STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 października 2012

Podsumowanie października


Szczerze mówiąc, obawiałam się, że październik odbierze mi siły i chęci do recenzowania. Powody były dwa: początek roku akademickiego i jesienna aura, która w tym roku dobiła mnie szczególnie. I choć wstawać rano do pracy nie chce mi się nadal, a w weekendy zawsze marudzę, że znowu muszę iść na uczelnię, to i tak przetrwałam w blogowym świecie. Ba, wyszło chyba nawet lepiej niż miesiąc temu!

Przed Wami czytelnicze podsumowanie października!

W tym miesiącu licznik odwiedzin wyniósł  8930 unikalnych wizyt. Co to dla mnie oznacza? Ano same miłe rzeczy, ponieważ okazuje się, że od września odwiedza mnie średnio 2500 nowych osób. Ponadto, gdyby nie prawie tygodniowe prace nad nową szatą bloga, liczby te wyglądałyby jeszcze lepiej. Dziękuję Was serdecznie - jestem już spokojna, że na półrocze mojego bloga dobijecie do 10000 wizyt. To będzie naprawdę duże osiągnięcie i to Wy przede wszystkim będziecie za nie odpowiedzialni!

Obserwujących przybywa mi w ślimaczym tempie, ale mimo wszystko jest ich więcej niż miesiąc temu. Na chwilę obecną jest ich 72 - i każdego witam serdecznie na pokładzie bloga! Kochani, liczę po cichu na to, że na półrocze Zrecenzujemy i zbliżające się święta zrobicie mi prezent i dojdziecie do setki!

A teraz przejdźmy do najlepszego elementu, czyli przeczytanych książek. W październiku było ich aż 12, czyli 4348 stron, a więc 140 stron dziennie - i były to:

1. Pandemonium, Lauren Oliver [RECENZJA]
2. Kroniki krwi, Richelle Mead [RECENZJA]
3. Gone: Zniknęli. Faza trzecia: Kłamstwa, Michael Grant [RECENZJA]
4. Winter, Asia Greenhorn [RECENZJA]
5. Nadciąga burza, Robin Bridges [RECENZJA]
6. Gone: Zniknęli. Faza czwarta: Plaga, Michael Grant [RECENZJA]
7. Żywe trupy. Narodziny Gubernatora, Robert Kirkman, Jay Bonansinga [RECENZJA]
8. Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich, Małgorzata Gutowska-Adamczyk [RECENZJA]
9. Całując grzech, Keri Arthur [RECENZJA]
10. Pas Deltory. Ruchome Piaski, Emily Rodda [RECENZJA]
11. Pas Deltory. Góra Grozy, Emily Rodda
12. Pas Deltory. Labirynt Bestii, Emily Rodda

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich"
Najlepsza Książka: "Pandemonium"
Najgorsza Książka: brak, bo najniżej ocenione książki i tak mi się podobały!

PLAN NA LISTOPAD: Czytać, czytać, czytać, a w międzyczasie zaliczyć kolokwium z pragmatyki językowej - najtrudniejszego przedmiotu na dziennikarstwie!


30 października 2012

"Całując grzech" - Keri Arthur




Tytuł: Całując grzech
Seria: Zew nocy
Tom: #2
Autor: Keri Arthur
Wydawnictwo: Erica
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 440



Minęło sporo czasu, zanim po "Wschodzącym księżycu" sięgnęłam po kolejny tom z serii "Zew nocy" Australijki Keri Arthur. Przyczynił się do tego chwilowy przesyt wampirzą tematyką, jak i fakt, że obecnie nieco inaczej postrzegam przygody Riley Jenson.

I tym razem autorka bez zbędnych ceregieli wrzuca nas w sam środek akcji. Riley budzi się w jakimś ośrodku i pierwsze, co robi, to wplątuje się w walkę ze stworami, które z pewnością nie są dziełem Matki Natury. Muszę przyznać, że za pierwszym razem byłam w stanie przymknąć oko na brak wstępu. Teraz zwyczajnie mnie to zdenerwowało. Mimo wszystko lubię formułę prologów i epilogów, bo stanowią one klamrę spinającą całą książkę. Bez tego czuję się tak, jakby autorka miała to gdzieś, woląc pruć z akcją do przodu.

Sama fabuła jest naprawdę ciekawa. Wątek z intrygą, której macki sięgają już najwyższych stanowisk w Departamencie ds. Innych Ras, wątek krzyżowania ras, tworzenia klonów i wykorzystywania genów do zabawy w Boga, a także wątek Riley, która poszukuje prawdy o sobie i jednocześnie próbuje wybrać między wilkołakiem a wampirem - wszystko to sprawia, że książka jest naprawdę interesująca i wciągająca.

Niestety, wizję idealnej książki skutecznie psują mi wszędobylskie sceny seksu. Jest ich po prostu za dużo. Riley z Kade'm, Riley z Quinnem, Riley z Kellenem, Riley z Mishą - do cholery, ileż można!? Na co drugiej stronie czytałam o skojarzeniach bohaterki, o jej pikantnych myślach, o tym, że koniecznie musi zostać zaspokojona, bo inaczej zwariuje... Gdyby wywalić z fabuły wszystko, co związane z seksem, to książka byłaby co najmniej o połowę chudsza. Jasne, że jeden raz, drugi, a nawet i trzeci można jeszcze przeczytać bez odruchów wymiotnych (tak było chociażby z Kerrelyn Sparks, która świetnie opisywała wampiryczny seks, przy czym miało to klimat i nie było pornosem - jak coraz częściej myślę o przygodach Riley), ale później to się już robi nudne, przewidywalne i denerwujące. Przykro mi to mówić, ale wydaje się, że autorka bazuje głównie na erotyzmie.

A szkoda, bo ta historia naprawdę ma spory potencjał! Grzebanie w genach jest fascynującym tematem, więc chętnie towarzyszyłam Riley w jej podróży w celu odkrycia prawdy i powodu, dla którego jest ona kluczowym ogniwem łączącym "oryginalne" istoty i ich hybrydy. Nawet jeśli nie odczuwałam już do niej żadnej sympatii. Tak, ognistowłosa hybryda zaczęła mnie najzwyczajniej w świecie irytować! Tym, że całe swoje życie sprowadza do seksu, tym, że zawsze musi być w centrum walki, tym, że notorycznie przeklina i jest mało kobieca. Keri Arthur powinna wyposażyć ją w bardziej ludzkie cechy, dołożyć jej delikatności, zmienić jej temperament i dodać więcej słabości. W tej chwili ma tylko jedną, a i jej w sumie się wyrzekła w imię większego dobra. A ja strasznie nie lubię postaci zamkniętych w jednym schemacie.

"Całując grzech" to powieść dobra. Wyższej oceny nie mogę jej wystawić, bo nie pozwala mi na to sumienie. W gruncie rzeczy zawiodłam się na niej, bo liczyłam, że autorka rozwinie postać Riley w lepszym kierunku. Niestety, nadal jest ona tą samą, opętaną seksem hybrydą, wokół której wszystko musi się kręcić, jakby byłą najważniejszą istotą na świecie. Mimo wszystko powieści absolutnie nie skreślam, bo wątek krzyżówek, klonów i manipulacji genami interesuje mnie na tyle, że zamierzam zapoznać się z nim od a do z.

Książkę zaś polecam czytelnikom w wieku 18+, których nie odpycha literacka pornografia, a którzy chcą poczytać o czymś więcej niż tylko o romansach i rozterkach sercowych.

Ocena: 4/6


Kontynuację przygody z Riley umożliwił mi Instytut Wydawniczy Erica.



ZEW NOCY:
Wschodzący księżyc | Całując grzech 

29 października 2012

"Pas Deltory. Ruchome Piaski" - Emily Rodda




Tytuł: Ruchome Piaski
Seria: Pas Deltory
Tom: #4
Autor: Emily Rodda
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 172



"Ruchome Piaski" długo czekały na swoją kolej. Biorąc pod uwagę grupę docelową, do której kierowana jest książka (a do której ja zdecydowanie się nie zaliczam), wcale mi się nie spieszyło do czytania kolejnych tomów cyklu. Od takich sobie lub wręcz dennych lektur bardziej jednak nie znoszę porzucania serii w ich połowie. Dlatego też - mimo obaw i pewnej niechęci - znów wróciłam do "Pasa Deltory", by poznać dalsze losy Liefa, Bardy i Jasmine.

Mam za sobą książki poważne i takie, które z góry uznałam za dobre, a więc do czwartego tomu tej serii podeszłam ze sporą dawką sceptycyzmu. I byłam w szoku, gdy sięgnęłam po "Ruchome Piaski" i przeczytałam je jednym tchem. Z przyjemnością! Oczywiście nie łudźmy się, że był to przykład wybitnej literatury, z którą absolutnie każdy powinien się zapoznać, bo fabuła nadal jest boleśnie przewidywalna i dziecinna. Wydaje mi się, że po prostu potrzebowałam tego typu odskoczni od poprzednich książek, dzięki czemu Emily Rodda wstrzeliła się w doskonały moment.

I tym razem towarzyszymy trójce głównych bohaterów w podróży mającej na celu zdobycie kolejnego klejnotu, na który niegdyś składał się legendarny Pas Deltory. Niewiele się zmieniło pod względem charakterów postaci - jedyną widoczną zmianą jest większa świadomość Liefa, który jak nigdy przedtem zdaje sobie sprawę z powagi zadania, przed jakim go postawiono. Jest przerażony, ponieważ znaleziony w Mieście Szczurów kamień pokazał mu przyszłość, która nie wygląda dlań zbyt optymistycznie. Na jego miejscu zwykły człowiek by stchórzył, tymczasem on, wiedząc, że ścigają go słudzy Władcy Mroku, a w Ruchomych Piaskach może się dokonać jego żywot, zdecydował się kontynuować misję, biorąc udział w kolejnych przygodach. Pod tym względem Lief przypomina Froda z trylogii "Władcy Pierścieni", ale bardzo, ale to bardzo liczę na to, że Rodda nie wzorowała się na Tolkienie, bowiem wtedy byłabym zmuszona uznać jej próby za wyjątkowo nieudolne.

Nie spodziewałam się po tej książce żadnych większych zmian na plus. Język na poziomie dwunastolatka pozostał ten sam, ponieważ książkę przeznaczono dla młodego czytelnika, który dopiero rozpoczął przygodę z dziecięcą fantastyką. Infantylność tekstu nie była jednak dla mnie aż tak bardzo denerwująca jak poprzednim razem - i jest to zasługa mojej potrzeby przeczytania czegoś naprawdę lekkiego i niezobowiązującego. W gruncie rzeczy miło wspominam tę lekturę.

To samo mogę powiedzieć o fabule, którą bez problemu można zgadnąć od początku do końca. Zazwyczaj gromię przewidywalność we wszelkich książkach, z którymi się stykam, bo zabija ona całą przyjemność płynącą z lektury. Tym razem nie było to aż tak widoczne, bo byłam świadkiem wewnętrznej walki Liefa z własnymi słabościami. Było to o tyle ciekawe, bo przecież nie mamy do czynienia z dorosłym człowiekiem, który jest w pełni świadomy czekających na niego niebezpieczeństw, lecz z kilkunastoletnim, dorastającym synem kowala, który ma prawo się bać. Ba, ma prawo się rozpłakać, kiedy jego życie zawiśnie na włosku. Lief taki nie jest - stara się być odważny i skupia się na zdobyciu wszystkich klejnotów z Pasa Deltory. Pod tym względem jest godnym naśladowania młodym człowiekiem. Dzięki temu wątkowi mimowolnie wciągnęłam się w fabułę i nie mogę uznać czwartego tomu cyklu Roddy  za całkowitą stratę czasu.

Lektura "Ruchomych Piasków" nieoczekiwanie zaspokoiła moją potrzebę odstresowania się lekką tematyką. Jak zwykle gorąco polecam tę pozycję młodym czytelnikom, którzy na pewno nie zawiodą się na tym, co cykl "Pas Deltory" sobą reprezentuje. Starsi czytelnicy mogą zauważyć wiele mankamentów fabuły, jednak nie powinno to mieć żadnego wpływu na satysfakcję początkujących moli książkowych. W cyklu autorstwa Emily Roddy znajdą bowiem wszystko, co najistotniejsze w tym konkretnym gatunku literackim.

A jeśli ktokolwiek z Was ma podobną potrzebę, by odpocząć od krwawych rzezi, rodzinnych tragedii, morderstw, intryg i wszystkiego tego, co czytamy na co dzień, może spokojnie sięgnąć po tę książkę. 

Dwie godziny czytania zdecydowanie poprawią Wam humor. Sprawdzone i potwierdzone!

Ocena: 3,5/6 (powyżej dwunastu lat), 6/6 (poniżej dwunastu lat)

27 października 2012

"Żywe trupy. Narodziny Gubernatora" - Robert Kirkman, Jay Bonansinga





Tytuł: Żywe trupy. Narodziny Gubernatora
Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 364




Na początku był komiks. Dotarł głównie do ludzi zainteresowanych zarówno twórcami, jak i tematem, ale prosperował dobrze, więc szybko znaleźli się chętni do realizacji serialu. I to od niego zaczęła się moja przygoda z zombie. Choć The Walking Dead to serial maksymalnie  brutalny, obrzydliwy i kompletnie pozbawiony człowieczeństwa, to jednak z miejsca stał się jednym z moich ulubionych. I pewnie dlatego nie mogłam sobie odmówić książki "Żywe trupy. Narodziny Gubernatora".

W powstawaniu książki czynny udział brały osoby odpowiedzialne za komiks. Nie miałam do tej pory styczności z rysunkową wersją tej historii, ale ufam, że książka nie odbiega zbytnio od tego, co można w niej znaleźć.

Od razu podkreślę, że po tę pozycję nie powinny sięgać osoby o słabych nerwach i żołądkach. Krew leje się często, trup ściele gęsto, a flaki i odrąbane kończyny wręcz latają w powietrzu. Ci, na których nie zrobi większego wrażenia ilość scen drastycznych, będę za to mogli odkryć drugie dno książki...

Bo tak naprawdę jest to pogłębiony portret psychologiczny głównego antagonisty serii, czyli tytułowego Gubernatora. Towarzyszymy mu od początku zombie apokalipsy, kiedy to jeszcze jako niepozorny Brian Blake dołączył do swojego brata Phillipa i razem z jego kolegami, a także córką Phillipa - Penny, wyruszył w podróż do Atlanty. Tam, według plotek, miała się znajdować ostoja dla uchodźców - miejsce, do którego nie mają dostępu nieżywi. Szybko okazało się, że to nieprawda, bo trupy opanowały większość miast, które jedno po drugim upadały, a wraz z nimi rządy, instytucje, a nawet wojsko. Braciom Blake oraz ich towarzyszom pozostała jedynie dalsza wędrówka przed siebie i nieustanna walka z trupami. Po drodze byli zmuszeni do walki na śmierć i życie, nierzadko przekraczając pewne granice, które w normalnym życiu są nieprzekraczalne. To musiało wpłynąć na Blake'ów. Od samego początku lektury byłam świadoma tego, że będę świadkiem upadku człowieka. Jak się okazało - nie tylko jednego. Aby nie zdradzać najistotniejszego wydarzenia, które zmieniło życie Phillipa i Briana o sto osiemdziesiąt stopni, powiem jedynie, że kulminacja nastąpi w Woodbury - miejscu istotnym i dla komiksu, i dla serialu, i dla książki.

Bohaterów mamy w książce kilku, ale najważniejsi są bracia Blake oraz Penny. Muszę przyznać, że jest to chyba pierwsza moja lektura, w której nie potrafię znaleźć kogoś, z kim mogłabym się utożsamić. To, co w "Żywych trupach" stanowi trzon fabuły, jest dla mnie do tego stopnia nierealne, że nie jestem w stanie postawić się na miejscu bohaterów i zastanowić się nad tym, co ja bym na ich miejscu zrobiła. W ten sposób żadnego z nich nie polubiłam, ale żaden też nie wzbudził we mnie nienawiści. Mojemu podejściu na pewno sprzyjał też fakt, że doskonale wiedziałam, kim jest Gubernator. Nie wiedziałam jedynie jak doszło do tego, że w ogóle nim został. Jak wyglądała jego przemiana? Co go skłoniło do zostania tyranem?

Jeśli sądzicie, że opisy dantejskich scen to szczyt "Żywych trupów" i nic równie gorszącego w książce się nie pojawi, to czuję się zobowiązana, by wyprowadzić Was z błędu. Pozycja te jest wręcz przesiąknięta wulgaryzmami. Dziwiłyby mnie one w cudownych obyczajówkach Kasi Michalak, ale tutaj są dla mnie całkowicie naturalne. W stu procentach rozumiem potrzebę bohaterów, by porzucać mięsem także w znaczeniu przenośnym. Fakt, że z początku czułam się zdegustowana poziomem językowym zwłaszcza Phillipa, ale z czasem doszłam do wniosku, że nie ma sensu się tym przejmować, skoro co druga ważniejsza scena ma związek z wypruwaniem flaków.

"Żywe trupy. Narodziny Gubernatora" to gratka dla fanów komiksu i serialu. Najprawdopodobniej nie zainteresują się tą książką ci, których tematyka zombie nie pociąga. Jeśli jednak znajdą się osoby, które lubią kontrowersyjne tematy pogłębione o psychologiczne aspekty przemiany bohaterów z dobrych ludzi w złych, pozycja ta będzie dla nich obowiązkowa. W tym momencie polecam ją jednak głównie fanom serialu, ponieważ Woodbury zbliża się do nas wielkimi krokami i warto byłoby poznać historię Gubernatora, zanim zobaczymy go w serii.

Na koniec wspaniała nowina prosto od naszego Wydawcy: już niedługo w Polsce pojawi się kolejna książka, która powstała w oparciu o uniwersum The Walking Dead. Nie omieszkam się z nią zapoznać!

Ocena: 5/6


Odwiedziłam Woodbury na zaproszenie Wydawnictwa Sine Qua Non.



25 października 2012

"Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk



PREMIERA!
Tytuł: Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich
Seria: Podróż do miasta świateł
Tom: #1
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 480



Zapoznanie się z twórczością Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk dopiero teraz to dla mnie powód do wstydu. Wstydzę się strasznie, bo oceniałam poprzednie książki autorki "po tytule". "Cukiernia pod Amorem" zn nazwy brzmiała dla mnie zbyt słodko i infantylnie, przez co nie chciałam się z nią zapoznawać. Najnowsza powieść Gutowskiej-Adamczyk, którą recenzuję dla Naszej Księgarni z punktu widzenia osoby nie znającej poprzednich hitów pisarki, zmieniła moje podejście właściwie z dnia na dzień. Tyle bowiem zajęło mi przeczytanie książki i uznanie jej za świetną, wręcz fantastyczną lekturę. I tylko tyle wystarczyło, bym zapragnęła całej trylogii "Cukierni pod Amorem" na własność.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk urodziła się w Mińsku Mazowieckim i tam też przez jakiś czas uczyła języka polskiego i łaciny. Zajmowała się wszystkim, co w jakiś sposób wiązało się z pisaniem: tworzyła scenariusze, była dziennikarką, ale przede wszystkim pisała książki. Dziś są już one bestsellerami, a Gutowska-Adamczyk ma wierne grono fanów, do których oficjalnie dołączam.

"Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich" to pierwszy tom dylogii o o Róży Wolskiej i dziewiętnastowiecznym Paryżu, słynnym Mieście Świateł, a zarazem czwarty tom z Gutowem w tle - fikcyjnym miasteczkiem, w którym teraźniejszość spotyka się z przeszłością. Ze względu na to, że obecne i przeszłe czasy są w tej książce kluczowe, bohaterów mamy kilku. Jest Nina Hirsch, która wykłada na uczelni historię sztuki. Właśnie ze względu na jej zainteresowania Iga Toroszyn, właścicielka zabytkowego pałacyku w Zajezierzycach, prosi ją o pomoc w ustaleniu, czy portret Hrabiego Zajezierskiego, wiszący w holu pałacyku,  jest autentyczny i z jakiego powodu ktoś kradnie wszystkie obrazy namalowane przez Rose de Vallenord. Jest też matka Niny, podła, apodyktyczna, wredna i uzależniona od córki kobieta, o której mam bardzo niskie mniemanie. Są to bohaterki z czasów współczesnych, które z różnych względów zaskakująco często spoglądają w przeszłość. Igę i Ninę da się jeszcze lubić, ale Irenie miałabym ochotę wygarnąć prawdę na temat tego jak traktuje swoją córkę. Jak widać każda książka potrzebuje bohaterów mniej lubianych i taka z pewnością jest matka Niny.

Nie da się ukryć, że najważniejszą i najbardziej fascynującą postacią w książce jest Róża Wolska. Poznajemy ją, gdy jako kilkulatka wyjeżdża do Paryża, aby leczyć się z niemoty u uznanego francuskiego lekarza. Razem z matką zamieszkuje u swojego wuja Izydora. Ojciec dziewczynki, Kazimierz Wolski, został zesłany na Syberię za spisek przeciwko carowi. Róża wraz z matką od luksusu szybko przechodzą w nędzę, stopniowo próbując wrócić na salony, jak na polską szlachtę przystało. Jest to żmudny proces, okupiony rozpaczą i poświęceniem. Wydarzeniom tym towarzyszy dorastanie Róży, którą coraz bardziej fascynuje malarstwo, a już zwłaszcza młody książę Roger de Vallenord, malujący pod pseudonimem, przystojny uwodziciel, który wciąga dziewczynę w świat malarstwa. Od tej pory uczestniczymy w burzliwym życiu dwójki kochanków, jednocześnie poznając dziewiętnastowieczny Paryż, rządzący się własnymi, często brutalnymi zasadami, które mogą czytelnika zaszokować.

W kwestii tematyki na pewno główne skrzypce gra sztuka. Malarstwo jest wszystkim tym, co dla Róży najważniejsze. Dzięki niemu się utrzymuje i jest szczęśliwa. Miłość często jej to szczęście odbiera, ponieważ związek z Rogerem nie jest łatwy - dla Róży jest on właściwie głównym źródłem cierpień. O miłości naczytacie się w "Podróży..." sporo - być może niektóre jej aspekty Was zaskoczą, ale na pewno na tym temacie się nie zawiedziecie. Zauważyłam również tendencję autorki do poruszania tematu trudnych relacji rodziców z dziećmi. Matka Róży, Krystyna z Wolskich, to urodzona szlachcianka. Wszelką pracę uważa za uwłaczającą i najchętniej nie robiłaby nic, gdyby nie musiała zarabiać na życie. Jest wręcz identyczna jak Irena Hirsch, czym sprawiła, że z miejsca ją znienawidziłam za okrucieństwo i jad kierowany w stronę jedynego dziecka.

Zakończenie nie stanowiło dla mnie zaskoczenia, bo wiedziałam, że przede mną jeszcze dwa tomy. Co najwyżej poczułam się zawiedziona, że to już koniec i że na kolejną książkę będę musiała długo, naprawdę długo czekać (premiera planowana jest na jesień przyszłego roku, a co, jeśli będzie koniec świata!?). Jestem przekonana, że się nie zawiedziecie, sięgając po "Podróż..." - lektura wciągnie Was do reszty i sprawi, że będziecie z taką samą niecierpliwością wyczekiwać kontynuacji.

Nie jestem w stanie przyczepić się do niczego. Książka jest świetnie wydana, ma piękną, klimatyczną okładkę i tłoczony tytuł. Na półce prezentuje się wyjątkowo dobrze. Idąc dalej, muszę wspomnieć o aspekcie językowym powieści. Styl jej autorki szalenie mi się podoba, choć mimowolnie przyrównywałam go do stylu Kasi Michalak. Tej drugiej nie przebił, ale nie zmienia to faktu, że okazał się świetny, przyciągający wzrok, nieskomplikowany i ciekawy. Książkę czyta się dzięki temu z niezakłamaną przyjemnością, bo nie jest przeładowana pojęciami z XIX wieku, jak by się można było spodziewać po tych jakże specyficznych ramach czasowych powieści. Tekst jest zaskakująco prosty, lekki i nie sprawia wrażenia wymuszonego - autorka ma dar przekazywania wiedzy o dawnych czasach w sposób, jakby sama w nich żyła.

Tak samo nie jestem w stanie narzekać ani na bohaterów, ani na fabułę, ani na wydarzenia, których jesteśmy świadkami. Choć obawiałam się, że Paryż XIX wieku niekoniecznie mnie zainteresuje, ostatecznie skończyłam kompletnie nim zafascynowana. Nie mogę się doczekać dalszych losów Róży i śledztwa Niny, którą polubiłam najbardziej ze wszystkich bohaterów. Do tej pory interesowałam się głównie literaturą młodzieżową, ale "Podróżą..." jestem nieskończenie urzeczona i zamierzam kontynuować przygodę z jej autorką.

Gorąco polecam wszystkim najnowszą powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Jestem ogromnie zadowolona z możliwości zapoznania się z tą książką i jestem wdzięczna pisarce za otwarcie mi oczu. Już trzecia Polka udowodniła mi, że nasze rodzime powieści są równie dobre jak te zagraniczne. W niektórych przypadkach - pewnie nawet lepsze. Jeśli zakupicie książkę "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich", będzie to świetny zakup, którego nie będziecie żałować, bo warta jest każdej wydanej na nią złotówki.

Ocena: 6/6


Odwiedziłam dziewiętnastowieczny Paryż na zaproszenie Wydawnictwa Nasza Księgarnia.


23 października 2012

"Gone: Zniknęli. Faza czwarta: Plaga" - Michael Grant




Tytuł: Gone: Zniknęli. Faza czwarta: Plaga
Seria: Gone
Tom: #4
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 525



Bez zbędnych wstępów i kolejnych zachwytów nad Michaelem Grantem powiem tak: seria "Gone" dojrzewa, podejmuje coraz trudniejsze tematy, staje cię brutalniejsza i mroczniejsza. Bohaterowie dojrzewają do podejmowania poważnych decyzji, które wiążą się albo z przetrwaniem, albo z wypadnięciem z ETAP-u. Na naszych oczach zmieniają się, nabierają pokory lub oddają się w sidła szaleństwa, rozpaczy i desperacji. Ze względu na te zmiany czwarty tom prezentuje się znacznie lepiej od poprzedniego, który i tak przecież trzymał stały, bardzo dobry poziom.

Perdido Beach to w gruncie rzeczy wyjątkowo pechowe miejsce. Nie dość, że od wielu miesięcy trwa w nim ETAP, dzieci pozbawione są opieki rodziców, a na ulicach panuje chaos, to na dodatek wśród jego nastoletnich mieszkańców wybucha epidemia grypy, której nie potrafi wyleczyć nawet słynna Uzdrowicielka. Mało tego: Drake ucieka z więzienia, zaczyna brakować wody, Sam i jego najlepsi ludzie znikają, a Mały Pete pogrąża się w psychodelicznej gorączce, walcząc z Gaiaphage wewnątrz swojego umysłu. Kiedy w miasteczku pojawiają się krwiożercze robale-mutanty, upadają resztki człowieczeństwa, a jedynym ratunkiem dla mieszkańców jest ich największy wróg.

Kończąc lekturę, miałam ochotę wyć z rozpaczy, że nie mam pod ręką kolejnej części. Byłam i wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego tomu, bo wkradły się do niego dojrzałość i dramatyzm, które w poprzednich istniały w moim odczuciu w zaledwie szczątkowej postaci. Byłam zachwycona akcją, z uwagą śledziłam wydarzenia w Perdido Beach, ale i poza nim, przyglądałam się przemianie Sama i Astrid, próbowałam też rozwikłać zagadkę Projektu "Kasandra". Sama wzmianka o nim wbiła mnie w fotel, dlatego liczę na więcej szczegółów w piątej części.

Minusy książki są te same, co zawsze: Drake i Astrid. Tej dwójki po prostu nie mogę strawić. Gdyby nie fakt, że ich wątki są niezwykle istotne dla całej fabuły, bo łączą się z Gaiaphage i Małym Pete'm, przeskakiwałabym je bez cienia skrupułów. Ale skoro są tak ważne, to staram się je czytać, nie myśląc o tym, że dotyczą Biczorękiego i Genialnej Astrid. 

Mniej drażniące, ale mimo wszystko nieakceptowalne, są za to błędy w tekście - standardowe literówki i pomyłki, które w ostatecznym wydaniu nie powinny się pojawić. Biorąc jednak pod uwagę moje uwielbienie do serii, potknięcia tłumaczki jestem w stanie wybaczyć i rzadziej wyłapywać je w trakcie czytania (co robię wbrew własnej woli, automatycznie).

Michael Grant ma to do siebie, że lubi stopniowo wprowadzać do fabuły nowych bohaterów. I w tej części pojawiają się nowe postacie - Sanjit wraz z przybranym rodzeństwem, ale i na wpół oszalały uciekinier z wspomnianego wcześniej Projektu "Kasandra". Są to postacie ciekawe, choć nie tak jak Sam, Dekka, czy też Mały Pete. Ten ostatni wreszcie otrzymuje szansę przedstawienia pewnych historii z własnego punktu widzenia. Fragmenty te należą do najbardziej enigmatycznych, a przez to fascynujących wątków, z jakimi mamy do czynienia.

Faza czwarta ETAP-u trwa zaledwie 72 godziny, ale to wystarczy, by wywrócić życie naszych bohaterów do góry nogami. W tym czasie dzieje się tak wiele, że można doznać szoku! Bohaterowie kłócą się i rozstają, dojrzewają lub zmieniają swoje poglądy, niektórzy mają dość i "wypadają" z tego koszmaru, jeszcze inni załamują się i odchodzą, a ci, którzy mają do czynienia z tytułową plagą, wręcz błagają o szybką śmierć. ETAP staje się coraz bardziej brutalny i nic nie wskazuje na to, by miał się zakończyć. Bohaterowie wątpią zresztą, by po ucieczce z koszmaru udało im się wrócić do normalnego życia. Sam jest wręcz przekonany, że stanie przed sądem i odpowie za to, co zrobił, gdy był dowódcą w Perdido Beach.

O tej książce można byłoby opowiadać bez końca. Jest dojrzalsza i coraz ciekawsza, dużo lepsza od swoich poprzedniczek, które sprawiały wrażenie wstępu przed tym, co dzieje się teraz; jest też niebezpieczna, brutalna i niemal całkowicie pozbawiona człowieczeństwa, ale na swój sposób sprawia, że nie można się od niej oderwać. 

Nie dziwię się, że Gone ma tylu fanów na całym świecie. Jeśli do tej pory nie mieliście z tą serią do czynienia, polecam naprawić ten błąd i dołączyć do grona miłośników prozy Granta.

Ocena: 5,5/6

Weszłam do ETAP-u w sam środek plagi dzięki Wydawnictwu Jaguar.


GONE:

20 października 2012

Stos 5/2012


W tym miesiącu mój stos może się wydawać nieco skromniejszy niż dotychczas. Spowodowane to jest moją decyzją ograniczenia książek do czytania. Wszystko przez szkołę, która zabiera mi cały wolny czas, a także pracę, która zabiera mi go całą resztę. Mimo to mam zamiar utrzymać w miarę stały poziom, jeśli chodzi o ilość recenzji, także nie musicie się martwić, że ich liczba drastycznie zmaleje.

W pierwszej kolejności przedstawiam Wam stos recenzencki:


1. Całując grzech, Keri Arthur - egzemplarz recenzencki od Instytutu Wydawniczego Erica; druga część przygód Riley, za którą już niedługo będę miała przyjemność się zabrać;
2. Niebezpieczna rozgrywka, Keri Arthur - egzemplarz niespodziankowy od Instytutu Wydawniczego Erica; zanim go przeczytam, muszę doczytać część trzecią;
3. Giń, Hanna Winter - egzemplarz finalny od Fabryki Słów; [RECENZJA]
4. Nadciąga burza, Robin Bridges - egzemplarz recenzencki od Fabryki Słów; bardzo dobra książka z gatunku paranormal romance; [RECENZJA] 
5. Pandemonium, Lauren Oliver - egzemplarz recenzencki od Dużego Ka; trylogia "Delirium" to seria, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia; [RECENZJA]
6. Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich, Małgorzata Gutowska-Adamczyk - egzemplarz recenzencki od niezastąpionej Naszej Księgarni; to moja pierwsza styczność z tą autorką, ale już po kilkudziesięciu stronach czytanej obecnie lektury wiem, że koniecznie muszę przeczytać serię o Cukierni pod Amorem;
7. Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora, Robert Kirkman, Jay Bonansinga - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Sine Qua Non; pod wpływem fascynacji serialem The Walking Dead poprosiłam o tę właśnie książkę i powiem krótko: jest to świetny portret psychologiczny głównego antagonisty całej serii.

A teraz pora na stos własny:



1. Jutro 2, John Marsden - efekt wymiany na Lubimy Czytać; wiem, że zmasakrowałam pierwszy tom w recenzji, ale nie mogłam się powstrzymać, by nie wziąć pod lupę dalszych części;
2. Żelazny książę, Meljean Brook - wygrana w konkursie u Tali; słyszałam wiele ciekawych opinii o tej książce, więc liczę na interesującą lekturę w bliżej nieokreślonej przyszłości;
3. Upadli, Lauren Kate - efekt wymiany face-t0-face; za książkę dałam 8 zł, więc było warto, a chciałam chociaż zapoznać się z tą serią;
4. Czerwień rubinu, Kerstin Gier - spontaniczny zakup w Empiku; chciałam przeczytać Trylogię Czasu, gdy tylko poznałam zarys fabuły;
5. Nowa Ziemia, Julianna Baggott - zaplanowany z wyprzedzeniem zakup u Tali; kolejna książka z serii "Must Have&Read";
6. Dziewiąty Mag, Alice Rosalie Reystone - prezent od bliskiej mi osoby, za który po raz kolejny serdecznie dziękuję! [RECENZJA] 


Jestem bardzo ciekawa Waszych typów - które książki najchętniej byście przeczytali?

18 października 2012

"Nadciąga burza" - Robin Bridges




Tytuł: Nadciąga burza
Seria: Katerina
Tom: #1
Autor: Robin Bridges
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 380



Chyba nigdy nie wyrosnę z romansów paranormalnych. Kiedy tylko zapoznałam się z opisem powieści "Nadciąga burza" od Fabryki Słów, wiedziałam, że muszę ją mieć. Uroku z pewnością dopełniła też bardzo ładna okładka, która mimo wszystko jednak wpędziła mnie w kompleksy. Ta dziewczyna jest piękna!

"Nadciąga burza" to debiut Robin Bridges, która łączy pracę pisarki z etatem w szpitalu. Mieszka nad Zatoką Meksykańską z rodziną i psami i mam szczerą nadzieję, że zajmuje się pisaniem kolejnych części historii Kateriny. Choć momentami książka była drażniąca, to jednak szalenie mi się spodobała. Jest inna, a przez to wyjątkowa!

Winowajczynią całego zamieszania jest Katerina Aleksandrowna, księżniczka Oldenburga, która na co dzień uczy się w Instytucie Smolnym, a od święta - częściej przypadkowo, aniżeli z własnej woli - trudni się przywracaniem do życia zmarłych. Dla jednych dar, dla drugich przekleństwo - Katerina staje się odtąd pionkiem w niebezpiecznej grze, w której stawką jest nie tylko jej własne życie, ale i losy całej rodziny. Czasy carskiej Rosji już nigdy nie będą dla mnie tym samym. Za sprawą tej książki wyobrażam je sobie teraz jako bale i koktajle w towarzystwie wampirów i wiedźm, walki carskiego wojska z armią umarlaków i duchem zdrajcy, który stał za zamachem na cara, a także pikantny związek człowieka z faerie. Niebanalnie, muszę to przyznać autorce. Przemaglowany do granic możliwości wątek wampirów wstawiła do zupełnie innej rzeczywistości, ukazując wampiryzm w zupełnie nowym świetle.

Są tylko dwie rzeczy, które nie podobały mi się w tej powieści. O ile wielkie bale bogaczy i elit z początku były czymś fascynującym (słowo daję, nie mogłam się oderwać od czytania!), o tyle później były to najbardziej nużące fragmenty książki. Niemalże wszystkie najważniejsze wątki rozgrywały się właśnie na salach balowych, a mając tak odmienny świat przedstawiony, naprawdę można było załatwić to na wiele ciekawszych sposobów. Pierwszy raz, drugi i trzeci można jeszcze było przełknąć, ale każdy kolejny był po prostu... zbędny. Druga rażąca mnie rzecz wynikała raczej z mojego niedostosowania, a dotyczyła imion i nazwisk. Ciężko było mi się odnaleźć w tych wszystkich Aleksandrowych, Aleksandrownych i Aleksandrowiczach, a do tego dochodziły przecież zdrobnienia imion... Katerina, Katia, Katiuszka... Mnóstwo czasu zajęło mi przywyknięcie do specyficznego nazewnictwa, ale wyszłam z założenia, że lepiej późno niż wcale.

Kiedy przychodzi mi mówić o plusach, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to wspaniale wykreowani bohaterowie. Katia to odważna, samodzielna dziewczyna o dobrym sercu i interesującym temperamencie. Jurko to nieco wycofany, ale opiekuńczy syn cara o wyrazistej osobowości. Elena i jej siostry to mroczne i złośliwe dziewczyny, dla których liczy się tylko własne szczęście, a ich brat Daniło to chodzące zło wcielone w anielskiej skórze. Każdy z tych bohaterów cechuje się własnymi przywarami, przez co stają się ciekawi i wyraziści. Nie sposób się przy nich nudzić. Nawet Hrabia Czermienieński jawi mi się jako interesująca istota, dlatego darzę go największym sentymentem, jeśli chodzi o ten tom.

Oczywiście bohaterowie to nie wszystko. Warto też zwrócić uwagę na akcję, która w tej książce wrze aż miło! Nie ma tu czasu na monotonię - akcja wciąż prze do przodu, ukazując coraz to ciekawsze wątki i zaskakujące fakty. Osobiście wielbię tego typu książki, które nie pozwalają czytelnikowi zasiedzieć się w jakimś momencie fabuły. Z przyjemnością podążałam za nią coraz dalej i z czasem przestałam zwracać uwagę na to, że nie potrafię prawidłowo przyporządkować nazwisk do poszczególnych osób.

Niewątpliwie jednak największym atutem powieści jest jej język. Robin Bridges zadbała o detale i włożyła w usta swoich bohaterów dialogi, które brzmią naturalnie jak na tamte czasy. Nie uświadczymy w książce "Nadciąga burza" potocyzmów, czy wręcz współczesnego slangu. Znajdziemy w niej za to dostojne słownictwo, które przystoi każdej szanującej się księżniczce. A co dopiero mówić o carskim synu?!

Z ogromną niecierpliwością oczekuję kontynuacji tej powieści. "Nadciąga burza" to przyzwoity wstęp, zachęcający do kontynuowania przygody wraz z Kateriną Aleksandrowną. Jeśli szukacie przyjemnej, niezobowiązującej lektury o wampirach, która nie będzie Wam się kojarzyć ze świecącymi Cullenami, to debiut Robin Bridges wydany w Polsce nakładem Fabryki Słów będzie dla Was idealny. Polecam.

Ocena: 5/6

Za wycieczkę do carskiej Rosji dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów.


16 października 2012

"Winter" - Asia Greenhorn




Tytuł: Winter
Autor: Asia Greenhorn
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 454




Muszę przyznać, że Wydawnictwo Dreams wstrzeliło się z tytułem swojej książki jak ulał: to, co codziennie widzę za oknem, jednoznacznie kojarzy mi się z zimą. "Winter", choć skojarzenie z jej tytułem momentami wprawia mnie w stan jesiennej chandry, jest jednak książką przyzwoicie napisaną, dobrą i odpędzającą jesienno-zimowe smutki.

Jak widzicie na miniaturce okładki, jest to też książka wspaniale wydana. Od razu zwróciłam uwagę na cieszącą moje oko biel kartek, o którą obecnie tak ciężko na rynku wydawniczym, a także na piękne zdjęcie użyte przez grafików do stworzenia tej okładki. Wspaniały efekt dopełniany jest przez chłodną kolorystykę, króciutką zapowiedź, która nie rzuca się niepotrzebnie w oczy oraz tytuł napisany niebanalną czcionką. Jak dla mnie "Winter" ma wszystko to, czego potrzebuję, by uznać książkę za dobrze wydaną.

Asia Greenhorn to wychowana w Walii (już wiem skąd się wzięły te urzekające, walijskie klimaty) pisarka, obecnie mieszkająca w Mediolanie razem ze swoim kotem syjamskim, Crumbem. Jak twierdzi wydawca, "Winter" to jej pierwsza i póki co jedyna powieść. Na dodatek skończona na tym jednym, jedynym tomie, mimo że zakończenie nie równa się cąłkowitemu zamknięciu wszystkich wątków (co powinno się wydarzyć, chyba że autorka jednak zaplanuje kolejną część).

O fabule wiele mówić nie będę, bo jej zaletą jest enigmatyczność, którą rozumiem jako niemożność przewidzenia tego, co będzie dalej, ale i natychmiastowego zrozumienia o co w tej książce właściwie chodzi. Dochodzenie do prawdy jest wspaniałą zabawą - mnie osobiście przytrzymało to przy "Winter" od pierwszej do ostatniej strony.

Tak czy inaczej, bohaterką książki jest nastoletnia Winter Starr, którą po śmierci jej rodziców opiekuje się babcia. Kiedy starsza pani w dziwnych okolicznościach trafia do szpitala na wpół obłąkana, prawniczka zajmująca się sprawami pań Starr odsyła dziewczynę do walijskiej rodziny zastępczej. Winter nie bardzo cieszy zmiana środowiska, ale wbrew swoim uprzedzeniom zaprzyjaźnia się z dziećmi rodziców zastępczych, a zwłaszcza z sympatycznym Garethem. W nowej szkole poznaje z kolei prezesa Nyksów - dziwnego stowarzyszenia osób, z którymi nikt się nie zadaje - przystojnego Rhysa. W tym samym czasie w miasteczku Cae Mefus dochodzi do tajemniczych ataków, zniknięć i porwań, a Winter trafia w sam środek tych przedziwnych zawirowań. Wszystko wskazuje na to, że stoją za tym nieludzkie istoty. Ale kim właściwie jest Winter? Dlaczego cała historia kręci się wokół jej osoby? Dziewczyna nie potrafi odpowiedzieć sobie na to pytanie, a my od początku do końca towarzyszymy jej w poznawaniu swojej własnej przeszłości.

Tak naprawdę żaden z trójki najważniejszych bohaterów nie wprawił mnie w szczególny zachwyt. Winter, choć w książce najważniejsza, jest naprawdę przeciętną dziewczyną (co w sumie można uznać za zaletę, bo przeginać w drugą stronę jest dużo gorzej). Pewnie, że wszystko chciałaby zrobić sama, nikogo nie narażając na niebezpieczeństwo, ale osobiście odczytuję to jako przejaw arogancji, bo nie od dziś wiadomo, że nec Hercules contra plures (polecam żartobliwe tłumaczenie tej sentencji). Gareth z kolei jest nijaki - porównawałabym go do niedoprawionej zupy, nad którą można jeszcze popracować - i gdyby nie jego ślepe oddanie młodej Starr, jego obecność pozostałaby prawie niezauważona (choć nie mogę nie docenić, że jest wspaniałym przyjacielem i generalnie - człowiekiem). Tymczasem Rhys delikatnie przypomina mi Varena z serii "Nevermore" - na zasadzie "coś w sobie ma, co mnie do niego ciągnie, ale za nic w świecie nie potrafię zrozumieć co". Jest też czarny charakter, który ujawnia się pod koniec książki, co przyjęłam ze smutkiem, bo człowieka lubiłam najbardziej ze wszystkich, kiedy jeszcze udawał, że jest "z tych dobrych".

"Winter" to mój pierwszy kontakt z Wydawnictwem Dreams i bez ogródek przyznaję, że jest to kontakt udany. Bardzo sobie chwalę lekturę tej książki i mogę Wam zagwarantować, że będzie się ją dobrze czytało. Autorka nie używa wyrafinowanego słownictwa, a poza tym nie łudźmy się, że jest to literatura z górnej półki. Jest to po prostu bardzo dobra książka dla młodzieży. Do klasyki literatury nie wejdzie, ale przeczytać warto. Nawet jeśli w dużym stopniu bazuje na pewnej sadze rodem z Ameryki, którą najpierw wszyscy lubili, a potem nagle im się odwidziało. Ale owe nawiązania odkryjcie już sami.

Ocena: 5/6

Wybrałam się w podróż do Walii za pośrednictwem Wydawnictwa Dreams.

13 października 2012

"Gone: Zniknęli. Faza trzecia: Kłamstwa" - Michael Grant




Tytuł: Gone: Zniknęli. Faza trzecia: Kłamstwa
Seria: Gone
Tom: #3
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 400



Pierwszy tom serii "Gone" wprawił mnie w zachwyt i zdumienie, drugi utwierdził w przekonaniu, że warto było zakolegować się z Michaelem Grantem. Co do trzeciego tomu siłą rzeczy miałam więc spore oczekiwania - i nie zawiodłam się po raz kolejny z rzędu, choć - nie ukrywam - mogło być lepiej.

Na początek krótki zarys fabuły: Sam ledwo się pozbierał po ostatnim spotkaniu z Drake'm. Stał się nerwowy, zasępiony, a na dodatek wyszło na jaw, że ma skłonności do przemocy. Tymczasem w Perdido Beach kryzys z głodem został chwilowo zażegnany. Może i mieszkańcy ETAP-u nie mogą mówić o obfitych posiłkach, ale lepsze skromne jedzenie niż żadne. Wydaje się, że teraz będzie tylko lepiej. Niestety, konflikt między ludźmi a mutantami zaostrzył się i nic nie wskazuje na to, by można go było rozwiązać w pokojowy sposób. Na dodatek w Perdido Beach zaczynają się dziać naprawdę dziwne rzeczy: umarli wstają ze swych grobów, a wśród mieszkańców pojawia się Prorokini, która zaczyna ich namawiać do skoku. Astrid jej nie wierzy. A czy Wy jej uwierzycie?

Zanim przystąpiłam do lektury, słyszałam wiele pozytywnych opinii o tym tomie. Kilka osób pokusiło się nawet o stwierdzenie, że jest najlepszy spośród wszystkich dotychczas wydanych. Cóż, nie wiem jak wygląda sprawa z kolejnymi częściami, bo jeszcze ich nie czytałam, ale ten mogę nazwać najlepszym... gdzieś tak do połowy. Najpierw rzeczywiście był zaskakujący, a wydarzenia, które miały miejsce, wbijały mnie w fotel. Ale potem akcja wyraźnie ustabilizowała się i trzymała stary, dobry poziom serii. Fajerwerków jako takich nie doświadczyłam, co nie znaczy, że nie byłam zadowolona z lektury. Bo byłam.

W tej części przede wszystkim nie mamy już do czynienia z fizycznie odczuwalną, widoczną gołym okiem klęską głodu. Tym razem problem tkwi głębiej - w ludzkiej psychice. Jak wskazuje nazwa tomu, chodzi o kłamstwo, które - moim zdaniem - z założenia ma pomóc, a w konsekwencji szkodzi. Pomysł wydaje się ciekawy, ale mnie nie porwał tak jak głód w drugim tomie. Chyba jednak wolę przyglądać się czemuś, co widać, i myślę, że czwarty tom spodoba mi się pod tym względem bardziej od trzeciego.

Jak już wszyscy wiecie, w książce występuje wielu bohaterów. Ciężko mi wybrać ulubionego, bo każdy z nich wnosi coś do historii i sprawia, że jest wyjątkowa. Bardzo lubię Edilia, który zawsze ma głowę na karku i każdemu pójdzie z pomocą, a także Bryzę, która ma specyficzny sposób bycia, ale przez to nie jest postacią nudną jak, dajmy na to, Quinn, którego jedyną chyba rolą w tej książce jest łowienie ryb. Szczególną uwagę poświęcam zawsze Małemu Pete'owi, bo to od niego wszystko się zaczęło i to on jest w tej serii najważniejszy.

Tak, to Pete jest najważniejszy (i, rzecz jasna, Gaiaphage), nie Sam, czy Caine. Ci dwaj irytują mnie w szczególności - Sam brakiem konkretnych planów, a Caine głupotą i okrucieństwem. Tak samo nie mogę znieść Astrid, która z tomu na tom staje się coraz gorsza, a motyw z Drake'm jest już tak mocno wyeksploatowany, że nie wiem jak przyjmę kolejne tomy z jego udziałem (o ile to, co się działo w tym, można tym udziałem nazwać). Tak skrajne opinie są według mnie dowodem na to, że głównym trzonem fabuły są ludzie. Tak naprawdę nie interesuje mnie przecież historia pojawienia się ETAP-u sama w sobie, lecz sposób, w jaki Pete tego dokonał.

Niewątpliwą zaletą książki jest jej nieprzewidywalność. Akcja i punkty widzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, więc czasem można się pogubić, co mi akurat sprawia frajdę, bo tak na dobrą sprawę nigdy nie mam pewności, co będzie dalej. Grant potrafi zaskakiwać i świetnie buduje napięcie - nie dość, że trzeci tom czytałam w gorącym okresie tuż przed kolokwium, to nawet podczytywałam go w pracy, bo nie wyobrażałam sobie dłuższych przerw między jednym rozdziałem a drugim. Gdyby nie nudniejsza połowa książki i wnerwiająca mnie na każdym kroku Astrid, byłoby idealnie.

To już kolejna z rzędu część serii "Gone", którą przeczytałam z przyjemnością i postanowieniem, że szybko powrócę do tej historii, zabierając się za następny tom bez większych przerw. Mimo że ta część nie była w moim odczuciu tak dobra jak chociażby Faza druga (lub tak jak obiecały mi osoby od opinii pt.: "najlepsza ze wszystkich"), to i tak z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim zapoznanie się z tą książką.

Ocena: 4,5/6


Rozrywki dostarczyło mi po raz kolejny Wydawnictwo Jaguar.


9 października 2012

"Pandemonium" - Lauren Oliver





PREMIERA!
Tytuł: Pandemonium
Seria: Delirium
Tom: #2
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 373



Dzisiaj mało kto nie kojarzy nazwiska Lauren Oliver. Choć ta sympatyczna kobieta zadebiutowała powieścią „7 razy dziś”, to największy rozgłos przyniosła jej dystopijna trylogia „Delirium” o świecie bez uczuć, w którym miłość to amor deliria nervosa – choroba, której boi się ludzkość.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby świat bez uczuć i emocji? Myśleliście nad tym, czy potrafilibyście odnaleźć się w świecie zobojętniałym na absolutnie każdy aspekt ludzkiego życia? Taka perspektywa wydaje się przerażająca i póki co nam nie zagraża.  Lena, główna bohaterka cyklu, żyła w tym koszmarze przez osiemnaście lat. Dopiero Alex wyciągnął do niej pomocną dłoń i pokazał potęgę miłości. Tyle, że Aleksa już nie ma, a Lena musi radzić sobie sama.

Gdy uciekła do Głuszy, wcale nie było lepiej. Doskwierały jej głód, samotność , smutek i nuda. Z pewnością nie tego spodziewała się po życiu z dala od Zombielandu, co w języku Odmieńców określa Portland. Pewnie dlatego z tym większą ochotą przystała do Ruchu Oporu, działając pod przykrywką w Nowym Jorku. Wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku – do czasu, gdy Lena zostaje porwana przez grupę przestępców, a następnie zamknięta w celi z synem największego wroga Ruchu Oporu.

„Pandemonium” pod względem klimatu tylko odrobinę odstaje od swojej poprzedniczki. Jak każda historia, i ta musi iść do przodu, co skutkuje tym, że mniej mamy do czynienia z opisami uczuć i walki toczącej się w umyśle Leny, a więcej z wartką akcją, która dominuje w tym tomie. Tym razem skupiamy się na działaniach Ruchu Oporu, intrygach i życiu Leny w Głuszy i Nowym Jorku. Gdyby nie akcja z porwaniem, przemyśleń odnośnie miłości byłoby tutaj niewiele. Tylko od czasu do czasu w głowie głównej bohaterki pojawiałby się obraz Aleksa. Tymczasem autorka rozsądnie dawkuje informacje, dzięki czemu buduje napięcie od pierwszej aż do ostatniej strony.

Książka dzieli się na dwie części – „Wtedy” i „Teraz”. Ta pierwsza to wydarzenia pomiędzy ucieczką z Portland a powrotem do znieczulicy, natomiast druga to opowieść o działaniach Leny w Ruchu Oporu. „Wtedy” przedstawia nam dobitnie przemianę naszej bohaterki, co samo w sobie warte jest przeczytania, jednak minimalnie wieje nudą, jeśli porównamy je do „Teraz”, które jest dynamiczne, zmienne i emocjonujące. Zdecydowanie lepiej czyta się o wydarzeniach rozgrywających się w Nowym Jorku – jest i dramat, i intryga, i nawet nutka romansu.

I jest też Julian – postać wyjątkowa, niezwykle złożona i pełna sprzeczności, a mimo to w głębi ducha zdecydowana, czego właściwie chce od życia. Z początku czytelnik może mieć chęć rozszarpania Juliana na strzępy – jest taki sam jak Lena z pierwszych rozdziałów „Delirium”. Im bardziej jednak zagłębiamy się w jego historię, tym mocniej się z nim identyfikujemy. W końcowych rozdziałach możliwe nawet, że większość czytelników zapomni w ogóle, że był ktoś taki jak Alex, ponieważ Julian oczaruje ich wszystkich i nie zostawi miejsca dla kolejnej gwiazdy w powieści.

Przed przejściem do meritum warto zatrzymać się na chwilę przy języku, jakim raczy nas tłumacz. Nie jest to ta sama magia słowa, której byliśmy świadkami w „Delirium”, co z jednej strony smuci, a z drugiej cieszy, bo jakby nie patrzeć, Lauren Oliver momentami tworzy zdania tak, jakby za wszelką cenę chciała brzmieć naprawdę mądrze i poważnie. Być może ta kosmetyczna zmiana zaszła również w oryginale – jeśli nie, to chwała osobie odpowiedzialnej za tłumaczenie, że nieco złagodziła czasami wręcz irytujący styl autorki.

I na koniec bomba, która kilkukrotnie wybuchnie w trakcie lektury. „Pandemonium” to jedno wielkie zaskoczenie. Większość czytających będzie oburzonych ostatnią sceną, bo „jak można kończyć powieść w takim momencie”? Pomińmy fakt, że na pewno wszyscy się spodziewaliśmy takiego obrotu spraw. Zakończenie może i jest przewidywalne, ale w świetle wydarzeń na przestrzeni całej powieści i tak jest fajerwerkiem. Poza końcówką będzie zresztą  jeszcze kilka takich sytuacji, w których brwi same będą się czytelnikowi układać w grymas zdziwienia i szoku.

Czy więc warto sięgnąć po tę książkę? Bez dwóch zdań. Oczywiście w pierwszej kolejności należy zapoznać się z „Delirium”, bo bez tej książki ani rusz, jeśli chodzi o dalszy rozwój wydarzeń. Niemniej jednak fani twórczości autorki będą zachwyceni. Miejmy nadzieję, że Oliver zakończy cykl w wielkim stylu, bo po tym, co działo się w tym tomie, możemy spodziewać się naprawdę emocjonującego zakończenia historii.

Recenzja powstała na potrzeby portalu Duże Ka.