STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 września 2012

Podsumowanie września


Ani się człowiek obejrzał, a wrzesień śmignął mu przed oczami i obwieścił szyderczo koniec normalnego życia. Od jutra pełen etat w pracy, a w weekendy od rana do wieczora zajęcia na uczelni. Zachciało mi się kończyć studia z tytułem magistra, to będę cierpieć. Mam tylko nadzieję, że nie odbije się to na Zrecenzujemy.

Czas na podsumowanie ubiegłego miesiąca!

Kochani, wspólnymi siłami przekroczyliście magiczną barierę 5000 odwiedzin. Ba, udało Wam się dobić do 6587 odwiedzin. Dziękuję Wam, a sobie gratuluję, bo jest to coś, co w tym podsumowaniu cieszy mnie najbardziej.

Liczba obserwatorów wzrosła do 63, co wskazuje na powolny progres. Mimo wszystko liczę na to, że w tej kwestii przebudzicie się nieco bardziej i do końca roku dobijemy do 100. Byłaby to dla mnie wielka niespodzianka i z pewnością powód do dumy!

W tym miesiącu przeczytałam 9 książek i jedno czasopismo. Nie licząc "Nowej Fantastyki", przeczytałam 3825 stron, czyli 127 stron dziennie.

A były to następujące tytuły:

1. Jutro, John Marsden [RECENZJA]
2. Nowa Fantastyka 360 (09/2012) [RECENZJA]
3. Tae ekkejr!, Eleonora Ratkiewicz [RECENZJA]
4. Dotyk Julii, Tahereh Mafi [RECENZJA]
5. BZRK, Michael Grant [RECENZJA]
6. Giń, Hanna Winter [RECENZJA]
7. Dziewiąty Mag. Zdrada, Alice Rosalie Reystone [RECENZJA]
8. Ocaleni. Życie, które znaliśmy, Susan Beth Pfeffer [RECENZJA]
9. Bohatyr. Żelazny kostur, Juraj Červenák [RECENZJA]
10. Zanim nadejdzie ciemność, Susan Wiggs [RECENZJA]
11. Zwiadowcy. Płonący most, John Flanagan

Książka Miesiąca według Czytelników: "Dziewiąty Mag. Zdrada" Alice Rosalie Reystone.
Najlepsza Książka: "Dziewiąty Mag. Zdrada", "Ocaleni. Życie, które znaliśmy", "Dotyk Julii".
Najgorsza Książka: "Jutro".

Wygrane książkowe: 2 - "Żelazny książę", "Dziewiąty Mag. Zdrada".

PLAN NA PAŹDZIERNIK? Dać sobie radę z pracą, studiami i recenzowaniem!


29 września 2012

"Bohatyr. Żelazny kostur" - Juraj Červenák





Tytuł: Żelazny kostur
Seria: Bohatyr
Tom: #1
Autor: Juraj Červenák
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 508



Za sprawą "Władcy wilków" Červenáka wręcz zakochałam się w fantastyce słowiańskiej. Niestety, na rynku wydawniczym wciąż jest jej niewiele, co niezmiernie mnie dziwi z uwagi na wysoki poziom, jaki sobą reprezentuje. Z tego też względu bardzo się cieszę, że mamy za sobą premierę kolejnej dobrej powieści Červenáka. Przed Wami pierwszy tom z serii "Bohatyr" - słowiański "Żelazny kostur".

Już po samej liczbie stron można sobie wyobrazić, że najnowsza książka Słowaka jest prawdziwym molochem literackim. Fakt, lektura jest obszerna, co autor skwapliwie wykorzystuje, stopniowo wprowadzają nas w bohatyrskie życie. Zanim jednak przejdę do wad i zalet tekstu, chciałabym wspomnieć o oprawie graficznej książki. W jej przypadku Instytut Wydawniczy Erica stanął na wysokości zadania. Piękna okładka ze skrzydełkami przedstawia bohatyra - kto wie, czy nie Ilję Muromca, naszego głównego bohatera? Jeśli już będziecie mieli okazję sięgnąć po ten tytuł, koniecznie zerknijcie też na ozdobny ornament, u góry i dołu każdej strony. W połączeniu z ciekawym zobrazowaniem słowiańskiego wojownika całość sprawia wrażenie luksusu i taka też była moja myśl po dokładniejszych oględzinach (choć dla mnie nic nie przebije luksusowej edycji "Dziedzictwa" Paoliniego).

Za sprawą Červenáka wkraczamy na ziemie słowiańskie na krótko przed chrztem Polski. Poznajemy Ilję z Muromia, kalekiego syna wodza, którego ten wyrzekł się ze względu na jego matkę posądzaną o czary. Sielankę w wiosce Ilji przerywa wkrótce napad bandytów, którzy porywają piękne dziewice, w tym ukochaną kalekiego Muromca, Dinarę. Ilja jako jedyny uchodzi z życiem z pogromu wioski, co ma dlań stanowić dodatkowy cios. Okazuje się, że chłopak otrzymuje od życia drugą szansę - trzej wędrowcy, z których jeden dzierży magiczny kostur z malachitu, litują się nad biedakiem i przywracają mu zdrową postawę ciała. Dzielny Muromiec rusza w ślad za porywaczami Dinary, by dopełnić krwawej zemsty, lecz przeznaczenie niesie go ku drużynie Światosława, wraz z którą rusza na wojnę. Wykorzystuje w niej swoją niemal nadludzką siłę, zyskując tytuł bohatyra. Ilja przeżywa wiele przygód, a najniebezpieczniejszą z nich jest podróż ku czarnoksiężnikowi, który ma powołać do życia czarną bestię - pradawnego smoka Zilanta. Jak potoczą się losy Ilji Muromca i czego możemy spodziewać się po tej historii? W "Żelaznym kosturze" możecie poznać jej początek.

Nie będę owijać w bawełnę i powiem, że początek wynudził mnie strasznie. Autor boleśnie rozwlekł pierwsze kroki Ilji ku bohatyrskiemu życiu, co szybko zmieniło się w monotonną opowieść o niczym, podczas gdy ja byłam przyzwyczajona do akcji non stop. Przez myśl przeszło mi nawet, żeby książkę odstawić i przeczytać kiedy indziej. Biorąc jednak pod uwagę to, że to zaledwie pierwszy tom trylogii, uznałam, że Červenákowi należy się trochę miejsca na wstęp - po to, by mógł się rozkręcić. A wraz z nim i ja. Muszę przyznać, że miałam nosa, bo im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej się w nią wciągałam. Sztuką dla mnie jest, by autor, który wynudził mnie na samym początku, zdołał wykrzesać ze mnie entuzjazm rosnący wraz z każdą kolejną stroną. Červenák tego dokonał i musielibyście widzieć moją reakcję na zakończenie pierwszego tomu ("Coooooo!? Książki nie kończy się w takim momencie!").

Warto zwrócić uwagę na ciekawie wykreowany świat przedstawiony. Nie jest to typowe, fantastyczne podejście do tematu, bo nie spotkamy się w tej książce z elfami i krasnoludami wśród majestatycznych widoków gór, rzek, jezior i lasów. Świat wykreowany przez Červenáka bliższy jest temu, który znamy z "Pieśni Lodu i Ognia" - jakiś taki ponury, zdominowany przez grody, zamczyska, gołe polany i wojnę. Całość uzupełnia wpleciony w historię wątek czarnoksiężników i smoków, których również widzieliśmy u Martina. Jako fanka tego typu historii kupuję wersję Červenáka i nie mam do niej żadnych zastrzeżeń.

Dużo większą niż na świat przedstawiony uwagę zwracamy na bohaterów, którzy są w tej powieści wyjątkowo dobrze zarysowani, prawdziwi, a więc niepozbawieni wad i słabości. Szczególnie dobrze prezentuje się postać Jegora Światogora - katolika w służbie księcia kijowskiego, który mimo pobożności kocha wojaczkę, Wołcha - czarownika posługującego się malachitowym kosturem, a także samego księcia Światosława - człowieka nie wywyższającego się ponad innych i stanowiącego zgraną drużynę z całą swoją strażą przyboczną. Zżyłam się z każdym z nich, ze szczególną uwagą śledząc ich losy - być może większą nawet niż w przypadku głównego bohatera.

Ilja Muromiec to postać niezwykła. Interesująca jest zarówno jego przeszłość, jak i przyszłość, bo w książce nieraz można odnieść wrażenie, że pisane są mu wielkie czyny. Jest to postać tajemnicza, ponieważ nie do końca wiemy z jakich przyczyn dzieją się wokół Ilji wszystkie te nadprzyrodzone zjawiska, a to sprawia, że chcemy dalej brać udział w jego przygodach. Przede wszystkim jednak Ilja to człowiek prawy i poczciwy, choć zdarza mu się wybuchnąć lub całymi godzinami milczeć i stronić od ludzi. Myślę, że łatwo można go polubić.

Na pochwałę zasługuje nieskomplikowany język, dostosowany do bohaterów i sprawnie oddający to, co według Červenáka było najważniejsze. Jednakże, nawet jeśli cenię sobie styl autora, to niekiedy drażniły mnie przydługie opisy i zapychacze między głównymi wątkami. Przez nie fabuła traciła swój impet, zwalniając do tego stopnia, że miało się ochotę omijać takie fragmenty. Gdyby nie to, książka z pewnością prześcignęłaby "Władcę wilków", a tak musi mnie jeszcze porządnie zaskoczyć, abym uznała jej wyższość nad dziejami Rogana i  Gorywałda.

"Bohatyr. Żelazny kostur" nie ustrzegł się przed drobnymi błędami, co nie oznacza, że książka nie przypadła mi do gustu. Ba, starym wyjadaczom gatunku fantasy z pewnością również wpadnie w oko, gdyż ma w sobie to "coś", dzięki czemu wybór takiej lektury okazuje się trafny. Autor powieści nie bez kozery otrzymał nagrodę za najlepszą czesko-słowacką książkę roku. Jego najnowsze dzieło to najlepszy dowód na to, że Červenák wciąż ma wiele do powiedzenia i z pewnością niejeden raz nas zaskoczy. Oby tylko Instytut Wydawniczy Erica nie kazał nam zbyt długo czekać na kontynuacje jego dwóch obiecujących trylogii.

Ocena: 5/6

Dołączyłam do drużyny księcia Światosława za sprawą Instytutu Wydawniczego Erica.


27 września 2012

"Zanim nadejdzie ciemność" - Susan Wiggs [przedpremiera]





PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Zanim nadejdzie ciemność
Autor: Susan Wiggs
Wydawnictwo: Harlequin/Mira
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 412




Przeglądając zapowiedzi na październik, od razu wiedziałam,  że koniecznie muszę się zapoznać z tą pozycją. Zaciekawił mnie nie tylko opis, ale i nazwisko autorki. Susan Wiggs jest znaną i poczytną pisarką, ma na swoim koncie kilka prestiżowych nagród, a na co dzień - jak wynika z opisu na stronie wydawcy - udziela się w swojej lokalnej społeczności. Jeśli dodać do tego fakt, że wydawnictwo Harlequin/Mira jeszcze ani razu nie zawiodło mnie w kwestii doboru lektury - wybór wydawał mi się oczywisty.

Bohaterką książki jest Jessie Ryder - zawodowa fotografka, która nie potrafi zagrzać nigdzie miejsca, kobieta-wulkan, której wszędzie pełno, a do tego zapalona podróżniczka, dla której każda kolejna podróż jest na wagę złota. Życie Jessie wydaje się być idealne... Do czasu. Kiedy kobieta dowiaduje się, że nie ma dla niej ratunku i wkrótce straci wzrok, bez wahania powraca w rodzinne strony i jedzie do swojej siostry, a zarazem matki jej córki, którą oddała do adopcji zaraz po urodzeniu.

Fabuła kręci się wokół Jess i jej prób odnalezienia wspólnego języka z dorastającą córką Lilą, która nie ma de facto pojęcia o tym, że jest adoptowanym dzieckiem Benningów. Jess chce wyjawić jej prawdę, co doprowadza do kilku spięć między nią a siostrą. W sumie rozumiem jej potrzebę poznania córki - w końcu w ogóle jej nie widywała, więc całkowicie zrozumiałe dla mnie jest to, że chciała ją zobaczyć, zanim na dobre pogrąży się w ciemnościach. Inaczej ma się już sprawa z poinformowaniem Lili o adopcji - decyzja o wyjawieniu tego powinna być wspólna i cieszę się, że Jess to uszanowała. Z początku irytowała mnie przez to, że zachowywała się egoistycznie. Nie patrzyła na to jak poczuje się Lila, ani co będzie przeżywać Luz i jej mąż Ian, gdy wszystkie szczegóły wyjdą na światło dziennie. Na szczęście wraz z rozwojem fabuły coraz bardziej przywiązywałam się do głównej bohaterki, powoli zaczynając rozumieć motywy jej postępowania. Jess jest postacią niezwykle barwną i myślę, że większość osób będzie miała o niej  podobne zdanie.

Oczywiście w żadnej powieści obyczajowej nie może zabraknąć wątku miłosnego, dlatego i w tej książce go znajdziecie. Tym razem nie będzie to jednak tandetny romans, który wywołuje mieszane uczucia, lecz historia dwojga ludzi pokrzywdzonych przez los, którzy chcą zaznać miłości pomimo tego, co ich spotkało. Pierwszy raz zdarzyło mi się z taką uwagą śledzić czyjeś perypetie miłosne (pomijając, rzecz jasna, rozwój związku Eleny i Stefana z TVD), dlatego gorąco polecam Wam zapoznać się szczególnie z przeszłością Dusty'ego. Podziwiam tego mężczyznę za poświęcenie, jakiego podjął się, by jego córka Amber mogła żyć. Myślę, że ta historia wzruszy niejedną z czytelniczek (bo zakładam, że jedynie Panie podejmą się lektury).

Chciałabym powrócić do tematu kreowania bohaterów. Jess miała już swoje pięć minut, dlatego wspomnę krótko o pozostałych postaciach. Susan Wiggs spisała się na medal, tworząc tak różnorodne osobowości, których życiowe historie zapadają nam głęboko w pamięć. Są to postacie o wyraźnie zarysowanych cechach charakteru, osoby z pewnym bagażem doświadczeń, co sprawia,  że wydają się być realistyczne - takie, które moglibyśmy spotkać w realnym życiu. Z przyjemnością poznawałam życie Luz, starszej siostry Jess, tak samo nie mogłam przejść obojętnie obok całej rodziny Dusty'ego. Nawet pies głównej bohaterki miał swoją osobowość! I z tego właśnie względu mogę z czystym sumieniem przyznać autorce szóstkę w kategorii kreacji bohaterów. Ponieważ są to ludzie, o których czyta się chętnie i bez poczucia, że są sztuczni.

Na pochwałę zasługuje także przystępny język powieści i podzielenie jej na dwie części, co pozwala dogłębnie zgłębić problematykę "Zanim nadejdzie ciemność". Książka momentami jest bardzo przewidywalna i w sumie niemożliwym jest nie wiedzieć jak zakończy się cała historia, jednak sposób jej przedstawienia jest naprawdę dobry, dzięki czemu można się wciągnąć w lekturę i zniknąć na cały wieczór. Dla mnie przystępność języka jest istotnym kryterium, ponieważ nie znoszę, gdy mam do czynienia z pseudofilozoficznym bełkotem lub, dajmy na to, nagromadzeniem długich, bezsensownych opisów, przez które gubi się wątek. Wiggs ładnie wszystko wyważyło, przez co lektura nie męczy i nie odstręcza. Czyta się ją z przyjemnością od początku do końca.

Najważniejsze jest to, że książka niesie za sobą pewne przesłanie. Możemy dzięki niej dojść do wniosku jak ważna jest rodzina i miłość. Do tego trudna tematyka ślepoty zmusza nas do refleksji nad tym, że wzrok jest prawdziwym darem, z którym nikt nie chciałby dobrowolnie się rozstać. Dzięki tej powieści możemy zrozumieć, że nie ma sensu przejmować się błahostkami i należy cieszyć się z tego, co mamy. Tak naprawdę całe nasze życie jest darem.

Polecam Wam "Zanim nadejdzie ciemność", bo na pewno mile spędzicie przy tej książce swój wolny czas. Wszyscy doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że obyczajówki to książki przewidywalne, pisane według jednego schematu, jednak nie zaprzeczycie też, że mają one swoisty urok, który nas do nich przyciąga. Powieść Susan Wiggs niewątpliwe urok ten posiada, ponieważ jestem w stanie przymknąć oko na schematyczność i dostrzec naprawdę ciekawą fabułę oraz nietuzinkowych bohaterów, a przy tym nie żałować czasu spędzonego przy lekturze. Najlepiej przekonajcie się sami na czym polega fenomen tej autorki.

Ocena: 5/6


Zapoznałam się z twórczością Susan Wiggs dzięki Wydawnictwu Harlequin/Mira.


25 września 2012

Stos 4/2012


Minęło trochę czasu, odkąd dzieliłam się z Wami moimi nowościami na półce, dlatego dziś  chciałabym przedstawić Wam pozycje, które udało mi się zdobyć na przełomie sierpnia i września. Jest ich całkiem sporo, ale część z nich mam już przeczytane. Może to wyglądać tak, jakbym nie wyrabiała się z czytaniem - tak naprawdę jestem na bieżąco ze wszystkimi lekturami, które skutecznie odciągają moje myśli od tego, co dzieje się za oknami. A pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu latałam w sandałkach i sukience... Teraz chodzę już w czapce!

Zacznijmy może od stosu recenzenckiego:



1. Giń, Hanna Winter - pierwszy egzemplarz recenzencki od Fabryki Słów; pierwszy i od razu trafiony, bo książka była naprawdę dobra; [RECENZJA]
2. Zanim nadejdzie ciemność, Susan Wiggs - egzemplarz od Wydawnictwa Harlequin/Mira; wprost uwielbiam ich obyczajówki, a ta prezentuje się nadzwyczaj ciekawie; recenzja w tym tygodniu;
3. Ocaleni. Życie, które znaliśmy, Susan Beth Pfeffer - perełka od Jaguara, która pomimo formy pamiętnika bez problemu podbiła moje serce; [RECENZJA]
4. Zwiadowcy. Płonący Most, John Flanagan - kontynuacja świetnej serii od Jaguara; książki Flanagana mogę brać w ciemno, bo wiem, że każda przypadnie mi do gustu;
5. Sklepik z Niespodzianką. Bogusia, Katarzyna Michalak - efekt współpracy z Naszą Księgarnią; pierwsza część powieści jednej z naszych ulubionych autorek; [RECENZJA]
6. Sklepik z Niespodzianką. Adela, Katarzyna Michalak - kontynuacja przygód Bogusi i jej przyjaciółek, również od Naszej Księgarni; [RECENZJA]
7. Kroniki krwi, Richelle Mead - najnowsza książka od Naszej Księgarni; podobno bardzo dobra, o czym mam zamiar przekonać się już wkrótce;
8. Dziewiąty Mag. Zdrada, Alice Rosalie Reystone - moja najcenniejsza perełka w tym stosie, od Naszej Księgarni; seria już od początku należy do moich ulubionych; [RECENZJA]
9. Bohatyr. Żelazny Kostur, Juraj Červenák - "sprawcą" tej wspaniałej pozycji jest Instytut Wydawniczy Erica; tym razem autor wprowadza nas w świat czarowników i smoków; recenzja w tym tygodniu;
10. Gone: Zniknęli. Faza trzecia: Kłamstwa, Michael Grant - kontynuacja bestselleru Jaguara; biorę w ciemno, bo wiem, że dobre;
11. Gone: Zniknęli. Faza czwarta: Plaga - Jaguarowa perełka; jeszcze trochę i będę na bieżąco z całą serią!

A oto stos własny:




1. BZRK, Michael Grant - efekt wymiany na Lubimy Czytać; książka godna polecenia; [RECENZJA]
2. Dotyk Julii, Tahereh Mafi - kolejna wymiana na Lubimy Czytać; pozycja w sam raz dla fanów literatury młodzieżowej; [RECENZJA]
3. Klątwa tygrysa. Wyprawa, Colleen Houck - kolejna część tygrysiej sagi trafiła do mnie dzięki kochanej Sophie; wkrótce zabieram się za lekturę;
4. Tae ekkejr!, Eleonora Ratkiewicz - efekt zakupów w Gandalfie (za sprawą Waniliowej :*) [RECENZJA]
5. Harry Potter i Książę Półkrwi, J.K. Rowling - ta seria to całe moje życie, więc nie mogłam przegapić promocji w Weltbildzie (12, 90 zł za HP!?);
6. Winter, Asia Greenhorn - wygrana na fejsbukowej stronie Dreamsów.

A na koniec stos biblioteczny (mam nadzieję, że uda mi się z niego przeczytać cokolwiek):



1. Jesienna miłość, Nicholas Sparks - na podstawie tej książki powstał wyciskacz łez wszechczasów, czyli "Szkoła uczuć"; chcę porównać książkę z filmem;
2. Anioł Stróż, Nicholas Sparks - kolejna pozycja autorstwa Sparksa; spodobał mi się opis fabuły, więc liczę, że mnie nie zawiedzie;
3. Szczęściarz, Nicholas Sparks - ta książka doczekała się ekranizacji całkiem niedawno i z tego względu zamierzam zapoznać się zarówno z książką, jak i filmem.

Które z tych książek chętnie przygarnęlibyście dla siebie?
Przypominam o konkursie!

21 września 2012

"Ocaleni. Życie, które znaliśmy" - Susan Beth Pfeffer





Tytuł:Życie, które znaliśmy
Seria: Ocaleni
Tom: #1
Autor: Susan Beth Pfeffer
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 352


   
Kiedy tylko ktoś w moim towarzystwie rzucił hasło "apokalipsa" i połączył je z wydaną przez Jaguara książką "Ocaleni. Życie, które znaliśmy", wiedziałam, że muszę zapoznać się z tą pozycją. Wszelkie wątki katastroficzne w literaturze działają na mnie jak kocimiętka na koty - nie potrafię im się oprzeć. Książka ta chodziła za mną już od dnia premiery i cieszę się, że w końcu udało mi się ją przeczytać.

Susan Beth Pfeffer urodziła się w 1948 roku i znana jest głównie ze swoich książek dla młodzieży, w szczególności zaś serii traktującej o wpływie księżyca na ludzkość. "Ocaleni. Życie, które znaliśmy" to pierwszy tom owej trylogii.

Od razu zaznaczę, że książka napisana jest w formie pamiętnika nastolatki, szesnastoletniej Mirandy, co równa się prostemu i banalnemu językowi, który pasuje do wieku głównej bohaterki. Nie należy więc spodziewać się po niej górnolotnych wypowiedzi - trafnych spostrzeżeń i dokładnej relacji z życia jej rodziny, na szczęście, już tak. Pomimo mało ciekawej formy pamiętnika (dla mnie, rzecz jasna, bo Wam może się przecież podobać), książka maksymalnie wciąga, i choć liczy sobie przeszło trzysta pięćdziesiąt stron, to nie zajmie Wam więcej niż dwa wieczory. Dla jednych może to być wadą, ale dla mnie szybkość przyswajania lektury stanowi zaletę, bo dzięki temu mogę wziąć się za kolejną, a poza tym mogę mieć pewność, że niejednokrotnie do tak dobrej książki powrócę.

Jak już wiecie, bohaterką książki jest nastoletnia Miranda, zwyczajna licealistka ze zwyczajnymi problemami wynikającymi z okresu dojrzewania, mieszkanka Pensylwanii, której dane będzie uczestniczyć w epokowym wydarzeniu. Wiele lat wcześniej astronomowie zapowiedzieli, że ludzie będą świadkami ciekawego zjawiska - otóż w Księżyc uderzy asteroida, nie mając jednak żadnego wpływu na życie na Ziemi. Miranda wraz z rodziną i sąsiadami szykuje się na święto, ponieważ wśród smakołyków zamierza przyglądać się niegroźnej katastrofie, dziejącej się setki tysięcy kilometrów od bezpiecznej Pensylwanii. Niestety, święto szybko przemienia się w kataklizm, któremu nikt nie może zapobiec. Naukowcy mylili się w swoich obliczeniach - asteroida wybiła ziemskiego satelitę z jego naturalnej orbity, co jest katastrofalne w skutkach dla Ziemi. W ekspresowym tempie nawiedzają ją gigantyczne fale tsunami, powodzie, trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Ludzi ogarnia panika, wszyscy na potęgę wykupują artykuły w sklepach, pojawiają się akty wandalizmu i włamania. Od tej chwili życie Mirandy zmienia się nie do poznania - bardziej przypomina teraz walkę o przetrwanie, aniżeli spokojną egzystencję w niewielkim miasteczku.

Pamiętnik Mirandy od chwili katastrofy staje się nośnikiem informacji o tym, jak jej rodzina radzi sobie w nowym świecie. Dokumentuje ich przygotowania do ciężkiej zimy, która ma nadejść już w sierpniu. Bracia Mirandy dzień w dzień rąbią drewno, matka hoduje warzywa do momentu, w którym popioły wulkaniczne przesłaniają niebo, ona zaś pomaga w miarę możliwości we wszystkich tych czynnościach. Jesteśmy świadkami trudnej walki o przeżycie, okupowanej poświęceniem i cierpieniem, która zmienia bohaterów raz na zawsze. Matka Mirandy, która wychowała ją na osobę dobroduszną, dzielącą się z innymi, kategorycznie zabrania dzieciom pomagania innym. Teraz liczy się tylko rodzina! Podobnie jest z czasem wolnym - ważniejsze jest teraz gromadzenie opału i jedzenia. Jest to powód do wielu kłótni, które finalnie jeszcze bardziej zbliżają do siebie całą rodzinę.

Podoba mi się to, jak książka odzwierciedla relacje między Mirandą a resztą jej rodziny. Widzimy jak jej matka chudnie w oczach, odmawiając sobie posiłków, aby jej dzieci miały więcej jedzenia. Jesteśmy świadkami strasznych scen, gdy wszyscy muszą wybierać między chęcią zjedzenia śniadania lub obiadu. Widzimy rozpaczliwą walkę o ciepło, kiedy temperatury sięgają minus dwudziestu stopni, a dostawy oleju opałowego (jak i wszystkiego innego) ustały. Nie ma prądu, brakuje wody i podstawowych artykułów. Szkoły przestały funkcjonować, policjanci uciekli gdzieś, gdzie podobno ma być lepiej, przez co na ulicach robi się niebezpiecznie. Jest to przerażająca wizja świata po katastrofie, w którym nikt z nas nie chciałby żyć. Ciężko się o tym czyta, choć fabuła jest wciągająca. Boimy się postawić na miejscu Mirandy i jednocześnie myślimy o tym, czy udałoby się nam przetrwać w tym piekle.

Najważniejsze jednak jest to, że książka wywołuje w nas refleksję. Mimowolnie zastanawiamy się podczas lektury jak sami zachowalibyśmy się w takiej sytuacji. Jak walczylibyśmy o przetrwanie? Ja sama pytałam się mojego chłopaka, czy wybicie Księżyca z jego orbity przez asteroidę jest możliwe. Tematyka jest naprawdę ciężka, ale trudno jest jej nie docenić. I choć książkę klasyfikujemy jako powieść młodzieżową, która ma formę pamiętnika, a narratorem jest nastolatka, to i tak z powodzeniem mogą ją czytać także dorośli. 

"Ocaleni. Życie, które znaliśmy" porusza delikatny temat katastrofy, przed którą nie można uciec, i zmusza nas do przemyślenia kwestii przetrwania. Z tego względu książkę polecam wszystkim.

Ocena: 5,5/6


Obserwowałam walkę Mirandy o przetrwanie dzięki Wydawnictwu Jaguar.


18 września 2012

"Dziewiąty Mag. Zdrada" Alice Rosalie Reystone [przedpremiera]




PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Dziewiąty Mag. Zdrada
Autor: Alice Rosalie Reystone
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 541
 




O Alice Rosalie Reystone opowiedziałam Wam co nieco przy okazji recenzji jej pierwszej książki: "Dziewiąty Mag". Jedyne, co muszę sprostować, to pochodzenie jej pseudonimu. Otóż oświadczam wszem i wobec, że autorka nie czerpała inspiracji z sagi Meyer. Też się cieszycie, prawda?

Dzięki Naszej Księgarni miałam okazję przedpremierowo zapoznać się z drugim tomem przygód Ariel Odgeon - Wy natomiast będziecie mogli sięgnąć po tę nowość jutro. Jak wiecie, pokochałam prozę Reystone już po pierwszej części, mimo kilku niedociągnięć, które jednak nie psuły przyjemności płynącej z czytania. Druga również posiada kilka drobnych wad, ale i tak skradła moje serce.

Wiedziałam, że przepadnę z kretesem, gdy tylko przyjrzę się smokowi na okładce. Podobnie jak autorka darzę ogromną miłością te majestatyczne istoty i nie mogę nie docenić faktu, że sam Kerem Beyit miał swój wkład w tworzenie oprawy graficznej trylogii "Dziewiątego Maga". Jednak jak ostatnio wspominała na swoim fanpege'u sama Reystone, jej książki nie opowiadają o fantastycznym świecie. Ani nawet o smokach. Zgadzam się z tym stwierdzeniem, ponieważ opowiadają one o miłości i granicach, jakie ona wytycza. Oto idea towarzysząca najnowszej pozycji jej autorstwa.

Miłości możecie się spodziewać w dużej ilości i w różnych odmianach: miłość romantyczna, miłość przyjacielska, miłość rodzicielska, miłość do swojego ludu. Na własne oczy przekonacie się, ile można w jej imię poświęcić i jak wiele można przez nią wycierpieć. I wcale nie będzie to kolejne tandetne romansidło w fantastycznej oprawie, lecz historia pełna emocji, bólu i poświęcenia. Będziecie towarzyszyć bohaterom, którzy walczą w imię, dla i z powodu miłości. To będzie podróż wgłąb serca - niezwykle emocjonująca i dająca do myślenia.

W drugim tomie "Dziewiątego Maga" doświadczycie też zdrady, ohydnej i druzgocącej dla przepełnionego dobrem serca Ariel. Doświadczycie zdrady czającej się dosłownie wszędzie. Nikczemne zło wychynie w najmniej spodziewanym momencie, czyniąc straty i spustoszenie, a uosabiać je będzie ktoś, kogo nasza dzielna bohaterka w życiu nie posądziłaby o skłonność do uprawiania czarnej magii. 

W książce tej ujrzycie również plejadę wielu innych uczuć: dumę, nadzieję, strach, rozczarowanie, rezygnację - wszystko naraz i każde z osobna. Prawie nie zwrócicie uwagi na to, że gdzieś w fabule kryją się fauny, rusałki, smoki i centaury. Waszą uwagę zaprzątną więc bohaterowie, którzy rozwinęli skrzydła, dojrzeli i stali się najważniejszym elementem historii. Co w tym wszystkim najprzyjemniejsze, to fakt, że nie będą już - jak w przypadku części pierwszej - jedynie dodatkiem do fantastycznego, równoległego świata, który większość z nas zapewne chciałaby odwiedzić. Będą ogromną zaletą powieści, która zatrzyma nas przy niej od początku do końca. 

"Dziewiąty Mag. Zdrada" liczy sobie przeszło pięćset stron, ale nie odczujecie tego w trakcie lektury. Prosty język ułatwi Wam brnięcie przez zawiłości fabuły, która - nie ukrywam - momentami bardzo się gmatwa. Ponadto mnogość dialogów pozwoli Wam dogłębnie poznać bohaterów. Całe szczęście, że i narrator jest wszechwiedzący, bo dzięki temu mamy pewność, że nie przegapimy absolutnie żadnego, istotnego szczegółu. 

Na koniec wspomnę o wadach. W książce mamy do czynienia ze śmiercią, i to w przesadnej ilości. Pierwszy i drugi raz można jeszcze było zaakceptować, ale trzeci i czwarty powoli zaczynał mnie denerwować. Jasne, że autorce zależało na dramatyzmie, wszak mówimy o nieszczęśliwej miłości dwojga ludzi, jednak skłonność do przesadyzmu nie wypada tutaj dobrze i ociera się o groteskę. Nie spodobało mi się również podtrzymywanie marysuizmu u Ariel, aczkolwiek z najbardziej zaufanego źródła wiem, że zabieg ten zostanie wyjaśniony w części trzeciej (oby w grudniu nie było tego końca świata, bo inaczej nici z poznania zakończenia!), dlatego przymykam na to oko. Ostatnie i najważniejsze zarazem jest jednak to, że absolutnie i nieodwracalnie nie akceptuję zakończenia tego tomu. Pewnie wszystko się wyjaśni na jesieni przyszłego roku (premiera ostatniej książki), niemniej jednak wydarzenia z końca powieści stawiają Ariel w niezręcznej sytuacji. Z najważniejszej osoby w tej historii staje się nagle mniej istotna, a jej miejsce zajmuje... No właśnie, tego Wam nie powiem, ale zdradzę za to, że będzie to dla Was spore zaskoczenie. 

Wielkie brawa dla A.R. Reystone za doskonałe rozwinięcie historii. Ten tom jest o niebo lepszy od poprzedniego i stawia dość wysoką poprzeczkę kolejnemu. Mam nadzieję, że i on będzie dla mnie stanowił źródło rozrywki (i emocji), a przy tym wprawi mnie w jeszcze większe osłupienie, aniżeli zakończenie najnowszego tomu. 

Jeśli wahaliście się przed sięgnięciem po trylogię "Dziewiątego Maga", to nawołuję: "Zmieńcie zdanie". Podejrzewam, że nie spodobają się Wam te same rzeczy, co mi, jednak z pewnością znajdziecie i takie, które Was zachwycą. Serdecznie polecam Wam prozę Reystone, bo wierzcie mi, że naprawdę warto sięgać po polskie tytuły, zwłaszcza jeśli poruszają tak uniwersalne tematy jak miłość i zdrada. I jedno, i drugie w skondensowanej dawce pojawi się w najnowszej powieści autorstwa kobiety, która napisała jedną z najlepszych książek, jakie czytałam. 

Ocena: 5/6



W kolejną podróż do równoległego świata zabrałam się za sprawą Wydawnictwa Nasza Księgarnia.


17 września 2012

"Giń" - Hanna Winter [przedpremiera]




PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Giń
Autor: Hanna Winter
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 400


 

Hanna Winter to pisarka i dziennikarka na co dzień mieszkająca w Berlinie. Jej najnowsze dzieło - "Giń" - to druga w dorobku pisarki powieść z gatunku thriller. Na rynku pojawi się pierwszego października za sprawą niezastąpionej Fabryki Słów, lecz już teraz możecie się zapoznać z przedpremierową recenzją tego tytułu. 


Berlin - stolica Niemiec, miasto, wydawać by się mogło, że bezpieczne. Ale czy na pewno? Pewnego dnia policja odnajduje zmasakrowane zwłoki kobiety, jak się okazuje - nie pierwsze. Morderca nawet nie stara się zatrzeć śladów zbrodni i wręcz naprowadza funkcjonariuszy, czując się bezkarnie. Profil ofiary wygląda tak samo jak w przypadku wielu zabójstw na terenie stolicy: niska brunetka, torturowana przed śmiercią i brutalnie zamordowana nożem do wykrawania. Berliński wydział zabójstw zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z seryjnym mordercą, człowiekiem niebezpiecznym i chorym psychicznie. Poszlak jest jednak niewiele. Wypruwacz, bo tak ochrzczono przestępcę, pragnie publiczności, ale nie zależy mu na wykryciu. To jego zemsta. Ale za co się mści i jaka jest jego historia - tego dowiecie się bezpośrednio z książki.


Główną bohaterką powieści jest rozwódka Lara Simons, samotnie wychowująca córeczkę Emmę. Poznajemy ja w ważnym dla niej momencie życia - kobieta wreszcie układa sobie życie po rozwodzie z Rafałem i przygotowuje wielkie otwarcie swojej własnej kawiarenki. Wszystko idzie w jak najlepszym kierunku, dopóki Lara nie zostaje napadnięta przez tajemniczego napastnika. Cudem udaje jej się uciec, jednak to nie koniec koszmaru. Okazuje się, że uciekła Wypruwaczowi, a on nie przywykł do wypuszczania ofiar ze swych sideł. Kiedy kilka dni później Lara zastaje swoją kawiarnię w ruinę, a na jej ścianach obraźliwą groźbę, policja proponuje kobiecie przystąpienie wraz z Emmą do programu ochrony świadków. Simons przystaje na to, stopniowo przygotowując się do zmiany dotychczasowego życia, lecz nagły i tragiczny w skutkach atak na jej rodzinę zmusza ją do natychmiastowego wyjazdu. Mija sześć lat, a Lara stara się prowadzić normalne życie u boku nowego partnera oraz Emmy, która wciąż nie wyszła z traumy po tym, co przeżyła. Gdy wskutek dziwnych wydarzeń Lara dochodzi do wniosku, że grozi jej niebezpieczeństwo, wzywa na pomoc detektywów, którzy kiedyś pomogli jej w Berlinie. Czy i tym razem ściga ją Wypruwacz? A może jego sprytny naśladowca usiłuje zwieńczyć dzieło mistrza? Przekonajcie się sami!


Jako że do recenzji otrzymałam egzemplarz przed ostateczną korektą i łamaniem, pominę kwestie językowe. Wiadomo przecież, że tego typu egzemplarze zawierają drobne błędy, literówki i niedociągnięcia w języku, dlatego poczekam na oryginalną wersję, aby ocenić postępy korekty Fabryki Słów.


Tymczasem podzielę się z Wami wrażeniami płynącymi z lektury. Dawno, ale to dawno nie czytałam książki w takim napięciu. Złamałam nawet dane sobie słowo i czytałam "Giń" pod biurkiem w pracy! Nie byłam w stanie zaczekać na powrót do domu i musiałam czytać dalej. Powieść Hanny Winter obfituje w wartką akcję - i to taką, za którą można nadążyć. Wydarzenia zmieniają się z godziny na godzinę, co tylko wzmaga napięcie i potrzebę nieprzerwanego czytania. Co prawda z tego względu lektury starcza ledwo na jeden, góra dwa wieczory, ale zapewniam, że chwile spędzone przy tej książce będą należały do niezwykle udanych. Szybkiemu czytaniu sprzyjają dialogi lekko przeważające nad opisami, ale jest to normalne dla książek, w których króluje akcja. Nikt przecież nie będzie rozwodził się nad kolorem firanek w pokoju bohaterki!


Jedyne, co mogę zarzucić powieści Hanny Winter, to niewielka ilość grozy. Nie odczuwałam strachu podczas lektury, bo bardziej interesowało mnie to, co będzie dalej. Z zapałem śledziłam akcję, podczas gdy aspekty, takie jak kreacja bohaterów, czy sposób ich zachowania, jakoś mi umykały. Powiedziałabym wręcz, że bohaterowie (poza mordercą, który z oczywistych względów jest stopniowo odkrywaną przez czytelnika tajemnicą) są do bólu zwyczajni, co jednak wzmaga poczucie, że podobna historia może się przydarzyć każdemu z nas.


Gorąco polecam "Giń" wszystkim miłośnikom akcji i sensacji. Jeśli lubicie lekki dreszczyk emocji, a także możliwość rozwiązywania zagadki razem z bohaterami, koniecznie zapoznajcie się z prozą Hanny Winter. Jej najnowsza powieść to naprawdę porządna dawka wartościowej literatury. Dla mnie "Giń" stanowiło doskonałą odskocznię od najbliższej mi tematyki. Myślę, że tego dokładnie było mi trzeba. Przekonałam się na własnej skórze, że nadal pociąga mnie akcja, wątek kryminalistyczny i gonitwa za mordercą.


Ocena: 5/6


Przedpremierowo poznałam Larę Simons dzięki Wydawnictwu Fabryka Słów.


15 września 2012

"BZRK" - Michael Grant




Tytuł: BZRK
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 350




 

Odkąd sięgnęłam z czystej ciekawości po pierwszy tom serii "Gone", Michael Grant od kompletnie nieznanego mi autora szybko awansował do grona moich faworytów. Z tego względu nie mogłam przegapić okazji do sięgnięcia po jego nową książkę o tajemniczo brzmiącym tytule - "BZRK".

Cóż mogę o tej książce powiedzieć? Jest kapitalna, ale... spodziewałam się czegoś więcej. Nie chodzi o to, że nowa propozycja Granta nie przypadła mi do gustu. Po prostu po przeczytaniu całości poczułam dziwny niedosyt. Jakby mi czegoś brakowało. Wydaje mi się, że odrobiny normalności. Ludzi. Emocji. Wszystkich tych elementów w "BZRK" brak.

Ale zacznijmy od początku. W swojej najnowszej książce Michael Grant oddaje hołd nanotechnologii. Dzięki temu mamy możliwość patrzenia na świat z punktu widzenia mikroskopijnego organizmu, który zwiedza ludzkie wnętrze - i to dosłownie. Ten oryginalny pomysł, jak i sama wizja, są dla mnie strzałem w dziesiątkę. Nawet jeśli ta niewiarygodna wycieczka po ludzkim ciele odbywa się dla czytelnika jedynie w jego wyobraźni, to i tak wydaje się być arcyciekawa. I z pewnością stanowi pretekst do rozmyślań w stylu: "Co by było, gdybym naprawdę mógł/mogła pokierować biotem?". Czym właściwie jest biot? A takim specyficznym żyjątkiem, wyhodowanym z tkanek osoby, która jest w stanie kierować biotem i widzieć jego oczami. Są jeszcze tacy, którzy wolą posługiwać się nanobotami - te, w przeciwieństwie do biotów z niejako własnym ciałem, są malutkimi robotami.

Do świata nano wkraczają żyjący do tej pory wyłącznie w makro Noah i Sadie. Obydwoje będący po przejściach, nie mają wiele do stracenia, zwłaszcza jeśli mają do wyrównania rachunki z Braćmi Armstrong. Kim są ci dwaj panowie (a może powinnam powiedzieć "ten jeden pan"?) - dowiecie się z lektury "BZRK". Na razie wystarczy, jeśli będziecie wiedzieć, że organizacja Armstrongów dąży do zniewolenia ludzkości i odebrania jej wolności do... czegokolwiek. Rzekomo w imię dobra. Z kolei organizacja BZRK stawia sobie za cel przeciwstawienie się niebezpiecznemu wrogowi i zapobiegnięcie katastrofie. Takie zadanie otrzymują również nowicjusze, Noah i Sadie, którzy od tej pory zaczynają posługiwać się pseudonimami Plath i Keats. Rozpoczyna się walka na śmierć i życie - i niekoniecznie rozgrywa się ona w świecie makro. Razem z kilkoma innymi osobami Noah i Sadie wkraczają do nano, by raz na zawsze położyć kres tyranii wroga.

Jako bohaterowie Plath i Keats nie reprezentują sobą zbyt wiele - a wszystko przez to, że Grant skupia się niemal wyłącznie na świecie nano, całą resztę niejako zaniedbując. Fajnie, że sięgnął po tak oryginalny temat, wrzucił go do jednego wora z zagładą wolności i wymieszał z dotąd nieznanym nam obszarem - ludzkim ciałem widzianym oczami mikroorganizmu, ale mógł przecież postarać się o lepszą otoczkę fabuły! W ten sposób mógł bardziej rozwinąć postacie Keatsa i Plath, nadając im więcej cech, z którymi moglibyśmy się identyfikować. Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że są jedynie tłem dla nano i ich niezwykłych biotów.

Dlaczego na początku wspomniałam, że w książce brakowało mi normalności, ludzi i emocji? Otóż cała akcja dzieje się albo w ludzkich wnętrznościach, albo oscyluje wokół walki BZRK z AFCG (czyli Armstrongów). Nie ma normalnego świata i normalnych ludzi. Nie wiemy jak wygląda życie na zewnątrz, ani jacy są ludzie, którzy nie mają pojęcia o nano. Strasznie mi tego brakowało podczas lektury. Co do emocji... Tutaj niektórzy mogą się ze mną nie zgodzić, ale ja osobiście uważam, że pod tym względem książka jest sucha. Akcja prze do przodu, podczas gdy dla przemyśleń i emocji nie ma miejsca. Ciągle tylko wałkowany jest jeden temat: walka w nano. W całym tym kociokwiku nie znajdziemy więc innych wątków, które choć na krótką chwilę urozmaicą nam lekturę. A szkoda.

Znany nam z serii "Gone", na wpół poważny i na wpół żartobliwy styl Granta, zachowany jest także w "BZRK". Cieszy mnie to niezmiernie, ponieważ nie zniosłabym większej posuchy w postaci całkowicie poważnego sposobu przedstawiania fabuły. Chyba nie dałabym nawet rady doczytać książki do końca. A tak mam za sobą kolejną - rzecz jasna, udaną - lekturę, która umiliła mi czas, gdy za oknem szaro, a jesień czai się tuż za rogiem.

"BZRK" to pozycja, która nie ustrzegła się przed kilkoma mankamentami, jednak wciąż pozostaje oryginalną i ciekawie opisaną historią. Choć trudno jest przyrównać wydarzenia opisywane w książce do naszego realnego świata, to i tak warto ją przeczytać. Odnoszę wrażenie, że poprzez "BZRK" Grant próbuje zasygnalizować zagrożenia wynikające z rozwoju nanotechnologii. I ma rację, bowiem nikt z nas nie chciałby, aby wojna rozgrywała się w jego ciele.

Książkę polecam miłośnikom prozy Granta, fanom nanotechnologii i wszystkim tym, którzy szukają tytułu, którego fabuła utrzyma nas w napięciu od początku do samego końca.

Ocena: 5/6

13 września 2012

"Dotyk Julii" - Tahereh Mafi


 


Tytuł: Dotyk Julii
Seria: Dotyk Julii
Tom: #1
Autor: Tahereh Mafi
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 336




Tahereh Mafi to młoda, debiutująca autorka, która uzależniona jest od pisania, czytania i... a jakżeby inaczej - kawy. "Dotyk Julii" to jej pierwsza powieść, która jednocześnie otwiera trylogię jej autorstwa. Książka szybko okazała się hitem, a 20th Century Fox już wykupiło prawa do ekranizacji.

Życie Julii już od pierwszych chwil okazało się koszmarem. Kiedy tylko wyszło na jaw, że jej dotyk bywa bolesny i wręcz zabójczy, rodzice odepchnęli ją, nie obdarzając dziewczyny nawet namiastką miłości. Julia dorastała w odosobnieniu, łaknąc czyjegoś dotyku. Pomimo szykan, których doświadczała na co dzień, nadal wierzyła w ludzi i była... po prostu dobra. Potrafiła znieść swoje życie aż do momentu, w którym pewien wypadek przekreślił jej szanse na wolność. Julia trafiła do zakładu dla obłąkanych.

Właściwa fabuła rozpoczyna się w chwili, gdy do jej celi zostaje oddelegowana nowa osoba. Adam, bo tak ma na imię ów współlokator, nie jest tym człowiekiem za jakiego się podaje i wciąga Julię w szaleńczy wir wydarzeń, które zmienią nie tylko jej życie, ale i losy cywilizacji. Podejrzewam, że większość z nas bałaby się wziąć w tym udział. Nie chciałaby walczyć z reżimem władz, nawet jeśli od tego zależałoby nasze życie. Ale nie Julia.

Tym razem walczy bowiem u boku kogoś, dla kogo nie jest potworem...

Tak naprawdę to nie fabuła jest największą zaletą "Dotyku Julii". Właściwie można rzec, że jest wtórna i oklepana, ponieważ walka z reżimem i świat na skraju zagłady to znany i chętnie wykorzystywany motyw. Tym samym nie ona jest kartą przetargową. Nie jest nią też (a może tym bardziej) dziwaczny styl autorki, polegający na skreślaniu myśli, których Julia nie chce przyjąć do wiadomości, a także na trzykrotnym powtarzaniu konkretnego wyrazu w celu wzmocnienia jego wydźwięku. Mnie osobiście bardzo to denerwowało i najczęściej psuło przyjemność płynącą z czytania, dlatego starałam się ignorować wszystkie irytujące powtórzenia, czytając dany wyraz tylko jeden raz.

Prawdziwą perełką książki są jej bohaterowie - Julia i Adam. Autorka starannie dopracowała ich charaktery i zachowania. Julia to nieśmiała, zamknięta w sobie dziewczyna, żyjąca w przeświadczeniu, że jest potworem, który nie zasługuje na nic dobrego w swoim życiu. Jednocześnie drzemią w niej odwaga i dobroć, które w połączeniu ze sobą dają Julii siłę do walki z niesprawiedliwością reżimu. Z kolei Adam to najprawdopodobniej ciacho zrównoważony, spokojny i zdeterminowany żołnierz, a zarazem podwójny agent, którego głównym celem jest wydostanie Julii z piekła zakładu dla obłąkanych, a także z rąk Warnera, który chce ją zamienić w narzędzie do zabijania. Jakby było tego mało, jest on także niezwykle ciepłą osobą, zorientowaną na udowodnienie Julii, że jest wartościową dziewczyną, niesprawiedliwie potraktowaną przez społeczeństwo.

Dodatkowym plusem książki jest jej emocjonalność. Julia posiada całą gamę emocji i wyraża je w nadzwyczaj intensywny sposób. Kiedy okazuje się, że istnieje osoba, która może ją dotknąć bez narażania się na cierpienie, uczucia i emocje wręcz się z niej wylewają. Największe marzenie dziewczyny jest możliwe do spełnienia! Podczas gdy my marzymy o egzotycznych wycieczkach i bogactwie, Julia marzy o... najzwyklejszym dotyku. I bardzo czytelnika cieszy fakt, gdy okazuje się, że może to otrzymać. Emanujące z niej szczęście mimowolnie i dla nas staje się powodem do radości.

"Dotyk Julii" to z pewnością książka godna polecenia. Tematyka jest naprawdę oryginalna, biorąc pod uwagę postać Julii i jej... przypadłość. Mimo że sam motyw apokalipsy w połączeniu z ruchem oporu i reżimem władzy jest wtórny, to nie ma to większego znaczenia, jeśli spojrzy się na całość. Jedynie specyficzny styl Tahereh Mafi może nieco drażnić, ale jest na to bardzo prosty sposób, o którym wspomniałam parę akapitów wyżej. Podsumowując: zdecydowanie polecam.


Ocena: 5/6

11 września 2012

"Tae ekkejr!" - Eleonora Ratkiewicz



Tytuł: Tae ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 358




Pierwsze, co rzuca nam się w oczy, zanim w ogóle otworzymy książkę, jest okładka. W przypadku "Tae ekkejr!" prezentuje się ona obłędnie. Gdy tylko ją zobaczyłam, zakochałam się w niej bez pamięci i bardzo dziwiły mnie głosy przemawiające za tym, że jest okropna. Jak dla mnie i zdjęcie, i użyta czcionka, przemawiają za kunsztem wykonania okładki, którą od dzisiaj zaliczam do grona swoich ulubionych.

Niewiele wiadomo o autorce książki, Eleonorze Ratkiewicz. Do tej pory nie jestem w stanie znaleźć w sieci jednoznacznej informacji o tym, czy jest ona naszą rodaczką. Świadczyć by mogło o tym jej nazwisko, ale po co w takim razie tłumaczenie Ewy Białołęckiej? Najpewniej więc mamy do czynienia ze spolszczeniem nazwiska bądź też z osobą o polskich korzeniach. Niemniej jednak z opisu zamieszczonego w książce wynika, że Eleonora Ratkiewicz to kobieta wszechstronna i sympatyczna, dla której - uwaga, bo to bardzo mądre słowa - "biografia to ludzie, których poznaje się na życiowej ścieżce [...]". Autorka była członkiem stażystów Studia Filmowego w Rydze, trenowała sztuki walki, zaczytywała się w literaturze chińskiej i japońskiej, a nawet próbowała swoich sił w rysunku.

Za pisanie zabrała się jakiś czas później, a "Tae ekkejr!" to efekt jej ciężkiej pracy. I w pierwszej kolejności przyjrzyjmy się może kreacji świata przedstawionego. Z jednej strony jest on prosty, nie wyróżniający się niczym na tle setek książek o podobnej tematyce. Nie jest to Śródziemie, emanujące pięknem na każdym kroku, który stawiają członkowie Drużyny Pierścienia. Świat wykreowany przez Ratkiewicz przyrównałabym do tego, który znamy z książek Johna Flanagana. Zwyczajny, przywodzący na myśl średniowieczne zamki i grody, który mimo swej pospolitości posiada swój urok. Ale na tym nie koniec. Są przecież elfy, są ludzie, są też krasnoludy. Atrakcyjność tych trzech gatunków polega na tym, że autorka nadaje im pewne charakterystyczne cechy. Model krasnoluda jako pedantycznego budowniczego jest dla mnie zrozumiały - takie były krasnoludy i u Tolkiena, i u Paoliniego. Inaczej ma się już sprawa z kransoludzkim mentorem elfa. Ciężko mi to przełknąć, bo uważałam elfy za istoty nadzwyczaj inteligentne i samodzielne, a przy tym wycofane, rzadko stykające się z innymi gatunkami. Tymczasem autorka swobodnie igra z tym, co już się przyjęło, robiąc z elfów melancholijne stworzenia, skrycie podziwiające człowieka. I otóż właśnie! Człowiek postawiony na piedestale, chociaż wcale się tego nie domaga! Coś niezwykłego i na swój sposób uroczego, choć na początku może mierzić. Z czasem jednak można się przyzwyczaić.

Niestety, jeśli przyjrzymy się uważniej fabule, to stwierdzimy, że większość dotyczy... niczego. Mamy, rzecz jasna, jej ogólny zarys (książę Lermett w imieniu ludzi jedzie paktować z elfami, które rzekomo dopuściły się zbrodni, po drodze spotyka rannego księcia elfów Ariena alias Enneariego, razem podróżują po świecie ludzi, potem elfów, a na koniec jest mała jatka i jeden musi ratować drugiego w imię ogromnej przyjaźni), niemniej jednak jest on obficie okraszony mało znaczącymi wydarzeniami, nudnymi, pseudofilozoficznymi wynurzeniami bohaterów, słowem: zapychaczami. Niejednokrotnie miałam ochotę rzucić książkę w kąt i zająć się czym innym. Zawsze jednak wracałam do lektury, ponieważ "Tae ekkejr!" ratuje... dobry humor.

Autorka świetnie operuje językiem, dostarczając nam wielu okazji do śmiechu. I to nie takiego pobieżnego półuśmiechu, lecz głośnego rechotu ze łzami w oczach włącznie. Humor trzymał się i Lermetta, i Enneariego, a ich wzajemne poznawanie się wielokrotnie bawiło mnie do łez, przez co byłam w stanie przełknąć "fabułę o niczym". Gdyby nie te przydługie przemyślenia i zbyt skomplikowane, wielokrotnie złożone zdania, byłoby naprawdę dobrze. A tak jest przeciętnie.

Plusem książki jest pewien element fabuły, który podbił moje serce. Mianowicie mam na myśli początki przyjaźni Lermetta i Ariena. Do tej pory nie mieli oni okazji przebywać w swoim (mieszanym) towarzystwie, przez co nie znali się nawzajem i nie wiedzieli czego mogą się po sobie spodziewać. Autorka sporą część książki poświęciła zabiegom wzajemnego poznawania się tej dwójki, okraszonego humorem i sytuacjami, w których zarówno Lermett, jak i Enneari, nie byli w stanie zachować spokój ducha, bojąc się, że jeden na drugiego się obrazi i tyle będzie z ich przyjaźni.

Ogólnie książka nie niesie za sobą żadnego głębszego przesłania. Poza jednym - moim zdaniem wyjątkowym. Ojciec Ariena, a zarazem władca elfów, dawno temu wydał rozporządzenie, które zabraniało młodym elfom (i nie tylko) przechodzenia za Przełęcz i kontaktowania się z ludźmi. Przez cały czas Arien myślał, że jest to tylko bzdurny kaprys króla, który przynosi więcej szkód niż pożytku, bo młode elfy, spragnione przygód, nagminnie łamały zakaz i ruszały do ludzi. Dopiero pod koniec dowiadujemy się, że elficki król miał kiedyś przyjaciela (człowieka), ale jak na długowieczną istotę przystało, przeżył go i po dziś dzień opłakiwał jego stratę. Tym samym wyszło na jaw, że król chciał chronić swoich pobratymców przed własnym losem. Nie chciał, by inni cierpieli tak jak on. Jest to bardzo mądre i wzruszające - do tego stopnia, że na samą myśl o tym jakiś dziwny żal chwyta mnie za serce.

Podsumowując, książka ma swoje plusy i minusy. Rozkładają się mniej więcej po równo. "Tae ekkejr!" nie jest dziełem wybitnym, może czytelnika denerwować i nużyć, ale tak czy inaczej w zaskakujący sposób zainteresuje go na tyle, by doczytał książkę do końca. Także polecam ją tym, którzy nie mają akurat niczego innego pod ręką, a chcą się przenieść do świata, w którym istnieją elfy i ludzie, a nad nimi króluje godna podziwu i naśladowania przyjaźń.

Ocena: 4,5/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.


8 września 2012

"Jutro" - John Marsden




Tytuł: Jutro
Autor: John Marsden
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 272




To moja pierwsza styczność z Johnem Marsdenem i jego popularną serią „Jutro”, mimo że wielkimi krokami zbliża się premiera ostatniego, siódmego już tomu. Wcześniej wielokrotnie spotykałam się z pozytywnymi albo chociaż zachęcającymi recenzjami, dlatego nie zwlekałam, gdy w Weltbildzie pojawiła się pierwsza część za niecałe 10 zł. Od razu zamówiłam własny egzemplarz.

Książka musiała długo czekać aż wśród mnóstwa wciągających tytułów wybiorę ją na kolejną lekturę. Wreszcie jednak nadszedł jej czas. Jeśli zatrzymać się na moment przy okładce, tak ważnej przy pierwszym wrażeniu, to muszę powiedzieć, że nie zachwyciła mnie ani trochę. Jest maksymalnie uproszczona, a widniejący na niej wizerunek dziewczyny nie wzbudza mojej ciekawości. Mówiąc krótko i dobitnie, okładka jest nijaka, bezpłciowa i całkowicie mi obojętna.

Zdecydowanie ważniejsza przy ocenie jest treść książki. Biorąc pod uwagę „Jutro”, nie jest ona jednak jakoś szczególnie dobra. Spodziewałam się po niej czegoś lepszego, czegoś – nie wiedzieć czemu – na miarę „Gone”, które przecież wciągnęło mnie bez reszty. Tymczasem książka Marsdena okazała się zwyczajna. Narratorką jest Ellie, dziewczyna opowiadająca o absurdalnej sytuacji, w której grupka nastolatków wybiera się na biwak, a po powrocie zastaje kompletnie opustoszałe miasteczko i martwe zwierzęta. Zaczęło się ciekawie, motyw był podobny do „skoku” znanego nam z serii Michaela Granta, a to dobrze wróżyło książce. Niestety, okazało się, że jest to „jedynie” inwazja wrogiego państwa na Australię. Mieszkańcy nie zniknęli w tajemniczy sposób, lecz zostali odcięci od świata i zamknięci w obozie jenieckim. Z kolei nasi główni bohaterowie uniknęli podobnego losu tylko dlatego, że udali się do Piekła – miejsca, do którego docierają nieliczni ludzie. Po powrocie Ellie i jej przyjaciele zostali zmuszeni do życia na własną rękę, według nowych zasad - przebywając w ukryciu, by od czasu do czasu przeprowadzać akcje dywersyjne.

Przyznaję, że książka jest lekkostrawna. Czytanie idzie gładko, więc spokojnie można zapoznać się z całością w zaledwie jeden wieczór. Ale, na przykład, sam początek historii jest tak nudny, że mocno zniechęca do kontynuowania lektury. Pierwszych kilkanaście stron szło mi tak opornie, że myślałam już, że nie przebrnę dalej. Udało się, a i akcja przy okazji zaczęła nabierać tempa, mimo to nie była ani porywająca, ani wciągająca. Ciągnąca się w nieskończoność – to już prędzej. W wyeliminowaniu tego nie pomagał książce ani przystępny język wypowiedzi, ani silenie się na luz narratorki. Książka wypadła bardzo blado – może przez to, że liczyłam na coś więcej niż skradanie się między gruzami i knucie planu mającego na celu zaszkodzenie wrogiemu wojsku.

Równie nieciekawie wypadli bohaterowie „Jutra”. Niby każdy z nich pochodzi z innego środowiska, zajmuje się czym innym, ma odmienną osobowość i przyzwyczajenia. Co z tego, skoro w trakcie czytania wszystko zlewa się w jedną całość, że prawie nie dostrzega się jednostek? Nikt się nie wybija, nikt nie wzbudza większych emocji. Za to w grupie dają czadu! Pierwszy raz mam do czynienia z tak dziwnym tworem, dlatego nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić tego zabiegu. Na mnie nie robi to żadnego wrażenia.

Wygląda na to, że nie znajdę w „Jutrze” chociaż jednej rzeczy, którą mogłabym naprawdę docenić. Choć srodze się zawiodłam na tym pierwszym tomie, to jednak zamierzam na przekór sobie dokończyć całą serię. A nuż coś mnie pozytywnie zaskoczy i odmieni moje zdanie na temat książek Johna Marsdena? Jakby nie patrzeć książkę przeczytałam całą, więc może jest dla serii jakaś nadzieja.

Na chwilę obecną nie jestem w stanie nikomu szczerze polecić tej pozycji. „Jutro” jest tak nudną książką, że może nas uratować tylko wtedy, gdy nie mamy nic innego do czytania pod ręką. Nie omieszkam poinformować Was o moich odczuciach przy okazji kolejnej części, ale, szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nieprędko po nią sięgnę. Cenię swój czas poświęcany książkom…

Ocena: 2/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.

6 września 2012

"Sklepik z Niespodzianką. Adela" - Katarzyna Michalak




Tytuł: Sklepik z Niespodzianką. Adela
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2012
Liczba stron:
288




O Katarzynie Michalak jest i wciąż będzie głośno. Obecnie autorka jest u szczytu popularności - jej książki podbijają zestawienia najlepiej sprzedających się tytułów, ale przede wszystkim serca czytelniczek, które wprost uwielbiają jej twórczość. Katarzyna Michalak z jednej strony zdobywa szczyty i ciągle prze do przodu, z drugiej zaś krytykowana jest za zbyt infantylny język powieści i "chomikowanie" wielu wątków w jednej książce. Osobiście nie mogę nie zgodzić się z faktem, że autorka używa banalnie prostego języka, ale to akurat normalne dla literatury kobiecej, więc nie można na siłę robić z tego wady. Z kolei nagromadzenie wątków to już inna bajka. Można się pogubić, ale nie można "serii z kokardką" nie polubić z tak błahego powodu. A to dlatego, że Katarzyna Michalak czaruje słowem.

Już po raz drugi wracamy do Pogodnej, małej mieścinki między Koszalinem a Kołobrzegiem, w której mieszkają nasze ulubione bohaterki: Bogusia, Lidka, Stasia i tytułowa Adela. Pierwsza część Sklepiku z Niespodzianką zakończyła się spektakularnym powrotem największego wroga Bogusi, czyli Anny Potockiej, ukochanej żony Wiktora. I choć z założenia część druga ma dotyczyć Adeli, to i tak w dużej mierze jest ona poświęcona młodej Leszczyńskiej, a mówiąc konkretnie, trójkątowi Bogusia-Wiktor-Anna. Z lektury dowiemy się jak przebiegać będą losy tej trójki, ale chociażby z uwagi na tytuł pominę ten wątek i skupię się na Adeli.

Przyglądając się tytułowej bohaterce w pierwszym Sklepiku z Niespodzianką, można było wysnuć następujące wnioski: Adela to pewna siebie, niezależna i piękna kobieta, która osiąga sukcesy zawodowe, jest bajecznie bogata i ma powodzenie wśród mężczyzn. Przyznaję, że taki wizerunek kobiety z początku odrobinę mnie zniechęcił. Nasza radna wydawała mi się zimna jak sopel lodu, niedostępna, nie mająca w sobie choć krztyny delikatności. Cieszę się, że w tym tomie autorka jeszcze dokładniej przedstawiła nam tę postać, ukazując jej drugie, wcześniej nieznane nam oblicze. W obliczu nieprzyjemnych wspomnień z przeszłości, którymi Adela musi w końcu podzielić się z Bogusią, a także z powodu pasma nieszczęść, które nękają radną, nareszcie widzimy naszą bohaterkę taką, jaka jest w głębi serca: kruchą, delikatną i skrycie łaknącą ciepła i miłości. Dokładnie tego potrzebowałam, by Adelę polubić, a przede wszystkim, by zrozumieć dlaczego jest jaka jest. Jeśli powiem, że kiedyś łączyło ją z Wiktorem coś więcej niż tylko chłodna tolerancja, to chętniej sięgniecie po książkę?

Naprawdę warto. Tak jak w pierwszej części wytknęłam Katarzynie Michalak rozwlekłą fabułę, mało wnoszącą do książki, tak teraz muszę zwrócić jej honor, doceniając rozwój akcji. Choć momentami pędzi jak szalona, to i tak intryguje i ciekawi czytelnika, zachęcając do dalszej lektury. Czytając tę książkę, nie nudziłam się ani trochę. To były dwa wspaniałe wieczory, po brzegi wypełnione emocjami, które ciężko mi było utrzymać na wodzy. Naprawdę nie dziwię się zachwalającym twórczość Michalak osobom, ponieważ sama doskonale je rozumiem. Autorka wnosi do literatury kobiecej powiew tajemnic, intryg, miłości i nienawiści. Miesza wszystko razem aż czytelnikowi wychodzi to bokiem, a i tak się cieszy, że miał okazję to czytać.

Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że Katarzyna Michalak to królowa emocji. Towarzyszą nam one przez cały czas - od pierwszej do ostatniej strony. Im dłużej zamykamy się w świecie Pogodnej, tym więcej chcemy o niej wiedzieć. Interesują nas losy bohaterów, zależy nam na tym, by mimo nieszczęść wszystko skończyło się happy endem. Ale autorka jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Do debiutu szykuje się przecież "Sklepik z Niespodzianką. Lidka", na który czekamy z niecierpliwością, odkąd dowiedzieliśmy (dowiedziałyśmy?) się o jego przybliżonej dacie premiery. Jestem przekonana, że Michalak jeszcze niejeden raz nas zaskoczy, serwując nam zabójczą mieszankę uczuć i emocji.

Osobiście jestem Katarzyną Michalak zauroczona. Jak wcześniej omijałam literaturę kobiecą, tak teraz mam ochotę sięgać po nią częściej, od tej właśnie autorki zaczynając. Uwielbiam ją za prostotę wyrażania myśli, umiejętność przelewania emocji na papier, stały rozwój przy braku literackiego zastoju, a także za przepiękne, kolorowe, wzbudzające ciepło w sercu okładki (za tę z drugiego tomu mam ochotę postawić autorce pomnik - tak, uwielbiam koty, a ten urzekł mnie jak każdy jeden).

Podsumowując, moje drogie czytelniczki (bo wciąż nie mam odwagi polecać takich książek mężczyznom, którzy przecież również mnie odwiedzają - za co dziękuję): polecam Wam Katarzynę Michalak i jej cudowną "serię z kokardką". Z pewnością urzeknie Was to, co autorka chce nam przekazać - jej książki są życiowe i szczere (czasem aż do bólu). Jestem maksymalnie szczęśliwa, że nie jest to dla mnie koniec przygody z Bogusią, Adelą, Lidką i Stasią. Wam również życzę, abyście z taką samą niecierpliwością oczekiwały kolejnych książek Michalak - w końcu gwarantuję Wam, że warto.

Mała prywata, Kasiu: stworzyłaś odrębne historie Bogusi, Adeli i Lidki, stwórz, proszę, także i Stasi. Tak bardzo przypomina mi moją ukochaną babcię, że wprost marzę, by poznać jej losy...

Ocena: 5,5/6

Po raz kolejny odwiedziłam Pogodną z pomocą Wydawnictwa Nasza Księgarnia.