STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 grudnia 2012

Podsumowanie grudnia (i 2012 roku)


Rok 2012 dobiega końca, a wraz z nim czas podsumować grudniową działalność Zrecenzujemy. Co tu dużo mówić: wyszło gorzej niż kiepsko. Problemy osiągnęły swój punkt kulminacyjny wraz z chwilą śmierci mojej ukochanej Babci. W połączeniu z gorącym czasem na uczelni i okresem świąteczno-noworocznym przełożyło się to na marne wyniki. Choć Wy i tak powiecie, że nie jest wcale tak źle...

W grudniu odwiedziło mnie 4020 nowych osób, które zasiliły licznik odwiedzin, dzięki czemu wzrosły one do niebagatelnej liczby 15708 unikalnych wizyt. Dziękuję!

Dzięki akcji Abigail, która bezinteresownie propagowała Zrecenzujemy na swoim fanpejdżu, udało Wam się spełnić moje świąteczne życzenie. Pod koniec grudnia liczba obserwatorów wynosi 101 osób, z czego jestem niezmiernie dumna. Jesteście przewspaniali i uwielbiam Was za to!

Na facebooku polubiło mnie już 70 osób, więc niedługo będzie okazja do świętowania kolejnej setki!

Kwestia osiągnięć w czytaniu przedstawia się następująco: przeczytałam osiem książek i jedno czasopismo, co daje 3172 strony w ciągu miesiąca, a 102 strony dziennie.

Przeczytałam następujące tytuły:

1. Mądrości Shire. Krótki przewodnik jak żyć długo i szczęśliwie, Noble Smith [RECENZJA] 
2. Nowa Fantastyka 363 (12/2012) [RECENZJA]  
3. Smocza droga, Peter Abraham [RECENZJA] 
4. Miasto zagubionych dusz, Cassandra Clare [RECENZJA] 
5. Saga księżycowa. Cinder, Marissa Meyer [RECENZJA] 
6. Hobbit z objaśnieniami, J.R.R. Tolkien [RECENZJA] 
7. Odkrywanie Hobbita J.R.R. Tolkiena, Corey Olsen [RECENZJA] 
8. Szeptem, Becca Fitzpatrick  
9. Akademia Wampirów, Richelle Mead

Książka Miesiąca wg Czytelników: wciąż "Atlas Chmur"
Najlepsza Książka: "Hobbit z objaśnieniami"
Najgorsza Książka: "Smocza droga"

PLAN NA STYCZEŃ? Przeczytać wszystkie książki do recenzji i zabrać się za własne.


~o~

PODSUMOWANIE ROKU 2012

Jako że Zrecenzujemy istnieje od czerwca 2012 roku, podsumowanie będzie obejmowało jedynie ten okres czasu. Spowodowane jest to tym, że dopiero od tego czasu monitoruję poziom mojego czytelnictwa.

W ciągu pół roku przeczytałam 84 pozycje, w tym 3 komiksy i 5 czasopism. Opublikowałam 80 recenzji, ponieważ 4 tytuły jeszcze się ich nie doczekały. Łącznie na blogu pojawiło się 125 postów, a także 784 komentarze (co z tego, że połowa należy do mnie?).

To moje pierwsze podsumowanie roku, więc tak na dobrą sprawę nie wiem, o czym jeszcze powinnam Wam napisać, ale zauważyłam, że wspominacie najlepsze i najgorsze książki.

Może zacznę od tych drugich. Najgorzej wspominam nieodmiennie "Norwegian wood" Harukiego Murakamiego, nie za dobrze też kojarzy mi się "Pokuta" od Anne Rice, "I wciąż ją kocham" Nicholasa Sparksa, czy też "Jutro" Johna Marsdena. Miałam co do nich wiele oczekiwań, ale każda z nich w jakiś sposób mnie zawiodła. Na pewno spodziewałam się po nich czegoś dużo lepszego.

Najlepiej wspominam za to "Hobbita z objaśnieniami" J.R.R. Tolkiena z opracowaniem Andersona i "Atlas chmur" Davida Mitchella, bo są to tytuły zapadające w serce i pamięć, na wiele sposobów wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Równie dobrze wspominam "Odkrywanie Hobbita" Coreya Olsena, "Czerwień rubinu" Kerstin Gier, "Magiczną gondolę" Evy Völler i "Cinder" Marrisy Meyer, choć tak naprawdę dobrych książek było w tym czasie tak wiele, że z oczywistych względów nie będę ich teraz wymieniać.

Dziękuję serdecznie wszystkim Wydawnictwom, które obdarzyły mnie zaufaniem, za możliwość rozwoju swojej pasji pod ich skrzydłami, a w szczególności: p. Asi z Jaguara, p. Kasi z Egmontu, p. Uli z Fabryki Słów, p. Agacie z Naszej Księgarni, p. Uli z MAG-a, p. Karolinie z Erici, p. Monice z Miry, p. Łukaszowi z SQN i p. Arturowi z Redakcji Nowej Fantastyki. Jestem dumna z możliwości reprezentowania tak wspaniałych Wydawców i kontaktowania się z tak przemiłymi ludźmi, jak ci, których wymieniłam powyżej.

Uściski przesyłam też moim kochanym Upadłym: Sophie, Upadłej, Dadzie, Elen, Sol, Jarken i wszystkim tym, których nadal nie kojarzę z nicków. Kocham Was niemożebnie!

A teraz moi wspaniali Czytelnicy... Tak naprawdę to dla Was to wszystko się kręci, bo to Wy motywujecie mnie do pisania recenzji i dzielenia się pasją z Wami oraz innymi osobami, które tak samo jak my uwielbiają czytać. Gdyby nie Wy, Zrecenzujemy umarłoby śmiercią naturalną. A tak - mam szczerą nadzieję - dotrwamy w tym samym, a nawet powiększonym gronie, do podsumowania w kolejnym roku.

Planów i postanowień jako takich nie mam, bo weryfikuję je co miesiąc, ale liczę na to, że pod choinką za rok znajdę upragnionego Kindle'a i to on będzie moim głównym celem.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! 


29 grudnia 2012

"Odkrywanie Hobbita J.R.R. Tolkiena - Corey Olsen





Tytuł: Odkrywanie Hobbita J.R.R. Tolkiena
Autor: Corey Olsen
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 328




Czy spotkanie z prozą Mistrza Tolkiena musi się kończyć jedynie na czytaniu jego fenomenalnych książek? W dzisiejszych czasach można przecież pójść o krok dalej i sięgać po tytuły o wymiarze stricte naukowym, które pozwolą nam lepiej zrozumieć dany temat i na dłużej zagłębić się w czymś, co jest dla nas ciekawe. W przypadku Tolkiena jest to niewątpliwie Śródziemie, które za każdym razem opuszczam z wielkim żalem pod koniec lektury. Przykładem tego typu publikacji są tzw. książki o książkach, a "Odkrywanie Hobbita J.R.R. Tolkiena" jest właśnie jedną z nich.

Corey Olsen to brytyjski profesor, który już od dziecka jest wielkim fanem Tolkiena. Najbardziej zasłynął podkastami publikowanymi na stronie www.tolkienprofessor.com, gdzie zresztą pojawiło się wiele kursów jego autorstwa, w których rozbierał na czynniki pierwsze wszystkie teksty Mistrza. W recenzowanej przeze mnie książce zabiera nas do świata "Hobbita", który pojawił się na rynku w 1937 roku - a co najciekawsze, w nieco odmiennej formie niż ta, z którą mamy obecnie do czynienia.

Czy wiedzielibyście o tym, gdybym o tym nie wspomniała? Zagorzali fani być może, ale na pewno nie wszyscy. Tolkien wprowadzał poprawki do tekstu drugiego wydania i sądzę, że część z nas o tym wie. Ale niekoniecznie wiedzielibyśmy o tym, że wcześniejsza wersja zakładała, że Pierścień to tak naprawdę tylko magiczny pierścień przez małe "p", który Bilbo dostał od uczynnego Golluma - istoty tak szlachetnej, że popłynęła łódką na swoją wysepkę, żeby oddać drogocenny ssskarb hobbitowi, który ograł go w zagadki. Dzięki tej książce wiem, że Tolkienowi dopiero później wpadł do głowy pomysł, by uczynić z błyskotki Golluma coś więcej aniżeli tylko pierścień powodujący niewidzialność.

Analiza "Hobbita", której dokonał Olsen, jest niezwykle drobiazgowa - skrupulatność autora niejednokrotnie wprawiała mnie w osłupienie, gdy dzięki niemu dowiadywałam się o czymś, na co normalnie nie zwróciłabym uwagi. Aż wstyd się przyznać, ale Olsen rozpracował mnie od razu, domyślając się, że jak większość z fanów nie przeczytałam ani razu chociażby jednej pieśni lub wiersza, które zawarto w tekście powieści. I fakt - do tej pory je omijałam, czego teraz naprawdę żałuję, bo można się z nich wiele dowiedzieć o przeszłości, przyszłości, charakterach postaci i o tym, jak się zmieniają w trakcie wyprawy na Samotną Górę. Dlatego też dam Wam małą radę: jeśli będziecie po raz kolejny zabierać się do lektury którejkolwiek powieści Mistrza, nie omijajcie niczego, a zobaczycie, że książkę będzie się czytało zupełnie inaczej. Po prostu lepiej.

Owa drobiazgowość z jednej strony może cieszyć, ale z drugiej sprawia, że momentami jest nad wyraz nudno, przez co czasem ciężko przebrnąć do dalszej części tekstu. Autorowi zdarza się wielokrotnie powtarzać wcześniej poruszane wątki, co stwarza wrażenie wtórności treści, ale ciekawy język i wiele trafnych spostrzeżeń rekompensuje te drobne wady. Mając przed sobą analizę ukochanej książki można wiele Olsenowi wybaczyć, bo nie o to tu przecież chodzi, by na siłę szukać niedoskonałości.

Jedno jest pewne: "Odkrywanie Hobbita..." nie dorównuje objaśnieniom Andersona z książki, którą recenzowałam wcześniej. Olsen buduje swoje spostrzeżenia na własnych przypuszczeniach, podczas gdy Anderson opiera się na solidnych faktach. Jeśli jednak czytać obie książki naraz, otrzyma się idealne połączenie, warte dwukrotnie dłuższego czasu, który należy poświęcić na czytanie. Za jakiś czas, gdy znowu najdzie mnie ochota na "Hobbita", na pewno wypróbuję takie rozwiązanie.

Książka Coreya Olsena powinna znaleźć się w zbiorach każdego szanującego się fana twórczości Tolkiena. Nie kosztuje wiele, a stanowi doskonałe dopełnienie właściwego tekstu "Hobbita" i dostarcza wiedzy o świecie stworzonym przez Mistrza - wiedzy, którą chce się zdobyć. Jest to tytuł godny polecenia także dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z hobbitami, ponieważ pozwala zrozumieć wiele rzeczy, które Tolkien chciał nam przekazać, a które niekoniecznie będą tak jasne podczas lektury samej książki.

Podsumowując, "Odkrywanie Hobbita J.R.R. Tolkiena" jest pozycją idealną dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu wykazuje zainteresowanie tematem.

Ocena:
 



Analizowałam "Hobbita" dzięki Wydawnictwu Bukowy Las.


27 grudnia 2012

"Hobbit z objaśnieniami" - J.R.R. Tolkien




Tytuł: Hobbit z objaśnieniami
Autor: J.R.R. Tolkien
Opracowanie: Douglas A. Anderson
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 456




Istnieje niewiele książek, o których mogę na sto procent powiedzieć, że są wyjątkowe, ponadczasowe i nigdy się nie starzejące. Jedną z nich jest "Hobbit" autorstwa Mistrza Tolkiena, który rozmachem, co prawda, nie przypomina mojej ukochanej trylogii "Władcy Pierścieni", jednak stanowi cudowny wstęp do historii o Pierścieniu Władzy i od kilkunastu lat nieodmiennie podbija moje serce.

Im bliżej premiery filmowej adaptacji "Hobbita", tym częściej myślałam o sprawieniu sobie wydania idealnego. Nie przepadam za kanonicznym tłumaczeniem Marii Skibniewskiej, więc z góry odrzuciłam wszystkie książki, w których można było je znaleźć. Do tej pory byłam wierna Marii i Cezaremu Frącom, a więc i Amberowi, ale podczas wizyty w Empiku rzucił mi się w oczy "Hobbit z objaśnieniami" od Bukowego Lasu. Szybkie oględziny pozwoliły mi uznać to wydanie za obecnie najlepsze na rynku i tym sposobem nie mogło go zabraknąć na mojej tolkienowskiej półce. Tylko w czym tkwi jego urok?

Większość z Was zna "Hobita" lub chociaż o nim słyszało, więc z tego oczywistego względu nie będę streszczać przygód Bilba, opowiem Wam za to o zaletach tego wydania. Czytałam chyba wszystkie polskie przekłady tej książki, jak i zresztą "Władcy Pierścieni". Nie jestem pewna kogo spodziewałam się w roli tłumacza, jeśli chodzi o tę konkretną książkę, ale na pewno nie był to Andrzej Polkowski, zwykle kojarzony z serią przygód młodego czarodzieja z książek JKR. Wspominając mile naszą korespondencję w sprawie mojej matury sprzed ładnych paru lat, postanowiłam dać mu szansę. I muszę przyznać, że w roli tłumacza ponadczasowego hitu Polkowski dał sobie radę. Niewymuszone, w miarę dokładne tłumaczenie, na całe szczęście pozbawione śmieszności i starodawnych naleciałości językowych, tchnęło w "Hobbita" powiew świeżości.

Ale to nie jest jeszcze to, co najbardziej wyróżnia tę pozycję spośród wszystkich dostępnych na rynku! Słowo-klucz znajduje się już w tytule powieści. Owe objaśnienia stawiają "Hobbita" od Bukowego Lasu nie tylko na półce z klasyczną fantastyką, ale i wśród literatury naukowej, i to na bardzo wysokim poziomie. Ja, gdybym tylko mogła, studiowałabym tolkienistykę, dlatego wszelkie wydawnictwa, z których mogę dowiedzieć się czegoś więcej ponad to, że pierwszy "Hobbit" został wydany w 1937 roku, są dla mnie na wagę złota. Dużo bardziej interesuje mnie to, że Tolkien wprowadzał zmiany w tekście, gdy przygotowywano drugie wydanie książki, niż to, kiedy ją wydano, bo te informacje znajdę na Wikipiedii. Tego, co serwuje nam Anderson, nie znajdziemy na tej popularnej stronie, podobnie jak i wielu innych rzeczy wartych poznania. A w tym "Hobbicie" owszem, znajdziemy, i będzie tego dużo więcej, ponieważ jest to najdokładniejsza wersja tolkienowskiego bestsellera, z jaką miałam do czynienia. Kosztuje dosyć sporo, ale warta jest każdej złotówki.

"Hobbit z objaśnieniami" dzieli się na dwa odrębne teksty - pierwszy to właściwy tekst powieści w tłumaczeniu Polkowskiego, drugi to naukowy wywód Andersona, w którym możemy poczytać o wszelkich poprawkach i zmianach tekstu, jak i inspiracjach Tolkiena - zarówno w otaczającym go świecie, jak i dawnych językach. Znajdziemy tam również ciekawostki o konkretnych miejscach w Śródziemiu i postaciach występujących w powieści - słowem wszystko, o czym prawdziwy fan twórczości Tolkiena powinien wiedzieć. Książka wyposażona jest również w autentyczne szkice autora, opatrzone jego autorskim komentarzem, co stanowi nie lada gratkę dla miłośników jego prozy.

Jeśli szukacie dobrego wydania "Hobbita", to z czystym sercem polecam Wam tę konkretną pozycję. Pięknie wydana książka, zawierająca wiele ciekawostek, posłuży Wam przez lata i na pewno będziecie z niej szczerze zadowoleni. Cieszę się, że Bukowy Las wznowił "Hobbita" w takiej, a nie innej formie, bo dzięki temu udowodnił, że nie jedzie po bandzie i że nie idzie na łatwiznę, serwując to samo, tylko trochę inaczej. Jestem głęboko wdzięczna wydawnictwu za to, że zdecydowała się na coś więcej, bo polscy fani zasługiwali na tego typu publikacje. Szkoda, że musieli czekać tak długo, bo aż do premiery filmowej adaptacji książki...

Swoją drogą, byliście już w kinie?

Ocena:

 


Zakochałam się w Śródziemiu po raz n-ty dzięki Wydawnictwu Bukowy Las.


22 grudnia 2012

"Cinder" - Marissa Meyer




Tytuł: Cinder
Seria: Saga księżycowa
Tom: #1
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 360



Drogi Egmoncie, dzięki stokrotne za wydanie w Polsce "Cinder", która pod wieloma względami jest utworem oryginalnym i zaskakującym, czego nie można powiedzieć o większości wydawanych obecnie książek. Przede wszystkim zrobienie z takiej sobie bajki dla dzieci naprawdę wciągającej powieści dla młodzieży jest nie lada wyczynem. Tak samo noszenie nazwiska Meyer i niebycie posądzanym o konszachty z diabłem, który zrobił z wampirów brokatowe ciepłe kluchy. Brawa należą się autorce, zwłaszcza że "Cinder" to jej debiut literacki. Tymczasem Egmontowi należą się wyrazy szacunku za znalezienie tej genialnej książki w morzu gniotów oraz za wydanie jej w obłędnej oprawie przyciągającej wzrok (choć okładka mocno się brudzi i nie obyło się bez jej mycia - najlepiej byłoby ją chyba czytać w gumowych rękawiczkach).

A co mnie tak w "Cinder" zaciekawiło? Ano trzy elementy. Pierwszym jest bazowanie na historii Kopciuszka (czyż imię głównej bohaterki nie jest świetnym zabiegiem nawiązującym do tej bajki?) i stworzenie z niej czegoś oryginalnego, na pierwszy rzut oka lekko szokującego. Drugim elementem jest osadzenie fabuły w dalekiej przyszłości, w tym, co pozostało z Pekinu, a co za tym idzie, w kulturze azjatyckiej, którą ubóstwiam już od wielu lat. Trzecim elementem jest z kolei podjęcie ciekawego tematu ingerowania nauki i techniki w ludzkie ciało i przedstawienie androidów i cyborgów z innej strony niż to było pokazane w "Terminatorze".

Cinder mieszka w Nowym Pekinie razem ze swoją macochą, przybranymi siostrami i androidką o imieniu Iko. Jest najlepszym mechanikiem w mieście i trudni się naprawianiem awiarów (takich samochodów przyszłości) i androidów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie była cyborgiem z metalową ręką i nogą, co wywołuje u niej wstyd i rozczarowanie. Cinder nie zna swojej przeszłości, bo nie pamięta niczego sprzed operacji, która zmieniła ją w maszynę. Pewnego dnia poznaje księcia Kaito, syna cesarza Nowego Pekinu, lecz sielanka nie trwa długo, ponieważ Adri, jej wstrętna macocha, zgłasza ją do programu badawczego, którego celem jest wynalezienie antidotum na chorobę zwaną letumosis. W politykę Unii Ziemskiej coraz bardziej mieszają się Lunarzy z ich królową Levaną na czele, wykorzystując swoją wiedzę o chorobie, by zmusić księcia do podjęcia trudnej decyzji. Od tej pory życie Cinder przewraca się do góry nogami, lecz o tym z powodzeniem możecie już poczytać sami -  a zapewniam Was, że po stokroć, a nawet tysiąckroć, warto.

Niestety, książka jest srodze wciągająca, a jej objętość wystarczy zaledwie na jeden dzień lektury. Nie da się jej oszczędzić na dłużej, ponieważ dopracowana przez autorkę fabuła nie pozwala się od niej oderwać nawet w celu wizyty w toalecie. Muszę przyznać, że Marissa Meyer podjęła na tyle oryginalny temat, by zaciekawić nim nawet najbardziej sceptycznego czytelnika, w tym mnie, uważającą się raczej za mało zainteresowaną bajkowymi motywami. Czytając tę powieść, nie zwraca się jednak uwagi na podobieństwa do Kopciuszka, ponieważ Cinder ma inną osobowość, a jej historia jest znacznie ciekawsza od pierwowzoru.

Jedynym minusem jest swoista przewidywalność w pewnym momencie fabuły. Nawet największy ignorant zdołałby się domyślić już w połowie książki, kim tak naprawdę jest Cinder, mimo że jednoznaczna odpowiedź na to pytanie pojawia się dopiero na ostatnich stronach powieści. Z pewnością jest to odrobinę rozczarowujące, ale nijak nie ma to wpływu na odbiór tej niesztampowej historii.

Pierwszy tom "Sagi księżycowej" odznacza się oryginalnością, ciekawym tematem, świetnym charakterem Cinder i Kai'a, a także plastycznym, niezwykle obrazowym językiem, dzięki któremu oczami wyobraźni widzimy Pekin przyszłości. Nie potrafię doszukać się absolutnie niczego, co mogłoby zmienić mój zachwyt w zawód, poza wspomnianą wyżej przewidywalnością, która jednak w obliczu tylu zalet nie ma już znaczenia.

Czuję się zobowiązana, by ostrzec Was przed wpływem "Cinder". Otóż książka ta ma działanie płaczogenne. Końcówka doprowadziła mnie do łez i pewnie dlatego debiut Marissy Meyer będzie miał dla mnie szczególne znaczenie, bo nie ma zbyt wielu książek, które tak na mnie działają - do tej pory płakałam, czytając Harry'ego Pottera i parę innych tytułów, ale ten również wywarł na mnie spore wrażenie i z pewnością na długo pozostanie w moim sercu. I z pewnością wiele razy do niego wrócę.

Jeśli szukacie książki, która oczaruje Was mnogością tematów, pięknem języka i fabuły, wartką akcją, swego rodzaju baśniowością, która zapadnie Wam w pamięć, nie wahajcie się i sięgnijcie po "Cinder". Jak wiecie, w dzisiejszych czasach oryginalność i talent są w cenie. 

Kopciuszek-cyborg i jej utalentowana twórczyni znakomicie wpisują się w ten schemat.

Ocena:

 


Odwiedziłam Nowy Pekin dzięki Wydawnictwu Literacki EGMONT.


20 grudnia 2012

"Miasto zagubionych dusz" - Cassandra Clare




Tytuł: Miasto zagubionych dusz
Seria: Dary Anioła
Tom: #5
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 556



Z serią książek Cassandry Clare - osławionymi "Darami Anioła" - zapoznałam się ładnych parę lat temu, zanim wpadłam na pomysł, by założyć bloga i usystematyzować swoją wiedzę o książkach, które przeczytałam. Była to moja pierwsza styczność z aniołami i Nefilimami i muszę przyznać, że zapamiętałam tę serię - wówczas jeszcze trylogię - jako coś przyjemnego, wartego świeczki i wciągającego od pierwszej do ostatniej strony.

Autorka "Darów Anioła" urodziła się w Teheranie, ale jej ulubionym miastem jest Nowy Jork. To on był inspiracją dla "Miasta kości" - pierwszej części serii o przygodach Clary Fray. Tak naprawdę autorka nazywa się Judith A. Rumelt, a Cassandra Clare to jej pseudonim artystyczny. Charakterystyczne jest dla niej pisanie książek w restauracjach, ponieważ nie jest fanką tworzenia w domu. Podobnie było z J.K. Rowling i jej serią o przygodach Harry'ego Pottera, więc może faktycznie coś w tym jest?
- Miłość nie jest moralna czy niemoralna - oświadczyła Clary. - Po prostu jest.”
Odnoszę wrażenie, że na tym cytacie opiera się cała fabuła. Po wydarzeniach związanych z rytuałem Lilith Sebastian porywa Jace'a i wiąże jego duszę ze swoją, podporządkowując go sobie i sprawiając, że wierzy w każde jego słowo. Clave rezygnuje z próby ratowania chłopaka i oświadcza, że Jace zostanie zabity, jeśli będzie to jedyny sposób na powstrzymanie Sebastiana. Clary, Simon, Isabelle i Alec nie mogą na to pozwolić i decydują się na własną rękę prowadzić intensywne poszukiwania. Clary jest wręcz zdesperowana, by odzyskać swoją miłość i wkrótce wpada na szalony pomysł, który pozwala jej infiltrować działania Sebastiana i mieć oko na Jace'a, podczas gdy jej przyjaciele szukają sposobu na oddzielenie go od Morgensterna.

Romantyczna miłość Clary oraz miłość bratersko-siostrzana Izzie i Aleca napędzają poszukiwania Jace'a, a co za tym idzie - całą fabułę. Cassandra Clare próbuje nam przekazać, że są różne oblicza miłości, a każde z nich zasługuje na poświęcenie. Nieważne, czy kocha się kogoś przeklętego, czy nieśmiertelnego. Miłość po prostu jest - i są to piękne słowa, które warto zapamiętać. Autorka w prosty sposób pokazuje, że warto walczyć o miłość, a działania Clary są tego dowodem. Jestem przekonana, że ta mądra, odważna dziewczyna poszłaby za nim nawet do Piekła. Poza tym niewiele osób byłoby w stanie podjąć podobną decyzję, co ona w finałowych scenach tego tomu. Jeśli chcecie się przekonać, na co zdecydowała się Clary, aby tylko ocalić duszę Jace'a, koniecznie sięgnijcie po najnowszą powieść Cassandry Clare.

"Miasto zagubionych dusz" pokazało zmiany, jakie nastąpiły w bohaterach. Ci młodsi dorośli, ich zachowanie zaczęło nosić znamiona dojrzałości. Starsi z kolei spojrzeli na pewne sprawy z innej perspektywy. Zobaczyli, że Prawo nie działa w każdym przypadku, nie zawsze jest sprawiedliwe. Zmiany te widoczne są na pierwszy rzut oka, a najbardziej widać to w postaci Isabelle, która wreszcie zaczęła okazywać więcej uczuć, nie tracąc przy tym swojego hartu ducha. Związek Aleca i Magnusa doszedł do takiego etapu, w którym pewne decyzje i działania nie dają możliwości wycofania się, co doprowadza ich do sytuacji podbramkowej. Simon uczy się tego, by nie uważać siebie za zło wcielone, a jednocześnie jak zwykle staje na wysokości zadania, ponieważ jest dla wszystkich podporą, a także najbardziej uczynną osobą, jaką widziałam w tej książce. Jordan i Maia odkrywają w sobie miłość i starają się za wszelką cenę ją zachować. Wszystkie te historie pokazują zmiany, jakie nastąpiły od momentu, kiedy Clary spotkała Jace'a w "Pandemonium". Nawet u Sebastiana ujawniają się ludzkie cechy. Mamy też w końcu możliwość poznania jego przeszłości, a także planu, jaki chce zrealizować.

Wszystko to jest arcyciekawe i megawciągające. Po specyficznej "Smoczej drodze" była to dla mnie czysta przyjemność, gdy po długim dniu w pracy wracałam do domu i sięgałam po ten tytuł. Miałam sporą przerwę między tym tomem a poprzednimi, lecz nie sprawiło mi to kłopotu ze zrozumieniem fabuły. Autorce udało się mnie ponownie zaciekawić i tak poprowadzić fabułę, aby nieustannie odczuwało się rosnące napięcie z punktem kulminacyjnym w postaci ostatniego rozdziału tuż przed epilogiem. Cieszę się również, że język powieści pozostał bez zmian - lekki, przyjemny, momentami zabawny, a momentami wzruszający. Takie książki lubię najbardziej, bo mogę się przy nich odprężyć i przy okazji przeczytać coś ciekawego.

Wiem, że wielu z Was wspominało o elementach wspólnych z drugą serią Cassandry Clare, lecz ja jeszcze nie miałam możliwości jej przeczytania, dlatego nie potrafię Wam tych elementów przytoczyć. Mimo to uznałam, że warto Was o tym poinformować, bo na pewno wśród moich Czytelników znajdą się osoby, które mają za sobą lekturę drugiej serii tej autorki. Chętnie posłucham, na jakie rzeczy bądź sytuacje powinnam w "Mieście zagubionych dusz" zwrócić baczniejszą uwagę przed lekturą serii "Piekielne maszyny".

Lektura "Miasta zagubionych dusz" powinna się spodobać wszystkim fanom Cassandry Clare i jej bestsellerowych "Darów Anioła". Najnowsza powieść o przygodach Clary i jej przyjaciół nie posiada większych wad, choć z pewnością znajdziecie w niej coś, co nie przypadnie Wam do gustu. Niektórzy mogą uznać, że z Izzie zrobiły się ciepłe kluchy - ja powiem, że raczej stała się bardziej ludzka. Niektórzy mogą uznać, że postać Jace'a uległa deprecjacji - a ja powiem, że był to celowy zabieg autorki, dzięki któremu historia nabrała rumieńców, a on sam stał mi się jeszcze bliższy niż dotychczas. Myślę jednak, że większości z Was książka się spodoba, równie mocno, co mi, a może nawet bardziej. Polecam.

Ocena: 5/6

Do Miasta Zagubionych Dusz wysłało mnie Wydawnictwo MAG.
 
  

18 grudnia 2012

Stos 7/2012


Chciałabym Wam przedstawić ostatni w tym roku stos. Zdjęcie utrzymane jest w klimacie świątecznym - bo choć nie obchodzę ich tak jak większość z Was, to lubię patrzeć na światełka i choinkę, ponieważ kojarzą mi się z rodziną. W tym roku święta u nas będą smutne, bo borykamy się z wielką stratą, ale liczę, że kolejny rok będzie lepszy od tego - o ile w ogóle nastanie, biorąc pod uwagę piątkowy koniec świata.



1. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Cieślakowie, Hryciowie, Małgorzata Gutowska-Adamczyk - trylogia, która zainteresowała mnie ze względu na "Podróż do miasta świateł" tej samej autorki; od Naszej Księgarni;
2. Smocza droga, Daniel Abraham - mało fantastyczna książka fantasy; od Upadłych; [RECENZJA]
3. Drużyna. Najeźdźcy, John Flanagan - drugi tom nowej serii poczytnego autora, od Jaguara;
4. Las Zębów i Rąk, Carrie Ryan - podobno książka o zombie, wygrana w konkursie;
5. Gone: Zniknęli. Faza piąta: Ciemność, Michael Grant - najnowszy tom o ETAP-ie; od Jaguara;
6. Nowa Fantastyka 362 (12/2012) - miesięcznik okołofantastyczny; od Redakcji; [RECENZJA]
7. Kalendarz z Muppetami na 2013 rok - prezent świąteczny od niezawodnego Egmonta;
8. Miasto zagubionych dusz, Cassandra Clare - piąty tom serii "Dary Anioła"; od MAGa;
9. Akademia Wampirów, Richelle Mead - pierwszy tom serii o wampirzej akademii; od Naszej Księgarni;
10. Odkrywanie Hobbita J.R.R. Tolkiena, Corey Olsen - perełka w tym stosie; od Bukowego Lasu;
11. Saga księżycowa. Cinder, Marissa Meyer - podobno książka o cyborgach (!); od Egmonta;
12. Nevermore. Cienie, Kelly Creagh - kontynuacja "Kruka" na motywach Poego, od Jaguara;
13. Hobbit z objaśnieniami, J.R.R. Tolkien - pod każdym względem wybitna pozycja i kolejna perełka w tym stosie (i w całym moim zbiorze) - od Bukowego Lasu;
14. Oficerowie i konie, Piotr Jaźwiński - niespodziewana książka, której nie przeczytam, lecz podaruję tacie na urodziny, bo jest fanem historii; od Erici.

Znaleźliście w tym stosie coś dla siebie? Co byście przeczytali?

15 grudnia 2012

"Smocza droga" - Daniel Abraham




Tytuł: Smocza droga
Seria: The Dagger and the Coin
Tom: #1
Autor: Daniel Abraham
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 576



Ze względu na to, że ciężko mi ostatnio odbiec od tematów okołofantastycznych, mam dziś dla Was recenzję książki Daniela Abrahama, brytyjskiego autora powieści science fiction i fantasy, o intrygującym tytule "Smocza droga". Jest to dość obszerne tomiszcze, z typową dla tego typu książek, mało oryginalną okładką, zareklamowane przez samego George'a R.R. Martina słowami: "Wszystko, czego szukam w fantasy". Cóż, jeśli autor "Pieśni Lodu i Ognia" był zadowolony po lekturze tej książki, to nie mogłam jej nie przeczytać i nie przekonać się o tym, jaki gust czytelniczy ma jeden z moich ulubionych pisarzy.

Wygląda na to, że albo jest on kiepski, albo nasze gusta diametralnie się różnią, bo gdybym miała określić "Smoczą drogę" jednym zdaniem, to powiedziałabym tak: "Jest to książka fantasy, w której nie ma fantasy". Ale o tym opowiem Wam za chwilę w dalszej części recenzji.

Powieść Daniela Abrahama jest zróżnicowana pod względem bohaterów, którzy jednocześnie pełnią rolę narratorów opowieści, urozmaicając ją różnymi punktami widzenia. Na pierwszy plan wysuwają się Marcus Wester, były wojskowy, oraz Cithrin, sierota wychowana przez przedstawicieli banku medejskiego. Ich historie splatają się w jedną, dając wrażenie nieuchronności losu, od którego nie da się uciec. Podobnie ma się sprawa z Gederem Palliako, którego losy łączą się z losami Dawsona Kalliama, wiernego sługi i przyjaciela króla Simeona zasiadającego na Rozdartym Tronie. Muszę przyznać, że wszystko ładnie się zazębia, tworząc naprawdę zgrabną całość, którą dobrze się czyta. Poza jednym, nie tak drobnym szkopułem... Opisami.

Niestety, książkę zabija ich monstrualna rozwlekłość, czyli tzw. wodolejstwo, na którym autor opiera całą fabułę. "Smoczą drogę" czytałam ponad tydzień właśnie ze względu na ślamazarną akcję, którą przyćmiewały opisy - tak nudne, że zęby same zaczynały mi zgrzytać ze złości. Czasami ciężko mi było się odnaleźć, ponadto miałam nieodparte wrażenie, że część z nich tak naprawdę niczego nie wnosi do fabuły, a ich zadaniem jest zapełnienie stronic, by książka pod tym względem nie ustępowała pola książkom Martina.

George Martin również prezentuje niewiele fantasy w swoich książkach fantasy, ale atutem jego prozy jest umiejętność tworzenia sieci intryg, które ciągną się przez setki stron, tworząc aurę tajemnicy i sprawiając, że nigdy tak do końca nie ma się pewności, co będzie dalej. Tej umiejętności nie posiadł, niestety, Daniel Abraham, którego nieudolne próby stworzenia czegoś na miarę możliwości autora "Pieśni Lodu i Ognia" wzbudziły we mnie uśmiech politowania. Pod tym względem autor "Smoczej drogi" nie przebił Martina. W ogóle na chwilę obecną mało kto potrafi go przebić - i pewnie dlatego jest on tak popularny.

Trzeba jednak pochwalić dbałość autora o kreację bohaterów, którzy kroczą własnymi ścieżkami, są różni i pełni sprzeczności, a swoimi historiami i charakterami dominują całą książkę. Daniel Abraham stworzył również uniwersum na kształt średniowiecza, lecz nie opisał z takim pietyzmem miast i krain, z jakim pracował nad bohaterami. Cały swój talent wykorzystał chyba na wykreowanie świetnych postaci, do których niewątpliwie należą Geder i Marcus (Cithrin nadal jest zbyt niedojrzała jak na mój gust). Nie chciałabym również pominąć tego, że autor stworzył kilkanaście ras, a historię ich powstania opisał w całkiem przystępny sposób, bo jest to jeden z tych aspektów, które ratują "Smoczą drogę" przed kompletną porażką.

Jak już wspominałam wcześniej, w tej książce fantasy mało jest fantasy. W głównej mierze można w trakcie lektury odnieść wrażenie, że czytamy o średniowieczu. Brakuje mi w "Smoczej drodze" magii, czegoś, co jednoznacznie mi się z nią kojarzy. Jasne, że mamy tu do czynienia z dziwnymi rasami, ale nie kwalifikuje to książki do gatunku fantasy. O smokach są jedynie wzmianki, podczas gdy ja oczekiwałam rozmachu na miarę podopiecznych Daenerys. Od czasu do czasu pojawiali się wiedzący, jednak nie była to magia podobna do magii Melisandre. Myślę, że Daniel Abraham przejechał się na tej reklamie na okładce swojej książki, bo fani George'a R.R. Martina wysnują podobne wnioski do moich.

"Smoczą drogę" można przyjąć dwojako: albo jako kiepską podróbę "Pieśni Lodu i Ognia", albo jako znośną książkę o drodze ku poznaniu samego siebie - bo taki morał płynie z historii wszystkich bohaterów. Biorąc to wszystko pod uwagę, chciałabym ocenić książkę Abrahama w miarę sprawiedliwie, dlatego też uznam ją za przeciętną, dając jej jednocześnie duży kredyt zaufania - z nadzieją, że drugi tom będzie znacznie lepszy.

Ocena: 3/6


Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.

13 grudnia 2012

Nowa Fantastyka 363 (12/2012)


Wielkie świętowanie w Nowej Fantastyce dobiegło końca, jednak Redakcja nie spoczywa na laurach nawet wtedy, gdy święta są za pasem, a myśli błądzą raczej wokół suto zastawionego wigilijnego stołu, aniżeli wokół zamykania grudniowego numeru.

Najnowszy numer miesięcznika posiada okładkę, która ani mnie grzeje, ani mnie ziębi. Jest charakterystyczna, lecz pod względem estetycznym nie wpasowuje się w mój gust. Wiadomo jednak, że ilu mamy czytelników, tyle mamy różnych gustów, więc nie ma sensu sprowadzać dyskusji do tego, czy grudniowa Nowa Fantastyka wygląda ładnie, czy nie. Najważniejsze, że jest i mogę ją przeczytać.

Znowu muszę zwrócić uwagę na to, że felietonowy tron po Ćwieku przejął Rafał Kosik. Choć jego uwagi są celne, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ma dużo mniej do powiedzenia niż wspomniany wcześniej fantasta. Całe szczęście, że pisaninę Ćwieka możemy sobie poczytać przy okazji sporej relacji z Comic-Conu, w którym wzięcie udziału jest jednym z moich większych marzeń. To wydarzenie może i jest jedną wielką komercją, ale obejrzenie trailerów nadchodzących hitów ze świata gier i filmów, spotkanie Roberta Downeya Juniora twarzą w twarz lub zrobienie sobie zdjęcia z geekiem przebranym za Iron Mana to coś, co całkowicie rozgrzesza tę imprezę w moich oczach.

Najjaśniejszym punktem tego numeru jest fenomenalny wywiad z Nikiem Pierumowem, który zaraził mnie swoim podejściem do Śródziemia i sprawił, że mam zamiar przeczytać jego książki i przekonać się, co też miał na myśli. Polecam gorąco ten wywiad, a także jego rozszerzoną wersję na stronie Nowej Fantastyki!

Jeśli już mowa o Śródziemiu, to polecam lekturę świetnego artykułu Mateusza Albina - "Filmowa podróż na Samotną Górę". Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że Peter Jackson nie był pierwszą osobą, która dostrzegła w książkach Mistrza Tolkiena kurę znoszącą złote jajka (choć - rzecz jasna - najbardziej się na nich dorobił). Ręka do góry kto z Was widział animowaną wersję "Władcy Pierścieni"! Ja oglądałam i mam podobne odczucia jak autor artykułu. Artykuł jest ciekawy, a ponadto przybliża kilka animowanych wersji książek Tolkiena - wraz z ilustracjami, które przyprawiły mnie o migrenę (zobaczycie - zrozumiecie).

Odkąd zaczęłam regularnie czytać Nową Fantastykę, zauważyłam, że obok Ćwieka moim ulubionym autorem jest Wawrzyniec Podrzucki. I tym razem mnie nie zawiódł, oferując nam artykuł "SF, kłamstwa i faceci w fartuchach", który traktuje o tym, jak fantastyka wpływa na nasze postrzeganie nauki i oczekiwania względem naukowców. Temat ciekawy, a i przede wszystkim prawdziwy - ja sama faktycznie oczekuję odkrycia możliwości podróżowania w czasie, choć logika i rozsądek podpowiadają, że jest to niemożliwe.

Wśród opowiadań zwróciłam szczególną uwagę na Joannę Kułakowską i jej "Fluvianus Aegyptus", ponieważ sposobało mi się to, w jaki sposób prowadziła rozmowę z Pierumowem. Opowiadanie nie jest długie, za to w oryginalny sposób pokazuje relacje lekarzy z istotami nadnaturalnymi, choć nie da się ukryć, że nie tak wyobrażałam sobie te gatunki. Na tle pozostałych tekstów polskich autorów, które wymagały poświęcenia większej ilości czasu i zaangażowania w fabułę, Kułakowska wypada zaskakująco dobrze, bo potrafi zaciekawić nawet bez zmuszania odbiorcy do refleksji lub szukania odpowiedzi.

Z zagranicznych propozycji polecam z kolei Karen Joy Fowler i "Twarzą w twarz". Tekst jest trochę dłuższy, jednak porusza arcyciekawą tematykę podróży na obcą planetę celem zbadania jej mieszkańców. Całość utrzymana jest w jednym tonie, ale pod koniec autorka wbija czytelnikom przysłowiowego ćwieka, kończąc opowiadanie w taki sposób, że chcąc, nie chcąc, przeżywa się niemały szok.

Na sam koniec zostawcie sobie dział z recenzjami, które są naprawdę zróżnicowane - i pod względem tematycznym, i pod względem merytorycznym. Do tego dołóżcie koniecznie spis wszystkich tekstów z ostatniego roku, a myślę, że nie będziecie zawiedzeni ostatnim numerem w tym roku.

Ten drugi tekst akurat bardzo mi się przyda, bo lubię analizować miesięczniki pod kątem tego, jakie teksty się w nich pojawiają (zboczenie studentki dziennikarstwa).

Odkryłam Nika Pierumowa dzięki Redakcji Nowej Fantastyki!


11 grudnia 2012

Nowa Fantastyka 361 (10/2012)


Zrecenzujemy i Poczta Polska bardzo się nie lubią, co widać w tym, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy nie dotarły do mnie trzy paczki - w tym i ta z październikowym numerem Nowej Fantastyki. Pan Artur bez problemu podesłał pechowy numer po raz kolejny - i tym razem udało mu się trafić do mojej skrzynki. Z tego względu recenzję publikuję z doskoku, tuż przed recenzją numeru z grudnia.

Już po okładce tego numeru widać, że jest to wyjątkowy czas dla miesięcznika. To właśnie w październiku rozpoczęły się uroczyste obchody XXX-lecia Nowej Fantastyki. Okładka, choć mi osobiście do gustu nie przypadła, pomysłowo spina ostatnich trzydzieści lat, nawiązując do pierwszego numeru, który prezentowany jest obok.

Zanim opowiem Wam o zawartych w październiku artykułach, chciałabym powiedzieć, że bardzo brakowało mi felietonu Jakuba Ćwieka. Kto jak kto, ale on świetnie opisuje fantastyczną rzeczywistość (jaki fajny oksymoron!) i jeszcze się nie spotkałam z opinią, że jego teksty były zbędne. Zamiast starego, dobrego Ćwieka pojawił się za to Rafał Kosik wraz z tekstem o fantastyce - "Rzeczywistość to za mało", a także Peter Watts z "Niegodnymi zakończeniami", w których autor nie zostawia suchej nitki na twórcach Battlestar Galactica, za sprawą których serial podobno skończył się beznadziejnie. Macie podobne odczcucia?

Przede wszystkim chciałabym zwrócić Waszą uwagę na tekst "Socjologicznie, religijnie, historycznie? Trzy dekady fantastyki w Polsce" Michała Cetnarowskiego, który w sposób przekrojowy opisał zmiany, jakie nastąpiły w gatunku od początku istnienia magazynu. Dla prawdziwych fanów większość faktów to bułka z masłem, ale ci z mniejszą wiedzą na pewno będą zachwyceni. Ja osobiście uwielbiam takie przekroje, bo dzięki nim zgłębiam tematy, które mnie interesują. Drugim bardzo ciekawym artykułem jest "Nauka kontra fantastyka - stan gry" Wawrzyńca Podrzuckiego, który w zaskakujący sposób odpowiedział na pytanie, czy przepowiednie sprzed trzydziestu lat co do współczesności miały słuszność i jak to wygląda w chwili obecnej. Świetny tekst, polecam! Były również artykuły o trzydziestu latach na rynku komiksów, a także realizacji filmu "Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa", ale nie zapadły mi tak głęboko w pamięć jak dobre teksty Cetnarowskiego i Podrzuckiego. Tyle o artykułach.

W opowiadaniach jak zwykle króluje różnorodność. Tekstów jest spora, a ich poziom waha się od przeciętnego do bardzo dobrego. Warto zwrócić uwagę na "XV miniatur na XXX-lecie" autorstwa Grzegorza Janusza, czy też "Chudzinę" Luciusa Sheparda. Dla mnie najciekawsze okazały się teksty Marty Malinowskiej - "Jad" oraz Xii Jia - "Nocna parada duchów". Oba poruszały tematy nadnaturalnych zjawisk, wprowadzały pewną aurę strachu, ale i zaciekawienia, a przede wszystkim napisane były charakterystycznym, a przez to bardzo dobrym w odbiorze językiem.

Pod koniec miesięcznika znajdziecie też masę recenzji książek, komiksów i gier.

Październikowa Nowa Fantastyka spełniła moje oczekiwania względem obchodów XXX-lecia miesięcznika. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Redakcja postawiła na jakość tekstów, które zadowolą miłośników, zamiast wkupiać się w ich łaski nikomu niepotrzebnymi gadżetami. Za to daję Redakcji duży plus.

Spóźniony numer październikowy przywędrował od Redakcji Nowej Fantastyki!


8 grudnia 2012

"Mądrości Shire" - Noble Smith





Tytuł: Mądrości Shire
Autor: Noble Smith
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 232




Bum na tolkienowską tematykę pojawił się na kilka miesięcy przed długo wyczekiwaną przez fanów Mistrza Śródziemia premierą filmu "Hobbit. Nieoczekiwana podróż" w reżyserii Petera Jacksona. Na rynku wydawniczym pojawiło się kilka najnowszych wydań kultowego już dzieła Tolkiena, a także wiele tytułów podchodzących bardziej pod tolkienistykę. "Mądrości Shire" z przydługim podtytułem "Krótki poradnik jak żyć długo i szczęśliwie" wpasowuje się z kolei w okołotolkienowskie tematy, gdyż utrzymany w tym tonie poradnik nie można nazwać ani też utożsamiać z naukową wiedzą odnośnie dzieł tego wybitnego pisarza.

Autor poradnika, Noble Smith, to enztuzjasta prozy Tolkiena prezentujący fakty dotyczące i Shire, i zamieszkujących go hobbitów, w sposób gawędziarski, momentami zabawny bądź też skłaniający do refleksji (wiele sytuacji wyjętych z kart historii porównuje autor do naszego, w dużej mierze konsumpcyjnego i pozbawionego wartości stylu życia). I choć oprawa, jak i sam temat, są więcej niż interesujące, to nie można tego powiedzieć o samej treści książeczki. Może powiem inaczej: prawdziwy miłośnik Tolkiena nie znajdzie w niej niczego nowego, więc może ten tytuł potraktować jak kolejne trofeum z ulubionej dziedziny.

Tak naprawdę każdy z entuzjastów prozy tolkienowskiej może dokładnie scharakteryzować hobbitów i ich kraj, więc nie potrzebuje wnikliwej analizy tego, dlaczego można powiedzieć, że ten ludek jest żarłoczny, kocha naturę i żyje zgodnie z jej prawami, a także nie pali się do wielkich czynów. Tak samo nikt z fanów nie będzie zaskoczony informacją o platonicznej miłości Sama do Froda, czy też o tym, że Gollum nie był na wskroś zły i w zasadzie uratował całe przedsięwzięcie, gdy w końcu na zboczach Orodruiny Pierścień całkowicie zawładnął Frodem. Wszystko to jest nad wyraz oczywiste, przez co czuję lekki niedosyt. Poza kilkoma ciekawostkami Smithowi nie udało się mnie zaskoczyć, choć nie ukrywam, że nawet lektura takich oczywistości sprawiła mi frajdę - jest to jednak podyktowane nie jakością argumentacji autora "Mądrości Shire", lecz moją, niczym niezachwianą, bezgraniczną miłością do prozy Mistrza Tolkiena.

Zupełnie zbędne wydają się być porównania współczesności do wyimaginowanego Śródziemia i samego Shire, bo wiele czynników wyklucza możliwość życia w warunkach, jakie pojawiły się na kartach trylogii, "Hobbita" lub "Silmarillionu". Mimo to uważam za cenne rady dotyczące możliwości zmiany swoich zachowań na takie, które bardziej odpowiadają Shire. Co prawda ja sama nie pochwalam hobbickiej żarłoczności, ale nie mam nic przeciwko długim spacerom lub obdarowywaniu znajomych kurzołapkami, bo przecież zawsze lepiej jest dawać niż brać. Tutaj Smith wypada dużo lepiej, bo moim zdaniem jego wiedza o Śródziemiu nie różni się zbytnio od wiedzy przeciętnego miłośnika Tolkiena, a co za tym idzie, nie kwalifikuje go do miana znawcy, którego znajomość tematu wręcz obliguje do napisania książki. Można powiedzieć, że Noble Smith popłynął na fali popularności zbliżającego się filmu, idealnie wstrzeliwując się w rynek i jego potrzeby.

Być może moje słowa wydają się Wam mocno krytyczne, ale pamiętajcie o tym, że oceniam tę książkę przez pryzmat własnej wiedzy na temat prozy Tolkiena. W tym momencie, gdy moje wnioski sprowadzają się do tego, że Smith tak naprawdę nie wie dużo więcej ode mnie, czuję się tak, jakbym i ja mogła napisać coś podobnego. Ale jeśli po "Mądrości Shire" sięgnie osoba, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z Tolkienem, to jej wnioski będą wyglądały zgoła inaczej. Lektura tego poradnika pomoże takiej osobie zrozumieć mechanizmy rządzące całym Śródziemiem (nie tylko Shire), a także rzuci światło na rzeczy, które niekoniecznie mogą się wydawać tak oczywiste jak dla mnie. Wydaje mi się, że warto samemu zgłębić ten temat, aby przekonać się, czy myślimy podobnie, czy może jednak coś jeszcze wymaga z naszej strony głębszej analizy. Tak czy inaczej, "Mądrości Shire" to całkiem fajnie napisana ciekawostka dla fanów Tolkiena, a także dla osób, które aspirują do tego, by nimi zostać.

Jeśli miałabym pokusić się o podsumowanie, to przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że z dumą kładę "Mądrości Shire" na mojej półce zarezerwowanej dla Tolkiena. W gruncie rzeczy każda, nawet niezbyt zaskakująca, pozycja traktująca o Mistrzu jest dla mnie niezwykle cenna, ponieważ to "Władca Pierścieni" stał się motorem napędzającym moją chęć do czytania i to między innymi dzięki niemu w ogóle prowadzę tego bloga. Gdyby nie Tolkien i jego utopijne Śródziemie, byłabym teraz jedną z tych osób, które zaniżają poziom czytelnictwa w Polsce. Także ogromnie cieszę się z tego, że SQN wydało tę pozycję... A także...

Dziękuję Ci, Mistrzu.

Ocena: 4/6

Nieoczekiwaną podróż do Shire zafundowało mi Wydawnictwo Sine Qua Non.