STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

28 lutego 2013

Podsumowanie lutego



Kolejny miesiąc za nami, a ja dochodzę do wniosku, że koleje mojego losu są wyjątkowo zmienne. Poczułam się świetnie, rozpoczynając pracę w świetnym miejscu i zaliczając sesję z bardzo wysoką średnią, a zaraz potem pojawiły się u mnie problemy zdrowotne i to na tyle poważne, by zawisło nade mną widmo szpitala. Z tego względu miałam zaskakująco mało czasu na czytanie, czego obraz pokażę Wam za chwilę.

W lutym odwiedziły mnie 4017 osób, licznik wyświetleń przekroczył liczbę 23 110, a 139 to nowa liczba obserwatorów mojego bloga. Na facebooku również postęp - znaczników "Lubię to!" Zrecenzujemy ma już 110. Strasznie się cieszę, że wszystko idzie w dobrym kierunku i że blog stale się rozwija. A to - jak zwykle - Wasza zasługa. Dziękuję, dziękuję po stokroć wszystkim i każdemu z osobna!

Tym razem udało mi się przeczytać dziewięć pozycji - osiem książek i jedno czasopismo. A były to:

1. Strażnicy historii. Nadciąga burza, Damian Dibben [RECENZJA] 
2. Reckless. Kamienne ciało, Cornelia Funke [RECENZJA] 
3. Pomnik Cesarzowej Achai 2, Andrzej Ziemiański [RECENZJA] 
4. Wróżbiarze, Libba Bray [RECENZJA] 
5. Burza, Julie Cross [RECENZJA] 
6. Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie, Małgorzata Gutowska-Adamczyk [RECENZJA] 
7. Wybrani, C.J. Daugherty 
8. Spojrzenie elfa, Katrin Lankers 
9. Nowa Fantastyka 365 (2/2013) [RECENZJA]

Książka Miesiąca wg Czytelników:"Atlas Chmur", "Pomnik Cesarzowej Achai - t.2"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak 
Najlepsza Książka: "Wybrani"  
Najgorsza Książka: brak
 
PLAN NA MARZEC? Uporać się ze wszystkimi książkami z lutowego stosu i zebrać pierwsze fundusze na swój przyszły czytnik e-booków.


27 lutego 2013

"Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk




Tytuł: Cieślakowie
Seria: Cukiernia pod Amorem
Tom: #2
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 472



Mówi się, że gdy zajrzysz choć jeden raz do Cukierni pod Amorem, to będziesz do niej wracać przez całe życie. Nie wiem, czy będę wracać do sagi o Gutowie wielokrotnie w trakcie swojego życia, ale jedno wiem na pewno: przeczytawszy pierwszy tom, nie można nie przeczytać drugiego.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk po raz kolejny w iście mistrzowski sposób snuje historię rodu Zajezierskich. Jej dbałość o detale niezmiernie mnie zadziwia, ponieważ przez powieść przewija się masa bohaterów, z których każdy ma własne drzewo genealogiczne. Autorka nie dość, że z ogromnym talentem przedstawia ich życiorysy, to jeszcze ani razu się nie gubi! Jej opowieść jest zwarta, ciekawa, przemyślana i napisana z niespotykanym rozmachem. Dzięki tytanicznej pracy autorki mamy okazję poznać nie tylko fikcyjne losy fikcyjnych bohaterów, ale i żywą historię Polski z okresu I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego. Jest to jedna z najlepszych polskich książek, jakie czytałam i muszę przyznać, że więcej historii naszego kraju wyniosłam właśnie z dzieła Gutowskiej-Adamczyk niż ze szkolnych podręczników. 

Jak zwykle fenomenalnie czytało mi się powieść jej autorstwa. Tym razem nie pogubiłam się w fabule, więc albo od czasu pierwszego tomu Cukierni zmądrzałam, albo autorka wyeliminowała u siebie skłonność do przeskakiwania z wątku do wątku w obrębie jednego rozdziału. Jakkolwiek by nie było, drugi tom Cukierni i tak stanowi dla mnie kawał świetnej literatury. Styl Gutowskiej-Adamczyk jest bezbłędny i nie wymaga jakichkolwiek poprawek bądź uwag. Dbałość o poprawną polszczyznę widać bowiem w każdym napisanym przez nią zdaniu. Jeśli mi nie wierzycie, to sięgnijcie po pierwszą-lepszą książkę jej autorstwa, a przekonacie się, że piszę prawdę. Nie znam nikogo, kto pisałby lepiej od Gutowskiej-Adamczyk.

Choć tytuł podpowiada, że będziemy mieli do czynienia z Cieślakami, to Zajezierscy wciąż mają wiele do powiedzenia. Nie zabraknie więc Hrabiego Tomasza i jego żony Adrianny, a pałac w Zajezierzycach nadal będzie czarował nas swym blaskiem (z jednym, kilkuletnim, wyjątkiem). Jednak nie oznacza to wcale, że o Cieślakach nie przeczytamy ani słowa! Otóż poznamy w końcu dalsze losy Marianny Blatko, kochanki Tomasza Zajezierskiego, a także ich syna - Paula Connora. Ciekawie przedstawiać się będą dalsze losy Kingi Toroszyn i jej córki, Grażyny, która wbrew konwenansom i woli matki wybrała karierę aktorki i jako Gina Weylen podbiła polską scenę kabaretową, deski teatru, a z czasem także i szklany ekran. To właśnie Gina skradła moje serce w tym tomie - odważna, z pomysłem na siebie, z zapałem dążąca do spełnienia swoich marzeń, posiada wszystkie cechy, które ja sama chciałabym mieć. Pozostałe postacie również bardzo się rozwijają, choć szkoda, że wątki Pawła Zajezierskiego i Wandy Byławskiej zostały potraktowane po macoszemu. Choć w sumie jest to zrozumiałe, zważywszy na to, jaką drogę obrali - Paweł został księdzem, a Wanda zakonnicą. A o tym nikomu nie chce się czytać.

Po raz kolejny podkreślę również, że rozdziały z Igą Hryć traktowałam - zapewne niesprawiedliwie - jedynie jako przerywniki, które odrywały mnie od głównej historii. A tak naprawdę to przecież te rozdziały są najważniejsze, podczas gdy rozdziały z przeszłości służą za tło i przypomnienie tego, co było związane z tajemniczym pierścieniem i jego zniknięciem. Ale to nie moja wina, że Gutowska-Adamczyk przedstawia przeszłość w tak genialny sposób! A jeśli już o intrydze z pierścieniem mowa, to - a jakżeby inaczej - nic się w tym tomie nie wyjaśnia. Pozostaje mi czekać na trzeci, za który, na szczęście, zabieram się już wkrótce!

Nie wiem jak inaczej mogłabym Was zachęcić do lektury sagi o Gutowie. Najlepiej samemu się przekonać, ile prawdy jest w tym, co piszę. W moim odczuciu każda książka Gutowskiej-Adamczyk posiada wyjątkowy klimat - wprost nie do podrobienia. Natłok informacji i wątków przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy przychodzi nam poznawać fascynujące dzieje rodu, którego członkowie żyli jeszcze przed I wojną światową. Poza tym... nikt chyba nie przejdzie obojętnie obok rozbudowanego opisu tego, jak do Polski wchodziły pierwsze automobile, jak wychodki i nocniki zastępowano toaletami i kanalizacją, jak elektryczność zaczynała wypierać lampy naftowe... Ot, samo życie. Polecam przeczytać, naprawdę warto.

Ocena:




Za wycieczkę do Zajezierzyc dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia.

CUKIERNIA POD AMOREM:
Zajezierscy | Cieślakowie | Hryciowie

25 lutego 2013

"Burza" - Julie Cross




Tytuł: Burza
Seria: Burza
Tom: #1
Autor: Julie Cross
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 416



"Burza", debiut literacki Julie Cross, to jedna z bardziej udanych powieści z motywem podróżowania w czasie w tle. Autorka, która mieszka z mężem i dziećmi w stanie Illinois, otwiera nią całą serię o tym samym tytule, w której główne skrzypce gra Jackson Meyer, narrator powieści i najważniejsza osoba w książce.

Jackson jest chłopakiem, który dopiero poznaje studenckie życie. Bawi się, imprezuje, spędza czas z ukochaną Holly, a gdzieś pomiędzy hulankami a nauką podróżuje w czasie. Nie potrafi robić tego zbyt dobrze, cofa się zaledwie o kilka, kilkanaście godzin do tyłu, ale jego podróże nie wpływają w żaden sposób na przyszłość. Wydaje mu się, że jest panem świata. Wszystko do czasu. Któregoś dnia jego i Holly napadają bandyci, a jeden z nich śmiertelnie rani dziewczynę. Spanikowany Jackson skacze w przeszłość, ale okazuje się, że ten skok różni się od pozostałych. Od tego momentu zaczyna się walka z czasem i organizacją "Burza", a on nie wie komu może zaufać. Ale jednego jest pewien: musi za wszelką cenę uratować Holly.

Pamiętacie obłędnie dobry film Ashtona Kutchera pt.: "Efekt motyla"? Książka Julie Cross to dla mnie taki "Efekt motyla" dla nastolatków. Wciągający, mocno trzymający w napięciu, raz zabawny, a innym razem wyciskający łzy i wzruszający. Byłam poruszona faktem, że z takiej sensacyjnej książki dla młodych odbiorców powstała bardzo dobra i bardzo mądra powieść, o której długa myślałam już po jej ukończeniu. I mój chłopak świadkiem, że na końcu krzyczałam (!) sama do siebie: "Jak to koniec!? To nie mogło się tak skończyć!". Przestraszyłam się nie na żarty, że będzie tak samo jak w filmie z Kutcherem, ale na szczęście wyczytałam informacje o drugiej części serii, a to oznacza, że jeszcze nie wszystko stracone. Niemniej jednak końcówka "Burzy" wciśnie Was głęboko w fotele. Długo o niej nie zapomnicie - gwarantuję!

Julie Cross miała ciekawy pomysł, tego jej nie odmówię, ale nie potrafię uwierzyć, że choć w minimalnym stopniu nie wzorowała się na tym filmie. Coś jest na rzeczy, zwłaszcza finał, który w niczym nie różni się od końcówki "Efektu...". Kolosalną różnicę widać za to w tym, jak główny bohater traktuje swoją ukochaną. Jak dla mnie Jackson traktuje Holly przedmiotowo i nie wiem za czym właściwie tak bardzo tęskni - za nią, czy za przyzwyczajeniem, jakie wniosła w jego życie. Generalnie wątek miłosny jest mocno naciągany i nieco drętwy - ani mnie nie grzał, ani mnie nie ziębił. Widać, że autorka nastawia się na akcję i sensację, z uczuć i emocji tworząc jedynie cienką otoczkę służącą za dodatek, w dodatku bardzo słaby.

Pochwalić za to muszę niezniszczalną więź Jacksona z jego zmarłą przed laty siostrą. Chłopak wielokrotnie nagina zasady, by się z nią spotkać, by wyjaśnić to, co niewyjaśnione, choć zdaje sobie sprawę z tego, że ona i tak niczego nie zapamięta. Jego braterska miłość jest piękna i te momenty z Courtney należą do moich ulubionych. Warto zwrócić na nie uwagę i pozbyć się wrażenia, że Jackson traktuje te spotkania jako sposób na wyzbycie się wyrzutów sumienia. A te z pewnością miał, gdyż jak na brata przystało, nie zawsze był wobec siostry w porządku. Tak czy inaczej, z wyrzutami sumienia, czy bez, są to najlepsze momenty w całej "Burzy".

Przyznaję również, że książkę czyta się szybko, gładko i z niezakłamaną przyjemnością. Z początku może Was drażnić natłok dialogów, ale z czasem autorka się rozkręca i dialogi zaczynają się równoważyć z opisami. Szybkiemu i bezproblemowemu przyswajaniu tekstu sprzyja również narracja pierwszoosobowa z narratorem w osobie Jacksona, który ma poczucie humoru i przejrzystą osobowość, która wręcz wylewa się ze zdań napisanych przez Julie Cross. Do tej pory sądziłam, że nie jest możliwym napisanie przez kobietę książki z punktu widzenia mężczyzny, zwłaszcza nastoletniego, ale ona dała sobie radę i wyszła z tego, jakby nie patrzeć, całkiem przyzwoita książka dla młodzieży, którą serdecznie Wam polecam.

"Burza" to, jak już wspominałam, niezwykle udany debiut literacki. Oby kolejni autorzy spisywali się równie dobrze, co debiutantka Julie Cross, która stworzyła powieść z pazurem. Powieść uzależniającą swoją wizją możliwości podróżowania w czasie, które może nie wpływać na przyszłość, ale może też sprawiać, że przyszłość zmieni się raz na zawsze. Czy sięgnę po kontynuację tej serii? Bez wątpienia. I mam nadzieję, że Bukowy Las stanie na wysokości zadania i wyda kolejną część "Burzy", bo jest to dla wydawnictwa przepustka do zyskania kolejnych stałych czytelników. Ze mną na czele.

Ocena:



W podróż w czasie z Jacksonem Meyerem wysłało mnie Wydawnictwo Bukowy Las.


23 lutego 2013

"Wróżbiarze" - Libba Bray




Tytuł: Wróżbiarze
Seria: Wróżbiarze
Tom: #1
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 556



Kto z Was wierzy w duchy, ręka do góry! Znajdzie się choć jedna osoba? Spodziewam się, że nie, bo prawda jest taka, że ludzie albo nie chcą w nie wierzyć, albo chcą, by duchy okazały się jedynie wymysłem jakiegoś szaleńca, który w początkach ludzkości zasiał ziarno grozy i po dziś dzień zbierał po nim żniwa. Ja sama w duchy nie wierzę, ale przyznaję się bez bicia, że duchów się boję. Pewnie z tego względu niejednokrotnie miałam ochotę odłożyć "Wróżbiarzy" na półkę "bez kija nie podchodź", ale za każdym razem zachwycająca fabuła przekonywała mnie do kontynuowania lektury tej mrocznej, acz fascynującej powieści.

Libba Bray święciła triumfy już za sprawą trylogii "Mroczny krąg", ale przy "Wróżbiarzach" wygląda ona zaledwie jak średnio udana opowiastka dla młodzieży. Do napisania swojej najnowszej książki autorka przygotowywała się z niespotykaną dotąd intensywnością, wręcz pomieszkując w bibliotekach i stając się zmorą bibliotekarzy, których wypytywała o dawne czasy, a więc Nowy Jork w latach dwudziestych. Dzięki jej staraniom i uporowi mogłam w tym tygodniu przeczytać książkę, która przybliżyła mi czasy triumfu burleski, jazzu i nocnych klubów przepełnionych dymem papierosowym i ludźmi żądnymi wrażeń i rozrywki.

Dla Evie O'Neill świat ten to spełnienie najskrytszych marzeń. Kiedy tylko nadarzyła się okazja i dziewczyna mogła opuścić rodzinne miasto na rzecz Nowego Jorku, nie zawahała się i od razu wyruszyła w podróż, by zamieszkać u swojego wuja Willa. W jego Muzeum Amerykańskiego Folkloru, Przesądów i Wiedzy Tajemnej szybko przekonała się, że miasto to kryje w sobie wiele tajemnic, a zło, które dotąd pojmowała jako bujdę i rzecz niewartą uwagi, okazało się być prawdą - szokującą, lecz mimo wszystko realną i stanowiącą zagrożenie. A uosabiał je morderca, nieuchwytny i bezlitosny, wypatrujący końca świata i z tego względu mordujący w sposób brutalny i niezwykle zmyślny niewinne, przypadkowe osoby.

Gdzie tu miejsce na duchy i tajemne rytuały? Cóż, najlepiej przekonać się samemu. Niemniej jednak warto wiedzieć, że tytułowi Wróżbiarze to istoty z krwi i kości - ludzie obdarzeni mocami, których los został już przypieczętowany. Wróżbiarze nadchodzą i nic ich nie powstrzyma. Wśród nich jest - a jakżeby inaczej - nasza główna bohaterka, Evie, która również ma dar, ale dopiero uczy się z niego korzystać. Właśnie ze względu na to, kim jest, dziewczyna siłą rzeczy wikła się w mroczne sprawy. Jedno jest pewne: nigdy w życiu nie spodziewałaby się, że zwykła ucieczka z prowincji do wielkiego miasta przysporzy jej tylu kłopotów i zmartwień. Duchy, rytuały, sekty religijne i złowroga przeszłość to zaledwie zalążek tego, co znajdziecie w najnowszej powieści Libby Bray, która niezmiernie przypadła mi do gustu.

Autorka wśród licznych nawiązań do religijnych kultów i istnienia sił paranormalnych, znalazła czas, by wykreować ciekawe postacie, na które warto zwrócić uwagę. Przyznam szczerze, że nigdy do końca nie polubiłam Evie, która faktycznie wydała mi się krnąbrna, egoistyczna i nastawiona wyłącznie na dobrą zabawę. Jednak nie oznacza to, że jej postać nie trąca realizmem. Wręcz przeciwnie - jeśli chodzi o bohaterów, to właśnie o niej pierwszej powiedziałabym, że faktycznie mogłaby istnieć w rzeczywistym świecie. Równie fascynującą postacią, którą dla odmiany bardzo polubiłam, jest asystent Willa, młody i przystojny mężczyzna imieniem Jericho. Jego imię wydaje mi się dwuznaczne i faktycznie możecie się po nim spodziewać nie lada rewelacji. Tak czy inaczej jest to człowiek rozsądny, szarmancki i na swój sposób urzekający. Podobnie ma się sprawa z wujem Willem, który nie tylko jest mądry i oczytany, ale i wspaniale wychowany i mający wszystkie klepki we właściwym miejscu. Jak dla mnie wujek idealny! Sama chciałabym takiego.

"Wróżbiarze" to książka wyjątkowa. Jej klimat jest niepowtarzalny i widać, że autorka pieczałowicie pracowała nad tym, by czytelnik nie miał mu nic do zarzucenia. Nie dość, że świat przedstawiony jest ze wszystkimi detalami, to wszelkie nawiązania do duchów i supernaturalnych tematów sprawiają wrażenie realnych i zaczerpniętych z wiarygodnych źródeł. Ponadto, książka napisana jest w świetnym, wciągającym stylu, który zapewnia rozrywkę na jeden lub dwa wieczory - w zależności od tego, jak szybko się ją czyta.

Zapewniam Was, że lektura tej powieści przysporzy Wam wielu wrażeń. W moim przypadku Libba Bray już o to zadbała, niejednokrotnie wprawiając mnie w osłupienie, gdy ni stąd, ni zowąd, byle postać drugoplanowa okazywała się kimś więcej, a wątek, który uważałam za przewidywalny, wjeżdżał na zupełnie inne tory i burzył moje spojrzenie na wydarzenia. "Wróżbiarze" to powieść-zagadka, która totalnie Was zaskoczy i - podobnie jak mnie - powali na kolana. Podsumowując całość, mogę z czystym sercem powiedzieć, że jest to jedno z najlepszych 556 stron, jakie ostatnio czytałam. Polecam, polecam, POLECAM!

Ocena:




Ekscytującą wycieczkę po latach '20 Nowego Jorku ufundowało mi Wydawnictwo MAG.


22 lutego 2013

"Reckless. Kamienne ciało" - Cornelia Funke




Tytuł: Kamienne ciało
Seria: Reckless
Tom: #1
Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 350



Cornelia Funke, okrzyknięta "niemiecką Rowling" autorka bestsellerowej "Atramentowej trylogii", jest w naszym kraju znana i lubiana... Podobno, bowiem ja do tej pory styczności z nią nie miałam. Jej nowa seria - "Reckless" - przeniosła mnie w piękny, choć przerażający, świat baśni, gdzie historia Śpiącej Królewny jest prawdziwa, a magia przenika się z realizmem. Czy mi się spodobała? Zobaczcie sami.

Jakub Reckless od najmłodszych lat lubił ryzyko, zabawę i ruch. Nie znosił bezczynności i nudy, bo czuł, że coś przez to traci. Był zupełnym przeciwieństwem swojego brata Willa, który był rozważny, odpowiedzialny i zadowolony z faktu, że jego życie jest całkowicie przewidywalne i pozbawione niespodzianek. Właśnie ze względu na to, że Jakuba wszędzie było pełno, tajemnica lustra w pokoju ich ojca została rozwiązana. A było ono portalem, który przenosił śmiałków do krainy baśni, w której spotkać można nie tylko przyjazne istoty, ale i okrutne stwory, dla których wojna i zniszczenie to jedyny cel w życiu.

Minęło wiele lat, w trakcie których Jakub wędrował po magicznych krainach, szukając skarbów i tajemniczych przedmiotów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby któregoś dnia Will nie odkrył tajemnicy lustra. Niewiele czasu musiało minąć, by został ranny w walce z goylem. Taka rana oznacza dla człowieka jedno: śmierć. Ale zanim człowieczeństwo Willa zniknie, chłopak przejdzie transformację, a jego ciało zamieni się w kamień. W przypadku młodszego brata Jakuba jest to rzadki nefryt, co sprawia, że walka o jego życie będzie trudniejsza niż przypuszczali, ponieważ Czarna Nimfa, kochanka króla goylów, chce go schwytać i podporządkować swojej woli. Ale bracia Reckless za darmo skóry nie oddadzą...

Choć okładka książki nie zachwyca, to muszę przyznać, że cała reszta - owszem. "Kamienne ciało" jest bogato ilustrowaną powieścią, a wszelkie ilustracje, które w niej się znajdują, zostały narysowane przez samą Cornelię Funke. Dzięki nim tę książkę dosłownie pochłania się wzrokiem! I bynajmniej nie jest to wyłącznie zasługa załączonych rysunków. Kwiecisty styl autorki, niekiedy przerastający tę przecież niezbyt wymagającą historię, dodaje jej uroku i sprawia, że nie można oderwać się od lektury. Autorka przelewa magię na strony książki, a jej baśniowość jest jej największym atutem. Można przy tym przymknąć oko na choatyczność wątków, przez którą nie raz pogubiłam się w tekście, ponieważ piękna historia okraszona ciekawymi wydarzeniami i dobrze wykreowanymi postaciami w pełni to rekompensuje.

Miłośnicy baśni i różnych ich interpretacji z pewnością będą zachwyceni. "Kamienne ciało" jest po części hołdem składanym w stronę tego niedocenianego gatunku, a po części nowością, z jaką nieczęsto się spotykamy. Jeśli chcecie wiedzieć, jak według Cornelii Funke potoczyła się historia Śpiącej Królewny, koniecznie sięgnijcie po tę powieść. Jest to bowiem powieść wciągająca, niebanalna i wyróżniająca się na tle innych książek. I koniecznie pamiętajcie, by nie oceniać jej po okładce!

Ocena:




Za podróż na drugą stronę lustra dziękuję Wydawnictwu Literacki Egmont!



19 lutego 2013

"Pomnik cesarzowej Achai - tom II" - Andrzej Ziemiański [przedpremiera]



PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Pomnik cesarzowej Achai
Seria: Pomnik cesarzowej Achai
Tom: #2
Autor: Andrzej Ziemiański
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 700



Wstyd się przyznawać, ale seria "Pomnik cesarzowej Achai" jest pierwszą serią Andrzeja Ziemiańskiego, z jaką w ogóle mam do czynienia. Nie czytałam jeszcze cyklu o Achai, lecz mam już stuprocentową pewność, że muszę to zrobić - i to jak najszybciej. Co więcej, są to książki, które koniecznie muszę mieć w swojej biblioteczce. Wstyd jest mi również dlatego, że mając przed sobą tak przepięknie wydaną książkę, którą tak wspaniale mi się czytało, męczyłam się z nią przez prawie tydzień. I po dziś dzień nie wiem dlaczego.

Zanim zabrałam się do lektury, zrobiłam mały rekonesans. Generalnie Andrzej Ziemiański ma podobno niesamowitą umiejętność łączenia dwóch odmiennych światów w jedną, zgrabną całość. Muszę przyznać, że ktoś, kto to powiedział, miał rację. Faktycznie zderzenie dwóch tak bardzo odmiennych kultur w sposób, który będzie zjadliwy dla odbiorcy, wymaga nie lada wysiłku i pomysłowości. Andrzej Ziemiański podołał temu zadaniu, a jego najnowsza powieść nie tylko powaliła mnie na kolana swoim rozmachem, pietyzmem i dokładnością, ale i kompletnie oczarowała. Mówiąc kolokwialnym językiem, wpadłam po uszy.

Akcja powieści zaczyna się rozwijać właściwie od samego początku. Wstęp był szczątkowy, ale ze względu na sposób prowadzenia narracji tak naprawdę rozbudowane rozpoczęcie byłoby zbędne. Przynajmniej ja nie potrzebowałam wdrożenia się w historię, ponieważ wciągnęła mnie ona już od pierwszych stron książki. Pojawienie się w magicznej krainie zaawansowanego technicznie statku wywołało we mnie totalne zaciekawienie, po czym spróbowałam wyobrazić sobie reakcje tych wszystkich ludzi, którzy byli tego świadkiem. Na pewno na ich miejscu byłabym równie zaskoczona, a może i przerażona perspektywą inwazji.

Powieść jest - oczywiście - wielowątkowa, choć na pierwszy rzut oka rzuca się polityczność stosunków między Rzeczpospolitą a  Imperium. Wbrew pozorom jest to bardzo ciekawe! Jak nigdy wciągnęłam się w tę sieć intryg i śledziłam rozwój wypadków, choć na sam dźwięk słowa "polityka" do tej pory dostawałam białej gorączki. Tutaj tego nie doświadczyłam i jest to zasługa autora, który pokazał to w sposób interesujący i mniej dysfunkcyjny jak w Polsce na co dzień, choć nadal na wskroś przesiąknięty obustronnym fałszem.

Bardzo ciekawie rozwijają się wątki czarownicy Kai i byłej żołnierz Shen. Zwłaszcza ta pierwsza rozwinęła skrzydła - co do Shen mam małe wątpliwości, choć było w powieści kilka epizodów, w których jej postać dominowała. Kai za to była postacią stale obecną w fabule - jej nieoceniona znajomość zwyczajów i obyczajów tutejszych mieszkańców niejednokrotnie uchroniła Polaków od totalnej klapy. Czarownica jest więc niezastąpiona, a i trzeba przyznać, że coraz lepiej radzi sobie wśród polskich oficerów - co zresztą skutkuje odpowiednimi konsekwencjami dla niej i dla polskiej armii. Druga bohaterka, Shen, wreszcie opowiada się jednoznacznie, po której ze stron chce walczyć. Jest to decydujący moment w jej życiu i w sumie trochę szkoda, że okraszony jest tak niewielką ilością epizodów z jej udziałem. W pierwszym tomie było jej dużo więcej, a i miało się wrażenie, że jako człowiek ma ona znacznie więcej ikry. Teraz... nieco przycichła, ale coś czuję, że w tomie trzecim odegra znaczącą rolę. Okaże się, czy mam rację...

Czytając drugi tom "Pomnika...", doszłam do jeszcze jednego wniosku, jeśli chodzi o autora: on nie tylko jest mistrzem łączenia niemożliwego, ale i igrania z czytelnikiem. Jeszcze nigdy nie czytałam książki, w której byłoby tak wiele zagadek i niedopowiedzeń, których autor za Chiny Ludowe nie chce wyjaśnić i przerzuca je (niechcący, bo przecież "Pomnik..." to tak naprawdę tylko jedna książka, podzielona ze względów wydawniczych) do kolejnego tomu. A my, jak te biedne żuczki, denerwujemy się, że znowu nie wiadomo o co chodzi z tym pomnikiem Achai, dlaczego co rusz ktoś wysyła ekspedycje, aby go odnaleźć i po jakie licho ktoś w ogóle zadaje sobie tyle trudu, by ciało cesarzowej ukryć i nie pozwolić, by zostało odkryte. Jeśli czekaliście na rozwiązanie tej zagadki, to muszę Was rozczarować: jeszcze sobie poczekacie, bowiem Ziemiański trzyma wszystko w tajemnicy, a finał nie wiadomo kiedy dojdzie do skutku.

Podsumowując, drugi tom "Pomnika cesarzowej Achai" to świetny przykład tego, że Polak potrafi. Nie trzeba daleko szukać, by znaleźć porządną fantastykę. Choć w najnowszej książce Ziemiańskiego, o dziwo, elementów fantastycznych, było niewiele. Książkę czyta się doskonale, język powieści jest płynny i dopracowany (i nie epatuje już wulgarnością tak jak to było poprzednio), ale z niewiadomych mi przyczyn na czytanie schodzi sporo czasu. Może powodem jest objętość? Wszak siedemset stron piechotą nie chodzi...

Polecam, warto tę książkę przeczytać, a tym bardziej kupić i mieć na własność. Dla mnie najnowszy "Pomnik" to idealny dowód na to, że nie tylko za granicą powstaję dobre książki fantasy. Andrzej Ziemiański udowodnił mi swoją wartość i przekonał dobitnie, bym zaczęła zwracać baczniejszą uwagę na rodzimy rynek. Wam polecam zrobić to samo. Można się naprawdę pozytywnie zaskoczyć.

Ocena:



17 lutego 2013

Nowa Fantastyka 365 (02/2013)


Początek lub koniec miesiąca to zawsze jeden z fajniejszych momentów, ponieważ to wtedy najczęściej dociera do mnie najnowszy numer "Nowej Fantastyki". Egzemplarz z lutego już na pierwszy rzut oka przypadł mi do gustu ze względu na postać Abrahama Van Helsinga na okładce. Tak, tak, dobrze czytacie, Abrahama! Imię bohatera z filmu zostało zmienione na jego potrzeby, o czym przypomina nam Robert Ziębiński w artykule "Łowcy potworów: historia prawdziwa".

Ziębiński porusza temat łowców z powodu premiery filmowego Jasia i Małgosi, którzy po ucieczce z chatki Baby Jagi zaczęli trudnić się tym arcytrudnym zawodem. Nie mogło też zabraknąć moich ulubionych braci Winchesterów z "Supernatural" - serialu, który oglądam z tym samym entuzjazmem już od czterech lat i polecam go wszystkim, którzy lubią nadnaturalne zjawiska.

 Paweł Laudański w swoim tekście "Rosyjska fantastyka ostatniego 30-lecia" podejmuje się podsumowania gatunku i udowadnia nam, że nasi sąsiedzi mieli i wciąż mają wiele do powiedzenia w tej sprawie. Świadczyć o tym może rosnąca popularność uniwersum Metro 2033, choć ja osobiście wolę Nika Pierumowa i Kiryła Jeskowa i wciąż poszukuję ich książek - na rynku wtórnym, bo w sprzedaży nie ma ich już od dawna (a szkoda).

Jakub Ćwiek w swoim felietonie "Amator" przekonuje, że amatorszczyzna jest w cenie i muszę przyznać, że jego tekst bardzo podniósł mnie na duchu. Ćwiek sam uznaje się za amatora, mimo to podkreśla, że udało mu się osiągnąć kilka sukcesów, udowadniając tym samym wszystkim niedowiarkom, że z pisania jednak można się utrzymać.

Godne polecenia teksty to również artykuł-pożegnanie Maćka Parowskiego, który kończy karierę, wywiad z Dave'm McKeanem, który utrzymuje, że komiks przeżywa odrodzenie, a także "Fantastyczny świat damsko-męskich animozji" Mateusza Albina, który przybliża nam postać Andre Norton - pisarki uważanej za Matkę Fantastyki. Wydawnictwo Nasza Księgarnia podjęło się ponownego wydania jej bestsellerowego "Świata czarownic" i mam nadzieję, że jego lektura nakreśli w mojej głowie nowy obraz fantastyki.

Moja ulubiona część miesięcznika, czyli inspirujące opowiadania, i tym razem mnie nie zawiodła. Z prozy polskiej wyróżnia się tekst "Rzeźbiarze światła" Macieja Musialika, który ma w sobie element grozy, którego często mi brakuje w fantastyce. Autor świetnie przedstawia historię Rzeźbiarzy, wplatając ją w codzienność głównego bohatera. Musialik napisał naprawdę bardzo dobre opowiadanie i szczerze je Wam polecam. Tymczasem Alex Shvarstman, reprezentant prozy zagranicznej, swoim opowiadaniem "Zajęcia w terenie" nieco mnie zaskoczył, bo umieścił fabułę w niecodziennym środowisku i stworzył naprawdę oryginalnych bohaterów. Bardzo mi się ten tekst spodobał i chyba muszę w końcu sięgnąć po coś, co dzieje się w kosmosie. Równie ciekawym tekstem może pochwalić się Paul Melko, ponieważ jego "Dziesięć sigm" porusza tematykę życia w równoległych wymiarach. 

Jak zwykle nie mogło zabraknąć porad Michaela J. Sullivana o tym, jak powinno się pisać, a także kilku ciekawych recenzji, w tym tej, która dotyczy wspomnianego wcześniej "Świata czarownic". Dzięki niej jestem już pewna, że chcę zapoznać się z tą książką.

Tak, moi Kochani, prezentuje się lutowy numer "Nowej Fantastyki". Polecam Wam jego lekturę, nawet taką pobieżną w Empiku, bo można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy i poszerzyć swoje fantastyczne horyzonty.

Za sentymentalną podróż wgłąd historii rosyjskiej fantastyki dziękuję Redakcji Nowej Fantastyki!


16 lutego 2013

Stos 2/2013


Rozpoczynając pisanie tego posta, czuję przerażenie, ile też zajmie mi opisanie każdej z książek, które przybyły do mnie na przełomie stycznia i lutego. Mam nadzieję, że wynagrodzicie mój trud i tłumnie będziecie odwiedzać i komentować Zrecenzujemy! Przed Wami moje najnowsze nabytki!

Na pierwszy ogień idzie stos recenzencki:


1. Pas Deltory. Dolina Zagubionych, Emily Rodda (Egmont) - przedostatni tom świetnej serii dla młodych czytelników rozpoczynających przygodę z fantastyką; [RECENZJA]
2. Pas Deltory. Powrót do Del, Emily Rodda (Egmont) - ostatni tom serii; [RECENZJA]
3. Pomnik Cesarzowej Achai t.2, Andrzej Ziemiański (Fabryka Słów) - kontynuacja serii, z którą dopiero się zapoznaję, ale już czuję, że ją kocham; recenzja wkrótce;
4. Strażnicy historii. Nadciąga burza, Daniel Dibben (Egmont) - moje najnowsze odkrycie; pierwsza część rewelacyjnej serii o podróżach w czasie; [RECENZJA]
5. Przez burze ognia, Veronica Rossi (Otwarte) - kolejna wciągająca dystopia; [RECENZJA]
6. Wybrani, C.J. Daugherty (Otwarte) - książka z motywem szkoły dla bogaczy; recenzja wkrótce;
7. Burza, Julie Cross (Bukowy Las) - książka a'la Jumper; recenzja wkrótce;
8. Gwiazd naszych wina, John Green (Bukowy Las) - obecnie moja ulubiona książka; [RECENZJA]
9. Wróżbiarze, Libba Bray (MAG) - książka pełna tajemnic, którą obecnie czytam, recenzja wkrótce;
10. Kroniki Tempusu. Królowa musi umrzeć, K.A.S. Quinn (Dreams) - ciekawa młodzieżówka z motywem wiktoriańskiej Anglii i podróży w czasie; [RECENZJA]
11. Pieśń miecza, Bernard Cornwell (Erica) - powieść o wojnach Wikingów; może kiedyś ją przeczytam;
12. Dotyk, Jus Accardo (Dreams) - warta przeczytania książka o zabójczym dotyku; [RECENZJA]
13. Fałszywy książę, Jennifer A. Nielsen (Egmont) - wciągająca młodzieżówka i bardzo przyjemna lektura, od której ciężko mi było się oderwać; [RECENZJA]
14. Spojrzenie elfa, Katrin Lankers (Dreams) - zupełna nowość; recenzja wkrótce.

Kolejny na ruszt trafi stos własny:


1. Mistrz, Katarzyna Michalak (Filia) - książka wygrana a blogu Autorki;
2. Pas Deltory. Puszcze Milczenia, Emily Rodda (Egmont) - książka kupiona w księgarni Kumiko w ramach kompletowania serii; [RECENZJA]
3. Pas Deltory. Jezioro Łez, Emily Rodda (Egmont) - j.w. [RECENZJA]
4. Miasto upadłych aniołów, Cassandra Clare (MAG) - książka z wymiany na facebooku zdobyta w ramach kompletowania serii;
5. Miasto szkła, Cassandra Clare (MAG) - j.w.
6. Miasto popiołów, Cassandra Clare (MAG) - j.w.
7. Nieziemska, Cynthia Hand (Amber) - wymiana z Sol;
8. Blog w perspektywie genologii multimedialnej, Marta Więckiewicz (Adam Marszałek) - zakup własny w Kumiko w ramach przygotowań do pracy magisterskiej;
9. Rozmowy o rynku książki 11, praca zbiorowa (Biblioteka Analiz) - j.w.
10. Rozmowy o rynku książki 12, praca zbiorowa (Biblioteka Analiz) - j.w.

Kolejny będzie stos biblioteczny:


1. Dewey. Wielki kot w małym mieście, Vicki Myron (Znak) - książka o kocie, a więc idealna dla mnie;
2. Dziewięć wcieleń kota Deweya, Vicki Myron, Bret Witter (Znak) -j.w.
3. Primavera, Mary Jane Beaufrand (Jaguar) - od dawna chciałam to przeczytać i wreszcie nadarzyła się ku temu okazja;
4. Jesień cudów, Jodi Picoult (Prószyński) - jedna z niewielu książek mojej ulubionej autorki, której jeszcze nie czytałam.

Stos pracowniczy to nowość - jako, że pracuję w księgarni, to mogę czytać, co zechcę:


1. Tysiąc szklanek herbaty, Robert Maciąg (Bezdroża) - świetna literatura podróżnicza;
2. Wałkowanie Ameryki, Marek Wałkuski (Editio) - genialny reportaż o USA;
3. Ostatni maraton, Piotr Kuryło (Bezdroża) - kolejna książka o podróży przez świat;
4. Japonia oczami fana, Paweł Musiałowski (Finna) - przewodnik po Kraju Kwitnącej Wiśni;
5. Makaron w sakwach, Piotr Strzeżysz (Bezdroża) - kolejna odsłona literatury podróżniczej;
6. Szkatułka pełna Sahelu. Subsaharyjska ballada, Mirosław Kowalski (Bezdroża) - książka, którą już Wam kiedyś polecałam, świetna literatura podróżnicza.

A na deser... lutowy numer Nowej Fantastyki:


Uff, ten post pisałam dłużej niż niejedną recenzję!
Piszcie, co czytaliście, co polecacie, a co nie!
Przypominam też o konkursie

13 lutego 2013

"Pas Deltory. Powrót do Del" - Emily Rodda




Tytuł: Powrót do Del
Seria: Pas Deltory
Tom: #8
Autor: Emily Rodda
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 184



"Powrót do Del" to już ostatni tom z serii o Pasie Deltory. Prawdą jest, że nie wszystkie części tej historii mi się podobały, ale skłamałabym mówiąc, że nie odczuwam pewnego rozrzewnienia na myśl, że to już koniec. Właśnie dzisiaj udało mi się zebrać wszystkie tomy serii i w sumie cieszę się, że ją mam. Kiedy najdzie mnie ochota na lekką lekturę, wszystkie osiem tomów "Pasa Deltory" będzie na mnie czekać.

Pas Deltory jest już skompletowany. Nie oznacza to jednak, że Liefa, Jasmine i Bardę czeka spokojna podróż z powrotem do Del. Władca Mroku wie już o ich planach i z tego względu wysłał swoich sługusów na zwiady, których celem jest pojmanie naszej bohaterskiej trójki. Niebezpieczeństwa mnożą się na ich drodze i nie wiadomo, komu ufać, gdy pewne jest, że ktoś w ich otoczeniu jest zdrajcą i donosicielem. Nawet tak blisko celu nasi bohaterowie mają przed sobą trudne zadanie. Co z tego, że odtworzyli Pas, skoro nadal nie wiedzą, kim jest dziedzic tronu w Deltorze? Lief, Jasmine i Barda mają kilku kandydatów. Ale... kto faktycznie jest potomkiem Adina? Przekonajcie się sami - to lektura na kilka godzin, więc warto!

Po raz kolejny Emily Rodda wbiła mi ćwieka, wprowadzając do fabuły element zaskoczenia i kilka zwrotów akcji, których - przyznam szczerze - nie spodziewałam się po tak przewidywalnej książce. Ucieszyło mnie to jeszcze bardziej niż w przypadku "Doliny Zagubionych" i z pewnością zaważyło na ostatecznej ocenie tego tomu. Wygląda na to, że najlepsze zostawiła sobie autorka na sam koniec.

Książka jak zwykle prezentuje się nienagannie, przy czym jej okładka jest moją faworytką wśród wszystkich okładek cyklu. "Powrót do Del", nie da się ukryć, jest przepięknie wydany i starannie dopracowany językowo. Nie widziałam błędów i literówek w tekście, więc brawa należą się korekcie. Książka jest bardzo cieniutka, zaledwie 184 strony, więc nie dziwię się, że końcowy efekt jest na tak wysokim poziomie. Wobec tylu zalet wydania muszę przyznać, że cena 14,90 za tom jest jak najbardziej uzasadniona. Szczególnie, jeśli książkę kupujemy dla dziecka, które rozpoczyna przygodę z fantastyką (a które nie dorosło jeszcze do Harry'ego Pottera). Mogę zagwarantować, że seria o Pasie Deltory zostanie ciepło przyjęta przez młodego czytelnika - poleciłam go ostatnio siostrzeńcowi mojej szefowej i chłopiec jest nią wręcz oczarowany.

Wielka szkoda, że seria dobiegła końca. W ostatecznym rozrachunku jestem zadowolona z tej czytelniczej przygody i szczerze polecam cały "Pas Deltory" wszystkim rodzicom - warto, byście podarowali odrobinę fantastyki swoim pociechom. Zapewne i Wy podczytacie tę serię w tzw. międzyczasie, bowiem okładki są magiczne i przyciągają wzrok, a tym samym zachęcają do przeczytania ich w wolnej chwili.

Ocena:




Za możliwość pożegnania się z Deltorą dziękuję Wydawnictwu Literacki EGMONT.


PAS DELTORY:
 

12 lutego 2013

"Pas Deltory. Dolina Zagubionych" - Emily Rodda




Tytuł: Dolina Zagubionych
Seria: Pas Deltory
Tom: #7
Autor: Emily Rodda
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 176



Od dawna przeczuwałam, że to się wydarzy. Byłam wręcz przekonana, że do tego dojdzie. Poprzednie tomy serii o Pasie Deltory oceniałam przeciętnie, bo choć wiele się w nich działo, to tak naprawdę fabuła książki pozostawiała wiele do życzenia. Tym razem było inaczej. Nareszcie, po długim oczekiwaniu, otrzymałam zadośćuczynienie w postaci siódmego tomu pt.: "Dolina Zagubionych".

Lief, Jasmine i Barda są już blisko skompletowania Pasa Deltory. Zdobyli już sześć kamieni, a teraz czeka ich podróż po siódmy, nieskazitelny diament ukryty gdzieś w Dolinie Zagubionych.  Tak jak to było w przypadku pozostałych klejnotów, i ten pilnowany jest przez niebezpiecznego Strażnika. Jakie trudności napotkają po drodze nasi dzielni bohaterowie i z czym przyjdzie im się zmierzyć, by zdobyć diament? Tego dowiecie się z lektury "Doliny Zagubionych", przedostatniej części serii autorstwa Jennifer Rowe alias Emily Roddy.

To już siódme spotkanie z bohaterami powieści. Niewiele się zmienili, bowiem autorka ma chyba tendencję do pędzenia z fabułą na łeb, na szyję, co zaowocowało faktem, że ani Lief, ani Jasmine, nie mieli czasu wydorośleć. Udało im się to tylko pod względem zachowania i charakteru. Pod każdym innym nadal pozostają dziećmi, którym przytrafiła się przygoda. I tym razem wiele się dzieje, jednak tym razem są to naprawdę interesujące wydarzenia, które śledziłam z pewną dozą ciekawości. Siódmy tom wybił się dzięki temu ponad poprzednie części, które niekoniecznie aż tak mnie wciągnęły.

Autorka cały czas bazuje na tych samych schematach myślowych, do czego właściwie przywykłam. Pewnie nie miałabym zbyt dobrej opinii o tej części, gdyby Roddzie nie udało się wywrzeć na mnie wrażenia intrygą usnutą wokół Strażnika siódmego klejnotu. Zaskoczyła mnie tym naprawdę mocno - szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że jest w stanie tego dokonać. A tu proszę! Jestem naprawdę zadowolona z lektury.

"Dolina Zagubionych" to książka, którą przeczytałam z przyjemnością. Wspaniale czuję się z myślą, że choć jest to już siódmy tom utrzymany w tych samych klimatach, co poprzednie, to jednak Emily Rodda wciąż ma coś do powiedzenia w tej sprawie. Wiem, że są jeszcze inne jej książki o tych samych bohaterach. Nie zdziwcie się, jeśli je przeczytam. Historia Liefa i jego przyjaciół jest bowiem tym, czego oczekuję od lekkich książek: wybawieniem od  szarej codzienności, która zwłaszcza teraz zaczyna mnie przytłaczać.

Ocena:




Ponownie spotkałam się z Liefem dzięki Wydawnictwu Literacki EGMONT.

 
PAS DELTORY:
Góra Grozy | Labirynt Bestii | Dolina Zagubionych | Powrót do Del
 

10 lutego 2013

"Strażnicy historii. Nadciąga burza" - Daniel Dibben




Tytuł: Nadciąga burza
Seria: Strażnicy historii
Tom: #1
Autor: Daniel Dibben
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 328



Romansu z podróżami w czasie ciąg dalszy. Tym razem sięgnęłam po pierwszy tom serii „Strażnicy historii” autorstwa Daniela Dibbena – „Nadciąga burza”. W Polsce wydawcą tej bestsellerowej powieści jest Wydawnictwo Egmont. Co się z tym wiąże? Obłędna okładka, dbałość o detale i spełniająca swą powinność korekta (choć nie obyło się bez kilku rażących oczy słów, które można było zastąpić synonimami). Jest to jedna z najciekawszych książek z motywem podróżowania czasoprzestrzennego w tle, która ustępuje jedynie Trylogii Czasu Kerstin Gier oraz „Magicznej gondoli” Evy Völler. O dziwo, i te książki pochodzą z Egmontu, co może świadczyć jedynie o tym, że najlepsze książki w tym temacie można znaleźć właśnie u nich.

Jaka historia kryje się na kartach powieści Daniela Dibbena? Całkiem ciekawa. Czternastoletni Jake Djones, zwyczajny, a nawet trochę nudny gimnazjalista, z dnia na dzień dowiaduje się, że jego zaginieni rodzice byli kiedyś Strażnikami Historii, a ich zaginięcie wiąże się z tajną misją w szesnastowiecznej Wenecji, na którą wyruszyli po kilkunastoletniej przerwie od służby. No dobrze, to w kim takim razie są ci tajemniczy Strażnicy Historii? Organizacją, która chroni historię przed wpływem złoczyńców, którzy chcą ją zmienić, aby dzisiejszy świat pogrążył się w chaosie i anarchii.

W kwaterze głównej Strażników Historii Jake poznaje tajniki pracy agentów, a także nawiązuje pierwsze znajomości. Mózgowiec Charlie, bufon Nathan i słodka Topaz zostają jego przyjaciółmi i pomagają mu w dostosowaniu się do nowej rzeczywistości. Jak na niecierpliwego chłopaka przystało, Jake nie czeka bezczynnie na to, aż ktoś zainteresuje się zaginięciem jego rodziców i sam rozpoczyna poszukiwania. Wbrew woli szefostwa wybiera się wraz z przyjaciółmi na misję, a jego z pozoru bezpieczna podróż do Wenecji zamienia się w szaleńczy pościg, pełen pułapek i niebezpieczeństw, po całej szesnastowiecznej Europie. Stawka jest wysoka, a Strażnikom Historii brakuje czasu. Jak wywiążą się z zadania? Zobaczcie sami!

Książką byłam po prostu zachwycona. Sięgając po nią po raz pierwszy, nie byłam w stanie odłożyć jej na później. Historia przedstawiona przez autora obfituje w dynamiczną akcję i muszę przyznać, że ani na trochę nie pozwoliła mi na oderwanie się od lektury. Bardzo często jest tak, że autor zaczyna z grubej rury, a potem się wypala. Daniel Dibben stworzył książkę, która zadaje temu kłam, bowiem od początku do końca trzyma stały poziom napięcia. Jest niezwykle barwna i dopracowana, a w tekście nie brakuje ciekawostek i nawiązań do wydarzeń historycznych, które miały miejsce w dawnych czasach. Autor sprytnie przemyca do fabuły historię z krwi i kości, co nawet mi się spodobało, bo jest przedstawione w taki sposób, że nawet jej najwięksi przeciwnicy z chęcią poczytają, co autor ma w tej kwestii do powiedzenia. Chcę też podkreślić, że Dibben – jako jeden z niewielu autorów – z powodzeniem obrazuje świat przedstawiony. I nieważne, czy mowa o piętnastym wieku, czy o współczesności, ponieważ autor dostarcza zarówno niebanalne dialogi, jak i rozbudowane opisy. Te drugie, przyznam szczerze, ucieszyły mnie najbardziej.

Wspominałam na początku o zlekceważeniu potęgi wyrazów bliskoznacznych. Otóż w książce występują dwa słowa, które muszą być ulubionymi słowami autora, a od których robiło mi się niedobrze – zwłaszcza, że pojawiały się w powieści nader często. Mowa o „rumianolicym” i „sylwecie”. Gdy tylko widziałam je w tekście, dostawałam białej gorączki, dlatego też mam nadzieję, że w kolejnej książce Dibbena korekta postara się zastąpić je czymś innym, brzmiącym mniej pretensjonalnie. W kwestii języka to tyle, jeśli chodzi o krytyczne uwagi. Generalnie warsztat literacki autora jestem w stanie docenić, a nawet pochwalić, ponieważ w powieści występuje równowaga między dialogami a opisami. Nieczęsto się to zdarza, a jeśli już, to właśnie w książkach, które czyta się naprawdę lekko, łatwo i przyjemnie. Z czystym sumieniem mogę poświadczyć, że wszystkie te trzy cechy posiada pierwszy tom „Strażników historii”.

Na kilka słów pochwały zasługuje również kreacja bohaterów. Jake, który początkowo wydawał mi się za młody, szybko zyskał moją sympatię. Jest uparty, zorientowany na cel, nie poddaje się rozpaczy, jest bezinteresowny, odważny i zdesperowany, by odnaleźć rodziców. Jednocześnie z całą mocą dba o swoich przyjaciół i stara się im pomóc. Nathan, podobno jeden z najlepszych agentów, faktycznie jest maksymalnie nadęty i egocentryczny, niemniej jednak nadrabia poczuciem humoru, które niejednokrotnie wywołało nie tyle mój uśmiech, co gromki śmiech. Charlie urzekł mnie swoją inteligencją i oddaniem Panu Drake’owi, czyli papudze, która stale mu towarzyszy. Polubiłam także Topaz, której nie mogłam odmówić uroku osobistego, nawet mimo denerwującej skłonności do mówienia po francusku. Każdy z bohaterów może się pochwalić innym charakterem, a ja mogę powiedzieć bez ogródek, że wszyscy bez wyjątku skradli moje serce. Chyba pierwszy raz mi się to zdarzyło.

Po książce „Nadciąga burza” spodziewałam się niebanalnej historii, jednak przeszła ona moje najśmielsze oczekiwania. Nie brakowało jej absolutnie niczego… Chyba, że kolejnych kilkuset stron, które z przyjemnością wchłonęłabym równie szybko, co te, które faktycznie miałam przyjemność przeczytać. Moim Czytelnikom serdecznie polecam tę powieść – czytajcie ją czym prędzej, ponieważ premiera kolejnego tomu przygód Jake’a za pasem. A zapewniam Was, że dużo będzie się działo!

Ocena:




Strażników Historii przedstawiło mi Wydawnictwo Literacki EGMONT.


STRAŻNICY HISTORII:
Nadciąga burza | Circus Maximus