STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 listopada 2012

Podsumowanie listopada


Co Wam będę słodzić... listopad był naprawdę tra-gi-czny. Tydzień w tydzień wyczerpująca, coraz bardziej stresująca praca, weekend w weekend zajęcia przeplatane z kolokwiami albo czytaniem książek, których nigdzie nie ma (przez co kończyło się na nieczytaniu). Przy tym wszystkim jest dla mnie dużym zaskoczeniem, że listopad na blogu wypadł tak dobrze. Czytanie było widocznie moją jedyną ucieczką od kłopotów.

Zapraszam na podsumowanie miesiąca!

Pod koniec października zakładałam, że dobijecie z odwiedzinami do okrągłej liczby. Nie dość, że faktycznie do tego doszło - i to na miesiąc przed końcem roku (i świata, jeśli wierzyć Majom) - to na dodatek licznik wskazał aż 11688 unikalnych odwiedzin na blogu! Ukłony należą się przede wszystkim Wam - dzięki!

Właśnie ze względu na Wasze zaangażowanie, a także "półrocznicę" Zrecenzujemy, w grudniu postaram się zorganizować dla Was konkurs z kolejną wartościową książką do wygrania. Wypatrujcie newsa!

Idąc dalej, zauważyłam, że obserwatorów zawsze przybywa mi pod koniec miesiąca. Czasami przez cały miesiąc nie ma nikogo nowego i dopiero na kilka dni przed podsumowaniem coś się w tej kwestii zmienia. Tym samym pod koniec listopada liczba obserwatorów zwiększyła się do 80 osób.

Został nam tylko miesiąc do końca roku (albo świata), a więc apeluję o tę magiczną setkę!

W listopadzie przeczytałam 13 tytułów - 10 książek, 1 komiks i 2 miesięczniki, co dało łącznie aż 3402 strony (bez czasopism), czyli w przeliczeniu na dzień - około 113 stron.

A były to:

1. Klątwa tygrysa. Wyprawa, Colleen Houck [RECENZJA]
2. Kleo i ja, Helen Brown [RECENZJA]
3. Nowa Fantastyka 362 (11/2012) [RECENZJA] 
4. Sklep na Blossom Street, Debbie Macomber [RECENZJA] 
5. Dotyk Gwen Frost, Jennifer Estep [RECENZJA]
6. Assassin's Creed: 3 | Accipiter, Éric Corbeyran [RECENZJA]
7. Czerwień Rubinu, Kerstin Gier [RECENZJA]
8. Atlas Chmur, David Mitchell [RECENZJA]
9. Gorączka, Dee Shulman [RECENZJA]
10. Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna, Kasia Bulicz-Kacprzak
11. Kobietki, Patrycja Żurek [RECENZJA]
12. Nowa Fantastyka 361 (10/2012)
13. Magiczna gondola, Eva Völler


Książka Miesiąca wg Czytelników: "Atlas Chmur"
Najlepsza Książka: "Atlas Chmur", "Czerwień Rubinu", "Magiczna gondola"
Najgorsza Książka: "Sklep na Blossom Street", "Kobietki"

PLAN NA GRUDZIEŃ? Spacyfikować uniwersytet, zaliczyć wszystko, co do zaliczenia, spędzić jak najwięcej czasu z rodziną, przeczytać wszystkie książki do recenzji.



28 listopada 2012

"Kobietki" - Patrycja Żurek





Tytuł: Kobietki
Autor: Patrycja Żurek
Wydawnictwo: E-bookowo
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 194




"Kobietki" to powieść debiutującej na rynku wydawniczym młodej pisarki, Patrycji Żurek. Jest to książka z gatunku tych niedocenionych, bowiem mało apetyczny wygląd i E-bookowo w roli wydawcy w żadnym wypadku nie przysparzają autorce dodatkowych czytelników. Moim zdaniem jest to dla niej niezwykle krzywdzące, ale z drugiej strony wszyscy wiemy, że rynek w Polsce rządzi się żelaznymi zasadami, których po prostu nie da się przeskoczyć. Ja powiem tak: "Kobietki" to powieść dobra na jesienno-zimowe wieczory, idealna dla kobiet w każdym wieku, bo o kobietach i ich życiu opowiada. Czytając tę książkę, nie patrzyłam na to jak jest wydana i jak się prezentuje w dłoniach, lecz wczuwałam się w historię bohaterek, dzięki czemu poznałam i wady, i zalety tekstu. A było ich mniej więcej po równo.

W książce występują cztery bohaterki - cztery kobiety o odmiennych charakterach i skrajnie różniących się poglądach na życie. Irena to stateczna kobieta z mężem i dwójką dzieci, której powoli zaczyna się nudzić w małżeństwie, bo mąż nie ma dla niej czasu, a także podejrzanie często przebywa poza domem, przez co kobieta czuje się niedoceniona i zaniedbana. Ze wszystkich pokus świata największe zagrożenie dla jej małżeństwa stanowi jedzenie. Irka nie potrafi go sobie odmówić. Małgosia z kolei robi wszystko, by po jedzenie nie sięgać wcale. Nie tylko cierpi na bulimię, ale także popala trawkę, zapijając ją alkoholem, aby doświadczyć wizji, które z niewiadomych mi powodów sprawiają, że dziewczyna - wiecznie niespełniona artystka - ma wenę twórczą do malowania obrazów. Dalej mamy Dagę, której osobiście bardzo nie lubię ze względu na podły charakter, bajecznie bogatą singielkę z wyboru, która facetów traktuje jak śmieci i która ma zero szacunku do takich instytucji jak małżeństwo i rodzina. I wreszcie mamy Martę, odwieczną dziewicę i zdeklarowaną katoliczkę, która w Bogu i pomaganiu innym widzi cały sens swojego życia. Wszystkie cztery poznajemy pewnego zimowego wieczoru, w trakcie kolejnego zlotu czarownic (tak na ich spotkania mówi mąż Irki), a towarzyszymy im głównie w przełomowych sytuacjach w ich życiu. Gdy jedna z nich zapada na śmiertelną chorobę, ich przyjaźń siłą rzeczy wystawiona jest na próbę. Jak sobie poradzą z tym problemem i czy będą w stanie zrezygnować ze wszystkiego, by nie dopuścić do tragedii? Niekoniecznie, ale o tym to już radzę przekonać się samemu. Myślę, że nie macie nic do stracenia.

"Kobietki" to - jak już wspomniałam - książka traktująca o kobietach, ale przede wszystkim o życiu, i to takim z prawdziwego zdarzenia. Niestety, ale w moim odczuciu było ono mocno przesadzone, bo nikt mi nie wmówi, że wszelkie problemy (śmiertelne choroby, nieudane małżeństwa, miłosne zdrady, niechciane ciąże, nałogi, homoseksualizm, bulimia) kumulują się w aż takiej ilości wokół tylko czterech osób. Bez przesady! Fajnie, że autorka podejmuje takie tematy i oswaja z nimi swoich czytelników, ale wydaje mi się, że "Kobietkom" brakuje przede wszystkim umiaru. Po części brakowało mi również opisu środowiska bohaterek - fabuła skupiła się głównie na nich, podczas gdy reszta szczegółów poszła w odstawkę. Szkoda, bo chętnie poznałabym okoliczności ich pierwszego spotkania, a także poświęciłabym więcej uwagi mężowi Irki, czy  też chłopakowi Dagi. Fajnie by było, gdyby fabuła objęła i przeszłość, i teraźniejszość połączoną z przyszłością.

A poza tym książka tego typu ma potencjał, by rozrosnąć się do tych trzystu standardowych stron. Może warto było napisać coś więcej, rozwinąć niektóre wątki?

Tak czy inaczej, debiut Patrycji Żurek to powieść napisana poprawnie i ciekawie, mimo że zabrakło w niej kilku szczegółów, które podniosłyby jej walory. Autorka dała sobie radę z aż czterema różnymi punktami widzenia, choć nie różniły się one zbytnio pod względem języka. Świetnie wybrnęła, gdy przyszło jej opisywać cztery różne historie, by jednocześnie spleść je zgrabnie w jedną całość. Jak dla mnie wyszło rewelacyjnie.

Jeśli szukacie książki i do śmiechu, i do płaczu, a chcecie przy tym poczytać o prawdziwym życiu, a nie wyidealizowanym świecie rodem z żurnali, sięgnijcie po "Kobietki", bo to życie samo w sobie - w kiepskim wydaniu, ale za to prawdziwe... Takie, które jest nam bliskie.

Ocena: 4/6

Za możliwość zaprzyjaźnienia się z bohaterkami (poza Dagą!) dziękuję Patrycji Żurek.

26 listopada 2012

"Gorączka" - Dee Shulman [przedpremiera]



PRZEDPREMIERA
Tytuł: Gorączka
Seria: Gorączka
Tom: #1
Autor: Dee Shulman
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 430



W serii "Poza czasem" pojawiły się już takie perełki jak Trylogia Czasu i "Cienie na Księżycu". Szybko zostały ciepło przyjęte przez czytelników w każdym wieku i zyskały szerokie grono fanów. Literacki EGMONT, wietrząc - moim zdaniem nieuchronny - sukces serii, postanowił wydać kolejną książkę o podróżach w czasie. Tym samym do tego zacnego grona już za dwa dni - a więc 28 listopada - dołączy "Gorączka" od Dee Shulman.

Czy tak pięknie wydana książka może być kiepsko napisana? Powiem tak: może nie kiepsko, lecz typowo i bez większych fajerwerków. Jednak w moim przypadku "Gorączka" nie dość, że cieszyła moje oczy przepiękną okładką, to jeszcze idealnie wpasowała się w moje - być może niezbyt wybredne - czytelnicze gusta. Choć nie wniosła nic nowego do gatunku, to i tak mi się podobała - zarówno pod względem fabuły (pominąwszy mnogość wątków), jak i wyraźnie zarysowanych bohaterów, których z miejsca polubiłam.

Abyście z góry nie uznali "Gorączki" za całkiem nieoryginalny twór, od razu podkreślę, że tak nie jest. Nie wydaje mi się, by gladiatorzy jakoś szczególnie często podróżowali w czasie, żeby odkryć prawdę o wirusie zabijającym ludzi już od I wieku n.e. Także nie nastawiajcie się anty już na wstępie, bo i w tej książce można znaleźć coś ciekawego i na swój sposób oryginalnego.

Główną bohaterką powieści jest Ewa Koretsky - genialna dziewczyna, a zarazem niezła hakerka, która po wielu perypetiach z systemem edukacji  trafia wreszcie do St. Magdalene's, elitarnej (aż do bólu) szkoły dla geniuszy. Równolegle do jej historii opowiadana jest historia Sethosa, wybitnego gladiatora z czasów, gdy Londyn nazywany był Londinum. Choć żyją w innych światach, łączy ich jedna rzecz: oboje zachorowali na tajemniczego wirusa, umarli, lecz mimo wszystko powstali z martwych i żyją dalej. Seth, który cierpi po stracie ukochanej Liwii bardziej niż po stracie własnego życia, odkrywa sposób, by przenieść się w czasie do miejsca, w którym być może uda mu się znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Gdy trafia na Ewę wśród uczniów St. Magdalene's, doznaje szoku: przecież to Liwia, cała i zdrowa! O co tak naprawdę chodzi? Tego nie wiem i ja, bo to dopiero pierwszy tom, ale już sam wstęp zachęca, by poznać tę historię do samego końca.

Fabułę skonstruowano przyzwoicie, lecz nie da się ukryć, że autorka próbowała upiec zbyt wiele pieczeni na jednym ogniu, ładując do powieści mnóstwo wątków, niekoniecznie aż tak niezbędnych do jej napisania. Przyznaję, że szybko się wciągnęłam, nawet pomimo natłoku wątków, i tak mi już zostało do końca lektury. Podobało mi się to, że autorka zahaczyła o tematykę walk gladiatorów i starożytnego Londinum, lecz zawiodłam się na jej postawie, bo potraktowała temat po macoszemu, zupełnie jakby nie zgłębiła go na tyle, aby powiedzieć coś więcej ponad to, co już przekazała. Natomiast, przyglądając się uważnie podróżom w czasie, to nie da się nie zauważyć absurdalności samego procesu przenoszenia się z epoki do epoki. Nie chcę psuć Wam niespodzianki, więc nie powiem jak właściwie dokonuje się taka podróż. Liczę, że wywoła to u Was uśmiech, bo i ja sama śmiałam się niemalże do rozpuku.

Jedynym naprawdę irytującym mankamentem "Gorączki" nie jest wcale prostolinijny język, przesyt wątków, czy też dziwnie wyglądające podróże w czasie, lecz wręcz kłujące po oczach podobieństwo do "Quo vadis". Gdzieś już czytałam podobną opinię i w sumie poczułam dzięki niej ulgę, bo wcześniej bałam się, że tylko ja myślę o lekturach przy czytaniu "normalnych" książek. Już od samego początku miłość Sethosa i Liwii wyglądała jak żywcem wyjęta z sienkiewiczowskiego majstersztyku miłość Marka Winicjusza i Ligii (bohaterki nawet imię mają bardzo podobne!). Zmieniła się tylko oprawa. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło, bo mało prawdopodobnym jest, aby Dee Shulman miała się wzorować na naszym Nobliście, niemniej jednak nam - Polakom - bez wątpienia może się to kojarzyć. I nie wiem, czy autorce wychodzi to na dobre.

Tak czy inaczej "Gorączka" to dobra książka. Ratują ją wspaniałe osobowości bohaterów, jak i wirus, którego tajemnicę próbują rozwikłać. Sprzyjają jej również przyjemny język tekstu oraz całkiem znośna fabuła. Książka posiada kilka mankamentów, więc lojalnie wszystkich o tym informuję, jednak przestrzegam: nie świadczą one o tym, że książki niewarto przeczytać. Bo warto. Naprawdę! "Gorączka" nigdy nie będzie Trylogią Czasu i tego miejmy świadomość, ale jako przyjemny przerywnik między jedną książką a drugą spisze się znakomicie. I jako ten przerywnik "Gorączkę Wam polecam.

Ocena: 4,5/6


Liwię i Setha poznałam dzięki Wydawnictwu Literacki EGMONT.


24 listopada 2012

"Atlas Chmur" - David Mitchell






Tytuł: Atlas Chmur
Autor: David Mitchell
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 544



„Dusze przemierzają wieki, jak chmury przemierzają niebo i choć ani kształt chmury, ani barwa, ani wielkość nigdy takie same nie zostają, ciągle jest chmurą. I tak samo z duszą jest. Kto rzec może, skąd chmura przywiała? Albo kto tą duszą będzie jutro?”
Dokładnie 7 listopada 2012 roku, na krótko przed premierą filmu o tym samym tytule, Uczta Wyobraźni Wydawnictwa MAG wzbogaciła się o kolejny bestseller wart naszej uwagi - "Atlas Chmur" autorstwa Davida Mitchella. Ten brytyjski pisarz napisał zaledwie cztery powieści. Dwie z nich, w tym omawiany w tej recenzji "Atlas Chmur", bez większych trudności zdobyły uznanie wśród krytyków literackich i czytelników, a także zostały nominowane do najbardziej prestiżowej brytyjskiej Nagrody Bookera.

Gdybym za każde "Och!" wypowiadane w zachwycie podczas lektury dostawała 10 zł, to już od dawna stać by mnie było na czytnik e-booków, o którym marzę. Powiem bez ogródek i z ręką na sercu: "Atlasu Chmur" się nie czyta, tylko się przeżywa, bowiem ta powieść jest wybitnym majstersztykiem.

Genialna fabuła skonstruowana jest z sześciu odrębnych historii, zbudowanych mniej więcej na zasadach łańcucha asocjacyjnego - jeden element łączy się z drugim, drugi z trzecim, etc. Ten ciekawy zabieg literacki stawia Davida Mitchella pośród pisarzy eksperymentujących ze stylem, dążących do oryginalności i skutecznego sposobu na to, by odbiorca był zaskoczony, a przez to jeszcze bardziej zaciekawiony lekturą i zaangażowany w opowiadaną historię. Autor "Atlasu Chmur" poszedł jednak o krok dalej i każdą z sześciu części powieści napisał w zupełnie innym stylu, a nawet (!) języku. Pierwsza i ostatnia historia to najtrudniejsze w odbiorze fragmenty, ponieważ cechują się albo słownictwem z początku XIX wieku, albo słownictwem zacofanym, którym posługują się ludzie z przyszłości, niestety, malowanej ciemnymi barwami, gdyż dla świata oznacza ona Upadek. Nie chciałabym absolutnie nawet w minimalnym stopniu nakreślać fabuły, ponieważ jest ona na tyle facynująca i wciągająca, że o wiele lepiej będzie samemu się z nią zapoznać.

Generalnie "Atlas Chmur" to dzieło trudne w odbiorze. Nie jest to błahy temat, z którym nikt nie będzie miał problemu się zapoznać. Powieść Mitchella na pewno nie jest dla wszystkich - po prostu trzeba brać pod uwagę to, że przy czytaniu "Atlasu Chmur" trzeba będzie myśleć. Ta powieść zmusza nas do refleksji nad własnym życiem, nad tym, dokąd dąży ludzkość, a także czym jest, a czym powinno być człowieczeństwo. Są to poważne tematy i z pewnością po dzieło Mitchella nie powinny sięgać osoby, które nie lubią się zastanawiać nad sensem życia i wolą czytać coś wyłącznie dla rozrywki. "Atlas Chmur" nie służy rozrywce - sięga dużo głębiej, jest refleksyjny i porusza ludzką wyobraźnię, jednocześnie bazując na gamie uczuć, od radości i przyjemności aż po smutek i żal. Czytając tę powieść, przeszłam przez wszystkie te stadia.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że "Atlas Chmur" to metafora ludzkości. Pokazuje dokąd dąży i jak może się to dla nas skończyć. Z przerażeniem doszłam do wniosku, że era, w której teraz żyjemy, era konsumpcjonizmu, to jeden z ostatnich etapów przez upadkiem ludzkości. I choć w naszym przypadku nie wygląda to aż tak futurystycznie, jak w historii Sonmi ~451, to nie sposób nie zauważyć pewnych podobieństw. Czy faktycznie świat powinien dzielić się na równych i równiejszych? Czy pogoń za sukcesem i uznaniem naprawdę oznacza szcząście? A co jeśli z dnia na dzień to utracimy? "Atlas Chmur" w sposób wyjątkowo ponury pokazuje, że dążymy ku samozagładzie. I choć nie potrafię jednoznacznie określić, czym według autora jest ów Upadek, to bez trudu jestem w stanie wyobrazić sobie, jak mogą potoczyć się losy Ziemi. Jak nie wojna, to klęska żywiołowa, do której doprowadzimy poprzez nadmierną eksploatację zasobów natury i rosnący popyt na dobra nieodnawialne, których wciąż nie jesteśmy w stanie zastąpić czymś innym. Można powiedzieć, że nasza inteligencja rośnie, ale nadal nie potrafimy z niej korzystać. Zamiast ratować świat, zajmujemy się wynalazkami, których zadaniem jest ułatwić nam życie. David Mitchell w swoim dziele udowadnia, że powoli, lecz skutecznie staczamy się po równi pochyłej ku efektownemu końcowi. I jeśli nic z tym nie zrobimy, to w przeciągu dziesiątek, może setek lat cofniemy się do czasów łowiectwa i zbieractwa, życia w chatach, na słomiankach, i politeizmu wspomaganego krwawymi, bezsensownymi ofiarami.

Jeśli tylko czujecie się na siłach i jesteście gotowi wyciągnąć własne, niekoniecznie pozytywne, wnioski z tego, co dzieje się wokół - KONIECZNIE sięgnijcie po "Atlas Chmur". Jest to dzieło, które nie tylko otworzy Wam oczy, ale i pozwoli ustalić nowe priorytety - bowiem głównym, w moim odczuciu - przesłaniem, które płynie z "Atlasu Chmur", jest nadzieja i to, że nawet ja, jako jednostka, jestem w stanie coś z tym zrobić. Pamiętajcie o tym, czytając tę powieść. Być może któreś pokolenie dokona tego, czego my raczej już nie zdążymy zrobić...

Ocena: 6+/6

Przemyślałam sens życia dzięki Wydawnictwu MAG.

 
PS. Jeśli macie ochotę poczuć emocje, które wzbudza "Atlas Chmur", obejrzyjcie trailer do filmu wyreżyserowanego przez rodzeństwo Wachowskich. Ostrzegam lojalnie, że jest to MAGIA.


22 listopada 2012

"Czerwień Rubinu" - Kerstin Gier




Tytuł: Czerwień Rubinu
Seria: Trylogia Czasu
Tom: #1
Autor: Kerstin Gier
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 344



Podróżowanie w czasie - fajna rzecz, prawda? Któż z nas nie chciałby choć raz wrócić do swej przeszłości i naprawić popełnione błędy albo cofnąć się, powiedzmy, sto lat wstecz i zobaczyć jak kiedyś żyli ludzie? Gdybym nie słyszała na każdym kroku o tym, że podróże w czasie nie są możliwe do zrealizowania dla współczesnej nauki (i być może w ogóle), marzyłabym o tym, by brać w tym udział. Pewnie dlatego "Czerwień Rubinu" zauroczyła mnie totalnie, wbiła w fotel, a także sprawiła, że pieję z zachwytu, gdy tylko ktoś wspomni magiczne imię męskie na literę "G"... I nie mam tu bynajmniej na myśli głównej bohaterki bestsellerowej pierwszej części Trylogii Czasu autorstwa niemieckiej pisarki Kerstin Gier.

Główną bohaterką, a zarazem narratorką powieści, jest szesnastoletnia Gwendolyn Sheperd, zwykła nastolatka, która spędza czas w szkole - równie intensywnie na nauce, co na plotkowaniu z przyjaciółką o chłopakach. Gwendolyn zupełnie niespodziewanie dowiaduje się o tym, że jest nosicielką genu podróży w czasie. Zanim do tego doszło, ekscentryczna rodzina Gwen pokładała nadzieje w jej kuzynce - Charlottcie. Kiedy prawda wyszła na jaw, nikt nie chciał w nią uwierzyć, niemniej jednak dziewczyna w istocie okazała się Rubinem i rozpoczęła misję w towarzystwie Gideona de Villiersa (to jego miałam na myśli na początku wpisu). Chłopak okazał się aroganckim bufonem, który najchętniej nie dopuściłby do tego, by Gwen w ogóle brała udział w misji - z racji braku doświadczenia w podróżach w czasie. Ku jego wielkiej rozpaczy jest to jednak nieuniknione - Podróżników jest niewielu, a ich zadaniem jest zdobycie krwi każdego z nich i umieszczenie próbek w chronografie. Sytuacja jest o tyle ciężka i skomplikowana, gdyż ocalał tylko jeden chronograf, podczas gdy drugi, zawierający dziesięć próbek, został skradziony - i to nie wszystko, ponieważ zdobycie krwi pozostałych osób też nie jest sprawą łatwą, gdy część z nich stawia opór.

Powiem tak: tematyka książki jest arcyciekawa, oryginalna i wciągająca. Czytając pierwszy tom trylogii faktycznie przestajemy zdawać sobie sprawę z upływu czasu. Wbrew pozorom wszystkie te podróże nie są jedynie wycieczkami po epokach, dzięki czemu misje Gwendolyn i Gideona ociekają grozą i niebezpieczeństwem - zwłaszcza dlatego, że ktoś usilnie stara się im przeszkodzić w ich wypełnieniu. Jeśli dodamy do tego wątek miłosny, który wcale nie próbuje wybić się ponad wątek przygodowy, otrzymujemy w rezultacie hit, który na długo zapada w pamięć i nie daje o sobie zapomnieć. Te wszystkie intrygi i tajemnice, dbałość o dostosowanie się do warunków panujących w danej epoce, potyczki i miłość nieznająca granic czasu (to określenie chyba weszło już do kanonu), sprawiają, że "Czerwień Rubinu" czyta się z ogromną przyjemnością, dawkując rozdziały, aby przypadkiem nie skończyć lektury zbyt wcześnie. Fabuła jest lekko zagmatwana, sprzyjając aurze tajemnicy i wręcz wymuszając na czytelniku nieposkromioną chęć sięgnięcia po kolejne tomy, które - na szczęście - już czekają na mnie na półce.

Kerstin Gier stworzyła nie tylko wyjątkową historię, ale i wspaniałych bohaterów, z którymi aż chce się człowiek utożsamić. Ich relacje są realistyczne, bo autorka w żaden sposób ich nie rozdmuchuje, aby uwypuklić wątek rodzącego się uczucia. Dialogi między nimi ułożone są po mistrzowsku - naturalne, niewymuszone i okraszone odpowiednią dawką humoru, wciągają odbiorców i nie wywołują niesmaku. Autorka doskonale wszystko wyważyła, oddając w nasze ręce fascynującą powieść pełną przygód, tajemnic i niespodziewanych zwrotów akcji, która nie kończy się punktem kulminacyjnym, lecz rozwija się stopniowo, potęgując napięcie, którego przecież w "Czerwieni Rubinu" nie brak.

Także język powieści stanowi nieodłączną zaletę książki - jest lekki, zrozumiały, dopasowany i do współczesności, i do przeszłości. Kerstin Gier zadbała o takie szczegóły, jak różnice między słownikiem osób żyjących w czasach Gwendolyn i Gideona a słownictwem używanym sto lub dwieście lat wcześniej. Nie zapomniała też o manierach obowiązujących w innych epokach, a także modzie, która wówczas panowała. Ponadto zrównoważyła dialogi z opisami. Jak już wspominałam, dialogi stworzyła na wzór normalnych rozmów, opisy zaś wypełniła ciekawymi informacjami. W tej książce nie ma po prostu rzeczy zbędnych. Wszystko jest na swoim miejscu, w odpowiedniej dawce, dzięki czemu "Czerwieni Rubinu" nie można nie pokochać. Dawno nie czytałam tak dobrej, tak wciągającej i tak emocjonującej książki!

Pochwała należy się również Egmontowi, który zapewnił przyzwoite tłumaczenie, zadbał o korektę tekstu, by zniwelować obecność błędów i literówek, a także przepięknie wydał tę jakże fascynującą powieść - a wszystko to, jakby przeczuwając, że książka okaże się hitem.

Pytanie "Czy polecam Wam tę książkę?" na ten moment wydaje mi się szalenie głupie. Chyba nie ma na rynku wydawniczym w Polsce książki, którą polecałabym Czytelnikom bardziej niż "Czerwień Rubinu" Kerstin Gier. Gwarantuję, że w tej książce zatracicie się do reszty i nigdy już o niej nie zapomnicie. A jakby to było niewystarczające, to decydując się na jej zakup lub lekturę, macie ode mnie sto procent gwarancji na satysfakcję. Na pewno się na niej nie zawiedziecie! 

Po stokroć polecam!

Ocena: 6+/6

PS. Gorąco zachęcam też do obejrzenia trailera do ekranizacji "Czerwieni Rubinu". Osobiście widziałam go już chyba ze sto razy i nadal przechodzą mi po plecach ciarki, gdy tylko Gideon po raz pierwszy pojawia się na ekranie. Nawet niemiecki mi nie przeszkadza!


TRYLOGIA CZASU:
Czerwień Rubinu | Błękit Szafiru | Zieleń Szmaragdu 

21 listopada 2012

Stos 6/2012


Listopad ma się powoli ku końcowi, przyszedł więc czas, by podzielić się z Wami moimi listopadowymi zdobyczami. W tym miesiącu stos jest dla mnie wyjątkowo cenny, ponieważ zawiera sporo książek, które są dla mnie totalnym must have. Podejrzewam, że grudzień pod względem nowości na półce będzie skromniejszy, toteż przez ostatnich kilka tygodni nieco zaszalałam, a efekt tego szaleństwa możecie obejrzeć poniżej. Mam nadzieję, że książki Wam się spodobają - sporą część miałam już przyjemność przeczytać!

W pierwszej kolejności obejrzymy stos recenzencki:


1. Mądrości Shire. Krótki poradnik jak żyć długo i szczęśliwie, Noble Smith - egzemplarz recenzencki od SQN; jak wiecie, na Tolkiena jest teraz wielki bum, a ja go wręcz ubóstwiam, więc nie mogłam sobie odmówić przeczytania tej książki;
2. Pas Deltory. Góra Grozy, Emily Rodda - efekt jednorazowej współpracy z agencją Media Format; choć książki Roddy są dziecinne i przewidywalne, to jednak nie potrafię odmówić sobie możliwości poznania tej historii do samego końca; [RECENZJA]
3. Pas Deltory. Labirynt Bestii, Emily Rodda - jak wyżej; [RECENZJA]
4. Sklep na Blossom Street, Debbie Macomber - egzemplarz recenzencki od Miry; podnosząca na duchu obyczajówka, której akcja dzieje się w Seattle; [RECENZJA]
5. Kleo i ja, Helen Brown - egzemplarz recenzencki od Naszej Księgarni; historia kociego tornada imieniem Kleo, które zawładnęło moim sercem; [RECENZJA]
6. Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna, Kasia Bulicz-Kacprzak - prezent od Naszej Księgarni, który przyjechał wraz z Kleo, kiedy wyszło na jaw, że uwielbiam koty; recenzja wkrótce;
7. Dotyk Gwen Frost, Jennifer Estep - egzemplarz recenzencki od Upadłych; ciekawa i wciągająca historia z mitami w tle; [RECENZJA]
8. Atlas Chmur, David Mitchell - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa MAG - piękna, choć skomplikowana powieść, która zmusza do refleksji; recenzja wkrótce;
9. Pandemonium, Lauren Oliver - oryginał od Otwartego (w poprzednim stosie prezentowałam egzemplarz recenzencki od Dużego Ka); [RECENZJA]
10. Gorączka, Dee Shulman - egzemplarz recenzencki od Egmontu; fantastyczna książka w przepięknej oprawie graficznej - prawdziwa perełka na mojej półce; recenzja wkrótce;
11. Magiczna gondola, Eva Völler - kolejny egzemplarz recenzencki od Egmontu; książka, o której śniłam po nocach, wreszcie zagościła i u mnie - aż gotuję się do jej przeczytania;
12. Kobietki, Patrycja Żurek - tę książkę otrzymałam do recenzji prosto od autorki; zachęciły mnie do "Kobietek" Wasze pozytywne odczucia związane z lekturą tej pozycji.

Teraz przyjrzymy się bliżej stosowi własnemu, czyli głównie książkom z wymian:


1. Nadzieja, Katarzyna Michalak - egzemplarz podarowany przez samą autorkę (jeszcze raz dziękuję!); Kasi nie muszę nikomu przedstawiać, "Nadziei" też nie, bo większość z Was już o nich słyszała (i to nieraz!); recenzja wkrótce;
2. Drżenie, Maggie Stiefvater - efekt wymiany z Agniechą; już od bardzo dawna marzyłam o zapoznaniu się z tą serią i teraz będę miała taką możliwość;
3. Miasto kości, Cassandra Clare - efekt wymiany z Sophie; serię czytałam wieki temu, ale przed ekranizacją i kolejnym tomem chcę ją sobie odświeżyć (i oczywiście skompletować);
4. Błękit Szafiru, Kerstin Gier - efekt wymiany na Lubimy Czytać; aby zdobyć tę książkę, a także Zieleń Szmaragdu, poświęciłam trzy książki, ale dla Gideona było warto;
5. Zieleń Szmaragdu, Kerstin Gier - jak wyżej.

Teraz zerknijmy na skromny stos biblioteczno-pożyczkowy:
 

1. Czarnoksiężnik z Archipelagu, Ursula K. Le Guin - książka pożyczona od kolegi ze studiów; postanowiłam wreszcie sięgnąć po ambitniejszą fantastykę, więc mój wybór padł na pierwszy tom "Ziemiomorza";
2. Miasto szkła, Cassandra Clare - książka pożyczona z biblioteki; jak mówiłam, odświeżam sobie tę serię, zanim przyjdzie mi iść do kina na pierwszą część;
3. Miasto popiołów, Cassandra Clare - jak wyżej.

I na koniec stos mieszany: 

 
1. Assassin's Creed: 3 | Accipiter, Éric Corbeyran - egzemplarz recenzencki od SQN; ostatni już tom przygód asasynów; [RECENZJA]
2. Nowa Fantastyka 361 (10/2012) - październikowy numer od Redakcji miesięcznika; jeszcze nie miałam okazji go zrecenzować, ponieważ wcześniej zaginął w odmętach PP;
3. Nowa Fantastyka 362 (11/2012) - listopadowy numer miesięcznika. [RECENZJA]

Trochę tego było, prawda? Znaleźlibyście tutaj coś dla siebie?
 

20 listopada 2012

"Dotyk Gwen Frost" - Jennifer Estep




Tytuł: Dotyk Gwen Frost
Seria: Akademia Mitu
Tom: #1
Autor: Jennifer Estep
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 312



Mówi się, że nie powinniśmy oceniać książek po okładkach. To prawda, ponieważ istnieje wiele świetnych książek, które miały pecha i zostały brzydko wydane. Jednak gdy mam do czynienia z piękną okładką, ciężko mi uznać książkę za niewartą uwagi. Daję takiemu tytułowi szansę. A gdy po zapoznaniu się z nim dochodzę do wniosku, że powieść była fantastyczna, to tym bardziej doceniam to, że została dobrze wydana. W tym momencie słowa te powinnam kierować ku Wydawnictwu Dreams, które wykonało kawał dobrej roboty, racząc czytelników interesującym "Dotykiem Gwen Frost".

Do tej pory nie miałam do czynienia z Jennifer Estep, choć wiem, że na rynku wydawniczym w Polsce można znaleźć jeszcze jedną książkę jej autorstwa. Z jej biografii wynika, że napisała wcale nie tak mało powieści, a także jest członkinią kilku prestiżowych stowarzyszeń dla pisarzy. Zajmuje się zarówno powieściami dla dorosłych, jak i dla młodzieży, choć nie da się nie zauważyć, że te drugie przyniosły jej dużą większą popularność. U nas w kraju wszystko zaczęło się od "W sieci pająka", niemniej jednak teraz prym wiedzie Gwen Frost i jej niesamowity dar, o którym chciałabym Wam co nieco opowiedzieć.

Gwen to młoda dziewczyna, która wskutek pewnych wydarzeń trafia do Akademii Mitu - szkoły dla osób posiadających niezwykłe dary i talenty, a jednocześnie będących potomkami legendarnych wojowników z Rzymu, Grecji, czy Sparty. Jej cygański dar odziedziczony po przodkach to... dotyk. Za jego pomocą Gwen jest w stanie dowiedzieć się o dotykanym przedmiocie bądź człowieku dosłownie wszystkiego. Gdy Akademię Mitu nawiedzają dziwne wydarzenia i wszystko wskazuje na to, że Loki planuje wyswobodzić się spod jarzma innych bogów, okazuje się, że dotyk Gwen Frost może być pożytecznym narzędziem w potyczce ze złem. W tej odwiecznej walce pomagać jej będą walkiria Daphne oraz Spartanin Logan.

W Akademii Mitu dominuje postawa czysto roszczeniowa - każdy jest obrzydliwie bogaty i ostentacyjnie to manifestuje. Tylko Gwen odstaje pod tym względem od reszty uczniów - przez co czuje się wyobcowana. Być może właśnie to wyobcowanie sprawiło, że na Gwen zwrócił uwagę jeden z najprzystojniejszych wojowników w szkole - wszak bez wątku miłosnego nie mogło się obyć. Na szczęście nie jest to ckliwa historyjka o wielkiej miłości, lecz prawdziwa walka o uczucia, którym daleko od przelotnych romansów, będących domeną Akademii. Tak czy inaczej, spodziewałam się raczej szkolnej gwiazdy, a nie szarej myszki, za którą uważa się Gwen. Dzięki temu prostemu zabiegowi byłam w stanie polubić główną bohaterką i z tym większą chęcią śledzić jej życie.

Książka Jennifer Estep to kolejna, typowa młodzieżówka: niezbyt skomplikowana, banalna i pozbawiona głębszego przesłania. Jest to charakterystyczne dla tego typu powieści, jednak należy zwrócić uwagę na to, że nie stanowi to żadnych przeszkód w tym, by lekturę odebrać maksymalnie pozytywnie. Tak też było ze mną. Przede wszystkim zafascynował mnie sam świat mitów, w których lubuję się od czwartej klasy szkoły podstawowej, kiedy to zaczęłam uczyć się historii starożytnej. Dodatkowo wtłoczenie w fabułę paranormalnych zjawisk sprawiło, że "Dotyk Gwen Frost" okazał się książką na swój sposób oryginalną i bez wątpienia godną polecenia. Zdecydowanie największym jej atutem jest jednak przenikanie się mitów greckich, czy rzymskich - ze światem Spartian i mitologią nordycką. Z powodzeniem mogę powiedzieć, że "Dotyk Gwen Frost" to mityczny misz-masz, od którego nie dostanie się mdłości. Wręcz przeciwnie, będzie nam bardzo smakował.

Język powieści jest... poprawny. Nie sprawi nikomu trudności i ułatwi szybkie czytanie. Brak skomplikowanego słownictwa w połączeniu z naprawdę ciekawą fabułą zapewni czytelnikowi kilka godzin prawdziwej przyjemności, a jeśli ktoś lubi ją sobie dawkować, to i na dwa dni mu wystarczy. Szkoda tylko, że część tej przyjemności skradnie nam bez wątpienia obecność literówek - i to w tekście, który trafił przecież do druku, a następnie na półki sklepowe! Z pewnością osoby, które nie pozostają w zażyłych stosunkach z poprawną polszczyzną, nie zwrócą na to uwagi i nie będzie ich to obchodzić, ale znajdą się tacy, którym słaba praca korektorów nie przypadnie do gustu. Ja jestem w stanie przymknąć na to oko, co nie oznacza, że tych błędów nie widzę. Otóż widzę je nad wyraz dobrze, choć wolałabym, by ich nie było.

Pozostaje jedynie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy polecam Wam tę książkę? Miałam dużo czasu, by dokładnie przemyśleć swoje zdanie, i doszłam do wniosku, że owszem, polecę. Choć "Dotyk Gwen Frost" nosi znamiona typowej książki dla młodzieży, to jednak kryje w sobie kilka niespodzianek, które mile zaskoczą osoby z góry nastawione negatywnie. Myślę, że warto na własnej skórze przekonać się o tym, że Jennifer Estep udało się stworzyć coś oryginalnego - pomimo tego, że bazowała na tym, co wszyscy inni.

Ocena: 5/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.


16 listopada 2012

"Assassin's Creed: 3 | Accipiter" - Éric Corbeyran




Tytuł: Accipiter
Seria: Assassin's Creed
Tom: #3
Autor: Éric Corbeyran
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 48



Dokładnie 17 października tego roku - za pośrednictwem Wydawnictwa Sine Qua Non - miała miejsce premiera najnowszego komiksu o przygodach trzech asasynów - Desmonda, Aquilusa i Accipitera. Miałam już okazję recenzować dwa poprzednie tomy tej serii, które naturalnie pozostawiły po sobie kilka pytań bez odpowiedzi, dlatego z przyjemnością sięgnęłam i po ten.

Desmond Miles w krótkim odstępie czasu stał się niezwykle istotnym pionkiem w grze między Zakonem Asasynów a Zakonem Templariuszy. Zyskując świadomość, że bierze udział w czymś naprawdę istotnym, Desmond bez oporów pomaga Lucy i jej ekipie, wchodząc odważnie do świata Animusa i odtwarzając kolejne wspomnienia Aquilusa, który podąża tropem Ankha. Jest to artefakt obdarzony niezwykłą mocą i zadaniem Zakonu Asasynów jest niedopuszczenie do tego, by Ankh dostał się w niepowołane ręce. Równolegle do historii Aquilusa rozgrywają się także losy Accipitera, który wraz ze swoimi ludźmi planuje inwazję, m.in. na Rzym. 

Tym razem akcja niemal zapierała mi dech w piersiach, choć mogła się rozpędzić jedynie do niecałych pięćdziesięciu stron. Na dodatek los jednego z legedarnych asasynów potoczył się w tak niespodziewany sposób, że pewnie mimowolnie wytrzeszczałam ze zdziwienia oczy. Nie chciałabym jednak psuć "niespodzianki" zainteresowanym, dlatego przemilczę to, co ciśnie mi się w tym momencie na klawiaturę. Nie ukryję za to przed Wami swojego rozczarowania, jakim jest świadomość, że w Polsce komiksy zapowiedziano w formie trylogii, podczas gdy fabuła ewidentnie rozwija się dalej, czego my nie będziemy już, niestety, świadkami.

A szkoda, bo historia zaciekawiła mnie równie mocno jak ta, którą znam z gier (choć do czynienia mamy nie z moim faworytem - Ezio). Mało tego! Jestem przekonana, że seria zyskałaby dużo większe grono wielbicieli, chociażby ze względu na premierę Assassin's Creed III. Urywając komiks w takim momencie, po prostu robi się krzywdę fanom. Mam nadzieję, że coś się w tym zakresie zmieni, bo żal byłoby kończyć tę przygodę.


Chciałabym nawiązać do wydania komiksu. Jeśli już interesuje Was zakup, to nie bierzcie pod uwagę miękkiej oprawy! Tym razem do recenzji trafiła do mnie właśnie taka wersja i na własne oczy przekonałam się, że jest o klasę gorsza od wersji w twardej oprawie. Komiks wygląda przez to ubogo, kartki łatwo się gniotą i odkształcają, a okładka łapie każdy brud. Porównując ostatni tom do poprzednich, muszę przyznać, że wypada naprawdę blado. Jeśli dodać do tego standardowo nieociosane twarze bohaterów, do których zresztą zdążyłam się przyzwyczaić, to całość prezentuje się raczej średnio, jeśli nie powiedzieć: słabo.


Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie szukała dobrych stron recenzowanej pozycji. A trzeci tom z serii o asasynach mimo wszystko posiada parę plusów. Pierwszy z nich, czyli świetną historię zawartą w fabule, już wymieniłam. Nie wspomniałam jednak o tym, że pozytywnie zaskoczył mnie również sam tytuł albumu. Jak wiecie, Accipiter to imię jednego z bohaterów. I tak do tej pory myślałam. Jednak szukając ciekawostek odnośnie tej postaci, natknęłam się na coś zgoła innego. Czy wiecie, że Accipiter to również gatunek ptaków drapieżnych, takich jak krogulce i jastrzębie? No, to już wiecie. Osobiście lubię różnego rodzaju nawiązania, drugie dno w imionach i generalnie nazwach własnych, bo świadczy to o tym, że twórcy wciąż stawiają na innowacyjność, choćby minimalną. A drapieżne ptaki szczególnie pasują do postaci, które trudnią się głównie mordowaniem. Na sam koniec wspomnę o postaci Aquilusa, który naprawdę ma ikrę, jest odważny, nie boi się wyzwań i bierze udział w najważniejszych wydarzeniach, nie cofając się przed niczym. W każdym calu przypomina mi Ezia i z tego względu zaliczam go do grona moich ulubionych postaci z tego uniwersum.


"Assassin's Creed: 3 | Accipiter" zawiera w sobie dawkę wciągającej fabuły, która porwie fanów w sam środek wydarzeń z czasów Aquilusa i Accipitera. Zainteresowani serią czytelnicy szybko przekonają się o tym, że opowiadana historia ewoluuje i zmierza ku szczegółom, które zaspokoją ciekawość, lecz jednocześnie pobudzą zmysły. Warto pochylić się nad tą propozycją Wydawnictwa Sine Qua Non, bo choć nie zabierze nas do świata asasynów na długo, to jednak dostarczy rozrywki i sprawi, że duch gry nie zaniknie w nas nawet po tym, kiedy Ubisoft przestanie produkować kolejne tytuły (choć mam nadzieję, że tego nie zrobi!).

Polecam, lecz z zastrzeżeniem, żeby nie oszczędzać dziesięciu złotych na wydaniu, bo twarda oprawa będzie się prezentować dużo lepiej od tej, którą opisałam Wam powyżej.

Ocena: 4,5/6

Towarzyszyłam asasynom dzięki znajomości z Wydawnictwem Sine Qua Non.


ASSASSIN'S CREED:
 Desmond | Aquilus | Accipiter