STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 stycznia 2013

Podsumowanie stycznia




Kto by pomyślał, że styczeń dobiega końca? Niedawno pisałam podsumowanie grudnia i całego 2012 roku, a tu czas na kolejne podsumowanie. Jak było w tym miesiącu? O niebo lepiej. W końcu rzuciłam znienawidzoną pracę i rozpoczęłam książkową przygodę w Kumiko. Nowe zajęcie pokochałam już od pierwszego dnia.

Jak wiecie, Kumiko słynie z kreatywnego pakowania książek. Jeśli będziecie składać zamówienie, być może to ja będę je dla Was pakować. Także tego... zapraszam na zakupy - zapewniam atrakcyjne ceny!

W styczniu odwiedziło mnie 3385 osób, czyli trochę mniej niż w grudniu. Licznik odwiedzin naliczył mi aż 19 020 wyświetleń, a więc niedługo dobijemy do całych 20 000! Jeśli chodzi o liczbę obserwatorów, to z przyjemnością oznajmiam, że wzrosła ona do 113 osób. Fani na facebooku również nie próżnują i teraz jest ich 79. Po raz kolejny: dziękuję Wam wszystkim za to, że cały czas ze mną jesteście!

W tym miesiącu - podkreślę może, że miesiącu sesji - przeczytałam aż czternaście pozycji, a wśród nich trzynaście książek i jedno czasopismo. Oznacza to, że przeczytałam 4622 strony (149 dziennie).

Były to następujące pozycje:

1. Gra o Ferrin, Katarzyna Michalak [RECENZJA] 
2. Nevermore. Cienie, Kelly Creagh [RECENZJA] 
3. Nowa Fantastyka 364 (1/2013) [RECENZJA] 
4. Gone: Zniknęli. Faza piąta: Ciemność, Michael Grant [RECENZJA] 
5. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska-Adamczyk [RECENZJA] 
6. Pałac Północy, Carlos Ruiz Zafón 
7. Gwiazd naszych wina, John Green [RECENZJA] 
8. Przez burze ognia, Veronica Rossi  
9. Dotyk, Jus Accardo [RECENZJA] 
10. Fałszywy książę, Jennifer A. Nielsen [RECENZJA] 
11. Kroniki Tempusu. Królowa musi umrzeć, K.A.S. Quinn 
12. Drużyna. Najeźdźcy, John Flanagan 
13. Pas Deltory. Dolina Zagubionych, Emily Rodda 
14. Pas Deltory. Droga do Del, Emily Rodda

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Atlas Chmur", ale "Hobbit z objaśnieniami" depcze mu po piętach
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": "Pałac Północy"
Najlepsza Książka: "Gra o Ferrin" i "Gwiazd naszych wina"
Najgorsza Książka: "Pałac Północy"

PLAN NA LUTY?
Ogarnąć sesję i czytać książki bez wyrzutów sumienia.


"Dotyk" - Jus Accardo




Tytuł: Dotyk
Seria: Denazen
Tom: #1
Autor: Jus Accardo
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 344



Motyw zabójczego dotyku jest już trochę oklepany, prawda? Po całkiem intrygującym "Dotyku Julii" trzeba byłoby się nieźle natrudzić, by wymyślić coś, co wyróżniałoby się na tle konkurencji. Jus Accardo, autorce serii "Denazen", w skład której wchodzi m.in. recenzowany właśnie "Dotyk", w pewnym stopniu udało się to osiągnąć. Jej pomysł był na tyle udany, że przy końcowej ocenie książki uznałam ją za całkiem dobrą. I myślę, że mogłaby spodobać się także i Wam. Przekonajcie się dlaczego.

Deznee to zbuntowana nastolatka, skłócona z ojcem, który nie potrafi okazywać córce żadnych uczuć poza jawną pogardą i niechęcią. Dziewczyna żyje w poczuciu niesprawiedliwości i robi wszystko, żeby uprzykrzyć życie znienawidzonemu rodzicowi. Z tego względu już na wstępie Deznee jawi się nam jako rozimprezowana, chętnie sięgająca po alkohol i otwarcie, wręcz bezczelnie, flirtująca ze wszystkimi chłopakami naburmuszona i zła na cały świat osoba. Nie będę mydlić Wam oczu i mówić jako to Deznee jest wspaniała. Już od pierwszych stron "Dotyku" wiedziałam, że nie będę pałać do niej szczególną sympatią. Przede wszystkim wpłynęło na to jej niedojrzałe zachowanie, które nieustannie mnie irytowało. Tego typu bohaterowie nigdy zresztą mi się nie podobali. Na szczęście, z czasem dziewczyna zaczęła się zmieniać, dzięki czemu moja niechęć do niej zmalała. Poza tym gdzieś po głowie chodziła mi myśl, że jej bezczelne zachowanie wobec ojca świadczy o tym, że chciałaby, aby w końcu zwrócił na nią uwagę, a nie myślał jedynie o pracy. W związku z tym uznałam, że dam Deznee drugą szansę i przekonam się jak będzie się zachowywać w kolejnej książce.

Ojciec Deznee to pracoholik, oddany swojej pracy w Korporacji Denazen jak chyba nikt inny.  Całe dnie spędza w siedzibie firmy, a wracając do domu, nie szuka kontaktu z córką, a jeśli już, to po to, by pokazać jak bardzo nią gardzi. Faktycznie tatusiek nie budzi sympatii. Czytając o nim, ma się wrażenie, że jest to podły człowiek, niewart nawet funta kłaków. Więc w sumie zachowanie Deznee można częściowo usprawiedliwić.

Pewnego dnia, wskutek nieprzewidzianego splotu wydarzeń, Deznee poznaje Kale'a. Chłopak pojawia się znikąd, bosy i sprawiający wrażenie, że przed kimś ucieka, więc Deznee, nie myśląc wiele, postanawia mu pomóc. Zabiera go do domu, wiedząc, że to zdenerwuje ojca. Nie sądzę, by zdawała sobie sprawę z tego, że to, co zrobiła, zmieni jej życie raz na zawsze. W ogóle sprawia wrażenie, że najpierw coś robi, a potem myśli.

A kim jest Kale? Na pierwszy rzut oka - nie oszukujmy się - półgłówkiem. Od chwili pojawienia się Kale'a na scenie, jesteśmy świadkami jego dziwnych zachowań, pytań wyjętych z kosmosu i reakcji, których w życiu byśmy się po nim nie spodziewali. Chłopak jest sztywny, jakby w wiadome miejsce wsadzono mu kij  - generalnie na początku wypada słabo. Skąd się to wzięło? Dlaczego Kale zachowuje się tak, jakby nigdy nie widział na oczy świata zewnętrznego? Jak się okazało, moje rozumowanie było bliskie prawdy - Kale faktycznie nie przebywał w normalnym świecie, bo... był więziony w Denazen. Organizacja ta to tak naprawdę szajka polująca na ludzi z pewnymi talentami, by ci pracowali dla nich i zajmowali się, no cóż, zabijaniem. A Kale jest właśnie jedną z tych utalentowanych osób - jego dotyk zabija.

Muszę przyznać, że pomyliłam się co do naszego głównego bohatera. Kale, choć jego zachowanie jest co najmniej dziwne, jest wspaniałym człowiekiem, który za wszelką cenę chce nauczyć się oddzielać dobro od zła, a także rozróżniać, które zło zasługuje na karę, a które nie. Dobrze, że wpadł mu do głowy taki pomysł, bo w sumie przez większą część książki chłopak w odwecie za zniewagę Deznee miał ochotę wszystkich pozabijać. Nie rozumiał dlaczego dziewczyna kategorycznie mu tego zabraniała. Jeśli przyjrzeć się Kale'owi przez pryzmat całości powieści, to można dojść tylko do jednego wniosku: należy mu współczuć. Tak też było ze mną, bo biorąc pod uwagę to, co przeżył w Denazen za sprawą ojca Deznee, mogło mi być go tylko żal.

Na pochwałę zdecydowanie zasługuje łatwo przyswajalny język powieści. Książka wchodzi lekko, nie sprawia kłopotów w odbiorze i obfituje w słownictwo typowo młodzieżowe, więc nie miałam absolutnie żadnych problemów z czytaniem. Niestety, gorzej prezentuje się korekta. W tekście wypatrzyłam zarówno literówki, jak i potknięcia w interpunkcji, co wnikliwego czytelnika może wprowadzić w konsternację, lecz generalnie nie wpływa to na odbiór tekstu jakoś szczególnie negatywnie. Naprawdę czyta się to fajnie.

Fabuła, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, od pierwszych stron "Dotyku" obfituje w akcję. Przy tej książce nie da się nudzić. W trakcie lektury miałam wrażenie, że bohaterowie są ciągle w ruchu. Nie było czasu, by nad czymś się zastanawiać, a poza tym autorka dosyć jasno przedstawia fakty i wydarzenia, że właściwie nie ma nad czym rozmyślać. Ale z drugiej strony miło byłoby na chwilę zwolnić i zgłębić, dajmy na to, przeszłość bohaterów w dużo większym stopniu niż to umożliwiła Jus Accardo.

Podsumowując, "Dotyk" od Wydawnictwa Dreams to kawał dobrej młodzieżówki, która na swój sposób wyróżnia się na tle pozostałych, "dotykowych" książek. Przede wszystkim oryginalność przejawia się w osobie Kale'a, który swoją nieporadnością i nieprzystosowaniem do życia w społeczeństwie stanowi nie lada kąsek. Dobrze się o tym czyta, ot co. Autorka miała ciekawy pomysł zarówno na samą książkę, jak i na całą serię - myślę, że z chęcią zapoznam się z kolejnymi tomami serii "Denazen".

Jeśli należycie do tego grona szczęśliwców, którzy mają za sobą sesję lub właśnie mają ferie, to sądzę, że "Dotyk" Jus Accardo skutecznie uprzyjemni Wam przynajmniej dwa, wciąż zimowe, wieczory. Polecam.

Ocena:



Z Kale'm poznało mnie Wydawnictwo Dreams.


29 stycznia 2013

"Fałszywy książę" - Jennifer A. Nielsen [premiera]



PREMIERA!
Tytuł: Fałszywy książę
Seria: Trylogia Władzy
Tom: #1
Autor: Jennifer A. Nielsen
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 392


"Nie tak łatwo się określić jako konkretnego człowieka, kiedy pracowało się bardzo ciężko, żeby zostać kimś zupełnie innym"

Jennifer A. Nielsen to autorka popularnej serii fantasy "The Underworld Chronicles". Kolekcjonuje stare książki, uwielbia teatr i uważa, że spokojne popołudnie w górach to chwila bliska doskonałości. Inspiracją dla tej powieści była muzyka Eddiego Veddera i jedna z jego piosenek - "Guaranteed". Z wersu: "Znałem wszystkie reguły, ale reguły nie znały mnie" narodził się Sage. Aktualnie autorka pracuje nad kolejną częścią "Trylogii Władzy". Mieszka na północy stanu Utah z mężem, trójką dzieci i wiecznie ubłoconym psem.

Królestwo Carthyi stoi w obliczu wojny. Jego upadkowi stara się zapobiec wywodzący się z arystokracji człowiek nazwiskiem Conner. W tym celu postanawia podjąć ryzyko i posadzić na tronie mistyfikatora, tytułowego fałszywego księcia, który miałby zastąpić zaginionego przed laty księcia Jarona. Wybrani przez niego czterej młodzi chłopcy, niegdysiejsi mieszkańcy sierocińców - Sage, Latamer, Tobias i Roden - mają dwa tygodnie, by przeistoczyć się w kopię zdolnego księcia o idealnych manierach i nienagannym wyglądzie. Nie jest to ani trochę łatwe, ani też przyjemne zadanie, ale chłopcy wiedzą, że wygranie tego wyścigu szczurów jest dla nich jedyną szansą na przeżycie. I właśnie dlatego żaden z nich nie zamierza odpuścić.

Sage to wyjątkowo bystry chłopak, któremu Conner nie jest w stanie zamydlić oczu. Dla Sage'a jedno jest pewne na sto procent: Conner nie jest z nimi do końca szczery i ukrywa swoje prawdziwe zamiary. W związku z tym nasz główny bohater, a zarazem narrator powieści, robi wszystko, by odkryć, co knuje jego "opiekun". Jest też zdeterminowany, by wygrać ten chory konkurs i jako uzurpator zasiąść na tronie Carthyi. Czy mu się uda? Tego dowiecie się z intrygującej i naprawdę wciągającej lektury "Fałszywego księcia".

Autorka dysponuje zdecydowanie lekkim piórem, co polskie tłumaczenie - na szczęście -  w pełni oddaje. Książkę czyta się szybko i z przyjemnością, a narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Sage'a pozwala nam patrzeć na wydarzenia z najciekawszej chyba perspektywy. Właśnie dzięki temu poznajemy przeszłość naszego głównego bohatera, który już od samego początku przypadł mi do gustu.

Zdecydowanie Sage wyróżnia się na tle pozostałych bohaterów, którzy pomimo odgrywanej przez nich znaczącej roli, są szarzy i nijacy, a przy tym wzbudzający w Sage'u mieszane uczucia. Chłopak ma za to ikrę i nie daje sobie w kaszę dmuchać, a za swoją zuchwałość niejednokrotnie płaci wysoką cenę. Jednak nic nie jest w stanie zmienić jego nastawienia, by pozostać sobą. A kim jest Sage? Chorobliwym kłamczuchem, pakującym się w kłopoty i wchodzącym w konflikt z kim popadnie, co często kończy się bójkami i ostrymi wymianami słów. O nie, Sage, choć zaledwie kilkunastoletni, nie jest z gatunku "ciepłych kluch" i nie należy do grona przesłodzonych głównych bohaterów. W jego zachowaniu możemy dostrzec wiele wad, a jego styl bycia jest co najmniej podejrzany. I to pewnie dlatego budzi we mnie pozytywne odczucia. Dlatego, że jest prawdziwy. Rzecz jasna, nie obyło się bez drobnych niedociągnięć w kreacji postaci Sage'a. Czytając jego przygody, jak już wspomniałam - z jego punktu widzenia, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nic mu nie umknie i nic go nie zaskoczy. Jak na nastolatka Sage wykazuje się zbyt szeroką wiedzą o ludziach i posiada zbyt duże doświadczenie w relacjach międzyludzkich oraz między królestwami. Chętnie zobaczyłabym jak ktoś wbija mu ćwieka, aby jeszcze bardziej podkreślić jego idealną nieidealność.

Fabuła może i nie grzeszy wartką akcją, jednak pamiętajmy o tym, że "Fałszywy książę" to tak naprawdę dopiero wstęp do "Trylogii Władzy". I jako wstęp spisuje się znakomicie. Wiele wyjaśnia, ale wiele rzeczy pozostawia niewyjaśnionych. Ostatnie rozdziały przynoszą ciekawe, ale w sumie spodziewane zakończenie pierwszego tomu. Choć podejrzewałam, że wydarzy się coś podobnego, to i tak autorce udało się mnie zaskoczyć, dzięki czemu teraz, świeżo po lekturze premierowej książki, mam nieodpartą ochotę przeczytać następną część. Po cichu liczę na więcej intryg, więcej tajemnic, a także odrobiny wojny, krwi oraz wątku miłosnego. Wtedy będzie to dla mnie idealna książka młodzieżowa.

Już dawno doszłam do wniosku, że Egmont nie jest w stanie mnie zawieść. Wydaje naprawdę ciekawe książki, "Fałszywy książę" jest tego doskonałym przykładem. Niesamowita, zapierająca dech w piersi fabuła, którą pokochają wszyscy czytelnicy, nie tylko ci najmłodsi. Polecam!

Ocena:






Za dawkę królewskiej intrygi dziękuję Wydawnictwu Literacki EGMONT!



26 stycznia 2013

"Gwiazd naszych wina" - John Green [przedpremiera]




PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 312



Sięgając po ten tytuł, byłam przekonana, że wiem czego się po nim spodziewać. Sądziłam, że będzie to kolejna łzawa i niewyróżniająca się na tle pozostałych historia walki o możliwość skorzystania z prawa do eutanazji. Choć zapowiedź jest bardziej niż intrygująca, nie liczyłam na nic nowego. I wiecie co? Strasznie się cieszę, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo popełniać błędy. Niedocenienie "Gwiazd naszych wina" było błędem.

John Green jest pisarzem amerykańskim, autorem bestsellerów z listy "New York Timesa". Debiutował znakomitą powieścią "Szukając Alaski", porównywaną z "Buszującym w zbożu" J. D. Salingera, opublikował następnie kilka powieści, jednak to ostatnia z nich – "Gwiazd naszych wina" – przyniosła mu ogromną poczytność i splendor. Jest laureatem licznych nagród literackich, m.in.: The Printz Medal, Printz Honor i Edgar Award. Mieszka z żoną i synem w Indianapolis. Wraz z bratem Hankiem prowadzi Vlogbrothers, jeden z najpopularniejszych projektów wideo w sieci. [źródło]

Bohaterką powieści Johna Greena jest szesnastoletnia Hazel, chorująca na raka z przerzutami dziewczyna. Jej historia, choć sięgająca kilku lat wstecz, rozpoczyna się w momencie, gdy mama Hazel wysyła ją na zajęcia z grupą wsparcia, sądząc że nabawiła się depresji. Hazel tak naprawdę nie cierpi na żadną chorobę psychiczną, a jej aspołeczność wynika z potrzeby niezawierania nowych przyjaźni. Bo Hazel, nawet po specjalnej terapii, i tak kiedyś umrze. Leczenie przedłużyło jej życie o kilka lat, ale nie doprowadziło do remisji, a dziewczyna nie chce, by ktoś jeszcze, poza jej najbliższą rodziną, która i tak będzie cierpieć, doświadczył bólu związanego z jej nieuchronną śmiercią. Niezwykle szlachetna postawa, prawda?

Szlachetne pobudki, czy skrajna głupota, wszystko i tak przestaje mieć znaczenie w chwili, gdy na grupie wsparcia pojawia się Augustus i bez pardonu wkracza w życie Hazel. Dzieje się to tak nagle, że nie spob nie uznać tego za nieprawdopodobne zrządzenie losu. Muszę jednak przyznać, że z pewnością wyszło ono na dobre zarówno Hazel, jak i Gusowi. Nasza główna bohaterka dopuszcza do siebie zainteresowanego chłopaka, który nie krzywi się na widok jej butli z tlenem. Świadomie łamie dane sobie słowo. Cieszę się, że je złamała.

Augustus to wspaniały, serdeczny chłopak po przejściach, ofiara kostniakomięsaka, który pozbawił go nogi. Gus zmuszony jest poruszać się z pomocą protezy, ale nie powiedziałabym, żeby robiło to mu jakąś różnicę. Trochę się wstydzi braku nogi, to oczywiste, ale jego filozofia życiowa nie pozwala mu zamartwiać się takimi błahostkami, skoro rak dał mu spokój i wszystko wskazuje na to, że już nie wróci.

Choć to nieprawdopodobne przy tematyce raka, to i tak zdarzało mi się zaśmiać albo po prostu uśmiechnąć. Jak wiecie, zazwyczaj dzieciom chorym na raka fundacje fundują spełnianie najskrytszych marzeń. Gus, który swego życzenia nie wykorzystał, postanowił zabrać Hazel do Amsterdamu, by ta mogła poznać swojego ulubionego pisarza. Ten gest był naprawdę wspaniały i nieważne, że autor genialnej książki okazał się pijakiem, bo sam wyjazd był strzałem w dziesiątkę. Byłam szczęśliwa, że wyjechali, spędzili ze sobą romantyczne chwile i robili, co mogli, by odgonić od siebie widmo choroby. Że choć raz żyli chwilą, nie myśląc o przyszłości.

Potem wszystko się zawaliło. Stan zdrowia jednego z nich uległ znaczącemu pogorszeniu. I tutaj zaczęły się schody z przyswajaniem treści. Emocje, które zbierały się gdzieś głęboko na dnie serca, nagle wypłynęły ze mnie nieprzerwanym strumieniem. Czym jest miłość w obliczu śmierci? Jak się zachowywać w sytuacji, gdy ktoś umiera? Gadać o tym, płakać, lamentować, czy może utrzymać nerwy na wody i zachowywać się tak, jakby tego raka nie było? Musicie wiedzieć, że niedawno byłam w identycznej sytuacji. Moja Babcia miała raka z przerzutami do wszystkich najważniejszych organów za wyjątkiem serca. W listopadzie widziałam ją po raz ostatni, w grudniu zmarła. Nasze ostatnie spotkanie nie było naznaczone widmem nieuchronnej śmierci Babci. W ogóle o tym nie rozmawiałyśmy. I Babcia była szczęśliwa. To było dla mnie ważniejsze niż moje cierpienie. Nie chciałam, by Babcia była smutna, widząc mój ból.

"Gwiazd naszych wina" to przepiękna, wzruszająca i skłaniająca do refleksji powieść. Nie można przejść obok niej obojętnie. Zawarte na okładce słowa "absolutnie genialna" wydają mi się jak najbardziej trafne. Bo rzadko kiedy można spotkać książkę o śmiertelnej chorobie, w której motywem przewodnim nie jest śmierć sama w sobie i ból towarzyszący utracie bliskich, lecz walka o swoje własne "ja" sprzed choroby. John Green wspaniale piętnuje nasze zautomatyzowane współczucie, które nierzadko sprawia chorym przykrość. Hazel i Augustus chcieli mieć normalne życie i otwarcie kpili z Bonusów Rakowych i Ostatniego Dobrego Dnia. Z kolei Dzień Niszczenia Pucharów na długo zapadnie mi w pamięć jako kwintesencja owej walki. Doprawdy, przepiękna jest ta powieść. Godna polecenia każdemu bez wyjątku. Po prostu magiczna.

Wspominając lekturę, nie mogłabym nie napomknąć o tym, że Green to mistrz wzbudzania emocji. To, co wyczynia słowami i podejmowaną, kontrowersyjną tematyką, nie jest próbą zagrania nam na emocjach. Ta powieść nie jest kolejną tanią historyjką, której zadaniem jest zrównanie z ziemią uczuć czytelnika. "Gwiazd naszych wina" to przykład książki, której fabuła wzbudza najprawdziwsze emocje bez sztucznych zabiegów służących ich wzmocnieniu. Tu nie ma miejsca na fałsz i emocjonalne przekłamanie. 

Plastyczny, płynny język stylu Johna Greena uprzyjemnia lekturę. Nie zaprzeczę, jest ona gorzko-słodka, bo w jednej chwili można się śmiać, a w drugiej zalewać się łzami, ale przez ten zabieg nabiera ona realizmu. W ani jednym momencie książki nie poddałam tego w wątpliwość - mało tego - tak zżyłam się z bohaterami, że ich realne istnienie nie byłoby dla mnie zaskoczeniem. Zwłaszcza, że Green tak dobrze ich wykreował. Ponadto, jako miłośnik odniesień do innych tytułów i pokrętnych metafor, autor świetnie wplótł w powieść wątek ulubionej książki Hazel. Nie wspomnę już o pochodzeniu tytułu - "Gwiazd naszych wina"...

Kochani, jestem przekonana, że powieść Johna Greena, której premiera zbliża się wielkimi krokami, wywrze na Was ogromne wrażenie. Ogrom emocji, których doświadczycie, w pewien sposób pozwoli Wam zrozumieć potrzeby ludzi chorujących na raka. Dzięki tej książce otworzą Wam się oczy (kiedy już zejdzie opuchlizna po niekontrolowanym ataku płaczu) i zrozumiecie, czym jest miłość w obliczu nieuchronności losu.

Ocena:
 



Za Augustusa i Hazel dziękuję autorowi, a za ufundowanie emocji Wydawnictwu Bukowy Las.

22 stycznia 2013

"Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk




Tytuł: Zajezierscy
Seria: Cukiernia pod Amorem
Tom: #1
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 472



Nareszcie trafiłam na odpowiednią chwilę, by na kawę i ciasto wstąpić do osławionej "Cukierni pod Amorem". Autorka trylogii, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, urzekła mnie swoim niebanalnym stylem już przy okazji "Podróży do miasta świateł". Powiedziałam wtedy sobie, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z twórczością autorki, i słowa dotrzymałam. Moją opinię o tym, czy było to spotkanie udane, możecie przeczytać poniżej.

Fabuła książki rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Przeszłość, a dokładniej XIX wiek, przeplata się tutaj z (względną) teraźniejszością, czyli rokiem 1995. Podział ten, gdyby nie wyraźne nazewnictwo rozdziałów, wprowadzałby dużo większy zamęt do książki, która i tak jest już wystarczająco pogmatwana. Owe zagmatwanie powoduje mnogość wątków i bohaterów z części pierwszej, traktującej o dawnych czasach i rodzie Zajezierskich. Z początku może być ciężko z połapaniem się o co w tym wszystkim chodzi i o kim w danym momencie jest mowa, ale im głębiej w lekturę, tym łatwiej przywyknąć. Po prostu z każdą kolejną stroną autorka coraz barwniej snuje historię. Oprócz dziejów bohaterów, opowiada nam również o życiu w tamtych czasach, o zwyczajach, obyczajach, wydarzeniach z historii. Jest to fascynująca wycieczka do XIX wieku bez elektryczności, spalin, samochodów i hipermarketów, na którą ja osobiście z ogromną chęcią się wybrałam. Wątek drugi, ten współczesny, jest już mniej wciągający, ale spina klamrą wydarzenia z życia kilku pokoleń, a na dodatek kryje w sobie tajemnicę, której rozwiązanie pojawi się pewnie dopiero w trzecim tomie.

Bohaterowie są w tej książce niezwykle barwni i realistyczni. Ciągle miałam problem z uznaniem, czy to wszystko jest prawdą, czy może jednak fikcją. Nie zdziwiłabym się, gdyby Gutowska-Adamczyk spisała po prostu dzieje całego rodu - jej gawędziarski, wzorcowy wręcz styl, pasuje do tego idealnie. Wciąż jestem pod podziwem lekkości jej tekstu, łatwości w przekazywaniu informacji, rozległej wiedzy o dawnych czasach, umiejętności dopasowania języka do postaci i epoki - słowem: wszystkiego, na co składa się ta wspaniała powieść. A wracając do postaci, to ciężko byłoby mi opisać kilkanaście najważniejszych osób z części z XIX wieku. O wiele łatwiej skupić się na bohaterach współczesnych. I tutaj ukłony należą się autorce za postać Igi, inteligentnej, zabawnej i ciekawskiej dziewczyny, która tropi rodzinną tajemnicę, a przy okazji pomaga ojcu w cukierni - po tym, jak jej babcia, Celina Hryć, doznała udaru i nie jest w stanie prowadzić rodzinnego interesu.

Właśnie, a co do samej Cukierni pod Amorem: jest jej zdecydowanie za mało! Spodziewałam się, że będzie więcej nawiązań do pracy cukierników, więcej historii ukrytych za ladą, więcej akcji rozgrywającej się w tym magicznym miejscu, ale tak naprawdę dostałam niewiele szczegółów. Tytułowa Cukiernia okazała się jednym z mniej podkreślanych miejsc akcji, co przyjęłam z niemałym rozczarowaniem. A tytuł zobowiązuje! Mam nadzieję, że w drugim tomie odnajdę więcej Cukierni pod Amorem.

Ogromnym atutem powieści jest jej język. Wielokrotnie podkreślano, że pod tym względem autorka jest wyjątkowo uzdolniona. Nie ma w tym ani krztyny fałszu. Faktycznie Gutowska-Adamczyk potrafi pisać o wszystkim, budując poprawne, złożone zdania, okraszone zgrabnymi porównaniami i kwiecistymi opisami. Tematyka książki wydaje się ciężka, ale gdy zacznie się czytać, od razu będzie widać, że autorce udało się ująć ciężki temat w lekkiej ramie tekstu, któremu nie można odmówić uroku. Autorce zaś - kunsztu literackiego.

Historia opowiadana przez autorkę pozbawiona jest sztuczności i zawiera w sobie prawdziwe życie. Zdrady, małżeństwa, dzieci - zarówno te upragnione, jak i te niechciane, dramaty, morderstwa, przyjaźnie, walka o swoją tożsamość i o to, by zostać zapamiętanym, by nie zniknąć z tego świata niezauważonym - wszystkie te tematy są przez autorkę podejmowane, co automatycznie podnosi walory powieści. Z pewnością nie można o "Cukierni pod Amorem" powiedzieć tego, że jest to kolejna durna opowiastka dla kobiet. Nie można tak powiedzieć, bo jest to bardzo mądra, gorzko-słodka historia rodzinna, niemająca nic wspólnego z nieambitną, współczesną literaturą kobiecą. Z pewnością warto się nad "Cukiernią..." pochylić.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła nietuzinkową powieść, dając upust swojej wiedzy i pozwalając, by jej wyjątkowy talent pisarski poprowadził czytelników przez historie ludzi, o których można powiedzieć wiele, lecz nie to, że są nudni. Nie jest to kolejna typowa polska powieść dla kobiet - wykracza daleko poza konwenanse. Autorka postawiła przed sobą ambitne zadanie napisania czegoś, co będzie mogło podobać się i starszych, i młodszym, i kobietom, i mężczyznom, i miłośnikom historii, i miłośnikom tajemnic. W ten sposób powstała trzytomowa "Cukiernia pod Amorem", do której zapraszam tych nielicznych, którzy jeszcze jej nie odwiedzili. Zatrzymajcie się w niej na dłużej i wybierzcie w podróż do czasów Hrabiego Zajezierskiego.

Ocena:




Do Zajezierzyc wysłało mnie Wydawnictwo Nasza-Księgarnia.





CUKIERNIA POD AMOREM:
Zajezierscy | Cieślakowie | Hryciowie

19 stycznia 2013

"Gone: Zniknęli. Faza piąta: Ciemność" - Michael Grant




Tytuł: Faza piąta: Ciemność
Seria: Gone: Zniknęli
Tom: #5
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 464



Książki Michaela Granta sprzedały się na świecie w milionach egzemplarzy. I nic w tym dziwnego, skoro jedna lepsza jest od drugiej. Długo czekałam na możliwość przeczytania piątej części serii, a teraz, kiedy jestem już po jej lekturze, nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wielką katorgą będzie dla mnie oczekiwanie na finał, fazę szóstą, czyli "Światło". Pociesza mnie jedynie fakt, że nie będę w tym czekaniu jedyna.

Dzieciaki z Perdido Beach mają już za sobą fazy niepokoju, głodu, kłamstwa i plagi. Teraz mieszkańcy ETAP-u podzielili się na dwa obozy: część mieszka nad jeziorem Tramonto pod przywództwem Sama, a reszta została w mieście, w którym rządzi Caine. Choć obaj formalnie są przywódcami, to i tak prawdziwą władzę ma Albert, który zajmuje się rozprowadzaniem żywności i dla którego pracuje większość mieszkańców Perdido Beach, z rybakami Quinna na czele. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zakłócić życia w ETAP-ie: Ciemność zniknęła, dzieciaki nie głodują, a Drake od czterech miesięcy nie pokazał się w pobliżu Perdido Beach. Niestety, wyobraźnia pana Granta pracuje na najwyższych obrotach. W ETAP-ie pojawia się nowa, nieznana siła, która sprawia, że ciała ludzi mutują w karykaturalny wręcz sposób, a na dodatek okazało się, że Kopuła ciemnieje. Gdy minie 65 godzin, ETAP pogrąży się w ciemnościach, a wtedy na nowo odżyją wszystkie fazy.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to obecność rozdziałów "spoza Kopuły", które przedstawiają wydarzenia, jakie dzieją się w normalnym świecie. Z jednej strony taki obrót sprawy cieszy, bo możemy poczytać o tym, co rodziny dzieciaków z Perdido Beach robią w czasie, gdy ich pociechy walczą o przetrwanie w ETAP-ie. Z drugiej strony jest to bardzo rozczarowujące, bo odziera książkę z tajemnicy. No bo któż z Was nie zastanawiał się, gdzie tak naprawdę zniknęli rodzice mieszkańców ETAP-u!? Otóż to... Raczej nikt. Teraz, gdy wszystko stało się jasne, książka sporo straciła na tej aurze. Ale to nadal jest Gone, więc nie ma co narzekać!

Równie mocno zwraca na siebie uwagę metamorfoza Pete'a, który już bez cielesnej powłoki włóczy się po ETAP-ie, nareszcie wolny od hałasu i chaosu wywoływanego przez autyzm. Jest to niebywała przemiana, dzięki której otrzymujemy dawkę największych emocji. Nie da się ukryć, że tam, gdzie znajduje się Pete, zawsze dzieje się coś niesamowitego. Grant o tym nie zapomina, także rozdziały z udziałem brata Astrid należą do najlepszych i najciekawszych. Żeby nie było nudno, metamorfozie ulegają także pozostali bohaterowie. Caine traci swój cenny autorytet w oczach mieszkańców Perdido Beach, ale dla mnie nie ma to znaczenia, bo w moich oczach zyskuje. Podobnie jest z Astrid, która nareszcie przestała być tak nieznośnie irytująca - a taką ją przecież zapamiętałam z poprzednich części. Najbardziej cieszy metamorfoza Quinna, który przestał być "tylko Quinnem" i stał się jedną z lepiej zarysowanych osobowości w ETAP-ie, których przecież nie jest wcale tak niewiele. Pamiętajmy o tym, że specjalnością autora jest wplatanie wątków nowych postaci w każdym tomie. I nie zdziwię się, jeśli i w szóstej części takowe się pojawią.

Choć w książce jak zwykle wiele się dzieje, to i tak najbardziej wciągającym wątkiem jest stan Diany i plan Gaiaphage, dzięki któremu stwór miałby odzyskać siłę. Punkt kulminacyjny ma miejsce tuż przy Kopule. I właśnie wtedy, gdy emocje sięgają zenitu, gdy zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz rozgrywają się wydarzenia mogące zmienić los ETAP-u, nagle staje się... światłość. Ot, kolejna niesamowita końcówka książki!

Oczywiście mało która powieść jest idealna w stu procentach. Piąta część, jak i zresztą pozostałe, nie jest pozbawiona drobnych mankamentów w postaci błędów i literówek. Sytuacja powtarza się już piąty raz z rzędu: przeinaczone są imiona, brakuje gdzieniegdzie znaków przestankowych, a w niektórych miejscach nie ma wyraźnego rozdźwięku między punktem widzenia jednego bohatera a punktem widzenia drugiego. Jeśli sytuacja powtarza się już po raz kolejny, to wniosek nasuwa mi się sam: należy powierzyć korektę innej osobie, bo obecna najwyraźniej się nie sprawdza. Moim zdaniem Jaguar zasługuje na dużo lepsze wydania, jako wydawnictwo, które ma w swojej ofercie praktycznie same perełki!

Każde zetknięcie się z serią Gone jest dla mnie niezwykle udane. Jest to jedna z tych serii książek, które non stop zaskakują i nigdy się nie nudzą. Wiem, że do twórczości Michaela Granta będę często powracała, ponieważ ETAP i jego mieszkańcy stali mi się bliscy. Nawet jeśli wszystkie te mutacje i zbrodnie przekładają się na brutalny obraz świata, to nie da się ukryć, że jest to obraz niebagatelny i z pewnością wart poznania.

Poniżej - tradycyjnie - znajdziecie linki do pozostałych recenzji.

Ocena: 






Do ETAP-u ponownie zaprosiło mnie Wydawnictwo Jaguar.


 GONE:
Niepokój | Głód | Kłamstwa | Plaga | Ciemność | Światło