STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 marca 2013

Podsumowanie marca

Kto ukradł wiosnę? Niech się lepiej szybko przyzna. Piszę te podsumowanie w domu, po świętach, w trakcie których spadło dziesięć centymetrów śniegu. Na wiosnę! Szczerze mówiąc, nie ogarniam tego. Marzec dłużył mi się wyjątkowo w tym roku, ale pewnie powodem było to, że wyczekiwałam jego końca, by pojechać do rodziców i odpocząć od łódzkiego zgiełku.

W marcu odwiedziło mnie 4778 osób, a licznik odwiedzin wskazał ich 27 888. Do 153 osób wzrosła liczba obserwatorów bloga. Bardzo Wam za to dziękuję! Na facebooku Zrecenzujemy odnotowało 138 lajków. To świetny wynik i cieszę się, że dzięki Wam pnę się stale w górę.

Pod względem czytelniczym miesiąc był dla mnie zaskakująco łaskawy. Przeczytałam tym razem aż siedemnaście pozycji - szesnaście książek i jedno czasopismo. Mowa o:

1. Insygnia. Wojna światów, S.J. Kincaid [RECENZJA] 
2. Świat Czarownic, Andre Norton 
3. Krąg, Mats Strandberg, Sara B. Elfgren [RECENZJA] 
4. Ostatnia spowiedź, Nina Reichter [RECENZJA] 
5. Spacerem po Nowym Jorku. Największe atrakcje miasta, Katherine Cancila [RECENZJA] 
6. Nowa Fantastyka 366 (3/2013) [RECENZJA] 
7. Piękna pani i brzydki pan, Magdalena Samozwaniec [RECENZJA]  
8. Pocałunek Gwen Frost, Jennifer Estep [RECENZJA] 
9. Dolce vita. Opowieść o gaju oliwnym we Włoszech, Cathy Rogers, Jason Gibb [RECENZJA] 
10. Strażnicy historii. Circus Maximus, Daniel Dibben [RECENZJA] 
11. Blask, Amy Kathleen Ryan 
12. Poznaj miasta w 48 godzin, praca zbiorowa 
13. Requiem, Lauren Oliver 
14. Chiny, Damian Harper 
15. Dziewięć żyć Chloe King. Upadła, Liz Braswell 
16. Królestwo łabędzi, Zoe Marriott 
17. Pięćdziesiąt twarzy Greya, E.L. James

Jak widzicie, sporo książek nie ma jeszcze swoich recenzji - przez najbliższe dni postaram się to nadrobić. W wolnym czasie wolałam, mimo wszystko, spędzić czas z rodziną, stąd mniejsza ilość tekstów. Ale nie martwcie się, wracam już do tej cholernej Łodzi, w której nie mam co ze sobą zrobić, więc znowu będziecie mieli co czytać, a ja znowu będę uciekać w książki, byleby tylko nie myśleć o tym mieście.

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Pomnik Cesarzowej Achai - t.2"

Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak
Najlepsza Książka: "Blask", "Ostatnia spowiedź"
Najgorsza Książka: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

O tym, skąd wziął się tutaj Grey, opowiem Wam na facebooku.  

PLAN NA KWIECIEŃ? Wyrobić się z książkami do recenzji i wzorowo przejść całą rehabilitację. 

"Strażnicy historii. Circus Maximus" - Damian Dibben




Tytuł: Circus Maximus
Seria: Strażnicy historii
Tom: #2
Autor: Damian Dibben
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 332



Końcówka marca na Zrecenzujemy została zdominowana niemalże przez same kontynuacje. Moja dzisiejsza propozycja, znakomita powieść "Circus Maximus" Damiana Dibbena, to druga część jednej z najlepszych serii o podróżach w czasie, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Całkiem niedawno przeczytałam tom pierwszy z serii "Strażnicy historii", którym byłam nadzwyczaj zachwycona, a teraz miałam okazję zabrać się za kontynuację przygód Jake's Djonesa, o której opowiem Wam poniżej.

Od pozorowanego porwania Topaz minęło już trochę czasu. Jake dołączył do Strażników Historii, jednak ciągnąca się za nim przeszłość nie pozwala mu wypełniać zadań z należytą starannością. Gdy po raz kolejny zawodzi, zostaje odsunięty od obowiązków, a rodzice chcą go zabrać z powrotem do współczesności. Niespodziewana wiadomość od Topaz postawia jednak Strażników w stan gotowości, a Jake - diament z wyjątkowym talentem do podróżowania - wyrusza na niebezpieczną misję do... starożytnego Rzymu. To tam nikczemna Agata Zeldt próbuje dokonać zamachu, który raz na zawsze odmieni losy świata. Rzecz jasna, na gorsze. Jake wraz z Nathanem i Charlie'm rzuca się w szaleńczy wir walki o uratowanie historii.

Już w pierwszym tomie sporo się działo i nie mogłam narzekać na brak akcji. Tym razem jest jej znacznie więcej - fabuła się rozkręca, a akcja nabiera słusznego tempa, dzięki czemu ma się wrażenie, że samemu bierze się udział w misji Strażników Historii. Damian Dibben wspaniale prowadzi swoich bohaterów, serwując nam po drodze masę fajerwerków w postaci nagłych zwrotów akcji, imponujących akcji ratowniczych i dywersyjnych, a także walk z udziałem popleczników Agaty Zeldt. Choć jest tego wiele, to ani razu nie miałam wrażenia przesytu. Wszystko było na swoim miejscu, sprawnie rozłożone w czasie i maksymalnie wciągające.

Jestem zachwycona przemianą Jake'a, który przestał być zahukanym dzieciakiem i wreszcie zaczął zachowywać się jak prawdziwy bohater. Co prawda wciąż pakuje się w kłopoty, ale widać jak bardzo ceni sobie dobro swoich przyjaciół i zaginionego brata. Ogromnie szanuję Damiana Dibbena za to, że z taką gracją stworzył kilka postaci, które po prostu pokochałam od pierwszych stron. Odnoszę wrażenie, że najwięcej wysiłku wymagało dopracowanie charakteru Jake'a, dlatego tym bardziej cieszę się, że w tym tomie chłopak się nam wyrobił. A co mogę powiedzieć o pozostałych bohaterach? Nathan jak to Nathan - nadal jest ujmująco wkurzający i choć widzi tylko czubek własnego nosa, to jednak wciąż wie czym jest prawdziwa przyjaźń i rodzina. Charlie zbytnio się nie zmienił i nieustannie zaskakuje mnie poziomem swojej wiedzy. Dzięki niemu suche fakty nabierają rumieńców, a historia przestaje być nudna! Całą trójka jest dla mnie idealnym połączeniem i tylko Topaz mnie rozczarowała, wbijając Jake'owi nóż w plecy.

No właśnie... historia. Wydaje mi się, że to ona sprawia, że ta książka jest tak fascynująca. Starożytny Rzym w najnowszej odsłonie przygód Strażników Historii jest doskonale odwzorowany, a narracja prowadzona jest w ten sposób, byśmy jak najlepiej przyjrzeli się światu przedstawionemu. Damian Dibben zadbał o to, by przedstawić starożytne realia jak najdokładniej i nie ograniczył się wyłącznie do sławnego Circus Maximus. Pokazał też jak wyglądało życie w tamtych czasach, nie tylko to z wyższych sfer (choć bal u Agaty Zeldt na długo pozostanie w mojej pamięci). W duecie z lekkim piórem autora książka jest tak przyjemna w odbiorze, że nie sposób jej nie polubić! Doprawdy, uwielbiam tę powieść!

"Circus Maximus" to moim zdaniem kawał świetnej literatury młodzieżowej. Nie dość, że wciąga jak bagno, to jeszcze pokazuje wagę przyjaźni i rodziny. Jest to zdecydowanie fascynująca przygoda po historii, starożytnym Rzymie, sławnym cyrku i wielu innych miejscach. Nie mogę się doczekać kolejnego tomu przygód Jake'a i gorąco polecam Wam serię o Strażnikach Historii. Damianie Dibbenie, spiesz się z pisaniem!

Ocena:




Za historyczną wycieczkę do starożytnego Rzymu dziękuję Wydawnictwu Literacki EGMONT!

STRAŻNICY HISTORII:
Nadciąga burza | Circus Maximus
  

29 marca 2013

"Pocałunek Gwen Frost" - Jennifer Estep




Tytuł: Pocałunek Gwen Frost
Seria: Akademia Mitu
Tom: #2
Autor: Jennifer Estep
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 304



Z postacią Gwen Frost zaprzyjaźniłam się już jakiś czas temu za sprawą świetnej młodzieżówki "Dotyk Gwen Frost" od Wydawnictwa Dreams. Bardzo miło wspominam literacką wizytę w wykreowanej przez Jennifer Estep Akademii Mitu, szkole dla mitycznych wojowników, do której chodzi nie tylko tytułowa główna bohaterka, ale i Logan Quinn, uzdolniony Spartanin, którego nie byłam w stanie nie polubić. Byłam zaskoczona, kiedy wśród zapowiedzi Dreamsów na ten kwartał dostrzegłam w tak krótkim odstępie czasu kolejną część książki, ale wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać i ponownie odwiedzić Akademię.

O dziwo, Akademii Mitu w tym tomie było naprawdę niewiele. A wszystko za sprawą wycieczki, na którą wyjechali wszyscy uczniowie, włącznie z Gwen, którą przyjaciółka musiała wyciągnąć na siłę. Trochę brakowało mi tej szkolnej atmosfery, zajęć i egzaminów, ale chociaż początek książki mi to zrekompensował, bo było dużo ćwiczeń walki wręcz, w których brała udział nasza Cyganka. Gdyby nie Loki i jego zastępy żniwiarzy choasu, Gwen nie musiałaby ćwiczyć, a tak nie miała wyjścia, dzięki czemu - na szczęście - seria nabrała rumieńców. Owe rumieńce pojawiły się również za sprawą burzy hormonów szalejącej wśród uczniów. Choć wycieczka w ośnieżone góry mogłaby ostudzić gorące głowy mitycznych wojowników, to jednak nie przyczyniła się zbytnio do ochłonięcia Gwen, jeśli chodzi o jej uczucia względem Logana. Jest między nimi kilka takich momentów, gdzie nadzieja zaczyna mi podpowiadać, że być może ich relacje ulegną poprawie. Tak czy inaczej, na pewno nie jest nudno!

Pod względem akcji seria poczyniła znaczne postępy. Jest dużo lepiej i ciekawiej, a czytelnikowi przez cały czas towarzyszy pewne napięcie świadczące o tym, że książka wciąga. W porównaniu z pierwszym tomem widać naprawdę sporą różnicę i myślę, że osobom, którym spodobały się przygody Gwen, druga część przypadnie do gustu jeszcze bardziej niż pierwsza. Niestety, fabuła nadal jest mocno przewidywalna i raczej mało skomplikowana, bo bez problemu można wydedukować co się stanie dalej. Jeśli tylko jesteście w stanie to przełknąć i czytaliście "Dotyk...", to nie ma przeszkód, byście przeczytali "Pocałunek...". Zwłaszcza, że nic się nie zmieniło pod względem zgrabnego stylu autorki i nadal można z tego czerpać sporą dawkę humoru. Gwen jest tak samo sympatyczna, a towarzyszy jej wciąż tyle samo zabawnych sytuacji. Oczywiście nie braknie też scen walki i nieco poważniejszych tematów jak przeszłość matki Cyganki.

Mitologia jak zwykle gra w powieści pierwsze skrzypce. Jest to absolutnie największy plus całej serii i strzał w dziesiątkę, który zwabił mnie do przygód Gwen już za pierwszym razem. Wiadomości z poprzedniej książki uzupełnione zostają o kolejne ciekawostki ze świata mitów. Jest tego dużo więcej, ponadto wybiegamy poza mitologię nordycką, poznając inne historie. A jeśli wciąż Wam mało, to dodam, że do fabuły udało się przemycić kilka mitycznych stworzeń, a jedno z nich będzie brało udział w jednej z najpiękniejszych scen w całej książce. Chociażby dla niej jednej warto było przemęczyć wszystkie drobne niedociągnięcia powieści, których i tak było mniej niż w "Dotyku..". Szczerze? Nie spodziewałam się aż takich postępów!

"Pocałunek Gwen Frost" to znakomita kontynuacja swojej poprzedniczki. Wyważona fabuła i obecność odniesień do mitologii dają czytelnikowi masę satysfakcji z lektury. Prosty język oraz ciekawe wydarzenia dodatkowo sprzyjają pozytywnemu odbiorowi. Powiem szczerze: ja byłam zachwycona. Jennifer Estep napisała książkę o czymś, co obrzydliwie mnie interesuje, dzięki czemu zyskała stałą czytelniczkę. Jestem pewna, że gdybym książki nie otrzymała do recenzji, to i tak bym ją kupiła zaraz po przeczytaniu blurbu.

Bez dwóch zdań polecam tę powieść wszystkim osobom, które interesują się mitologią w takim bardziej młodzieżowym wydaniu. Tym bardziej polecam, by z książką zapoznały się osoby, które czytały pierwszy tom i były nie do końca zadowolone. "Pocałunek Gwen Frost" udowodni Wam, że może być jeszcze lepiej!

Ocena:




Za powrót do Akademii Mitu dziękuję Wydawnictwu Dreams!


AKADEMIA MITU:
Dotyk Gwen Frost | Pocałunek Gwen Frost
 

26 marca 2013

"Dolce vita. Opowieść o oliwnym gaju we Włoszech" - Cathy Rogers, Jason Gibb





Tytuł: Dolce vita. Opowieść o oliwnym gaju we Włoszech
Autor: Cathy Rogers, Jason Gibb
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 344




Cathy Rogers i Jason Gibb nie mają swoich biografii - a przynajmniej nie tak rozbudowanych, jak byśmy tego chcieli lub spodziewali się po autorach książki. Powodem tego jest fakt, że są to najzwyklejsi ludzie, którzy rzucili dawne życie w USA i przenieśli się do Włoszech, by otworzyć firmę i sprzedawać oliwę wytłoczoną z własnych oliwek. Jak postanowili, tak zrobili, a "Dolce vita" to pamiętnik zawierający historię rozwoju ich przedsięwzięcia o jakże uroczej nazwie "Nudo".

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że jak na pamiętnik, mamy do czynienia z całkiem obszerną, pełnowartościową książką. Wspomnienia Cathy i Jasona dopełniają ich prywatne fotografie, a także zestaw pięćdziesięciu przepisów z oliwą extra virgin w roli głównej. Na początku byłam tym zaskoczona, ale zaraz potem doszłam do wniosku, że to rewelacyjny pomysł. Część potraw z owych przepisów wygląda naprawdę zachęcająco i na pewno wykorzystam tę książkę do pichcenia - i to niejeden raz. Załączone zdjęcia podobają mi się jeszcze bardziej, ponieważ nie są to wyreżyserowane scenki rodzajowe, lecz prawdziwe fotki z życia wzięte. Szczególnie pięknie prezentują się widoki ich gaju oliwnego o poranku. Coś niesamowitego!

"Dolce vita", choć na taką nie wygląda, jest naprawdę wyjątkową książką. Cechuje ją lekki, przyjemny styl, niczym niewymuszony i nastawiony na pamiętnikarską formę. Nie widać w niej ani krztyny sztuczności, którą często można dostrzec w książkach fabularnych. Jest niczym więcej niż historią opartą na faktach, która wzbudziła mój podziw, a do autorów - szacunek. Trzeba być naprawdę odważnym, by porzucić świetnie płatne posady (oboje pracowali jako producenci programów telewizyjnych i mieszkali w Los Angeles) i zająć się czymś tak niepewnym... Czymś, na czym Cathy i Jason nie do końca się znali. Ich historia obfituje we wzloty i upadki, niemniej jednak najbardziej charakterystyczną cechą tej uroczej pary jest dewiza: "Nigdy się nie poddawaj". Choć momentami waliło się i paliło, oni hardo dążyli do tego, by dopiąć swego. I udało im się! Jest to wspaniały sukces, który wiele osób skazałoby z góry na porażkę. Jest to również dowód na to, że warto walczyć o swoje marzenia, bo przy chęciach i determinacji uda się je spełnić.

Zdecydowanie największym plusem książki jest to, że w niezwykle rozległy sposób opisuje powstawanie firmy "Nudo". Dzięki temu zabiegowi możemy śledzić etapy jej rozwoju i poznać Włochy od zupełnie innej strony! To nie jest typowa literatura podróżnicza, ani typowy pamiętnik. "Dolce vita" to udane połączenie obydwu tych gatunków, dzięki czemu książka nabiera zalet i z pewnością spodoba się wielu czytelnikom.

Szczególnie polecam tę pozycję miłośnikom słonecznej Italii - po to, by przekonali się o tym, że nie zawsze świeci tam słońce. Ponadto polecam tę książkę amatorom oliwy z oliwek - po to, by przekonali się jak długa droga dzieli oliwki z gaju oliwnego do tłoczonej extra virgin. A na koniec polecam "Dolce vita" wszystkim czytelnikom - po to, by zobaczyli jak fajną książkę bez fabuły można znaleźć na polskim rynku książki.

Ocena:




Za wycieczkę do Włoszech dziękuję Wydawnictwu Pascal!



25 marca 2013

Nowa Fantastyka 366 (3/2013)



Zanim ponownie rzucę się w wir recenzowania książek, pozwalam sobie odetchnąć choć na krótką chwilę za sprawą marcowego numeru "Nowej Fantastyki". Jak zwykle dzięki naszej jakże "cudownej" Poczcie Polskiej przyszedł do mnie z opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale, prawda? W końcu co miesiąc przekonuję się, że warto było czekać.

Mimo, że okładka jest zupełnie nie w moim stylu (nie lubię Crysisa, więc wolałabym, by okładkę zdobił, dajmy na to, Oz z najnowszej adaptacji "Czarnoksiężnika z Krainy Oz"), to jednak zapowiedzi na niej zawarte dają mi obietnicę kilku całkiem ciekawych artykułów.

Przede wszystkim warto przeczytać tekst Andrzeja Kaczmarczyka - "Filmowcy z Krainy Oz" - i przy okazji premiery najnowszej adaptacji tej baśni przypomnieć sobie wszystkie pozostałe. A ich było całkiem sporo! Wciąż pamiętam jedną z nich i darzę ją sporym sentymentem, niemniej jednak... Dziewczyny! James Franco coś Wam mówi? Jeśli tak, to biegiem do kina, bo jest na co popatrzeć! A potem możecie przeczytać, co na ten temat ma do powiedzenia Kaczmarczyk.

Kolejny polecany przeze mnie tekst to "Prawdziwi superbohaterowie" Aleksandra Daukszewicza. Jeśli do tej pory sądziliście, że film "Kick Ass" to parodia i nie ma oparcia w faktach, koniecznie zajrzyjcie do tego artykułu, ponieważ jest wielu superbohaterów, którzy na co dzień ratują ludzkość przed zagładą.

"Kochajcie potwora, dziewczęta!" Mateusza Albina to tekst rzucający nieco więcej światła na coraz większy fenoment romansów paranormalnych. Jest to całkiem ciekawy artykuł, ale nie zgodzę się z jednym: w życiu nie nazwałabym Stefana Salvatore'a potworem. Chyba, że Ciasteczkowym.

Z artykułów polecam Wam jeszcze "Reżysera młodego kinem" od Bartosza Czartoryskiego. J.J. Abrams miał swoje wzloty i upadki, ale łapiąc dwie sroki za ogon - "Star Treka" i najnowszy epizod "Gwiezdnych Wojen" - udowodnił, że wciąż ma wiele do powiedzenia w branży filmowej i z pewnością jeszcze nie raz o nim usłyszymy. No i ręka w górę, która z Was wiedziała, że Abrams jest całkiem przystojnym facetem?

Z prozy polskiej polecam Wam dwa opowiadania: "Euklidesję" Macieja Parowskiego, który pokazuje nam jak można w Polsce bawić się słowem, a także "Agnozję" Alexandre'a Gütschego, która mnie po prostu oczarowała. Czytałam te opowiadanie dwa razy z rzędu i nadal nie mogę wyjść z zachwytu!

Z propozycji zagranicznych mamy tylko jedno, ale za to niemalże 30-stronicowe, opowiadanie "O mało nie oszaleliśmy z radości” Davida Maruska. Jest to zdecydowanie najlepszy tekst w numerze - nie tylko ze względu na lekki styl autora, lecz i na tematykę, którą porusza, dzięki czemu opowiadanie jest diabelnie interesujące. Koniecznie je przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie.

Jak zwykle numer obfituje w recenzje i felietony, z których wyjątkowo dobrze prezentuje się tekst Rafała Kosika pt.: "Literackie rzucanie mięsem". Jak się zapewne domyślacie, artykuł dotyczy zasadności (lub nie) występowania wulgaryzmów w literaturze. Co jak co, ale zdanie autora popieram, bo powiedzenie "Rany Julek!" w momencie uderzenia się w mały palec u stopy wydaje mi się sztuczne aż do bólu.

Jeśli podobnie jak ja chcecie odpocząć od książek i poczytać coś lżejszego, najnowszy numer "Nowej Fantastyki" wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem. Polecam.

Za możliwość bezkarnego podziwiania Jamesa Franco dziękuję Redakcji Nowej Fantastyki!


21 marca 2013

"Piękna pani i brzydki pan" - Magdalena Samozwaniec





Tytuł: Piękna pani i brzydki pan
Autor: Magdalena Samozwaniec
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 224




Myślę, że Magdaleny Samozwaniec, niezwykle utalentowanej pisarki satyrycznej, wywodzącej się z rodu Kossaków, nie muszę nikomu przedstawiać. Z uwagi na jej wspaniałe wyczucie ludzkich przywar i zachowań, uważa się ją za autorkę niezwykle finezyjną, która była w stanie wytknąć nawet najgorsze wady w taki sposób, by nikogo nie urazić swoim punktem widzenia. Nakładem Wydawnictwa WAB, na polskim rynku pojawił się bogaty zbiór anegdot jej autorstwa, które dosadnie, acz ze smakiem, obnażają ludzką głupotę.

"Piękna pani i brzydki pan" to pięknie wydana, niezbyt obszerna książka w twardej oprawie z obwolutą. Pod względem redakcji tekstu nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia - solidna korekta zrobiła swoje. Polski wydawca na zaledwie 224 stronach zmieścił kilkadziesiąt tekstów, nieżyjącej już, niestety, Magdaleny Samozwaniec. Owe anegdoty mają formę felietonów, a co za tym idzie - są króciutkie i przystępne w czytaniu, choć czytelnikom, którzy nie przywykli do tego typu tekstów, może się sprzykrzyć charakterystyczny, przedwojenny styl autorki. Momentami nie jest on zbyt łatwy w odbiorze, niemniej jednak trzeba brać pod uwagę to, w jakich czasach przyszło żyć tej wspaniałej pisarce. Przełom XIX i XX wieku chyba mówi sam za siebie? Bez względu na styl Samozwaniec muszę przyznać, że zawartość tej pozycji jest ponadczasowa.

Nieważne, czy żyjemy w czasach sprzed elektryczności, gdy prym wiodły lampy naftowe, czy funkcjonujemy w dobie smartfonów i postępującej automatyzacji. Ludzie byli, są i będą, bez względu na wszystko, tak samo głupi i naiwni. I właśnie pod tym względem przejawia się ponadczasowość "Pięknej pani i brzydkiego pana". Każdy z nas ma przecież jakieś wady. Przed nami mieli je nasi przodkowie - i nic a nic się w tej kwestii nie zmieniło! Magdalena Samozwaniec bezlitośnie wytknęła ludzkie przywary, posługując się ciętym językiem i ironią. Tej konstruktywnej krytyce nie zdołała umknąć żadna z ówczesnych klas: zarówno arystokracji, jak i klasie robotniczej i zubożałej, autorka uzmysłowiła jak postrzegane są ich niekiedy dziwaczne zachowania. Samozwaniec szczególnie ostro skrytykowała obłudę i skąpstwo bogaczy, a także nieostrożność i naiwność ich służących. Czytając te anegdoty, ma się nieodparte wrażenie, że ich znakomitej autorce nie umknął żaden szczegół. O czym to świadczy? Ano o tym, że pisarka miała ogromny dar do poznawania się na ludziach. Jej bystry umysł w połączeniu z tendencją do posługiwania się ironią, pozwoliły Samozwaniec na stworzenie czegoś, czego nie ruszy nawet czas. Każdy z nas może w tym zbiorze znaleźć coś o sobie. I dzięki temu coś w sobie zmienić. Przecież nikt z nas nie lubi być ośmieszany, prawda? Nawet jeśli robione to jest w sposób niezwykle kulturalny i finezyjny, to i tak każdy z nas dąży do tego, by ośmieszenia uniknąć.

Mojej lekturze "Pięknej pani i brzydkiego pana" stale towarzyszył śmiech. Owszem, znalazłam w książce coś i na swój temat, nie zmienia to jednak faktu, że cięta riposta autorki i jej naturalny talent do puentowania zabawnych sytuacji, sprawiły, że śmiałam się non stop, co bardzo poprawiło mi samopoczucie. Na swój sposób wiele z tych historii było naprawdę uroczych, co tylko dowodzi temu, że styl Samozwaniec przypadł mi do gustu. I nieważne, czy autorce udało się odkryć jedną z moich przywar, ponieważ w ogólnym rachunku sumienia wypadłam całkiem dobrze. Za to dobry humor towarzyszył mi jeszcze długo po ukończeniu książki.

Jestem w pełni usatysfakcjonowana "Piękną panią i brzydkim panem" i polecam Wam ją w szczególności ze względu na ponadczasowość książki i zawoalowane cięte riposty Samozwaniec, które obnażają ludzką głupotę, ale nie obrażają. Nie jest to wymagająca lektura, za to daje do myślenia. I jeśli tylko jesteście w stanie przerzucić się ze współczesnego stylu pisania na coś nieco bardziej archaicznego, to nie zastanawiające się i sięgnijcie po najnowszą książkę Magdaleny Samozwaniec. Myślę, że i w Waszym przypadku może stać się tak, że będzie to Wasze pierwsze, ale nie ostatnie zetknięcie z tą znakomitą satyryczką.

Ocena:




Za możliwość poznania Magdaleny Samozwaniec dziękuję Wydawnictwu WAB.


19 marca 2013

Stos 3/2013


Wreszcie nadszedł odpowiedni moment, by opublikować post, który obok konkursów zawsze bije na blogu rekordy popularności. Mowa, rzecz jasna, o stosie. Książki, które Wam pokazuję, uzbierałam w przeciągu miesiąca. Jestem z nich wyjątkowo dumna, bo prezentują się różnorodnie.

Zapraszam do przejrzenia moich najnowszych perełek!


Zaczniemy od stosu własnego po lewej:

1. Pomnik cesarzowej Achai - t.1, Andrzej Ziemiański - wręcz wyszarpany z hurtowni, ostatni egzemplarz książki, z którą wiąże spore nadzieje;
2. Achaja - t.3, Andrzej Ziemiański - kolejny cudem wyszarpany z hurtowni egzemplarz, mniejsza o to, że nie mam pierwszych dwóch tomów;
3. Sklepik z Niespodzianką. Lidka, Katarzyna Michalak - wygrany dawno temu na blogu autorki; zwieńczenie trylogii, która - mam nadzieję - zmieni się w tetralogię;
4. Żona_22, Melanie Gideon - z promocji Kumiko za 9,90 zł; podoba mi się idea książki pisanej częściowo w formie maili i czata;
5. Ostatnia spowiedź, Nina Reichter - cudowna książka, której zakupu nigdy nie będę żałować; [RECENZJA]
6. Afryka. Moja miłość, Corinne Hofmann - wygrana w konkursie u Jadźki; kolejna książka do kompletu, jeśli chodzi o literaturę podróżniczą;
7. Wybór opowiadań, Edgar Allan Poe - zakup od Basi; klasykę zawsze warto mieć na półce;
8. 501 wielkich pisarzy, Julian Patrick - niezwykle inspirująca lektura.

A teraz przedstawię Wam stos recenzencki:

1. Spacerem po Nowym Jorku. Największe atrakcje miasta, Katherine Cancila (G+J) - świetny przewodnik po Mieście, Które Nigdy Nie Śpi; pierwszy egzemplarz recenzencki od G+J; [RECENZJA]
2. Świat Czarownic, Andre Norton (Nasza Księgarnia) - pierwszy egzemplarz recenzencki od portalu Efantastyka.pl; recenzja wkrótce;
3. Pocałunek Gwen Frost, Jennifer Estep (Dreams) - cudowna kontynuacja przygody Gwen w Akademii Mitu; recenzja wkrótce;
4. Dolce vita. Opowieść o oliwnym gaju we Włoszech, Cathy Rogers, Jason Gibb (Pascal) - pierwszy egzemplarz recenzencki od Pascala, lekka i przyjemna powieść we włoskim stylu; recenzja wkrótce;
5. Drużyna. Pościg, John Flanagan (Jaguar) - trzeci tom przygody Czapli;
6. Blask, Amy Kathleen Ryan (Jaguar) - space opera od Upadłych.pl;
7. Brainman, Dominik W. Rettinger (Jaguar) - debiut literacki polskiego scenarzysty; jestem ciekawa, czy udany;
8. Poszukiwana, Małgorzata Kochanowicz (Erica) - niezapowiedziany retrokryminał; wydaje się być interesujący, ale nie wiem, czy znajdę na niego czas;
9. Tam, gdzie śpiewają drzewa, Laura Gallego (Dreams) - przepięknie wydana nowość od Dreamsów, nie mogę doczekać się jej lektury;
10. Krąg, Mats Strandberg, Sara B. Elfgren (Czarna Owca) - genialny thriller młodzieżowy od Upadłych.pl; [RECENZJA]
11. Reckless. Kamienne ciało, Cornelia Funke (Egmont) - baśniowa powieść, której zapomniałam Wam pokazać w lutowym stosie; [RECENZJA]
12. Insygnia. Wojny światów, S.J. Kincaid (Egmont) - świetna książka młodzieżowa o III wojnie pozaziemskiej; [RECENZJA]
13. Piękna pani i brzydki pan, Magdalena Samozwaniec (WAB) - zbiór satyrycznych miniopowiadań znanej postaci w polskiej kulturze; pierwszy egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa WAB; recenzja wkrótce;
14. Strażnicy historii. Circus Maximus, Daniel Dibben (Egmont) - długo wyczekiwana kontynuacja genialnej książki o podróżach w czasie; recenzja wkrótce;
15. The Walking Dead. Droga do Woodbury, Robert Kirkman, Jay Bonansinga (SQN) - kontynuacja powieści utrzymanej w klimacie uniwersum "The Walking Dead";
16. Nowa Fantastyka 365 (3/2013) - numer marcowy prosto od Redakcji Nowej Fantastyki.

Jak podoba Wam się marcowy stos?
Znaleźliście coś dla siebie?

16 marca 2013

"Krąg" - Mats Strandberg, Sara B. Elfgren




Tytuł: Krąg
Seria: Engelfors
Tom: #1
Autor: Mats Strandberg, Sara B. Elfgren
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 576



Nie od dziś wiadomo, że skandynawscy autorzy potrafią pisać. Duet Strandberg i Elfgren podtrzymał tę tezę, wydając na świat utrzymany w mrocznych klimatach thriller młodzieżowy, który pochłonęłam w stosunkowo niewielkim czasie, nie zwracając uwagi na prawie sześćset stron lektury i będąc pod wrażeniem tego, jak potrafi trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony lub wręcz od pierwszej do ostatniej litery!

Historię otwiera opis samobójstwa wyobcowanego chłopaka, który nie miał lekkiego życia w swojej szkole, bo nieustannie ktoś poddawał go mobbingowi. Tuż po tym smutnym wydarzeniu na niebie w Engelfors pojawia się czerwony księżyc. Szóstka obcych sobie dziewczyn zostaje opętanych przez tajemnicze siły, które kierują ich kroki w odosobnione miejsce. Dziewczyny tworzą magiczny krąg, a wypełnienie zadania, jakie przed nimi postawiono, zależy wyłącznie od tego, czy będą potrafiły odłożyć na bok wszelkie uprzedzenia i zacząć wspólnie działać. Ale to nie jest takie proste, gdy każda z nich jest inna i ma inne cele i priorytety...

Nareszcie trafiła mi się książka, w której nastolatki nie mają sztucznych problemów! Bohaterki "Kręgu" mają do czynienia z kłopotami, które mogą się przytrafić każdemu w ich wieku, co nadaje książce realizmu i pozwala czytelnikom zżyć się z nimi, a może i nawet identyfikować. Wykreowanie sześciu różnych osób z różnymi problemami musiało stanowić dla autorek nie lada wyzwanie, dlatego tym bardziej podziwiam ich wkład w stworzenie dziewcząt, od których nie wieje nienaturalnością i nudą. Książka nabiera rumieńców, gdy ta szóstka zaczyna się sprzeczać, by później, na fali kolejnych porażek i tragedii, próbować zbudować między nimi nić porozumienia. Doprawdy, autorom genialnie wyszło przedstawienie relacji między głównymi bohaterkami, a obserwowanie ich rozwoju stanowi dla czytelnika prawdziwą przyjemność.

O fabule trzeba powiedzieć przede wszystkim to, że obfituje w wydarzenia mrożące momentami krew w żyłach, a także masę tajemnic, które odkrywamy wraz z bohaterkami. Nie zdarzyło mi się w trakcie lektury "Kręgu" poczuć charakterystycznego znudzenia, które zazwyczaj kończyło się odłożeniem książki "na później". Nie, w przypadku tej książki było tak, że siedząc w pracy, myślałam o tym jak bardzo chcę wrócić do domu i wrócić do lektury. A ja przecież kocham swoją pracę! Mało tego, bo wydarzenia opisywane w książce obfitują także w emocje, niekiedy radosne, niekiedy przytłaczające, ale mimo wszystko sugerujące, że walka ze złem toczy się również w sercu każdej z dziewcząt. Pewnie dlatego autorzy przedstawili je w sposób nieidealny, pozwalając im przeklinać, nadużywać alkoholu i używek, wagarować i kłócić się z rodzicami. Dzięki temu książka naprawdę ma ten pazur, któremu zawdzięczałam nieustanne zainteresowanie tym, co będzie się działo dalej i jak rozwinie się wątek.

Zakończenie tej fascynującej, nie stroniącej od momentów grozy, powieści pozwala mi żywić nadzieję co do tego, że drugi tom będzie równie wciągający. Cóż, jeśli tylko otrzymam większą dawkę walk z demonami i perypetii moich ulubionych bohaterek, czyli Anny-Karin i Minoo, to wydawca może być spokojny o jednego fana. Bo ja po kontynuację z pewnością sięgnę.

Bez wyrzutów sumienia polecam Wam tę szwedzką perełkę! "Krąg" zawiera w sobie wszystko to, co dobry thriller młodzieżowy zawierać powinien. To także książka, którą mogę polecić każdemu. Przekonajcie się na własne oczy o tym, że Skandynawowie mają talent do pisania. 

Ocena:

 


Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.

14 marca 2013

"Spacerem po Nowym Jorku. Największe atrakcje miasta" - Katherine Cancila




Tytuł: Spacerem po Nowym Jorku. Największe atrakcje miasta
Seria: Książki National Geographic
Tom: #2
Autor: Katherine Cancila
Wydawnictwo: G+J Polska
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 192



Już w 1982 roku Frank Sinatra śpiewał, że chce być częścią Nowego Jorku i to w nim się budzić każdego ranka. Gdyby Vancouver nie wypaliło, to właśnie w Nowym Jorku chciałabym rozpocząć swoje nowe życie. Miasto, które nigdy nie śpi, światowa metropolia wielu kultur, z wielomilionowym, zróżnicowanym etnicznie społeczeństwem, i masą miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć... Tak, Nowy Jork to miasto moich marzeń.

Panorama Nowego Jorku - via google.pl.
Nakładem Wydawnictwa Gruner+Jahr Polska na rynku pojawił się niedawno przewodnik po tym wspaniałym mieście. Na niespełna dwustu stronach znalazło się przypuszczalnie więcej kolorowych zdjęć niż w niejednym podręczniku do nauki. Warto zaznaczyć, że choć przewodnik występuje wyłącznie w wersji kieszonkowej i wygląda dosyć niepozornie z tą swoją banalną okładką nawiązującą do National Geographic, to jednak jest to pełnowartościowa pozycja, z której możemy wynieść masę ciekawych informacji i rad.

Układ przewodnika jest naprawdę prosty. Dzieli się on na kilka rozdziałów, pogrupowanych według dzielnic Nowego Jorku. W każdym z nich czytelnik znajdzie zaplanowane trasy po mieście, przy czym chciałabym podkreślić, że zgodnie z tytułem główny nacisk kładzie się tutaj na spacerowanie. Dlatego bardzo rzadko mowa jest o korzystaniu z metra czy też środków komunikacji miejskiej. I powiem Wam jedno: tutaj jest co zwiedzać! Mało tego, każdy rozdział zawiera potężną dawkę ciekawostek i rad odnośnie tego, jak wyglądają ceny w muzeach, galeriach oraz najpopularniejszych kawiarniach i restauracjach. Całość, rzecz jasna, solidnie okraszono dobrej jakości zdjęciami, które pobudzają wyobraźnię.

Nowojorska Biblioteka Publiczna - via google.pl.
Zaplanowane trasy są spójne i nader ciekawe. Przykładowo można tutaj znaleźć świetną trasę śladami najsławniejszych pisarzy (Beckett, O'Neill, Hemingway, Irving) - autorka radzi czytelnikom do jakich knajp powinni się udać, by poczuć klimat, jaki czuli najwybitniejsi twórcy amerykańskiej literatury. Z ciekawostek dla moli książkowych mogę jeszcze wymienić przewspaniałą Nowojorską Bibliotekę Publiczną, która obecnie ma prawie dziewięć milionów książek na stanie, a wśród nich unikaty, takie jak oryginalna Biblia Gutenberga z piętnastego wieku. Tymczasem w Children's Center można zobaczyć pluszowego misia, który był prezentem dla Christophera Robina Milne (Krzysia z "Kubusia Puchatka") z okazji pierwszych urodzin.

Central Park - via google.pl.
 Najbardziej podobały mi się rozdziały poświęcone Central Parkowi oraz Brooklynowi. Central Park to dzieło dziennikarza Fredericka Law Olmsteda i architekta Calverta Vaux. Wspólnie zaprojektowali oni pierwszy naturalny park w Nowym Jorku, a było to 1858 roku. Przez całe dwadzieścia lat 20 000 osób realizowało ten projekt, by współcześni Nowojorczycy i turyści mogli się cieszyć bogactwem natury w sercu wielkomiejskiej dżungli. Jeśli zaś chodzi o Brooklyn, to nie jest to może bogaty Upper East Side, ale za to nigdzie indzie w mieście nie znajdzie się bardziej klimatycznej, przytulnej zabudowy szeregowej, jak właśnie tutaj.

Brooklyn - via google.pl.
Oczywiście Nowy Jork reprezentuje sobą dużo więcej. Sławne na całym świecie kluby jazzowe, owiane tajemnicą hotele, zabytkowe domy, galerie i muzea - to zaledwie zalążek tego, co oferuje nam to cudowne miasto. Marzę o tym, by odwiedzić Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej z realistycznymi dioramami z okazami zwierząt i Metropolitan Museum of Art z cennymi eksponatami, przejść się na Grand Central Terminal, wjechać na szczyt Empire State Building i oglądać panoramę Nowego Jorku oraz z bliska przyjrzeć się Statule Wolności. Z tym przewodnikiem będę w stanie dostrzec znacznie więcej szczegółów i względnie przygotować się na ceny biletów wstępu i posiłków w ciekawych miejscach.

Jeśli mam być szczera, to ten miniprzewodnik dostarczył mi nieskończenie więcej rozrywki niż niejedna książka z wciągającą fabułą. Spowodowane jest to nie tylko faktem, że ubóstwiam Nowy Jork i nie wyobrażam sobie, bym miała go nigdy nie zobaczyć, ale i tym, że został on przygotowany w najdrobniejszych detalach, które pozwalają czytelnikowi wczuć się w to miasto. Lektura "Spaceru po Nowym Jorku" okazała się dla mnie niezwykle cenną wskazówką i jestem przekonana, że będę do niego wielokrotnie wracać, by na nowo odkrywać tajemnice Nowego Jorku. Polecam Wam tę pozycję, gdyż jest to świetna inwestycja.

Ocena:




Za wycieczkę do Nowego Jorku dziękuję Wydawnictwu G+J Polska!




12 marca 2013

"Ostatnia spowiedź" - Nina Reichter




Tytuł: Ostatnia spowiedź
Seria: Ostatnia spowiedź
Tom: #1
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 380



Novae Res jawiło mi się do tej pory jako niewielkie wydawnictwo, przeznaczone dla niszowych autorów, z którymi niekoniecznie mamy chęć i potrzebę się zapoznawać. Moje postrzeganie zmieniło się jednak wraz z pojawieniem się na rynku "Ostatniej spowiedzi", która szturmem zdobyła polskie blogi. Do tego stopnia, że do dzisiaj już co najmniej dwukrotnie robiono dodruk, a ja miałam spory problem ze zdobyciem tej książki na własność. Wreszcie udało mi się ją znaleźć w hurtowni zaopatrującej Kumiko i nie wahałam się skorzystać z faktu, że pracuję w tej księgarni, bo dzięki temu nareszcie mam "Ostatnią spowiedź" na półce.

Chwała Ninie Reichter, że poza zawodem prawniczki postanowiła też pisać. Chwała jej za to, że nie wzięła się za wampiry i wilkołaki, jadąc po najmniejszej linii oporu, a zabrała się za życie w showbiznesie wymieszane z tym najnormalniejszym, które wiedzie każdy z nas.

Bohaterami są Ally i Bradin, którzy któregoś wieczoru poznają się na lotnisku, czekając na swoje samoloty. Ich znajomość nie ma racji bytu, z czego sprawę zdaje sobie dziewczyna, niemniej jednak Brade jest na tyle upartym człowiekiem, że odnajduje Ally we Francji dzięki swoim znajomościom. A te są niemałe, bowiem chłopak jest wokalistom znanego zespołu Bitter Grace. Ally nie ma o tym zielonego pojęcia i trwa w błogiej niewiedzy, wikłając się w niecodzienną przyjaźń z chłopakiem, którego - w jej mniemaniu - nigdy więcej nie zobaczy. Nie docenia jeszcze Bradina, który zrobi wszystko, by się do niej zbliżyć.

I znowu jestem oczarowana. Żadnych nadnaturalnych zjawisk. Żadnych kłów i pazurów. Nic, tylko życie. Nina Reichter, pisząc "Ostatnią spowiedź", dokonała cudu: siedziałam jak na szpilkach, czytając tę powieść, choć była na wskroś normalna i jedynie urozmaicona faktem, że jeden z bohaterów to gwiazda. Autorka w tak naturalny sposób opisała gwiazdorskie życie, jakby na co dzień miała z nim do czynienia. Dzięki temu mogłam poznać gorzką stronę sławy, w skład której wchodziły nieustanne próby, niezmordowane stalkerki, pogróżki i wszystko to, czego sama nigdy nie przeżyję z racji swojego jakże nudnego trybu życia. Byłam zachwycona możliwością przyglądania się showbiznesowi z tej drugiej strony. I wdzięczna jestem autorce, że wplotła do niego wątek zwyczajnej dziewczyny, dla której słynny gwiazdor traci głowę.

Tak naprawdę "Ostatnia spowiedź" to jedno wielkie, młodzieżowe romansidło. Wskażcie mi jednak chociaż jedną powieść z tego gatunku, która wbiłaby Was w fotele, a Wy powiedzielibyście to szczerze i bez ubarwiania. Ja tak mogę powiedzieć o książce Niny Reichter. Śledziłam romans Ally i Bradina z wypiekami na twarzy, nie mogąc uwierzyć, że historia bez właściwie żadnego większego celu tak mnie wciąga i fascynuje. Nie spodziewałam się tego i tym bardziej dlatego jestem tą książką tak zachwycona.

Wszystko mi się w niej podobało: i niezbyt skomplikowany język, i wyraziści bohaterowie, i cała ta skomplikowana relacja dwójki głównych bohaterów. Nie było im łatwo. Wbrew pozorom Ally nie kwapiła się do związku z kimś znanym, co sprawiło, że nieraz ich znajomość wisiała na przysłowiowym włosku. Szczerze mówiąc, nie rozumiałam jej i pukałam się w głowę, bo wyznaję zasadę: kto nie ryzykuje, ten nie ma. Denerwowało mnie to jej wahanie, z powodu którego Brade, którego, tak na marginesie, wielbię i ubóstwiam pod każdym względem, niejednokrotnie mocno cierpiał, ale uznałam, że to część jej natury i postanowiłam jej wybaczyć. Jakby nie patrzeć, była w końcu całkiem sympatyczna.

Nie podobało mi się tylko zakończenie. To jedno wielkie nieporozumienie, które miało miejsce w finale, wyrwało mi serce i sprawiło, że chciało mi się wyć ze złości i żalu. Natomiast zupełny koniec książki wprawił mnie w totalne osłupienie. Koniecznie muszę sięgnąć po kolejny tom, bo za wszelką cenę muszę się dowiedzieć, czy ta historia miłosna będzie miała ciąg dalszy, czy może stanie się coś, czego bardzo nie chcę, a co podejrzewam, że będzie miało miejsce, jeśli ten pierwszy scenariusz nie wypali.

A teraz, moi drodzy, biegiem do księgarni i bibliotek po "Ostatnią spowiedź". Tę książkę zupełnie słusznie okrzyknięto hitem Internetu. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w pełnej rozciągłości i dodam coś od siebie: do książki powinna być dołączana gwarancja, że historia w niej zawarta okaże się tak fascynująca i chwytająca za serce, że spodoba się każdemu. Zdecydowanie polecam i gwarantuję, że i Wy wpadniecie po uszy.

Ocena:



8 marca 2013

"Insygnia. Wojny światów" - S.J. Kincaid




Tytuł: Wojny światów
Seria: Insygnia
Tom: #1
Autor: S.J. Kincaid
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 472



S.J. Kincaid jest autorką, która nie idzie na łatwiznę i nie bazuje na utartych schematach tak jak wielu współczesnych autorów. Właśnie dlatego jej pierwsza powieść, "Insygnia. Wojny światów", jest tak oryginalna i wyróżniająca się na tle innych powieści młodzieżowych. Zarówno z tym tytułem, jak i z samą autorką, miałam sporo do czynienia jeszcze przed polską premierą, więc wiedziałam, czego się spodziewać. Wiedziałam też, że będzie to wyjątkowa książka. I nie myliłam się.

Tom Raines nigdzie nie zagrzewa miejsca. Żyje z dnia na na dzień, koczując w hotelach i jedząc niezdrowe fast foody u boku nadużywającego alkohol ojca-hazardzisty. Tom chciałby być kimś wyjątkowym - niestety, za sprawą nałogów ojca nie ukończył nawet szkoły podstawowej. Umie za to dobrze grać.

W dobie trzeciej wojny pozaziemskiej, odgrywającej się za sprawą dronów w kosmosie, takie umiejętności są jednak w cenie. Toma dostrzega generał Marsh i werbuje go do szkoły, która zajmuje się szkoleniem rekrutów do walk w przestrzeni kosmicznej. Jest tylko jeden szkopuł: by trafić do szkoły, trzeba pozwolić rządowi na wszczepienie sobie do głowy mikroprocesora neuronowego, który wzmacnia funkcje mózgowe...

Wygląda na to, że zakochałam się w tej książce. Serio, czytało mi się ją naprawdę przyjemnie, a fakt, że dotyczyła ona czegoś nowego, o czym do tej pory nie czytałam, jeszcze bardziej potęgował tę przyjemność. Autorka miała świetny pomysł, do realizacji którego naprawdę się przyłożyła! Dzięki temu mogłam dokładnie poznać akademię i rządzące nią zasady, a także zrozumieć ideę wojny pozaziemskiej. A na prawdziwe bitwy przyjdzie jeszcze pora. Na razie takowych brakuje, ale pamiętajmy, że to dopiero wstęp do serii.

Choć bardzo mi się podobał świat ukazany w szkole rekrutów i relacje między nimi, to jednak bardziej zafascynował mnie świat gier wirtualnych. Bohaterowie w trakcie szkolenia uczestniczą w tzw. symulacjach. Podłączają swoje mikroprocesory do wirtualnej rzeczywistości i niejako przenoszą się w różne miejsca. Tam nie ma znaczenia, kim jesteś. Możesz walczyć przeciwko samurajom albo wziąć udział w wojnie Wikingów. Wszystko jest możliwe. Jest to absolutnie fascynujące, gdyż rekruci mogą brać udział w realnych wydarzeniach,  a także w takich, które nie miały miejsca, dajmy na to, odwiedzając Kamelot i dwór króla Artura. Dajcie mi możliwość wzięcia udział w bitwie o Helmowy Jar lub Bitwie Pięciu Armii, a bez szemrania dam sobie wszczepić choćby i cały komputer stacjonarny, skaner i drukarkę.

Bohaterowie powieści są wykreowani w sposób niezwykle wyrazisty i kładący nacisk na ich indywidualne cechy. Choć uzbrojeni w mikroprocesory neuronowe powinni być na ścisłość tacy sami, różnią się od siebie pod wieloma względami i tak naprawdę na każdym kroku byli w stanie mnie zaskoczyć. Autorce udało się nadać im cechy, z którymi byłam w stanie się utożsamić i nawet naczelna antagonistka Toma, tajemnicza Meduza, wzbudziła moją sympatię. A rzadko się zdarza, bym bezproblemowo polubiła wszystkie postaci, które są istotne - w mniejszym lub większym stopniu - dla rozwoju fabuły.

Mało Wam jeszcze plusów tej lektury? Dobrze, to podam Wam jeszcze jeden! Książka jest momentami tak zabawna, że zaśmiewałam się do rozpuku ze łzami w oczach. Zwłaszcza, gdy rekruci ćwiczyli programowanie i atakowali się nawzajem wirusami, które mieszały w głowach i kazały poszkodowanym wydawać dziwne odgłosy. Naczelnym dowcipnisiem jest, a jakżeby inaczej, Tom, więc nie zdziwcie się, gdy najśmieszniejsze momenty dotyczyć będą jego poczynań. Dla mnie humor jest niezwykle istotny, dlatego bardzo cenię sobie autorów, którzy potrafią mnie rozśmieszyć. S.J. Kincaid zdała u mnie egzamin na szóstkę.

A na koniec ostatni plusik: wydanie. Okładka jak zwykle jest piękna i jak zwykle ładniejsza od zagranicznych. Błędów i literówek w zasadzie brak i tylko jedno może stanowić mankament tej powieści. To dopiero pierwszy tom! A na drugi pewnie sobie trochę poczekamy... Dobrze, że fizycznie kolejna część już istnieje, więc na ścisłość może nie będzie to aż tak długo, jak mi się wydawało.

"Insygnia. Wojny światów" to tytuł nader intrygujący i oryginalny. Z pewnością pozostawia konkurencję daleko w tyle. A przy Tomie Rainesie nawet Neo z "Matrixa" wymięka. Myślę, że warto przekonać się na własne oczy, jak dobrą i wciągającą książką okazała się najnowsza pozycja od Wydawnictwa Literacki Egmont. Od siebie polecam pierwszy tom "Insygniów" z całego serca.

Ocena:

 


Do wirtualnej rzeczywistości zaprosiło mnie Wydawnictwo Literacki Egmont.


5 marca 2013

"Spojrzenie elfa" - Katrin Lankers





Tytuł: Spojrzenie elfa
Autor: Katrin Lankers
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 352




Wygląda na to, że Niemcy powoli zaczynają podbijać polski rynek książki. Pamiętacie Cornelię Funke? Kerstin Gier? Katrin Lankers to kolejna niemiecka pisarka, której "Spojrzenie elfa" szturmem zdobyło serca polskich fanów. Czy słusznie? Moim zdaniem owszem, i zaraz Wam powiem dlaczego.

Bohaterką "Spojrzenia elfa" jest Mageli, nastolatka niezwykle utalentowana muzycznie, lecz w dużym stopniu nie mająca wiary we własne talenty i możliwości. Jak na wykreowaną postać, Mageli jest niesamowicie naturalna i natychmiast zyskała moją sympatię. Wydaje mi się, że stworzenie osobowości tej dziewczyny nie sprawiło autorce kłopotów - wręcz przeciwnie, sądzę, że poszło to lekko i gładko. Mageli prowadzi bezlitośnie normalne życie, co w pewnym stopniu pozwala czytelnikowi się z nią identyfikować. Okazuje się jednak, że normalne życie nie idzie w parze z normalnym pochodzeniem. Dziewczyna poznaje Erina, co z początku nie wydaje się czymś szczególnym... aż do chwili, gdy wychodzi na jaw, że Erin przybywa z magicznej krainy zamieszkanej przez elfy i inne stworzenia rodem z baśni. O Erinie nie sposób powiedzieć, że jest zwyczajny. Jest po prostu magiczny. Prawda jednak jest zupełnie inna niż nam się z początku wydaje, a wychodzi na jaw, gdy dziewczynie przychodzi ratować Erina z poważnych tarapatów.

Powiem krótko: tego było mi trzeba. Elfów, najprawdziwszych elfów! I magii, i piękna, i całej tej elfiej otoczki, jaką zapamiętałam z "Władcy Pierścieni". Katrin Lankers wbiła się w pustą niszę na rynku książki, czym niesamowicie mi zaimponowała. W dzisiejszych czasach mało kto się na to porywa, jako że elfy i ich niesamowita aura to twardy orzech do zgryzienia i niełatwo ich opisać.

Książka dedykowana jest czytelnikom w wieku 12-15 lat i myślę, że im najszybciej przypadnie do gustu. Dlaczego? Otóż my, starzy wyjadacze i maniacy literatury, siłą rzeczy widzimy niedociągnięcia fabuły. Młodsi czytelnicy - nie bardzo. Ja, niestety, dostrzegam infantylność powieści Katrin Lankers, a więc to, jak bardzo uproszczony i nieskomplikowany schemat jest przez nią wykorzystywany. Wątek miłosny między bohaterami woła o pomstę do nieba, podobnie jak fabuła, od której razi przewidywalnością. A wystarczyłoby tylko odrobinę utrudnić sprawę! Nie pozwalać bohaterom na wielką miłość do grobowej deski już od pierwszego wejrzenia. Mi się to nie podoba, ale wiem, że multum osób w wieku wskazanym do czytania książki będzie zachwycone takim obrotem sprawy. I to mnie w sumie cieszy.

Bo, pomijając to, czego nie zaaprobowałam w trakcie lektury, książka strasznie mi się spodobała. Sam pomysł, jak i wykreowany świat elfów, zrobił na mnie niemałe wrażenie. Pozytywnie na mój odbiór "Spojrzenia elfa" wpłynął również fakt, że autorka z płynnością i lekkością poprowadziła mnie przez całą powieść. Dialogi były naturalne i zrównoważone z opisami, które z kolei totalnie mnie zauroczyły ze względu na to, że Katrin Lankers naprawdę miała świetny pomysł na kreację świata przedstawionego. Pewną oczywistością stał się dla mnie również fakt, że Dreamsi oprawili powieść w przepiękną okładkę, która przyciąga wzrok i zachwyca odbiorcę. A tym, co mnie najbardziej cieszy w wydaniu "Spojrzenia elfa" to świetnie przeprowadzona korekta, bo tym razem błędy w druku i literówki pojawiały się sporadycznie bądź wcale. Mówiąc, krótko: dobra robota, jeśli chodzi o dopracowanie książki!

Lektura tej książki sprawiła mi ogromną przyjemność, mimo że od ładnych paru lat nie jestem nastolatką. Niemniej jednak czytanie "Spojrzenia elfa" wprawiło mnie w niemalże dziecięcą radość. Elfy i magia to coś, co kocham od wczesnego dzieciństwa i nie wyobrażałam sobie, by nowość od Dreamsów nie przypadła mi do gustu. Wam również serdecznie polecam tę książkę. Warto ją przeczytać.

Ocena:




Za odwiedziny w krainie elfów dziękuję Wydawnictwu Dreams!