historii!? Dajmy na to książęta. Czy oni mają jakieś wady? I czy koniecznie muszą mieć tyle pieniędzy, jednoznacznie kojarząc się z Cullenami? Wybaczcie, ale gdy Kelsey dostaje bardzo drogi samochód, to nie jestem w stanie nie porównać tego do Guardiana Belli.

Przejdźmy może dalej z fabułą. Nie da się ukryć, że jest ona porywająca, wartka i mocno wpływająca na wyobraźnię. To i tak nie pomaga, kiedy mamy do czynienia z totalnym absurdem w postaci zadań z krukami, tykwami (co to, u licha, jest!?) i nietoperzami! To są owe paranormalne podróże, które wywołały we mnie śmiech, ale – niestety – politowania. Autorka chyba za wszelką cenę chciała w tej książce upchać wszystko, co obecnie modne, bo i elfy się znalazły („Władca Pierścieni”), i łuki („Igrzyska śmierci”), i pioruny („Thor”).

Mało tego, było też parę takich momentów, gdzie dialogi były wręcz durne i sztywne jak kij od szczotki, a sceny zakrawały o groteskę. Wyobrażacie sobie wielkiego mędrca z komórką w dłoni? Ja też nie. To tak, jakbyśmy czytali o Gandalfie, a on nagle wyciąga zza pazuchy iPada. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć.

Bardzo mi smutno o tym mówić, ale ogromnie zawiodłam się na tej części tygrysiej sagi. Nawet zaskakujące jak na tę sielankową książkę zakończenie nie było w stanie wybronić dzieła autorki. Może i lektura „Wyzwania” sprawiła mi minimalną frajdę, ale minusy i tak znacząco przechyliły szalę na swoją stronę.

Nie potrafię jednoznacznie ocenić tej książki, bo i mi się podobała (bądź co bądź dwa ostatnie rozdziały wycisnęły ze mnie kilka łez), i jednocześnie mnie zawiodła. Dlatego właśnie jestem taka rozdarta. Sięgnę po kolejne tomy, bo mam taki fetysz, że jak już mam pierwszy tom, to muszę uzbierać całą serię, choćby książek miało wyjść i ze dwadzieścia. Jednak nie polecę już książek Colleen Houck tak mocno i rozpaczliwie jak pierwszej części. Polecę za to podejście do „Wyzwania” z dystansem i nie sugerowanie się szałem na tygrysy. Można się zawieść.

Książka jest fajna, owszem, ale mogłaby być fajniejsza. Colleen Houck chciała chyba upiec zbyt wiele pieczeni na jednym ogniu. Zrobił się przez to pewien przesyt, który pozostawił po sobie niesmak.

Ocena: 3,5/6