STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 sierpnia 2012

Podsumowanie sierpnia

Sierpień minął mi pod znakiem wspaniałych wakacji w Zakopanem, relaksu na łonie natury, ale i stresu związanego z pracą i zbliżającym się powrotem na studia. Oczywiście nie mogło zabraknąć owocnego obcowania z literaturą - w tym (jeszcze) miesiącu wyjątkowo udanego. Poniżej prezentuję wyniki, jakie blog Zrecenzujemy osiągnął przez ostatnich trzydzieści jeden dni.

Przede wszystkim blog prezentuje przyzwoity poziom, jeśli chodzi o odwiedziny. W tym miesiącu przybyło ich aż 1833, dzięki czemu udało mi się przekroczyć barierę 4000 wizyt, co świadczy o tym, że Zrecenzujemy wykazuje tendencję rosnącą.

Dopisali także obserwatorzy, których liczba podskoczyła do 52, co też wskazuje na wzrost - co prawda powolny, ale zawsze jest to jakiś progres.

W tym miesiącu przeczytałam dziewięć książek i jeden miesięcznik. Nie licząc tego drugiego, przeczytałam 2958 stron, czyli około 95 stron dziennie.

Pod lupę wzięłam następujące tytuły:


1. Norwegian Wood, Haruki Murakami [RECENZJA]
2. Kobieta na krańcu świata 2, Martyna Wojciechowska [RECENZJA]
3. Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu, John Flanagan [RECENZJA]
4. Bo śmierć to dopiero początek, Sylwia Błach [RECENZJA]
5. Dziewiąty Mag, Alice Rosalie Reystone [RECENZJA]
6. Gone: Zniknęli. Faza druga: Głód, Michael Grant [RECENZJA]
7. Smak hiszpańskich pomarańczy, Kim Lawrence, Kathryn Ross, Chantelle Shaw [RECENZJA]
8. Sklepik z Niespodzianką. Bogusia, Katarzyna Michalak [RECENZJA]
9. Sklepik z Niespodzianką. Adela, Katarzyna Michalak

Dodatkowo w ramach nowej współpracy, a także akcji "Wokół fantastyki" przeczytałam i zrecenzowałam Nową Fantastykę 359 (08/2012).

Najlepszą Książką Miesiąca według czytelników została "Kobieta na krańcu świata 2", zaś Najgorszą Książką Miesiąca bezsprzecznie "Norwegian Wood". Jeśli chodzi o moje typy, to faworytami w sierpniu są dla mnie książki Katarzyny Michalak, Alice Rosalie Reystone i Michaela Granta. W kwestii pozycji najgorszej również stawiam na Murakamiego, którego postanowiłam ogłosić Największym Rozczarowaniem Miesiąca.

W sierpniu nawiązałam dwie współprace, które prywatnie nazywam współpracami marzeń. Pierwszą z nich nawiązałam z jednym z najlepszych wydawnictw wydających polską fantastykę (i nie tylko!) - Fabryką Słów. Drugą zaś z Naszą Księgarnią, którą kocham za różnorodność.

Dokonań jako takich nie miałam - u Waniliowej wygrałam bon do Gandalfa, u Upadłej zgarnęłam książkę, a na portalu Na Kanapie ponownie wyróżniono moją recenzję (i tu znów triumfy święci Martyna Wojciechowska).

PLAN NA WRZESIEŃ?
Przeczytać więcej książek własnych niż ostatnio, ponieważ wciąż zalegają mi na półce, powodując potworne wyrzuty sumienia.



"Sklepik z Niespodzianką. Bogusia" - Katarzyna Michalak




Tytuł:
Sklepik z Niespodzianką
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 320




Jeśli spytać części Polek, którą z rodowitych autorek cenią sobie najbardziej, z pewnością byłaby to Katarzyna Michalak. Ostatnio wiedzie ona prym wśród nas - blogerów - i czytelników spragnionych emocji. Choć z zawodu Katarzyna Michalak jest weterynarzem, to jednak pisanie jest jej prawdziwym powołaniem. Dowodem na to jest "Sklepik z Niespodzianką. Bogusia", który powstał w zaciszu Poziomki, domu otoczonego lasami, którego autorka jest panią (co zresztą bardzo lubi podkreślać).

Wystarczy zerknąć na bajeczną okładkę i przeczytać tytuł, aby szeroko się uśmiechnąć i z ochotą zabrać do lektury. Tak też było ze mną. Książkę wypatrzyłam już dawno w księgarni, od czasu do czasu podczytując ją na kolanie strona po stronie, ale takie pobieżne zapoznawanie się z tą urokliwą historią nijak się miało do przyjemności posiadania "Sklepiku..." na własność. Zachwycona optymistyczną okładką, przygotowałam sobie kubek ciepłej herbaty, usiadłam przy świetle lampy i zanurzyłam się w świat wykreowany przez autorkę.

Główną bohaterką opowieści jest Bogusia Leszczyńska - młoda kobieta, która właśnie wróciła z Holandii, gdzie dorabiała na plantacji tulipanów. Zamiast jechać prosto do Warszawy, do stęsknionych rodziców i babci, dziewczyna postanowiła odwiedzić polskie wybrzeże. Tam, między Koszalinem a Kołobrzegiem, odnalazła niewielkie miasteczko o jakże wdzięcznej nazwie - Pogodna. W nim zaś wymarzone mieszkanie, a pod nim - sklepik. Można byłoby posądzić Boguśkę o zbytni pośpiech i dokonanie decyzji bez przemyślenia jej na trzeźwo, nie będąc pod wpływem uroku Pogodnej, ale ja na jej miejscu chyba postąpiłabym tak samo. Zwłaszcza jeśli od razu poczuła, że to jest jej miejsce na Ziemi. Tak więc przekonana o słuszności swojego postanowienia, Bogusia została w Pogodnej, a także dobiła targu z sympatycznym panem Jakubem, od którego wynajęła kamienicę. Od tego momentu skrzętnie realizowała plan, w którym mogłaby wypunktować kilka najważniejszych rzeczy: urządzić mieszkanie, otworzyć sklepik, znaleźć przyjaciół, a także zakochać się w kimś, kto będzie taki sam jak jej ojciec. Na tym mniej więcej skupia się "Sklepik..." i tego możecie się po nim spodziewać. Więcej nie zdradzę, bo aż żal psuć Wam miłą niespodziankę.

Przejdźmy do plusów lektury. Po pierwsze: kreacja bohaterów. Po pobieżnym przecież opisie Bogusi widzicie, że mamy do czynienia z osobą o bujnej wyobraźni, klarownych ideałach i wartościach, a także posiadającej godne naśladowania samozaparcie. Jeśli przyjrzeć się jej przez pryzmat całej książki, widać, że jej postać się rozwija. Częściowo pod wpływem poznanych osób - Adeli, Lidki, Stasi, Igora, Bartka, Wiktora - każdy tutaj wniósł coś do życia naszej głównej bohaterki. W tym miejscu chcę również pochwalić Kasię Michalak za tak wspaniale oddane charaktery poszczególnych postaci. Jej bohaterowie są odmienni, a przy tym tak barwni i żywi, że można zwątpić w to, że powstali jedynie w umyśle autorki. Mają indywidualne cechy i charaktery, są wyjątkowi i realistyczni. To pierwszy raz, gdy jestem zachwycona polską książką do tego stopnia, że nie razi mnie widok polskich imion i polskości w ogóle. Autorka w piękny sposób przedstawia też wydarzenia. Dzięki niej przechodzimy w trakcie lektury przez plejadę uczuć i emocji: od fascynacji, radości, poprzez śmiech i łzy, aż po złość i nienawiść. Pod względem emocji książce nie brakuje absolutnie niczego. Jest wytworem doskonałym.

Pod względem stylistycznym książka nie różni się zbytnio od typowych pozycji z tego gatunku. Napisana jest prostym, zrozumiałym dla wszystkich językiem, dialogi przeplatają się z opisami, a co najważniejsze - autorka potrafi je rozsądnie wyważyć. Na korzyść książki działa też narracja trzecioosobowa, która wyjątkowo dobrze sprawdza się przy poznawaniu historii Bogusi i jej przyjaciółek. Katarzyna Michalak może i nie jest kandydatką do Literackiej Nagrody Nobla, ale posiada tzw. "lekkie pióro", które wszyscy tak ubóstwiamy. Z pewnością należy jej się szacunek z tego tytułu, ponieważ nie znajdziemy w jej książce przesadzonych opisów, pseudofilozoficznego bełkotu, czy wręcz na odwrót - krótkich zdań, które nic konkretnego do fabuły nie wnoszą.

Na sam koniec plus zasługujący na osobny akapit: Piegusek! Piegusek to uroczy psiak adoptowany przez Boguśkę, który ma wspaniałą osobowość i talent do psocenia. Mimo to nie da się go nie kochać! Każda wzmianka jego imienia wywoływała u mnie czystą euforię - mogłabym je bez końca powtarzać i wciąż byłoby dla mnie tak samo urocze.

Najbardziej raziło mnie zaś rozwlekanie fabuły do maksimum. W książce zatytułowanej "Sklepik z Niespodzianką. Bogusia" bardzo długo musimy na ów sklepik czekać. Trzy czwarte książki to przygotowania do jego otwarcia, co na dłuższą metę może być dla czytelnika lekko irytujące. Jest to jednak drobny mankament, który można autorce wybaczyć, szczególnie ze względu na rekompensatę w postaci... przepisów na słodkości, od których ślinka cieknie po brodzie i które od razu chce się wypróbować. W trakcie zapoznawania się z przepisem na ciasto "Pogadaj do mnie" nie wiedziałam czy rwać się do pieczenia, czy jednak doczytać książkę do końca. Wybrałam to drugie, bo nawet jeśli autorka gwarantuje, że ciasto się uda, to w moim przypadku istnieje spore ryzyko, że jednak nie wyjdzie - nie raz już zepsułam placek z owocami, który według mojej mamy "nie może się nie udać". Ale kiedyś na pewno spróbuję!

Do tej pory literaturę polską, a już zwłaszcza taką tematykę, omijałam szerokim łukiem - po prostu przywykłam już do bardzo dobrych, ale zagranicznych książek. Katarzyna Michalak zrobiła mi niespodziankę, ponieważ jej książce - poza zbędnym rozwlekaniem fabuły - nie mam nic do zarzucenia. No, może dwie rzeczy: że była za krótka i że skończyła się w takim (!) momencie. Gorąco zachęcam Was do zapoznania się ze "Sklepikiem...". Gwarantuję Wam przyjemny wieczór przy dobrej książce. Ale zamiast herbaty koniecznie zróbcie sobie kubek prawdziwej, gorącej czekolady. Dlaczego? Tego dowiecie się już bezpośrednio z książki.

Ocena: 5,5/6

Zawitałam do Pogodnej za pośrednictwem Wydawnictwa Nasza Księgarnia.


28 sierpnia 2012

"Gone: Zniknęli. Faza druga: Głód" - Michael Grant





Tytuł: Gone: Zniknęli. Faza druga: Głód
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 544




Dla tych, co Granta nie znają, a seria "Gone" wciąż jest dla nich zagadką, podaję link do recenzji pierwszego tomu. Znajdziecie ją tutaj.

Od brawurowego zwycięstwa Sama nad Caine'm i Drake'm minęły trzy długie miesiące. Nad Perdido Beach zawisły ciemne chmury - miasteczko opanowała fala głodu, zapasy jedzenia skurczyły się niemal do zera, a na dodatek na polach kapusty i melonów - jedynego źródła, z którego mieszkańcy ETAP-u mogą jeszcze czerpać pożywienie - rozpanoszyły się zębaki, czyli zmutowane dżdżownice, które jako pokarm upodobały sobie ludzkie mięso. Brzmi jak jakiś horror? Nie, to tylko drugi tom powieści Michaela Granta z popularnej serii "Gone".

Ale do horroru mu niedaleko. Już na wstępie autor serwuje nam nieprzyjemne wydarzenia, a atmosferę grozy potęguje głód i zamieszki między "normalnymi" a "nienormalnymi". Dzieciaki żywią do siebie negatywne uczucia, a na ich pożywienie składają się sosy z puszek. Sam Temple wraz z przyjaciółmi obawia się, że w przypływie desperacji dojdzie do aktów kanibalizmu. Jakby tego było mało, Caine powraca do zdrowia po wizycie u Ciemności i knuje plan, dzięki któremu zyska przewagę nad Samem i zdobędzie dla siebie Perdido Beach oraz jego skromne zapasy pożywienia. Szyki psują mu tylko Drake, który, popisując się otrzymaną od Ciemności macką, wykazuje spore chęci do niesubordynacji, a także chwile słabości, gdy traci kontakt z rzeczywistością i powtarza w kółko: "Gaiaphage... Głodny w ciemności". Do walki z Caine'm po raz kolejny stają Sam, Astrid, Edilio, a także uwolnione z Coates Academy Dekka i Bryza. Sprawy komplikują im dodatkowo kłopoty w mieście, a także Mały Pete, który oprócz lewitowania posiadł również moc sprawiania, aby jego sny stawały się rzeczywistością. Wszystko wskazuje też na to, że ma kontakt z Ciemnością. Sam czuje, że lada chwila dojdzie do tragedii i pogrąża się w depresji. A to przecież dopiero początek koszmaru...

Jeśli interesuje Was wątek Ciemności, przypominający "Losta", koniecznie sięgnijcie po tę kontynuację, nie zapominając o pierwszym tomie!

Już poprzednim razem mówiłam Wam, że jestem zachwycona Grantem. Poza rażącym nieprzygotowaniem mieszkańców ETAP-u z pierwszej cześci "Gone" nie widziałam w tej historii żadnych mankamentów. Teraz nawet i ten błąd zniknął. Dzieciaki z Perdido Beach dojrzały (czasami aż za bardzo), a ich walka o przetrwanie nabrała rumieńców, zmuszając nas do bacznego śledzenia akcji. Notabene, od której nie można się oderwać, ponieważ w trakcie czytania nie ma się czasu na odpoczynek. Grant zmyślnie prowadzi wątek do przodu, dawkuje wydarzenia i emocje, zaskakuje zwrotami akcji, dzięki czemu potęguje się nasz apetyt na lekturę. Dwa wieczory i po książce, chyba że ktoś lubi się delektować.

Jest jedna rzecz, której w autorze nie znoszę, a którą jednocześnie w nim ubóstwiam: tajemnice. Nie znoszę go za to, że przez niego nie wiem wszystkiego o Gaiaphage i o małym braciszku Astrid. To samo robi Masashi Kishimoto, który przynajmniej od stu odcinków mangi wodzi fanów za nos, nie wyjawiając, kim jest zamaskowany mężczyzna aka Tobi! Mimo to uwielbiam Granta za to, że każe mi się zastanawiać, przeprowadzać symulacje, główkować i kalkulować, o co w tym wszystkim właściwie chodzi! Czytelnik, jakby nie patrzeć, wciąga się w samo rozwiązywanie zagadki, co już jest samo w sobie fascynujące. I jest to największy sukces autora.

Na pierwszy rzut oka książka może Wam się wydawać opasłym tomiszczem nie do przebycia, ale nic bardziej mylnego. Jest to jedna z przyjemniejszych lektur, z jaką miałam do czynienia. Absolutnie nie przytłaczała mnie ilość stron do przeczytania, chociażby ze względu na przystępny język. Wciągająca fabuła sprawiła, że na nowo rozbudził się we mnie apetyt na "Gone". Michael Grant postarał się tym razem nieco bardziej, eliminując błędy z poprzedniej części i dokładając nowe, ciekawe wątki. Najbardziej jednak cieszy mnie to, że w książce poruszany jest kontrowersyjny temat głodu i kanibalizmu, a także nienawiści na tle rasowym (normalni kontra mutanci) - a wszystko to w otoczce katastrofy nuklearnej. Sprawia to, że drugi tom z serii "Gone" jest rewelacją trzymającą wysoki poziom, a także pozycją, na której nie jestem w stanie się zawieść.

Gorąco polecam Wam sięgnięcie po tę serię. Znajdziecie w niej i wątek miłosny, i akcję, i zaskakujące zwroty akcji, i spektakularne walki. Wszystko to, co miłośnicy książek z katastrofami w tle lubią najbardziej. "Gone" to być może apokaliptyczna wersja świata, niemniej jednak można też z prozy Granta wyciągnąć kilka wniosków, które przydadzą się nam i w życiu, i na przyszłość. Zachęcam do wyciągnięcia własnych.

Ocena: 5/6

Ponownie odwiedziłam ETAP za sprawą Wydawnictwa Jaguar.


26 sierpnia 2012

"Smak hiszpańskich pomarańczy" - Kim Lawrence, Kathryn Ross, Chantelle Shaw





Tytuł:
Smak hiszpańskich pomarańczy
Autorzy: Kim Lawrence, Kathryn Ross, Chantelle Shaw
Wydawnictwo: Harlequin/Mira
Liczba stron: 400





W życiu każdego z nas zdarzają się chwile, kiedy mamy ochotę zapomnieć o otaczającym nas świecie i przez jakiś czas poprzebywać w innym, pozbawionym większych udręk - takim, w którym każda, nawet najczarniej malująca się historia, kończy się happy endem.

Taki właśnie świat znajdziecie w najnowszej pozycji od Miry - "Smaku hiszpańskich pomarańczy". Jest to zbiór trzech opowiadań autorstwa znanych i lubianych przez miłośników popularnych harlequinów autorek - Kim Lawrence, Kathryn Ross i Chantelle Shaw. Nie będę owijać w bawełnę i bez ogródek powiem: nie znam ich życiorysów i też niespecjalnie mnie one interesują. Po książkę sięgnęłam zaś z jednego powodu: chciałam odpocząć. Od fantastyki, powieści obyczajowych, a także własnego - niekoniecznie zawsze udanego - życia. Patrząc na okładkę i czytając opis książki, wiedziałam, że utrafiłam w sedno. "To jest to", pomyślałam i zdecydowałam się przygarnąć tę uzbrojoną w soczystą, przywołującą na myśl pomarańcze, słońce i Hiszpanię, okładkę książkę. I nie żałowałam poświęconego jej czasu.

Od razu wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: książka nie jest arcydziełem literatury. Jest boleśnie schematyczna, przewidywalna i prosta. Kompletnie nie nadaje się dla mężczyzn, chyba że istnieją tacy, co się w typowych romansach zaczytują (wskażcie mi takiego, to wezmę autograf!). Mało tego - wiele kobiet też nie sięgnie po tego rodzaju książkę. A wiecie dlaczego? Z powodu uprzedzeń. Od lat wtłacza się nam argumenty przemawiające za tym, że harlequiny to zło wcielone i wstyd je czytać. Wielka szkoda, bo są to naprawdę fajne książki, wspaniale odstresowujące, tyle że trzeba pogodzić się z faktem, że są napisane w specyficzny sposób: przewidywalnie i prosto aż do bólu, a także według schematu, który każda czytelniczka mogłaby sobie rozrysować. Uściślając, wszystko zaczyna się od pierwszego spotkania dwójki bohaterów, nierzadko w interesujących okolicznościach, potem mamy rozwój romansu i ewentualnie jakieś wspólne kłopoty, następnie dochodzimy do punktu krytycznego, gdzie następuje kłótnia/rozstanie/tragedia, a na końcu bohaterowie wracają do siebie i mamy tradycyjny happy end.

Według takiego schematu ułożone są historie w "Smaku...". W pierwszej poznajemy Lily, która leczy smutki po zdradzie męża. W Andaluzji spotyka Santiaga, z którym łączy ją pewna tajemnica. Okazuje się, że Lily nie jest do końca osobą, za którą się podaje, o czym mężczyzna dość często jej przypomina. Tymczasem w drugim opowiadaniu przenosimy się do Barcelony. Carrie, na co dzień pracująca w agencji reklamowej, ma przygotować kampanię dla Santosów - słynnych wytwórców wina. Jednocześnie wychowuje osieroconą bratanicę Molly i stara się o adopcję. Przeszkadzają jej w tym dziadkowie dziewczynki, a uwagę Carrie zwraca również przystojny Maks Santos. W trzeciej z kolei historii poznajemy Madryt, a wraz z nim księcia Javiera Herrerę, który musi znaleźć żonę, aby otrzymać w spadku rodzinny bank. Na jego drodze staje Grace Beresford, córka mężczyzny, który go oszukał i dopuścił się malwersacji w banku Santosów. Proponuje jej fikcyjny ślub w zamian za umorzenie długów ojca dziewczyny, jednak żadne z nich nie jest w stanie przewidzieć co z tego wyniknie.

Myślę, że nikt z Was nie obrazi się, gdy powiem, że wszystkie historie skończyły się szczęśliwie. W końcu niczego innego nie można się było po takiej książce spodziewać. I tak Lily i Santiago odrzucili złe wspomnienia i wzięli ślub, Carrie i Maks przestali skakać sobie do gardeł i zostali parą, a Javier i Grace uznali, że ich ślub okazał się strzałem w dziesiątkę. Prawda, że piękne?

Jak już wspominałam, w książce znajdziemy prosty, nieskomplikowany język, podbudowany malowniczymi krajobrazami Hiszpanii, która aż się prosi o odwiedziny. Sądzę, że tego właśnie nam potrzeba po odkrywaniu intryg w kryminałach, śledzeniu wartkiej akcji w fantastyce i zalewaniu się łzami po lekturze poruszających obyczajówek.

"Smak hiszpańskich pomarańczy" to łatwa w odbiorze książka, odprężająca umysł i będąca odskocznią od tego, co czyta się na co dzień. Polecam ją serdecznie miłośniczkom romansów, a także osobom spragnionym odpoczynku. Czyta się ją szybko, dlatego z góry uprzedzam, że doczytanie książki do końca zajmie Wam góra jeden wieczór. Zawsze jednak będzie to kilka godzin relaksu, którego nikt Wam nie odbierze. I to liczy się najbardziej. Osobiście cieszę się, że dojrzałam na tyle, by traktować romansidła jak niezobowiązujące lektury, a nie tandetne szmiry, co w moim odczuciu jest trochę niesprawiedliwe i nie do końca trafne.

Ocena: 4/6

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Harlequin/Mira za chwile hiszpańskiego relaksu.


22 sierpnia 2012

"Dziewiąty Mag" - Alice Rosalie Reystone




Tytuł: Dziewiąty Mag
Autor: Alice Rosalie Reystone
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 544





Nie powiem Wam kim tak naprawdę jest pisarka o pseudonimie literackim Alice Rosalie Reystone, bo nie mam najmniejszego pojęcia. Wiem za to, że jest sympatyczna, na co dzień opiekuje się zwierzętami, ma uroczą kotkę o imieniu Trzynastka i najwyraźniej lubi sagę "Zmierzch" (Alice Rosalie!). Przybranie pseudonimu mogło być podyktowane chęcią pozostania anonimową osobą, niemniej jednak ja widzę jeszcze jeden plus tego niecodziennego zjawiska: szansę zaistnienia na rynku zagranicznym. Polskie nazwisko w dzisiejszych czasach ma nieduże możliwości. Brzmiące obcojęzycznie - ma ich znacznie więcej. Cieszy mnie to, bo po lekturze "Dziewiątego Maga" życzę autorce miejsca na liście bestsellerów New York Timesa.

Tak, dobrze przeczytaliście. Nie przejęłam się negatywnymi opiniami, na które można natknąć się w sieci, dzięki czemu czerpałam radość z czytania tej książki. Wspaniale umiliła mi długą podróż samochodem z Łodzi do Zakopanego (macie pojęcie o korkach na Zakopiance!?), a także wieczory, gdy byłam tak wyczerpana po górskich wojażach, że na nic innego nie miałam siły i ochoty. Na szczęście wystarczyło, bym spojrzała na tego dostojnego smoka na okładce, aby uśmiech na powrót zawitał na mojej twarzy. Zawiesiłam na nim oko już w Empiku, zaczytując się namiętnie w przyjemnie brzmiącej zapowiedzi na tyle okładki, ale dopiero teraz miałam możliwość sięgnąć po książkę i (wreszcie!) ją przeczytać. Chwała Naszej Księgarni, że podjęła się wznowienia tej serii, ponieważ okładka ze znośnej zmieniła się w oszałamiająco piękną ilustrację, na którą co rusz zerkam przy pisaniu tej recenzji. Ale nie o okładce tu mowa...

W "Dziewiątym Magu" mamy okazję poznać historię Ariel - trzydziestokilkuletniej pani weterynarz, świeżo upieczonej rozwódki i matki wkraczającej w nastoletni wiek Amandy. Ariel wiedzie spokojne, najzwyklejsze aż do bólu życie, dopóki nie wkracza do niego elficki oficer Fabien, proszący o pomoc w ratowaniu zmniejszającej się populacji smoków. Ariel reaguje jak każdy normalny człowiek - każe mu popukać się w głowę. Ale z drugiej strony... coś jej mówi, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nie potrafi zapomnieć o wizycie tajemniczego mężczyzny, ani o dziwnych krasnoludach, które ją zaatakowały. Wreszcie ulega namowom Marcusa i olbrzymiego smoka Croya, po czym razem z nimi przechodzi przez magiczny portal do tajemniczej krainy. Dlaczego smoki umierają? Jak potoczą się losy Ariel? I kto tak naprawdę zawładnie sercem z pozoru niedostępnej lekarki? Sięgnijcie po książkę, a poznacie szczegóły tej historii.

Aby nie zepsuć Wam lektury, najpierw skupię się na plusach. Przede wszystkim książkę napisano przystępnym, niezwykle prostym językiem, który ułatwia ekspresowe przemykanie między stronami. Dzięki temu nadaje się i dla starszych, i dla nieco młodszych odbiorców, choć wciąż boli mnie fakt, jak mało pojawiło się w 9M opisów. Idąc dalej, również sam świat przedstawiony zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jest przepełniony magią, a zamieszkują go fantastyczne stworzenia takie jak elfy, centaury i chochliki. Nie potrafię też nie docenić smoków, które są takie, jakie być powinny: drapieżne, ale walczące w słusznej sprawie, majestatyczne, budzące zachwyt, a zarazem grozę. W dużej mierze dzięki nim świat elfów wciąż istnieje, choć ma niemałe kłopoty z atakami złych sił i wszelakich potworów. Wśród przedstawionych smoków najbardziej polubiłam Vivienne, która jest niezwykle charakterna i posiada wyjątkowo ognisty temperament. Właśnie takie stworzenia lubię najbardziej (podobieństwo do Saphiry wskazane i mile widziane).

Teraz przejdźmy do mankamentów książki. Największym błędem, jaki popełniła autorka, jest totalny marysuizm głównej bohaterki. Ariel niby jest najzwyklejszą ludzką istotą, ale w świecie elfów okazuje się, że ma moc przewyższającą moc najbardziej uzdolnionych magów. Bardzo psuje to ogólny obraz książki, bo najbardziej i najkarygodniej rzuca się w oczy. Co w tym wszystkim najdziwniejsze - Ariel okazuje się przez to najbardziej wyrazistą postacią w książce. Cała reszta to zaledwie cienie. Płytcy bohaterowie i ich sztywne lub wręcz nierealne zachowania szkodzą książce i stawiają autorkę w złym świetle. Oby w kolejnych częściach, po które z pewnością sięgnę, postacie Marcusa i Fabiena bardziej się rozwinęły, a Ariel przystopowała. Drugim rażącym mankamentem jest przewidywalność historii. Już po kilku pierwszych rozdziałach można się domyślić dalszych losów bohaterów, przez co tracą one swój urok. Brakuje w nich tajemnicy, bo wszystko wiadome jest z góry. Liczę na to, że autorka zaskoczy mnie w kolejnej odsłonie 9M już we wrześniu, bo wierzę, że będzie w stanie tego dokonać tak samo jak sprawiła, że mimo naprawdę sporych uchybień książka stała się jedną z moich ulubionych. Być może podyktowane jest to tym, że lubię proste historie, z wyraźną nutką fantastycznego romansu i z magią oraz smokami w tle, jednak co za dużo, to niezdrowo. Więcej komplikacji, proszę! Ostatnim błędem jest słabo zaznaczona granica między Dobrem a Złem. Nie wiem jak inni odbiorcy tej pozycji, ale ja nie czułam zagrożenia ze strony wroga. Książka była zbyt lekka i zbyt optymistycznie podchodziła do kwestii walki ze Złem. Ariel traktowała pobyt w świecie elfów jako przygodę i możliwość poznania fascynujących stworzeń, nie zawsze do końca zdając sobie sprawę z powagi sytuacji i roli, jaką w niej odgrywa.

Całe szczęście, że to dopiero początek i wiele jeszcze przed nami. Historia się rozwinie, a wraz z nią - mam nadzieję - i bohaterowie. Z pewnością doświadczymy jeszcze wielu emocji podczas lektury kolejnych części i życzę sobie samej, aby sprawiły mi one równie dużo radości, co ten tom. Polecam Wam tę książkę, ponieważ jest ona niezwykle ciepła i ma potencjał, który osobiście chętnie będę weryfikować w "Zdradzie" i "Dziedzictwie". Nie zrażajcie się uchybieniami popełnionymi przez autorkę - w końcu jest to debiut na rynku, więc siłą rzeczy początkujący autor musi się uczyć na własnych błędach. Bez ich popełniania nie bylibyśmy sobą.

Ocena: 4,5/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.

21 sierpnia 2012

"Bo śmierć to dopiero początek" - Sylwia Błach





Tytuł: Bo śmierć to dopiero początek
Autor: Sylwia Błach
Wydawnictwo: Radwan
Liczba stron: 192





Przyznaję bez bicia, że nigdy nie miałam styczności z horrorami ani z szeroko pojętą literaturą grozy. Omijałam Kinga i Mastertona szerokim łukiem, bo jestem tchórzem i po lekturze takiej książki jak nic miałabym koszmary. Jednak dla Sylwii Błach zrobiłam wyjątek. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jest sympatyczną osobą, otwartą na krytyczne uwagi, ale i na nowe znajomości. I ze względu na bajeczną okładkę, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

"Bo śmierć to dopiero początek" to już druga książka Sylwii, młodziutkiej (młodszej ode mnie!) pisarki, entuzjastki wampiryzmu, czerni i grozy. Nie czytałam jeszcze jej debiutanckiego zbioru opowiadań pt. "Strach", ale liczę na to, że uda mi się to kiedyś nadrobić. Wiem za to, że obie książki zbierają całkiem dobre recenzje i dlatego też wielka szkoda, że Sylwię zauważyło tylko jedno wydawnictwo - nie oszukujmy się, mało rozwinięte. Choć okładka jest przepiękna, nie sposób nie zauważyć, że całość prezentuje się... z braku odpowiedniego słowa powiem, że biednie. Zwłaszcza czcionka i łamanie druku pozostawiają wiele do życzenia - wygląda to jak spięty do kupy, naprawdę kiepski maszynopis. Nawet mój licencjat wyglądał efektowniej... Ale rozumiem, że chodzi o koszty - że trzeba je ciąć, aby w ogóle doszło do wydania. Dlatego mimo wszystko cieszę się, że książka na rynku jest.

W powieści możemy zapoznać się z historią początkującej pisarki Malwiny, mającej kłopoty ze znalezieniem wydawcy dla swojej książki. Dziewczyna - poza pisaniem - pracuje na dwa etaty, a także zajmuje się rozchwianą emocjonalnie matką Jadwigą, pogrążoną w wiecznej depresji po śmierci męża. Malwina ciężko przeżywa odrzucenie jej książki przez trzy wydawnictwa z rzędu i coraz bardziej odsuwa się od swojego chłopaka i świata zewnętrznego. Wydaje się, że nikt nie jest w stanie jej pomóc... i nagle Jadwiga znajduje martwą Malwinę w łóżku. Sprawa jest prosta: to było samobójstwo. Rodzina jest w szoku. Szykuje się pogrzeb. Ale jak wskazuje tytuł książki, śmierć jest dopiero początkiem tej historii. Do czego posunie się Jadwiga, aby pomóc jedynemu dziecku w spełnieniu marzeń? Czy książka jej córki odejdzie w zapomnienie, czy może stanie się hitem na miarę powieści Stephenie Meyer? I co tak naprawdę stało się z Malwiną? Tego dowiecie się z lektury książki, bo ja nic więcej Wam nie zdradzę!

"Bo śmierć..." to całkiem sprawnie napisana powieść, niepozbawiona mankamentów, momentami niedopracowana, ale z pewnością czytliwa i w pewnym stopniu trzymająca w napięciu. Na prawie dwustu stronach czai się tajemnica, którą koniecznie chce się poznać, nawet jeśli nie wszystko jest spójne i zrozumiałe. Językowo książka przedstawia się nadzwyczaj prosto, czasami wręcz banalnie, ale - mimo wszystko - znośnie. Niestety, w moim odczuciu pozbawiona jest otoczki grozy, o której tak wszyscy mówili. Książkę nazwałabym prędzej studium psychologicznym dwóch bohaterek, które zmagają się z własnymi problemami psychicznymi. I wbrew pozorom nie jest to jej mankament, lecz zaleta, ponieważ to właśnie w umysłach Malwiny i Jadwigi działo się najwięcej. Poznawanie ich od tej strony (zakrawającej wręcz na paranoję) było ciekawe, ale szkoda, że zabrakło w tym obiecanych elementów grozy - nawet taki tchórz jak ja nie miał się czego bać. Na szczęście autorka nadrobiła ich brak scenami erotycznymi - śmiałe opisy tak charakterystyczne dla tego typu książek doskonale wtopiły się w tekst, nadając mu charakteru i pikanterii.

Nie jestem w stanie przedstawić Wam wad tekstu, nie zdradzając istotnych fabularnie szczegółów. Z tego względu poradzę Wam jedynie baczne przyglądanie się mu zaraz po scenie samobójstwa Malwiny. Z pewnością wychwycicie kilka absurdów, które szkodzą fabule i pozostawiają po sobie pewien niesmak. Dodatkowo muszę wspomnieć o mało charakterystycznej postaci Malwiny. Dziewczyna wydaje się być sztywna, zamknięta w ramy, mało ciekawa, słowem: nijaka. Niby jest główną bohaterką powieści, ale to nie ona zaprząta uwagę czytelnika. To niepozorna Jadwiga pokazuje prawdziwe oblicze i swoją wręcz szarlatańską wizję pomocy córce. Niewinną dziewczynę wplata w sieć intryg i spisków, podbarwionych absurdem, tragedią i skrzywieniem moralnym, co czyni ją najjaśniejszym elementem książki. Co jak co, ale takiej matki to ja bym się bała...

Gdybym chciała zamknąć ten tytuł w jednym gatunku, pewnie miałabym z tym problem. Książka wymyka się określonym odgórnie ramom i można w niej znaleźć wiele różnych gatunków. W "Bo śmierć..." widać kobiecą rękę, którą jednak zaraz zastępuje kontrowersja, także nie brak tej powieści dynamizmu. Bez problemu możemy też doszukać się w niej wątków autobiograficznych - Sylwia Błach tak samo jak Malwina miłuje mrok i wampiry. Sama miałam po lekturze jej powieści mieszane uczucia - niby mnie ona nie zachwyciła, ale jednak przeczytałam ją z zainteresowaniem i do samego końca w zaledwie kilka godzin. Komu mogę ją polecić? Wszystkim, których nie razi 3,5/6, bo tak naprawdę każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie.

Ocena: 3,5/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.

18 sierpnia 2012

Nowa Fantastyka 359 (8/2012)

Połowa wakacji za pasem, czas płynie szybciej niż byśmy tego chcieli, na szczęście redakcja Nowej Fantastyki nie wypada z rytmu i prezentuje nam najnowszy, sierpniowy numer swojego miesięcznika. Dla mnie jest to pierwszy egzemplarz recenzencki, z którego cieszę się ze względu na miłość do fantastyki, a także chęć spróbowania czegoś odmiennego, z czym nie miałam wcześniej do czynienia, jeśli chodzi o recenzowanie. Dlatego z tym większym zapałem zabrałam się do lektury, gdy tylko wyjęłam paczkę ze skrzynki pocztowej.

Z okładki, co prawda nie w moją stronę (a szkoda!), spogląda kultowa już postać mojego idola po wsze czasy, czyli osławionego Harry'ego Pottera. Okładka zapowiada testy Pottermore - interaktywnej platformy stworzonej dla osób takich jak ja, a więc zapalonych potteromaniaków. Temat jak najbardziej na czasie, biorąc pod uwagę popularność portalu. Sama przegapiłam betę, ale mam pojęcie o tym, jak wyglądała premiera dla reszty świata. Opóźnione maile, wieszanie się strony, setki tysięcy nowych użytkowników - to był istny szał, a gdzieś w środku ja, LightFeather18240, dumna Gryfonka, eksplorowałam pierwsze rozdziały Kamienia Filozoficznego, ciesząc się jak dziecko. W swoim artykule Anna Kaiper w przystępny, zwięzły sposób przedstawiła zalety portalu oraz szczegóły towarzyszące zabawie, podkreślając - słusznie zresztą - główną wadę w postaci długiego oczekiwania na kolejne rozdziały do przejścia. Nie wiem, czy autorka tekstu jest fanką zarówno Harry'ego, jak i Pottermore, niemniej jednak szkoda, że nie wspomniała o tym, że zdobycie Pucharu Domów wiąże się z dodatkowymi atrakcjami dla zwycięskiego domu, a co za tym idzie, na czas ostrej rywalizacji między domami ciężko o przyjaźń między nimi. Prym wiodą Gryfoni i Ślizgoni i nie od dziś wiadomo, że tworzone są plany rywalizacji, koalicje, wysyłani są szpiedzy, a wszystko to ma na celu zdetronizowanie rywala.

W najnowszym numerze przeczytacie również ciekawy artykuł Wawrzyńca Podrzuckiego o mutantach. Autor rozważa w nim możliwość wystąpienia w naszym świecie mutacji typowych dla Supermana, Wolverine'a, czy chociażby wężów posiadających zdolność widzenia w podczerwieni. Słusznie odnosi się tutaj do postępów nauki, która - jak na razie - za tak skomplikowanymi mutacjami nie nadąża, co nie oznacza, że prace nad zwierzęcymi i ludzkimi genami zostały wstrzymane. Wręcz przeciwnie - nawet żywność mamy teraz modyfikowaną genetycznie. Czy jest to bezpieczne? Tego już autor artykułu nie poruszył.

Kolejne dwa interesujące artykuły nawiązują do cenzury i mashupów. Ta pierwsza dotyczy zwłaszcza produkcji filmowych i seriali, choć dużym zaskoczeniem było dla mnie również to, że cenzuruje się nawet trailery filmowe! Do tej pory miałam je za wiarygodne, choć przesadzone (bo przecież zawsze pokazuje się najlepsze urywki, aby zaciekawić odbiorcę) źródło informacji o produkcji. A tu proszę! Taka niespodzianka - stringi zamieniają się w pełne majtki, a pistolet w krótkofalówkę... Na pewno też słyszeliście o głośnej wpadce twórców "Gry o tron", którzy w jednym z odcinków posłużyli się odciętą głową... byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dla mnie był to szok, ale autor artykułu rzucił na sprawę nowe światło - teraz nie jestem już pewna, czy nie był to jednak tani chwyt marketingowy, mający na celu podniesienie sprzedaży serialu na DVD i Blu-Ray.

Natomiast w przypadku mashupów ciężko mi się wypowiedzieć, zachowując obiektywizm. Jest to nowa tendencja w literaturze, polegająca na dodawaniu wątków fantastycznych i paranormalnych do klasycznych tytułów z ugruntowaną pozycją. W ten sposób powstały m.in. "Opowieść zombilijna", czy "Duma i uprzedzenia i zombie". Temat jest z pewnością kontrowersyjny - co więcej, daje nam do wiadomości, że mashupy cieszą się coraz większą popularnością. Moje zdanie w tej kwestii jest jednak niezmienne: odkąd pierwszy raz o tym usłyszałam, od razu nazwałam to głupotą i żerowaniem na czyjejś pracy. I tak też pozostanie.

Oprócz recenzji najnowszych książek, filmów, czy gier (m.in. fenomenalnego "Władcy wilków" naszego sąsiada z południowej granicy, mocno przereklamowanego "Prometeusza" i gry planszowej rodem z Westeros), znajdziecie w tym numerze kilka felietonów. Jakub Ćwiek opowie Wam dlaczego lubi kino sportowe, a od sportu trzyma się z daleka, a Michael J. Sullivan w dziewiątym już odcinku swoich "Rad dla piszących" przedstawi Wam rolę zaufania w relacjach autora z czytelnikami. Na te dwa artykuły radzę Wam zwrócić baczniejszą uwagę, ponieważ Ćwieka standardowo trzyma się dobry humor, przez co felieton czyta się z przyjemnością, a rady Sullivana przydadzą się większości z nas - tym, którzy piszą amatorsko, i tym, którzy próbują robić to zawodowo.

Zapewne wiecie, że Nowa Fantastyka zawsze dzieli się na dwie części. Pierwsza dotyczy stricte publicystyki, druga zaś prezentuje nam wybrane przez redakcję opowiadania. Polecam Wam tę wkładkę szczególnie, ponieważ jest to kuźnia młodych talentów. W ten sposób odkryto m.in. Andrzeja Sapkowskiego, autora lubianej i chętnie czytanej przez Polaków (i nie tylko!) sagi o wiedźminie Geralcie. W tym numerze najbardziej zainteresowały mnie dwa opowiadania: "Lisiczka" Małgorzaty Wieczorek oraz "Mistrz" Tomasza Zawady. Z prozy zagranicznej ciekawą formę listów bohatera do matki przedstawił Tom Crosshill w swoim "Mamo, jesteśmy Żenią, Twoim synem", jednak nie do końca były to moje klimaty. Tymczasem i "Lisiczka", i "Mistrz" oscylowały wokół kultury Dalekiego Wschodu, zwracając moją uwagę (po raz pierwszy!) na fantastykę chińską i japońską. Jeśli znacie jakieś godne uwagi książki utrzymane w tych klimatach, bardzo Was proszę o informację pod tym postem. Obydwa opowiadania, choć krótkie, były wciągające. "Mistrz" zawierał w sobie historię ucznia i mistrza, dwójki samurajów, z których jeden posiadał pewne interesujące zdolności, drugi zaś ich nie miał, co było powodem do zazdrości, a z czasem - przyczyną nieszczęścia. "Lisiczka" z kolei przyciągnęła mnie ze względu na historię Liana, chłopca najpierw osieroconego, a następnie przygarniętego przez pana Zhenga, a także na smoczy wątek, mimo że chińskie smoki mało mają wspólnego z tymi, które podobają mi się najbardziej. Gorąco zachęcam Was do przeczytania tych dwóch opowiadań i podzielenia się ze mną swoją opinią. Chętnie porozmawiam też z osobami, które tego typu literaturę mają już za sobą.

Podsumowując, sierpniowy numer Nowej Fantastyki dostarczył mi kilku godzin rozrywki. Poszerzył też moją wiedzę z zakresu fantastyki, a także otworzył oczy na zupełnie nowy gatunek, którego z pewnością nie przepuszczę w najbliższych książkowych poszukiwaniach. Jak widać nie trzeba pochylać się wyłącznie nad ciężkimi tomiszczami lub - po prostu - książkami, aby miło i praktycznie spędzić popołudnie. Zapraszam Was do lektury - miesięcznik znajdziecie w dobrych kioskach i sklepach, takich jak Empik, czy In Medio.

Za możliwość poszerzenia fantastycznych horyzontów dziękuję Redakcji Nowej Fantastyki.


16 sierpnia 2012

"Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu" - John Flanagan




Tytuł:
Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu
Autor: John Flanagan
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 350




Jeszcze przed wyjazdem sięgnęłam po tę książkę z nadzieją, że przeczytam choć połowę, a z resztą rozprawię się po powrocie z Zakopanego. Jednakże lektura pierwszej części serii o zwiadowcach zaskoczyła mnie na tyle, że w ciągu kilku godzin przeczytałam wszystko i bardzo żałowałam, że mam na podorędziu tylko ten jeden tom. Na razie, bowiem wiem już, że muszę (i chcę) zapoznać się z całością, liczącą sobie aż jedenaście (!) tomów.

"Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu" to pierwsza część autorskiego pomysłu znanego już Wam z recenzji "Drużyny. Wyrzutków" Johna Flanagana - Australijczyka, który postawił sobie za punkt honoru, aby rozbudzić moją wyobraźnię i zafascynować mnie swoimi powieściami. Książka liczy sobie trzysta pięćdziesiąt stron, jednak jest tak przyjemna i lekkostrawna, że czas mija przy niej ekspresowo. Pocieszam się tym, że kolejne tomy z pewnością będą dużo obszerniejsze. Okładka nie powala na kolana swoim kunsztem, ale jest prosta i wymowna - mi osobiście podoba się i nieskomplikowana ilustracja nawiązująca do tytułowych zwiadowców, i charakterystyczna czcionka.

Jest to już druga książka Flanagana, którą czytam w przeciągu dwóch miesięcy. I jeśli "Drużyna. Wyrzutki" wprawiła mnie w dobry humor, tak "Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu" wywołały u mnie czystą czytelniczą euforię. Możecie mnie zbesztać za fascynację tego typu książkami (wszak jako osoba oczytana czytam coś, co klasyką nie jest i nigdy nie będzie), ale ja nie zrezygnuję z czegoś, co lubię, aby przypodobać się innym.

W książce znajdziecie historię osieroconego piętnastolatka Willa, który wraz z innymi sierotami czekał na Wybór - dzień, w którym Mistrzowie Sztuk dobierają sobie uczniów, co jest dla nich okazją do wykazania się i okrycia chwałą. Will, najmniejszy i najchudszy ze wszystkich, pragnął zostać rycerzem, ale sir Rodney potwierdził jego najgorsze obawy - chłopiec nie nadawał się do bycia wojownikiem. Mało tego! Żaden inny Mistrz nie chciał uczynić go swoim uczniem, więc Will utracił resztki nadziei. Wskutek pewnej przygody (gorąco polecam do zapoznania się z jaką) został jednak przygarnięty przez zwiadowcę Halta, który dostrzegł w nim potencjał i postanowił dać mu szansę. Musicie wiedzieć, Halt to żywa legenda - podczas wojny to on zaprowadził oddział żołnierzy na tyły wroga, co przyczyniło się do zwycięstwa sił króla Duncana. Will, chcąc wykorzystać daną mu szansę, rozpoczął karkołomny trening pod okiem słynnego zwiadowcy, ucząc się fechtunku i tajników bycia prawie że niezauważalnym. Badał tropy, ukrywał się przed Haltem, strzelał z łuku i jeździł konno. Niestety, sielanka nie mogła trwać wiecznie - na corocznym Zlocie Zwiadowców wyszło na jaw, że siły zdrajcy Morgaratha znów się mobilizują, a ku ruinom Gorlanu podążają tajemnicze potwory. Nasi zwiadowcy w towarzystwie dawnego ucznia Halta ruszyli na łowy. Co ich spotkało w ruinach Gorlanu - przekonajcie się sami!

Co mi się w tej książce spodobało, to z pozoru niewidoczne powiązania z pierwszą częścią "Drużyny". Kilkukrotnie pada nazwa Skandii - pod kątem tego, że jest to zły, barbarzyński naród, niebezpieczny i wrogi królestwu. Co najciekawsze, "Drużyna. Wyrzutki" przedstawia zupełnie inny obraz Skandian, co stanowi dodatkowy smaczek przy lekturze obu książek.

Ponownie chciałabym też podkreślić rolę charakterystycznego stylu Flanagana. Autor ma dar przedstawiania historii w przystępny, ciekawy sposób, przez co nie zauważa się upływu stron i czasu im poświęconego. Książka nadaje się dzięki temu dla młodszych odbiorców, a także dla entuzjastów tego typu powieści - bez względu na wiek - również dzięki temu, że historia jest przewidywalna, a granica między Dobrem a Złem mocno zaznaczona.

Nieco irytujący jest sposób kreowania przez autora głównego bohatera. Tutaj również jest to młody chłopak z niemałym bagażem doświadczeń, niski i chuderlawy, ale z pewnymi umiejętnościami, niedoceniany, a przez to zaskakujący swoich rodaków. W identyczny sposób Flanagan kreuje postać nauczyciela - szorstkiego w obyciu, z pozoru nieprzyjemnego człowieka, w którym z czasem budzą się ludzkie odczucia. Jest to wtórny pomysł, ale w wykonaniu Flanaganam, biorąc pod uwagę ogrom zalet jego powieści, ciężko uznać to za ciężkie przewinienie. Ja jestem mu to w stanie wybaczyć, zwłaszcza że kreacja głównego bohatera nie razi mnie aż tak bardzo, a Halta wręcz ubóstwiam za niezłomność charakteru i odwagę.

Naprawdę ciężko powiedzieć coś złego o tej książce. Może i jest mało ambitna, może i momentami zbyt statyczna i przewidywalna, ale ma swój urok, któremu większość z nas uległo bądź jeszcze ulegnie. Jak już mówiłam, nie mam zamiaru rezygnować z takich książek, aby przypodobać się innym. A Wam szczerze polecam serię o zwiadowcach. Jeśli tylko lubicie ciekawe historie, lekki styl pisarza, wyraźnie zarysowaną granicę między Dobrem a Złem (jak u Tolkiena!) - nie zawiedziecie się Flanaganem.

Ocena: 5/6

Obserwację treningu Willa i Halta umożliwiło mi Wydawnictwo Jaguar.

14 sierpnia 2012

Stos 3/2012


Wielu blogerów z większym stażem, którzy za punkt honoru postawili sobie pouczanie młodszych w niemalże wszystkich kwestiach blogowania, twierdzi, że dodawanie zdjęć stosów to szpan i przejaw skrajnej głupoty. Ja zaliczam się do grona osób lubiących ten rodzaj prezentowania książek, których można się będzie spodziewać na moim blogu w najbliższym czasie, nie zamierzam też blogować pod czyjeś dyktando według niepisanych standardów, które mi nie odpowiadają. Dlatego też z miłą chęcią zapraszam Was do przyjrzenia się moim ostatnim zdobyczom z przełomu lipca i sierpnia. Kolejne tytuły dojdą do mnie dopiero po 19 sierpnia, ponieważ wybieram się w góry na urlop, a co za tym idzie, resztę stosu dodam w późniejszym czasie, informując Was o tym przy najbliższej okazji.



Tradycyjnie rozpocznę od stosu recenzyjnego. Kolejno odlicz będą to:


1. Assassin's Creed: 1 | Desmond,
Éric Corbeyran - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Sine Qua Non; komiksowa wersja przygód Desmonda Milesa z mojej ulubionej serii gier; [RECENZJA]
2. Assassin's Creed: 2 | Aquilus,
Éric Corbeyran - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Sine Qua Non; druga część asasynowego komiksu, której recenzja pojawi się w piątek;
3. Wybranka bogów. Część 1, P.C. Cast - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Harlequin/Mira; przyjemna, nieskomplikowana lektura z uniwersum Partholonu; [RECENZJA]
4. Wybranka bogów. Część 2, P.C. Cast - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Harlequin/Mira; druga część przygód Shannon Parker, której nie sposób nie polubić; [RECENZJA]
5. Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu, John Flanagan - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar; pierwsza część bestsellerowej serii o zwiadowcach, w której wprost się zakochałam; recenzja pojawi się, mam nadzieję, kiedy będę już w górach;
6. Gone: Zniknęli. Faza druga: Głód, Michael Grant - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar; zachwycona pierwszą częścią, postanowiłam kontynuować przygodę z autorem; książka jedzie ze mną na wakacje, więc recenzja pojawi się dopiero po moim powrocie;
7. Busem przez świat. Wyprawa pierwsza, Karol Lewandowski - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Sine Qua Non; bardzo optymistyczna książka, która opisuje podróż grupy studentów wyremontowanym busem ze Świdnicy prosto na Gibraltar. [RECENZJA]



Kolejny jest stos własny, a w nim:

1. Głos serca, Jodi Picoult - moja wygrana w czerwcowym (!) konkursie na Lubimy Czytać; biorąc pod uwagę ile na nią czekałam, dobrze, że w ogóle do mnie dotarła; już się nie mogę doczekać czytania, bo uwielbiam tę autorkę;
2. Lare i t'ae, Eleonora Ratkiewicz - książka z wymiany na Lubimy Czytać; muszę zdobyć pierwszą część, ale tej nie mogłam sobie odpuścić ze względu na obłędną okładkę;
3. Miłość przez małe "m", Francesc Miralles - zdobycz empikowa w promocji "50% taniej"; skusiła mnie kocia okładka, a wiecie, że ja żadnemu sierściuchowi się nie oprę;
4. Pomyśl o lilii, Elizabeth Buchan - wygrana w konkursie u Waniliowej (dziękuję, Kochana :*); podobno bardzo wciągająca saga rodzinna;
5. Honor złodzieja, Douglas Houck - kolejna książka z wymiany na Lubimy Czytać; czytałam same pochlebne opinie na temat tej pozycji, więc skusiłam się na nią bez chwili wahania;
6. Zaginiony symbol, Dan Brown - książka, którą podarowałam chłopakowi na urodziny; zamierzam przeczytać ją sobie dla przypomnienia wydarzeń;
7. Niedokończone opowieści, J.R.R. Tolkien - zakup w promocji na Selkarze; kompletuję wszystkie dzieła Mistrza tylko i wyłącznie w twardej oprawie od Ambera.



Trzeci jest stos mieszany, w którym znajdziecie:

1. Bo śmierć to dopiero początek, Sylwia Błach - egzemplarz podarowany przez autorkę; lektura tej książki będzie dla mnie próbą rozprawienia się z literaturą grozy;
2. Pokuta, Anne Rice - tę książkę pokazywałam Wam jakiś czas temu jako zdobycz biblioteczną; dziś jest to zdobycz z wymiany na fincie; [RECENZJA]
3. Kuszenie, Anne Rice - również wymiana na fincie; mam nadzieję, że książka będzie choć trochę lepsza od poprzedniczki;
4. Dziewiąty Mag, A.R. Reystone - pierwszy tom trylogii, której autorem jest polska pisarka, kryjąca się pod pseudonimem literackim - prywatnie bardzo ciepła osoba; książka również jedzie ze mną w góry.



Zapewne nie macie wątpliwości, że następny w kolejności jest stos biblioteczny. A w nim:

1. Magia kąsa, Ilona Andrews - kolejna książka, której autorem (a raczej autorami) jest ktoś kryjący się za pseudonimem (czy to jakaś nowa moda?); cała seria jest podobno bardzo dobra;
2. Magia parzy, Ilona Andrews - druga część tej samej serii;
3. Magia uderza, Ilona Andrews - i trzecia część również się znajdzie;
4. Norwegian Wood, Haruki Murakami - moje ostatnie książkowe rozczarowanie, pierwsza i ostatnia pozycja tego autora, którą wzięłam do rąk; [RECENZJA]
5. Kobieta na krańcu świata 2, Martyna Wojciechowska - wspaniały zbiór reportaży, od których nie mogłam się oderwać przez kilkanaście godzin czytania. [RECENZJA]

To byłoby tyle, jeśli chodzi o książki, niemniej jednak chciałabym pokazać Wam jeszcze, co ostatnio przyszło do mnie od Prószyńskiego:



Jest to najnowszy numer "Nowej Fantastyki" - pierwszy, który recenzuję w ramach nowej, ciekawej współpracy. Nie chcę zamykać się wyłącznie w kręgu książek, a że fantastyką interesuję się najbardziej, stąd moja chęć zapoznania Was z tą pozycją. Co mnie cieszy najbardziej, to obecność Harry'ego na okładce - pierwszy numer do recenzji, a ja już darzę go sentymentem.

A na sam koniec trzy maluchy, które podbiły moje serce na wielu Waszych blogach. Nie mogłam więc ich sobie nie sprawić. Oto one:



Jeśli chodzi o stos na chwilę obecną, to jest już wszystko. Resztę będziecie mogli zobaczyć później, kiedy już wrócę z Zakopanego i odbiorę wszystkie paczki z poczty. Mam nadzieję, że nie zdążą wrócić z powrotem do wydawnictw!

Pytanie na sam koniec: co najchętniej przeczytalibyście z wyżej przedstawionych stosów?

10 sierpnia 2012

"Assassin's Creed: 2 | Aquilus" - Éric Corbeyran




Tytuł:
Assassin's Creed: 2 | Aquilus
Autor: Éric Corbeyran
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 48





Tyle razy mówię sobie: "Nie oceniaj książki (tudzież komiksu) po okładce". Zazwyczaj udaje mi się dotrzymać tej obietnicy, bo dzięki temu mam możliwość przeczytania czegoś, co wizualnie odpycha, a i tak jest dobre. Przy tej pozycji nie potrafię jednak zignorować pięknej okładki, zwłaszcza że to ona głównie przyciąga wzrok osób przechodzących w sklepie obok półki z komiksami. Nie da się ukryć - wygląda imponująco. Co więcej, charakterystyczny biały kaptur i detale przy pancerzu sugerują mojego ulubieńca - Ezia. Z kolei tytuł komiksu temu przeczy, więc znowu nie jestem tego w stu procentach pewna.

Dla przypomnienia: fabuła komiksu unaocznia nam (dosłownie!) historię Desmonda Milesa, bohatera kultowej już serii Assassin's Creed. Gry te mają na świecie miliony fanów (w tym mnie), którzy oczekują obecnie trzeciej części zmagań Zakonu Asasynów z Templariuszami. Tym razem jednak nie mamy do czynienia wyłącznie z wątkiem znanym z gier, ponieważ Corbeyran - człowiek odpowiedzialny za oś fabularną komiksów - wplótł w nie własne pomysły.

Dzisiaj przedstawiam Wam drugą część historii, w której Desmond, poza walką z Templariuszami, szuka wśród swoich przyjaciół zdrajcy. Ktoś w jego grupie jest nie do końca szczery, a aby go zdemaskować, Desmond musi wyruszyć w kolejną niebezpieczną podróż wgłąb Animusa. Akceptuje już to, kim jest, jest również wdzięczny Lucy za odbicie go z rąk Abstergo, którym rządzi Zakon Templariuszy. Najciekawszym aspektem całej historii jest fakt, Miles musi przeżywać wspomnienia Aquilusa, który jest jego dawnym przodkiem. Wciąż nie jestem pewna, czy jest barbarzyńskiego pochodzenia, niemniej jednak z pewnością moje wątpliwości rozwinie trzecia część komiksu, która jeszcze w tym roku zawita na naszych półkach sklepowych.

Niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o kreskę. Za oprawę wizualną odpowiedzialny jest Djillali Defali, któremu dobrze idzie rysowanie otoczenia i sylwetek, a który kompletnie nie potrafi oddać emocji na twarzach bohaterów. Nie spodziewałam się, że od wyjścia pierwszej części komiksu coś się w tej kwestii zmieni, ale i tak smutno mi patrzeć na twarze ulubionych bohaterów, przypominających nieociosane klocki drewna.

Na szczęście całość prezentuje się zacnie. Twarda oprawa z zakrytą twarzą asasyna robi wrażenie, a jakość druku rekompensuje mi wady stylu Defaliego. Fabuła rozkręca się znacznie bardziej niż w części pierwszej, nareszcie też wzbudza w odbiorcy pożądane uczucie zaciekawienia. Desmond gotowy jest na naprawdę wiele, aby zdobyć tajemniczy artefakt, zanim zrobią to wrogowie. Dzięki temu akcja nabiera tempa i powoli (bardzo powoli) zbliża się do tego, co czuliśmy, prowadząc Ezio, a wcześniej Al
täira, ku punktowi kulminacyjnemu gry. Mam nadzieję, że w kolejnej odsłonie przygód Desmonda (a zarazem Aquilusa) nie zawiodę się na fabule i wreszcie będę miała okazję przyjrzeć się bliżej temu tajemniczemu skrytobójcy oraz jego równie ciekawemu bratu.

Wielka szkoda, że komiks zapowiedziany jest jedynie w trzech częściach. Osobiście z miłą chęcią kontynuowałabym przygodę z nowymi asasynami i dotąd nierozwiniętymi wątkami. Jest to z pewnością coś nowego, taki powiew świeżości w znaną mi od dawna historię, którą pokochałam już na samym początku. Bardzo często wracam do gry, aktualnie po raz n-ty przechodzę podstawkę Assassin's Creed 2 i jestem przekonana, że również i do komiksów wydanych nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non będę niejednokrotnie wracać.

Czy polecam Wam kontynuację pierwszego komiksu o przygodach Desmonda? Jak najbardziej. Jest lepsza, ciekawsza, znacznie bardziej wciągająca i pozostawiająca niedosyt, który będzie można zaspokoić już niedługo. Głównej wady komiksu, czyli nieociosanych twarzy bohaterów bez jakiegokolwiek wyrazu, nie jesteśmy w stanie wyeliminować. Warto jednak przymknąć na nią oko, aby zagłębić się w pasjonującą fabułę, odkrywającą dotąd nieznane nam fakty.

Ocena: 5/6

Z Aquilusem i Desmondem spotkałam się za pośrednictwem Wydawnictwa Sine Qua Non.


PS. Standardowo zapraszam Was do obejrzenia filmiku promującego komiks. Muszę przyznać, że robi wrażenie! Obejrzeć możecie go tutaj.

Odautorsko:
To jest ostatni post, który redaguję na bieżąco. Kolejne będą publikować się automatycznie, podczas gdy ja będę wędrować po Tatrach. Do zobaczenia po 19 sierpnia - obiecuję, że jak będę mogła, będę Was odwiedzać, odpowiadać na Wasze komentarze i publikować Wasze!


7 sierpnia 2012

"Kobieta na krańcu świata 2" - Martyna Wojciechowska




Tytuł:
Kobieta na krańcu świata 2
Autor: Martyna Wojciechowska
Wydawnictwo: G+J Polska
Liczba stron: 350




Martyna Wojciechowska to niezależna, pewna siebie i silna kobieta, na co dzień matka małej Marysi i zapalona podróżniczka, dla której praca w terenie jest spełnieniem marzeń. Zdobyła Koronę Ziemi w trudniejszej wersji, brała udział w rajdzie Paryż-Dakar, zachorowała na groźną chorobę i wyzdrowiała, a od 2007 roku jest redaktorem naczelnym polskiego National Geographic. Dla mnie Martyna jest wzorem do naśladowania, kobietą, którą podziwiam za determinację, chęć niesienia pomocy i.... cykl reportaży pod zbiorczym tytułem „Kobieta na krańcu świata”.

Nie jestem pewna, czy za moją ostatnią fascynację literaturą podróżniczą odpowiada możliwość zrecenzowania książki „Busem przez świat”, czy może zbliżający się wielkimi krokami wyjazd w góry. Niemniej jednak pozostajemy dziś w kręgu podróży, choć tym razem wykraczających daleko poza Europę. Przyjrzymy się drugiej już części „Kobiety na krańcu świata”, opisującej wspaniałą i bogatą w doświadczenia podróż do Afryki i Azji.

Wspominałam Wam już, że na widok takich książek aż świecą mi się oczy, prawda? Przy tej mało brakowało, aby wyszły mi z orbit. Zachwycałam się nie tylko jakością papieru, ale przede wszystkim zdjęciami ilustrującymi podróż Martyny i jej ekipy. Tutaj, muszę przyznać, było ich naprawdę sporo, ale dzięki temu książkę czytało się piorunem. Zdjęcia były niejako przerywnikami tekstu, co pozwalało moim oczom odpocząć. Dawały również większe wyobrażenie ogromu pracy, jaką wykonała ekipa „Kobiety na krańcu świata”.

Na pewno kojarzycie taki program z telewizji. Napisana przez Martynę książka jest wspaniałym uzupełnieniem historii przedstawionych w programie, zwłaszcza że ekipę obowiązywał ściśle czas emisji, odgórnie wyznaczony przez stację telewizyjną. Martyna zawsze podkreślała, że historie te są na tyle ważne i dla jej ekipy, i dla bohaterek reportaży, że po prostu nie byłaby w stanie zmieścić ich w czterdziesto- czy nawet pięćdziesięciominutowych odcinkach z przerwami na reklamy. Z tego też względu napisała te książki, pomimo swojej niechęci do pisania w ogóle.

A wbrew pozorom pisze całkiem dobrze. Rozumiem, że czuwa nad nią osoba odpowiedzialna za korektę, ale główna myśl tego, co chce nam przekazać, pozostaje, tak samo jak lekki, prosty styl pisania, dzięki któremu tak miło czyta się każdy reportaż. Treści jest sporo, ale są one przedstawione w naprawdę przystępny sposób, a także okraszone solidną dawką ciekawostek, które wystrzeliły mnie na orbitę zadowolenia. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam czytać najróżniejsze ciekawostki ze świata. Naprawdę lubię go poznawać, codziennie uczyć się o nim czegoś nowego. Im więcej nowych wiadomości zostaje mi przekazanych w książce, tym lepiej dla mnie. Dlatego też tak bardzo podziwiam Martynę za to, co robi. Nie dość, że jeździ w naprawdę odległe miejsca na świecie, to jeszcze wyszukuje o nich najciekawsze informacje, a następnie przekazuje je czytelnikom. W ten sposób poznałam szczegóły życia japońskich gejsz (fenomenalny reportaż!), zgłębiłam fenomen stylu kawaii, zakochałam się w orangutanach i zapałałam sympatią do wychowanej przez ludzi hipopotamicy Jessici.

Nie mogłam też przejść obojętnie obok historii kobiet, których życie przedstawiła nam Martyna. Na pierwszy rzut oka tych kobiet nie łączy żaden wspólny punkt odniesienia. Każda z nich żyje w innym świecie, zajmuje się czym innym, ma odmienne priorytety i cele. Jedna adoptowała hipopotama, druga szkoli się na gejszę, trzecia lata samolotami w Afryce, czwarta odzyskuje wzrok, piąta kreuje się na księżniczkę, szósta opiekuje orangutanami, siódma oryginalnie ozdabia swoje ciało. Każdą z bohaterek charakteryzuje odmienna kultura, ale łączy je jedna, szczególna cecha: determinacja. Te kobiety mają jasne cele i do nich dążą. Martyna nie próbuje na siłę zmieniać ich życia, nie pomaga im, nie nakierunkowuje na odmienne postawy, ponieważ one wiedzą już, czego chcą. Ekipa „Kobiety na krańcu świata” pokazuje jedynie ich życie - przedstawia je w formie ciekawostki, ale i udowadnia jak ciężko jest przetrwać na tych dwóch kontynentach. Wskazuje pewne problemy i liczy, że każdy czytelnik wyciągnie własne wnioski. Przecież sama Martyna różnie reagowała na relacje swoich bohaterek, miała obawy i wątpliwości, pytała, dociekała. Wykonywała ciężką pracę reportera, jednocześnie wczuwając się w historie swoich rozmówczyń. Poznawała je w najlepszy możliwy sobie sposób: jak kobieta kobietę. Dzięki temu niektóre z bohaterek pokonały lęk i obawy przed kamerą. Chwała jej za to, ponieważ umożliwiło mi to poznanie świata, który wcześniej był dla mnie obcy i dziwny, a który dzięki tej książce stał mi się bliższy i mniej niedostępny.

Gorąco polecam Wam „Kobietę na krańcu świata 2”. Tę z telewizji, a zwłaszcza tę w formie książki. Miłośnicy podróży w trakcie lektury będą się czuli jak w niebie, a osoby, które lubią poznawać nowych ludzi i nowe kultury, również nie będą pokrzywdzeni.

Ocena: 5,5/6


4 sierpnia 2012

"Norwegian Wood" - Haruki Murakami





Tytuł: Norwegian wood
Autor: Haruki Murakami
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 470




Haruki Murakami… Pisarz-objawienie, urodzony w Kioto w niespokojnych czasach autor wielu bestsellerowych powieści, o których wszyscy dookoła mówią i – rzecz jasna – którymi się zachwycają. Ale czy na pewno jest czym?

Po książkę sięgnęłam przez zupełny przypadek, z czystej ciekawości i z polecenia. Miałam już w rękach książkę Martyny Wojciechowskiej i pewnie byłaby to moja jedyna wypożyczona pozycja, gdyby nie kobieta, która oddawała „Norwegian Wood”. Coś mnie podkusiło i… wzięłam ją.

To pewnie przez tę bajeczną okładkę, jednoznacznie przywodzącą na myśl Kraj Kwitnącej Wiśni, który uwielbiam poznawać i który marzę zobaczyć na własne oczy. Trochę dziwne, że dorosły mężczyzna wydał książkę różowiutką jak pióra flaminga, ale w sumie czego się spodziewać po Japończykach? Przecież to najdziwaczniejszy, a zarazem jeden z najwspanialszych krajów na świecie. Niepowtarzalny.

„Norwegian Wood” to inspirowana hitem Beatlesów powieść, której fabuła osadzona jest w końcu lat sześćdziesiątych. Opowiada historię skomplikowanej miłości chłopaka do dwóch wyjątkowych kobiet. Naoko to dziewczyna jego tragicznie zmarłego przyjaciela. Początkowo była dla niego nieosiągalna, właściwie nie czuł do niej niczego poza zwykłą sympatią. Zmieniło się to po śmierci Kizukiego, która zmieniła ich nie do poznania. Na każdym z nich odcisnęła bolesne piętno. Watanabe jeszcze bardziej odsunął się od ludzi, a Naoko pogrążyła w depresji. To zaskakujące i wręcz nieprawdopodobne, ale śmierć połączyła ich nierozerwalną więzią, która zbliżyła ich do siebie. Tymczasem Midori to dziewczyna z krwi i kości. Nie jest taka jak Naoko, czyli wiecznie smutna, nieśmiała i zamknięta w sobie, lecz otwarta, niezależna, radosna i niezwykle sympatyczna. Obie kobiety są dla Watanabe wyjątkowe i to w ich towarzystwie staje się dojrzałym mężczyzną.

Lektura „Norwegian Wood” wyczerpała mnie doszczętnie. Dwa dni spędzone na czytaniu były dla mnie udręką. Co najdziwniejsze – udręką wciągającą, bo choć wynudziłam się niemiłosiernie, to jednak nie potrafiłam książki odłożyć i zająć się czytaniem czegoś innego. Nie, ta książka miała w sobie coś niezwykłego, jakiś głęboko ukryty urok, który wciąż mnie wabił i nie pozwalał mi rozstać się z Murakamim tak szybko, jakbym tego chciała. Być może na tym właśnie polega fenomen tego pisarza. Nie wiem, bo sama nie potrafię go ogarnąć. Książka i mi się podobała, i nie. Doprowadzała mnie do szewskiej pasji, ale i wyciskała ze mnie łzy.

Fabuły nie byłam w stanie dostrzec niemal przez całą lekturę. Według mnie w „Norwegian Wood” nic się nie działo. Nie było akcji, treść płynęła sobie niczym spokojny strumyczek, i tylko ja błądziłam gdzieś między nudnymi akapitami, szukając sensu powieści. I według mnie jest ona poświęcona śmierci. Śmierć jest jedynym motorem napędzającym historię stworzoną przez Murakamiego. Gdyby nie ona, nie bylibyśmy w stanie dostrzec szczególnej roli miłości, jaką odegrała ona w życiu bohaterów. Przeraziło mnie to, że w ujęciu pisarza nawet ona nie była w stanie wygrać z nieuniknionym. Z tego też względu lektura „Norwegian Wood” bardzo mnie zasmuciła i zawiodła. Choć z drugiej strony pokazała brutalną rzeczywistość, w jakiej żyjemy. Powieść nie była pozbawiona realizmu, dzięki czemu każdy z nas mógłby coś z niej wyciągnąć.

Naprawdę bardzo ciężko jest mi jednoznacznie określić uczucia towarzyszące czytaniu Murakamiego. Książka ani trochę nie była dla mnie interesująca, ale mimo to wciągała, bo chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Nie towarzyszyły mi fajerwerki, nie czułam też jakichś szczególnych emocji – zupełnie, jakby książka miała za zadanie czytelnika omamić, uspokoić, zmusić do refleksji. Językowo nie była to też powieść trudna, ale bywały momenty, kiedy nie dało się jej czytać. Zwłaszcza przemyślenia Watanabe w kwestiach seksu wywoływały we mnie niemalże niepohamowaną chęć na to, by wyrzucić książkę przez okno. Opisy te były dla mnie przesadzone, nierealistyczne, odstające od tego, co do tej pory miałam okazję czytać. Nawet śmiałe obrazy z „Wschodzącego księżyca” Keri Arthur nie były dla mnie tak odpychające jak te, którymi poczęstował nas Haruki Murakami w swoim „Norwegian Wood”. Ale ilu ludzi, tyle odmiennych opinii, także dopuszczam do siebie myśl, że komuś może się podobać taki… książkowy naturalizm.

W moim odczuciu „Norwegian Wood” na pewno nie jest hitem. Nie zasługuje na to miano. Wydaje mi się, że specyficzna aura towarzysząca książkom Murakamiego jest nie dla mnie, ale wiem, że wielu osobom mogą spodobać się takie klimaty. Być może warto chociaż spróbować i przekonać się, jakie emocje wzbudzi w nas lektura. Nie odradzam ani nie polecam Wam tej książki. Sami zdecydujcie, czy chcecie się za to zabierać. Ja jestem pewna jednego: był to mój pierwszy, a zarazem ostatni kontakt z twórczością Murakamiego.

Ocena: 3/6