STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 kwietnia 2013

Podsumowanie kwietnia


Mija kolejny miesiąc, a ja znów piszę do Was z domu rodzinnego. Majówkę spędzam u rodziców, leniuchując, czytając oraz pisząc recenzje. Zamierzam wypocząć za wszystkie czasy, bo nieprędko tutaj wrócę i jest to najprawdopodobniej moja ostatnia ucieczka z wielkiego miasta przed wakacjami. Jestem jednak dobrej myśli!

Kwiecień upłynął mi pod znakiem ogromnego zachwytu nad funkcjonalnością mojego Kindle'a. Strasznie się cieszę z jego zakupu i nie żałuję wydanych na niego 500 zł. Zdecydowanie warto było je wydać!

W tym miesiącu mój blog odwiedziły 5022 nowe osoby, a na liczniku łącznych odwiedzin na blogu pojawiła się liczba 32 906. Na chwilę obecną Zrecenzujemy ma 166 obserwatorów oraz 149 fanów na Facebooku. Bardzo Wam wszystkim dziękuję za te wyniki!

Za miesiąc blog obchodzić będzie swoje pierwsze urodziny, dlatego z tej okazji szykuję dla Was wielką imprezę z cennymi nagrodami! Będzie o co walczyć, obiecuję!

W kwietniu przeczytałam piętnaście pozycji, w tym jedno czasopismo i czternaście książek.

A były to:

1. Albinos, Kornel Machnikowski [RECENZJA] 
2. Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta, Anna Jaklewicz [RECENZJA] 
3. Nowa Fantastyka 367 (4/2013) [RECENZJA] 
4. Brainman, Dominik W. Rettinger [RECENZJA] 
5. Słodkie słówka, Susan Mallery [RECENZJA] 
6. Żywe trupy. Droga do Woodbury, Robert Kirkman, Jay Bonansinga [RECENZJA] 
7. Cienie na księżycu, Zoe Marriott [RECENZJA] 
8. Na skrzydłach czasu, Aleksandra Kromp 
9. Dialogi zwierząt, Sidonie-Gabrielle Colette [RECENZJA] 
10. Angelfall, Susan Ee 
11. Miłość alchemika, Avery Williams 
12. Irlandia, Christopher Somerville 
13. Tam, gdzie śpiewają drzewa, Laura Gallego 
14. Batman i filozofia. Mroczny Rycerz nareszcie bez maski, Mark D. White, Robert Arp 
15. Odmieniec, Philippa Gregory

Przez weekend majowy zamierzam podzielić się z Wami recenzjami tych tytułów, które się jeszcze ich nie doczekały, a na pierwszy ogień pójdą powieści Aleksandry Kromp i Laury Gallego. Bądźcie czujni!

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Pomnik Cesarzowej Achai - t.2"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak Najlepsza Książka: "Dialogi zwierząt" Najgorsza Książka: "Albinos"

PLAN NA MAJ? Wytrzymać z Ewą Chodakowską i wbić się w mniejszy rozmiar!
 
 





29 kwietnia 2013

"Brainman" - Dominik W. Rettinger





Tytuł: Brainman
Autor: Dominik W. Rettinger
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 400




Dominik W. Rettinger, na co dzień scenarzysta, postanowił napisać książkę. Jak postanowił, tak też zrobił, a rezultatem tego postanowienia jest "Brainman" wydany przez Jaguara. Książka z pogranicza science-fiction i political fiction zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, choć ze wstydem przyznaję, że nie spodziewałam się fajerwerków. Jak na osobę, która nie obraca się w takich tematach, powieścią byłam zachwycona, a fabuła "Brainmana" wciągnęła mnie do tego stopnia, że pomimo dawkowania stron, przeczytałam ją w ekspresowym tempie i byłam zła, że nie będzie ciągu dalszego, choćby i za rok. Te niespodziewane zainteresowanie dość mocno mnie zaskoczyło, niemniej jednak cieszę się, że mam "Brainmana" za sobą.

Na samym początku książka może czytelnika trochę zniechęcić, a wszystko to za sprawą skomplikowanego nazewnictwa, jakim posługuje się profesor w pierwszych scenach powieści. Miłośnicy sci-fi nie będą mieli problemu z przywyknięciem do dziwnych oznaczeń dla planet, a także pewnych zjawisk, ponieważ mają z tym styczność na co dzień. Gorzej będą już mieli ci, co zazwyczaj czytają inne gatunki, tak jak, dajmy na to, ja musiałam przerzucić się z paranormali niewymagających ode mnie myślenia na książkę z obcej mi tematyki. Na szczęście można szybko przywyknąć i nauczyć się tych wszystkich nazw, a gdy fabuła zacznie być bardziej wciągająca, to i brainpower z brainlightem nie będą dla czytelnika niczym nowym.

Rettinger stworzył dwójkę głównych bohaterów w oparciu o stary, ale wciąż tak samo dobry mechanizm, a mianowicie zrobił z nich antagonistów. Pierwszy z nich, Nick Gowin, to spokojny student, którego kosmici obdarzają brainlightem, drugi zaś, John Clondike, to dość niezrównoważona gwiazda sportu, osiłek z mocą brainpower. Czym właściwie są te siły? Tak naprawdę kosmici niewiele im zrobili, bowiem obie moce to w gruncie rzeczy jedynie otwarcie ludzkich umysłów. Jak zapewne wiecie, człowiek wykorzystuje zaledwie 15% możliwości mózgu. Brainpower i brainlight sprawiają, że moce przerobowe Nicka i Johna wzrastają do 100%. Obaj stają się silni i niezwyciężeni, a każdy z nich dysponuje innymi mocami, uzależnionymi od tego, jak chcą wykorzystywać swoje możliwości. Obaj posiadają także swoje słabe strony. Wskutek dziwnej interwencji istot z innego świata, dotąd niechętni sobie chłopcy, stają się zaciekłymi wrogami. Podczas gdy John podbija świat i próbuje go zniszczyć, Nick za wszelką cenę stara się go uratować. Jedyną nadzieją Ziemi wydaje się być Wielki Mistrz, twórca obu sił, ale czy Nick zdoła wybudzić go z transu, a przedtem wydobyć z więzienia na dnie Rowu Mariańskiego? Jak przebiegać będzie bitwa o Ziemię? Przekonajcie się sami!

W przeciwieństwie do wielu polskich autorów, Dominik W. Rettinger może pochwalić się lekkim, niewymuszonym stylem z nutką humoru i ironii. Jakby nie patrzeć, potrafi też stworzyć całkiem klimatyczną otoczkę dla powieści sci-fi, pod przykrywką której kryje się satyra wycelowana prosto we współczesne społeczeństwo. W "Brainmanie" znajdziemy też sporo nawiązań do polityki, co pozwoli nam spojrzeć na to zjawisko z innej perspektywy. Dodatkowo w książce poruszane są tematy ściśle naukowe, ale podane w taki sposób, by każdy wiedział o co chodzi. Jest to doskonały przykład na to, że książka w tym gatunku nie musi być niezrozumiała dla odbiorcy. Rettinger udowadnia, że pewne rzeczy można przekazać prościej.

Wizja świata przedstawiona przez autora wydaje mi się niepokojąca, choć z drugiej strony kusząca, zważywszy na możliwość pełnego korzystania z możliwości naszych umysłów. Jednak sam fakt, że Ziemia mogłaby kiedyś stać się poligonem dla dwóch wrogich sobie cywilizacji pozaziemskich, wywołuje we mnie lekki dreszczyk. Nie chciałabym żyć w takich czasach za cenę niczym nieograniczonej inteligencji.

Co niesamowite, to fakt, że w "Brainmanie" nie zabrakło nawet wątku miłosnego! Miłość obecna jest w życiu zarówno Johna, jak i Nicka, przy czym dla jednego jest ona źródłem siły, a dla drugiego słabości. Na szczególną uwagę zasługuje jedna z finalnych scen pomiędzy Nickiem a Rosą, jego ukochaną, ponieważ jest to przepiękny i wzruszający przykład ludzkiego poświęcenia i gotowości do rezygnacji z pewnych spraw w imię większego dobra. Byłam głęboko poruszona tą sceną i przyznaję się bez bicia, że w oku zakręciła mi się łezka. To nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę gatunek książki Rettingera, ale jednak. Według mnie połączenie tych wszystkich wątków osiągnęło zadowalający efekt. "Brainman" był naprawdę dobry.

Bez dwóch zdań polecam Wam tę powieść, mimo że większość z Was woli inne klimaty. Wydaje mi się jednak, że mój zachwyt nad tą książką powinien Wam wystarczyć za dowód, że czasami warto się przełamać i sięgnąć po coś odmiennego. Ja przekonałam się na własnej skórze, że science-fiction nie gryzie, a polscy autorzy wciąż mają coś do powiedzenia, jeśli chodzi o fantasy.

Ocena:




Poznałam Brainmanów dzięki Wydawnictwu Jaguar.


28 kwietnia 2013

"Dialogi zwierząt" - Sidonie-Gabrielle Colette





Tytuł: Dialogi zwierząt
Seria: Biosfera
Autor: Sidonie-Gabrielle Colette
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 192



Sidonie-Gabrielle Colette. Naczelna francuska skandalistka. Pisarka, która "wydała na świat" Klaudynę i napisała ponad pięćdziesiąt powieści. A jak się okazuje po lekturze "Dialogów zwierząt" - również kobieta darząca zwierzęta miłością tak ogromną, że podjęła się ich antropomorfizacji, by w ten wyjątkowy sposób dać im możliwość przemówienia celem oceny ludzkich zachowań.

"Dialogi zwierząt" to pierwsza książka Colette, która pozwoliła jej wybić się na szczyt i dalej publikować. Pisarka nie miała lekkiego życia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość prac jej autorstwa zostało skradzionych przez jej cwanego męża. Mimo to Colette nigdy nie straciła rezonu i w niezwykle celny sposób komentowała ludzkie wady i przywary. W książce wydanej niedawno w Polsce dzięki Wydawnictwu WAB posłużyła się antropomorfizacją i uczyniła dwójkę swoich zwierzaków - kota rasy kaukaskiej imieniem Kiki oraz buldożka francuskiego nazywanego Toby'm - głównymi bohaterami dwunastu niezwykłych historii. Właściwie Colette poszła o krok dalej i uzbroiła swoich pupili w niezawodny zmysł obserwacji, który Kiki i Toby od razu wykorzystali, podpatrując życie swoich właścicieli, czyli Jej i Jego.

Książka trąca staroświeckością przypisywaną pisarce, niemniej jednak jest przezabawna i napisana w wyjątkowy sposób. Większość z dwunastu historii posiada dosłownie formę dialogów. Wręcz ma się wrażenie, że czytane przez nas opowieści to w istocie scenariusze. Na każdym kroku Kiki i Toby celnie komentują ludzkie życie, a dodatkowo pięknie prezentują swoje zwierzęce oddanie właścicielom. Zwłaszcza widać to w wypowiedziach Toby'ego, który wielbi swoją Panią, co doskonale odzwierciedla psią miłość.

Wnikliwym obserwatorom nic nie umyka i wraz z rozwojem tej historii dość dobrze poznajemy ich niezwykły punkt widzenia, a i ciężko byłoby na tym etapie nie przywiązać się do tych dwóch stworzeń. Nie ma znaczenia, czy chodzi o spacer Toby'ego w strugach deszczu, traumatyczne przeżycia Kikiego w trakcie podróży pociągiem z miasta na wieś, czy też wspólnego wygrzewania się przy kominku. Choć brzmi to nieco trywialnie, to jednak muszę przyznać, że lektura jest niezwykle wartościowa i na pewno wrócę do niej wielokrotnie, aby z niecodziennej perspektywy spojrzeć na to, jak wygląda moje życie - wszak w "Dialogach zwierząt" można dopatrywać się własnych wad - i wziąć poprawkę na niektóre sprawy. Nie da się ukryć, że w głównej mierze Colette poprzez ten zbiór historii próbowała opowiedzieć historię swojego życia, ale tak naprawdę każdy z nas może w nich znaleźć coś na swój temat. Ta swoista uniwersalność zaskoczyła mnie na tyle, by uznać "Dialogi zwierząt" za świetną lekturę oraz celną lekcję życia!

Pomijając oczywiste walory tekstu, chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na trzy sprawy. Pierwszą jest przepiękne wydanie książki. Twarda oprawa posiada dodatkową obwolutę, a na niej widzimy zdjęcie Colette wraz z pupilem. Całość prezentuje się fantastycznie i obecnie zdobi moje półki. Drugą sprawą jest wszędobylski humor. Przez większość czasu śmiałam się do rozpuku, zwłaszcza z komentarzy Kikiego. Fakt, momentami zwierzaki mówiły zbyt kwieciście, ale taka już domena Colette i czasów, w jakich żyła. Tak czy inaczej nie dość, że jej pupile celnie komentowały ludzkie życie, to na dodatek były świetnie wykreowane jako zwykłe zwierzaki, co było widać w ich typowych zachowaniach - leniwy kot oraz głupiutki pies, czyż nie tak myślimy stereotypowo o tych stworzeniach? Trzecią sprawą, którą chciałam poruszyć, jest świetne posłowie autorstwa Kazimiery Szczuki, dzięki któremu udało mi się poznać historię Colette. Polecam Wam pochylić się również nad tym tekstem, bo naprawdę warto.

"Dialogi zwierząt" to doskonała lektura na wieczór. Napisana w niezwykle dowcipny i oryginalny sposób, pozwala nam przyjrzeć się naszemu życiu z niecodziennej perspektywy. Ten zbiór kilkunastu historyjek stanowi nie lada gratkę dla czytelnika, a miłośnicy zwierząt z pewnością docenią osadzenie Kikiego i Toby'ego w rolach głównych. Powieść Colette okazała się dla mnie niezwykle wartościową lekturą i myślę, że spodobałaby się również moim Czytelnikom. Przekonajcie się sami, a z pewnością nie pożałujecie.

Ocena:




Poznanie Colette zawdzięczam Wydawnictwu WAB!


26 kwietnia 2013

"Żywe trupy. Droga do Woodbury" - Robert Kirkman, Jay Bonansinga




Tytuł: Droga do Woodbury
Seria: Żywe trupy
Tom: #2
Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320



W marcu tego roku, za sprawą Wydawnictwa SQN, po raz drugi pojawił się na naszym rynku duet Kirkman-Bonansinga, serwujący nam tym razem "Drogę do Woodbury" - kolejny tom serii o zombieapokalipsie, która ogarnęła nasz świat z niewiadomej przyczyny. Poprzednia część, "Narodziny Gubernatora" była znacznie bardziej wciągająca z uwagi na główną postać, niemniej jednak jej kontynuację czyta się lepiej. Autorzy dużo wyraźniej zarysowują przed czytelnikami to, co zawsze było w uniwersum The Walking Dead najważniejsze, czyli fakt, że nie zombie są największym zagrożeniem, lecz ludzie, którzy na skutek zmian poddają się swoim - nierzadko mrocznym - instynktom. Zapraszam do recenzji książki.

Niedobitki ludności Atlanty próbują przetrwać ataki umarlaków, którzy łączą się w hordy i w coraz większym stopniu zagrażają uciekinierom. Na dodatek nadchodzi zima, dając się we znaki nielicznym osobom, które wciąż walczą o przetrwanie. Wśród garstki uciekinierów jest Lilly Caul - młoda, zamknięta w sobie i niezwykle bojaźliwa dziewczyna, która ciągle szuka schronienia za plecami silniejszych od siebie. Po kolejnym ataku hordy, bohaterka wraz z kilkoma osobami z obozu opuszcza pozostałych uciekinierów z Atlanty i po wielu nieprzyjemnych przygodach trafia do Woodbury. Otoczona murami społeczność tylko z pozoru stanowi bezpieczne miejsce. Rządzona twardą ręką przez Phillipa Blake'a, który obwołał się Gubernatorem, w rzeczywistości stanowi ogromne zagrożenie dla Lilly i jej przyjaciół. A ponieważ w Woodbury jest i jedzenie, i alkohol, i zalążki normalnego życia sprzed inwazji zombie, tylko ona zdaje się dostrzegać, że prawdziwe niebezpieczeństwo chyha na nich nie za murami miasta, lecz w samym jego wnętrzu. Wszystko, co najgorsze, uosabia osoba Gubernatora, ale nikt poza dziewczyną nie zwraca na to uwagi. Jak skończy się ta historia? Sprawdźcie sami, zwłaszcza jeśli tak jak ja jesteście fanami tego uniwersum.

"Droga do Woodbury" to prawdziwa gratka dla fanów komiksów Kirkmana oraz serialu AMC kręconego mniej więcej na ich podstawie - "The Walking Dead". Powieść stanowi dopełnienie, jeśli chodzi o komiksy i serial, dzięki czemu jeszcze lepiej poznaje się świat wykreowany przez Kirkmana. W duecie z Bonansingą, twórca umiejętnie buduje napięcie, jednak nie jest już ono stopniowane tak jak w pierwszej części. O nie, tutaj bohaterowie od razu zostają wrzuceni w wir walki z hordami zombie. Non stop coś się dzieje, ludzie giną, flaki fruwają w powietrzu, a na dodatek Phillip Blake terroryzuje Woodbury. Jestem ogromnie zaskoczona, że przy tym szybkim tempie i nieustającej akcji Kirkman z Bonansingą zdołali skupić się na pokazaniu, że w zasadzie bestiami nie są zombie, lecz ludzie. W końcu to oni, mając świadomość tego, co robią, kradną i mordują bez wyrzutów sumienie. To właśnie wszelkie zmiany społeczeństwa w obliczy zagłady ludzkości, są motorem napędzającym tę historię. Są one zarazem najstraszniejszą wizją homo sapiens.

Wspaniale wykreowani bohaterowie, walka z umarlakami oraz powolny upadek człowieczeństwa - oto, co w skrócie reprezentuje sobą "Droga do Woodbury". Podziwiam autorów tej powieści za wierność pierwowzorowi, za skuteczne snucie ponurej wizji ludzkości i za to, że nie boją się powiedzieć na głos, że to ona jest największym złem tej planety. Drugi tom książkowej wersji "Żywych trupów" to obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów TWD i sądzę, że nie pomylę się zanadto, mówiąc, że przypadnie im on do gustu.

Ocena:




Odwiedziłam Woodbury dzięki Wydawnictwu Sine Qua Non!


ŻYWE TRUPY:
Narodziny Gubernatora | Droga do Woodbury

24 kwietnia 2013

"Cienie na księżycu" - Zoe Marriott




Tytuł: Cienie na księżycu
Seria: Poza czasem
Tom: #1
Autor: Zoe Marriott
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 448



Najlepsze książki to te, do których napisania autor starannie się przygotowywał. Zoe Marriott zajęło to przeszło kilkanaście miesięcy, w trakcie których studiowała historię, kulturę, tradycje oraz obyczaje niegdyś panujące w Japonii. Efektem jej intensywnych i bardzo dokładnych badań jest rewelacyjna powieść "Cienie na księżycu", która niesamowicie oddaje japońskie klimaty z czasów feudalnych.

Kiedy pojawiła się dla mnie możliwość przeczytania tej powieści, powiedziałam sobie, że grzechem byłoby tego nie zrobić. Jestem na tyle zapaloną fanką Japonii, że sama również mam za sobą lekturę historii tego kraju, mitologii japońskiej oraz masy tekstów traktujących o kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni. Każda książka, która choć minimalnie zahacza o tę tematykę, od razu trafia na moją listę must have. Nie inaczej było z "Cieniami na księżycu", które w mig wciągnęły mnie w swój piękny świat i porwały na kilka ekscytujących wieczorów. Książkę czytało mi się znakomicie i muszę przyznać, że jestem pod jej ogromnym wrażeniem.

Bohaterką powieści jest kilkunastoletnia Suzume, której życie przypomina pokręconą, a przez to znacznie ciekawszą, historię Kopciuszka. Ze względu na narrację pierwszoosobową mamy możliwość wnikliwej analizy emocji odczuwanych przez nastolatkę, dzięki czemu powieść jest bardziej wartościowa, a bohaterka bardziej realistyczna. W życiu młodej Suzume wartością nadrzędną jest prawda, choć wskutek wielu nieszczęśliwych wydarzeń dziewczyna zmuszona jest żyć w nieustannym kłamstwie. Zoe Marriott wielokrotnie podkreśla jednak znaczenie prawdy w codziennym życiu poprzez rozmaite metafory, które można odnaleźć w tekście. Suzume posiada pewną magiczną zdolność i za pomocą cienia potrafi tkać różne rzeczy. Dzięki iluzji potrafi, na przykład, ukryć swoje blizny na ramionach. Tym sposobem ludzie ich nie widzą. I w tym tkwi istota tego, co ma nam do przekazania autorka: ludzie wierzą tylko w to, co widzą. Jeśli czegoś nie widzą, oznacza to, że to nie istnieje. Jak więc udowodnić istnienie takich wartości jak miłość, przyjaźń, wiara? Nasza główna bohaterka odkrywa te uczucia, lecz przy okazji targają nią nienawiść do ojczyma i chęć pomszczenia rodziny. Wbrew pozorom, pod pierzynką powieści młodzieżowej można znaleźć w "Cieniach na księżycu" niebanalne, głębokie przesłanie. I chyba to mi się w tej książce podoba najbardziej.

Przygotowania autorki do napisania historii Suzume opłaciły się. Powieść aż kipi od japońskich klimatów, co cudownie wpływa na odbiór. Dla osoby zakochanej w Japonii stanowi to wisienkę na torcie, lecz ci, którzy nie znają kultury i historii tego kraju, nie muszą czuć się gorsi. Wszystko ukazano w jasny, przystępny sposób, że tak naprawdę czuje się na każdej stronie poświęcenie i zaangażowanie autorki w stworzenie tej pięknej historii. Ponadto Zoe Marriott zadbała o to, by sam język nie przyprawił czytelnika o palpitację serca, bo choć w tekście aż roi się od japońskich słów, to na końcu książki znaleźć można przydatny słowniczek, co przyjęłam z ogromną radością, bo uwielbiam uczyć się japońskiego. Całość pod względem językowym prezentuje się wyśmienicie, a korekta jak zwykle stanęła na wysokości zadania, o pięknym wydaniu powieści już nie wspominając. Na okładkę mogłabym patrzeć godzinami!

Bardzo mi się podobało delikatnie baśniowe nawiązanie do Kopciuszka i połączenie tego z magią cieni, którą władała Suzume. "Cienie na księżycu" zyskały dzięki temu na klimacie, przy okazji przypominając dawno zapomniane baśnie. Nie da się nie zauważyć, że autorka darzy je szczególnym sentymentem, co wcale nie jest takie złe, bo odświeżenie pamięci przyda się każdemu, kto sam kiedyś czytał te historie. Na pochwałę zasługuje również postać Suzume, którą polubiłam od samego początku, mimo że po drodze popełniła ona wiele błędów i była zaślepiona żądzą zemsty. Przypomina mi to jednak pewnego japońskiego bohatera z mangi Masashiego Kishimoto, co tylko sprawiło, że książka była mi jeszcze bliższa.

Nie sposób "Cieni na księżycu" nie pokochać. Jest to czarująca, magiczna opowieść o prawdzie, miłości, przyjaźni, zemście i odkupieniu. Wszystko zdaje się w tej książce mieć jakiś sens i znaczenie, a bogactwo odwołań do Kraju Kwitnącej Wiśni sprawiło, że lektura powieści była dla mnie niezwykle ekscytująca i edukująca. Zdecydowanie warto było sięgnąć po "Cienie na księżycu" i gorąco Wam polecam zrobienie tego samego. Nie pożałujecie. To jest jedna z tych książek, które dobrze jest mieć na półce.

Ocena:




W literacką podróż po Japonii wysłało mnie Wydawnictwo Literacki EGMONT!


22 kwietnia 2013

"Słodkie słówka" - Susan Mallery



 
 
Tytuł: Słodkie słówka
Autor: Susan Mallery
Wydawnictwo: Harlequin/Mira
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 352
 
 
 
 
Czasami nawet najwytrwalszy czytelnik potrzebuje wytchnienia. Chwilą odpoczynku było dla mnie sięgnięcie po jedną z najnowszych powieści obyczajowych od Miry. "Słodkie słówka", bo o tej książce mowa, dość szybko podbiły moje serce. Odkryłam, że bardzo lubię takie historie, gdzie można obserwować codzienne życie bohaterów zmagających się z przeciwnościami losu, który i tak nieubłaganie dąży ku szczęśliwego zakończeniu wszystkich problemów i nieszczęść, jakie ich spotykają.

Bohaterkami "Słodkich słówek" są trzy silne i niezależne siostry, które, mówiąc eufemistycznie, nie darzą się zbytnio sympatią. Główną postacią w książce jest Claire Keyes, utalentowana pianistka, która powraca w rodzinne strony, by pomóc siostrze po operacji i przy okazji zakochuje się w jej najlepszym przyjacielu. Cała historia kręci się wokół niej, jednak nie należy lekceważyć pozostałych sióstr, Jesse i Nicole, ponieważ stanowią one ważną część życia Claire, a zatem mają na nie znaczący wpływ. Wszystkie trzy kobiety łączy wspólna przeszłość, ale wskutek pewnych nieszczęśliwych wydarzeń dochodzi między nimi do rozłamu i na kilkanaście lat ich losy biegną innymi ścieżkami. Dopiero po operacji Nicole ich ścieżki ponownie się zbiegają i możemy obserwować jak oczami Susan Mallery przebiega pojednanie trzech sióstr.
 
"Słodkie słówka" to niezwykle ciepła opowieść, która krzepi i podnosi na duchu, choć można w niej znaleźć wiele sytuacji, które smucą ze względu na nienawiść między siostrami. Przeszłość ich rodziny również nie wygląda zbyt kolorowo, niemniej jednak bardzo miło jest przyglądać się stopniowej naprawie ich stosunków. Te swoiste zakopywanie wojennego toporu stanowi trzon tej powieści i to na nim opiera się cała fabuła. Jak na autorkę powieści obyczajowych z nutką romansu, Susan Mallery wplotła w nią również wątek miłosny, który śledziłam z miłą chęcią, ponieważ nie był jakoś szczególnie nachalny - po prostu nie rzucał się w oczy tak jak w przypadku wielu podobnych historii.
 
Książka została napisana w naprawdę zgrabny sposób. Język powieści jest jasny i klarowny, a dialogi równoważą się z opisami, podobnie jak akcja z chwilami przestoju w fabule. Całość jest spójna i pozbawiona poważniejszych błędów językowych, dzięki czemu "Słodkie słówka" czyta się szybko - właściwie w jeden dzień - i przyjemnie. Jest to powieść z gatunku "umilaczy czasu" i z pewnością warto się nad nią pochylić, jeśli szuka się odpoczynku od cięższych lektur, których z pewnością nam nie brakuje na co dzień.
 
Niestety, powieść nie wymyka się stałym konwenansom i jest mocno przewidywalna. Z góry wiadomo jak się skończy historia Claire i jej sióstr, przez co "Słodkie słówka" tracą. Jestem też odrobinkę rozczarowana faktem, że w powieści znalazłam niewiele cukierniczych odniesień. Poza opisem pracy w cukierni właściwie nie ma tutaj żadnych innych informacji, a szkoda, ponieważ liczyłam na kilka ciekawych przepisów, które mogłabym wykorzystać przy okazji kuchennych rewolucji przed moją czwartą rocznicą.

Mimo to, "Słodkie słówka" mają u mnie mocną piątkę! W ogólnym podsumowaniu nie zwracam bowiem aż takiej uwagi na te drobne niedociągnięcia, a wszystko to dzięki świetnej rozrywce, jakiej dostarczyła mi powieść. Obyczajowa nowość od Susan Mallery z pewnością podbije niejedno kobiece serce, dlatego z miłą chęcią polecam Wam jej lekturę na przyjemny, wiosenny wieczór.

Ocena:
 
 
 
 
Moje spotkanie z siostrami Heyes zaaranżowało Wydawnictwo Harlequin/Mira!

19 kwietnia 2013

"Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta" - Anna Jaklewicz





Tytuł: Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta
Autor: Anna Jaklewicz
Wydawnictwo: Bezdroża
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 256




Anna Jaklewicz to osoba, której zazdroszczę życia. Z zawodu jest archeologiem, któremu udało się zdobyć pracę na wykopaliskach innych niż teren budowy pod Warszawą. Z zamiłowania - zapaloną podróżniczką i utalentowanym fotografem. Chiny to jej wielka miłość i trzeba przyznać, że w książce widać to na każdym kroku. Jej zagraniczne podróże, nie tylko te do Państwa Środka, można na bieżąco obserwować na jej oficjalnym fanpejdżu. Ale najpierw przeczytajcie recenzję poniżej!

"Niebo w kolorze indygo" to wszystko to, czym powinna być dobra literatura podróżnicza. To głęboka pasja połączona z ogromną wiedzą oraz chęcią przekazywania czytelnikom i jednego, i drugiego. Oto, co w skrócie oferuje nam w swojej najnowszej książce Anna Jaklewicz. Co ciekawe, próżno byłoby w niej szukać wskazówek dotyczących zwiedzania Pekinu, Wielkiego Muru Chińskiego lub Zakazanego Miasta. Autorka stawia bowiem na prowincję, na to, czego nie widać na co dzień i czego niefrasobliwi turyści unikają jak ognia, bo ważniejsze jest gonienie za tym, co masowe. A dla Anny Jaklewicz nie ma nic piękniejszego jak chińska wieś, małe miasteczka, regionalne święta i stroje ludowe w kolorze indygo. W swojej książce pokazuje nam, jakie są te prawdziwe Chiny - te, które warto zobaczyć i w których warto się zakochać. Bo tylko przebywając w takich miejscach, można obserwować granatowoniebieskie niebo. W Pekinie się tego nie zobaczy, bo tam na niebie widać jedynie oszałamiające drapacze chmur i wszędobylski smog...

Biorąc tę książkę do ręki, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to klimatyczna okładka, której kolor nawiązuje do tytułu. Wewnątrz jest jeszcze lepiej - wysokiej jakości papier w pełni oddaje piękno fotografii, którymi autorka urozmaiciła tekst. Zdjęć jest naprawdę sporo i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zadziałały na moją wyobraźnię. Zadziałały, i to bardzo, a w połączeniu z przystępnym, wciągającym tekstem, sprawiły, że zapragnęłam zrobić wszystko, by w swoim życiu odbyć podobną podróż po chińskiej prowincji. Co dla mnie najważniejsze, to fakt, że tekst nie jest jedynie mieszanką suchych faktów, lecz emocjonalną relacją z zagranicznych wojaży autorki. W każdej literze widać jej niesłabnącą miłość do podróżowania i spotykanych po drodze ludzi. To właśnie oni stanowią epicentrum tej wspaniałej przygody. Czytanie o ich zwyczajach, zachowaniach, podejściu do obcokrajowców i codziennym życiu było po prostu fascynujące i sprawiło mi ogromną przyjemność. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że historia opowiadana przez Annę Jaklewicz była tak naprawdę historią tych ludzi. Gdyby nie "Niebo w kolorze indygo" nie błądziłabym oczyma wyobraźni po skąpanych w rosie polach ryżowych, ani nie uczestniczyłabym mentalnie w chińskim odpowiedniku śmingusa-dyngusa. Przyznam bez ogródek, że myśląc o Chinach, miałabym przed oczami postępującą technokrację tego kraju oraz komunizm w nim panujący. Jestem wdzięczna autorce za tę jakże odmienną wizję Państwa Środka, dzięki której widzę teraz coś zgoła innego.

W książce bardzo wyraźnie rysuje się kilka grup etnicznych zamieszkujących Chiny. Każda z nich ma własne tradycje i obyczaje i warto się z nimi zapoznać, chociażby dla własnej satysfakcji. Dla mnie nie ma nic lepszego niż te wszystkie ciekawostki i anegdotki wzięte prosto z życia Chińczyków. Z przyjemnością poznawałam wszystkie te szczegóły, na ogół pozbawione politycznego aspektu Chin, który tak bardzo podkreślany jest w mediach. Jedyny temat, który rzucił mi się w oczy, a wiązał się z polityką, dotyczył chińskiej systemu kontroli urodzin. Jest to przerażający proceder, w którym władze Chin widzą jakiś sens, a który umyka większości zamożnych rodzin. Dlaczego zamożnych, spytacie zapewne? Głównie dlatego, że za posiadanie "nielegalnego" potomstwa w Chinach nie grozi więzienie, lecz wysoka grzywna. Tym sposobem zamożne rodziny podkreślają swój status materialny. Mając kilkoro dzieci, udowadniają, że ich na to stać. Brzmi strasznie? To i tak nic w porównaniu z tym, co się dzieje, gdy w ciąże zajdzie kobieta z biednej rodziny. Masowe aborcje, wyrzucanie dzieci na śmietnik, adopcje lub nielegalna sprzedaż - to ciemniejsza strona Chin, której nie znajdziecie w tradycyjnych książkach i przewodnikach.

Podsumowując tę wspaniałą propozycję Bezdroży, przede wszystkim chcę podkreślić, że "Niebo w kolorze indygo" roztacza wokół siebie niesamowity klimat. Autorka włożyła w napisanie tej książki mnóstwo wysiłku i naprawdę widać, że sprawiło jej to ogromną uciechę. Jej pasja i miłość do Chin jest mocno wyczuwalna zarówno w tekście, jak i na zdjęciach. I chyba nie sposób się tą miłością zarazić. "Niebo w kolorze indygo" to świetnie wydana książka i wzorcowy przykład tego, jaka według mnie jest dobra literatura podróżnicza. Jest to pozycja pisana prosto z serca, wolna od przekłamań i niedomówień oraz reklamowania postępującej w Chinach techniki. Całe szczęście, że można w nich jeszcze znaleźć tak piękne miejsca jak Langde i Zhaoxing. A także ludzi, którzy je nam pokażą i udowodnią, że Państwo Środka to nie tylko hałaśliwy i zatłoczony Pekin, lecz także prowincja, gdzie króluje kolor indygo...

Polecam, naprawdę warto przeczytać tę książkę i poznać Chiny, o których na co dzień nikt nie mówi.

Ocena:




Podróż po prowincjonalnych Chinach zawdzięczam Wydawnictwu Bezdroża!


18 kwietnia 2013

Stos 04/2013


Przełom marca i kwietnia prezentuje się bogato. Książki, jakie udało mi się zdobyć w tym czasie, to istna mieszanka - znajdziecie tutaj i paranormale, i literaturę podróżniczą, i obyczajówki, a nawet erotyk! Z tego zbioru jestem naprawdę zadowolona i nie mogę się już doczekać, by przeczytać je wszystkie co do jednej i podzielić się z Wami wrażeniami! Ale zanim do tego dojdzie, zapraszam do obejrzenia stosu.

Od jakiegoś czasu myślałam nad uproszczeniem formuły takich postów i oto rezultat. Mam nadzieję, że tak będzie dla Was czytelniej, a dla mnie znacznie szybciej i łatwiej.

Przekreślone książki to tytuły, których z różnych względów czytać nie będę.

Na pierwszy ogień pójdzie stos własny:


1. Potrawy z makaronu, Tom Bridge (FK Olesiejuk)
2. Twoje finanse. Organizowanie i planowanie własnych finansów, Marek Lipiński (OnePress)
3. Atrofia, Lauren DeStefano (Prószyński i S-ka)
4. Opowieści ze świata Wiedźmina, praca zbiorowa (Solaris)
5. Żelazny król, Julie Kagawa (Amber)
6. Dama w opałach, Karen Doornebos (Znak)
7. Bliżej słońca, Richard Paul Evans (Znak)
8. Dotknąć nieba, Richard Paul Evans (Znak)
9. Opowieści celtyckie. Początek, Karolina Janowska (Novae Res)
10. Związane dusze, Krystian Lewandowski (Novae Res)

Teraz czas na imponujący stos recenzencki:


Po lewej:

1. Albinos, Kornel Machnikowski (Novae Res) - [RECENZJA]
2. Piasek, Piotr Nesterowicz (Novae Res)
3. Na skrzydłach czasu, Aleksandra Kromp (Novae Res)
4. Słodkie słówka, Susan Mallery (Harlequin/Mira)
5. Spotkanie nad jeziorem, Susan Wiggs (Harlequin/Mira)
6. Angelfall, Susan Ee (Filia)
7. Szkoła żon, Małgorzata Witkiewicz (Filia)
8. Dziewięć żyć Chloe King. Upadła, Liz Braswell (Filia) - [RECENZJA]
9. Królestwo łabędzi, Zoe Marriott (Egmont) - [RECENZJA]
10. Cienie na księżycu, Zoe Marriott (Egmont)
11. Naruto t.59, Masashi Kishimoto (JPF)

Po prawej:

1. Irlandia, Christopher Somerville (G+J)
2. Chiny, Damian Harper (G+J) - [RECENZJA]
3. Pomnik cesarzowej Achai t.2, Andrzej Ziemiański (Fabryka Słów) - [RECENZJA]
4. Geneza, Jessica Khoury (Wilga)
5. Miłość alchemika, Avery Williams (Amber)
6. Requiem, Lauren Oliver (Otwarte/Moondrive) - [RECENZJA]
7. Honor Legionu, Andrzej Sawicki (Erica)
8. Batman i filozofia. Mroczny Rycerz nareszcie bez maski, Mark D. White, Robert Arp (Editio)
9. Dialogi zwierzątSidonie-Gabrielle Colette (WAB)
10. Poznaj miasta w 48 godzin, praca zbiorowa (G+J) - [RECENZJA]
11. Niebo w kolorze indygo, Anna Jaklewicz (Bezdroża)
12. Tam, gdzie śpiewają drzewa, Laura Gallego (Dreams)
13. Nowa Fantastyka 367 (4/2013) (Redakcja) - [RECENZJA]

Na koniec szybki rzut oka na stos biblioteczny:


A w pracy podczytuję:


I to by było na tyle.
Co byście przeczytali? Co polecacie? A co odradzacie?

17 kwietnia 2013

"Królestwo łabędzi" - Zoe Marriott




Tytuł: Królestwo łabędzi
Seria: Poza czasem
Tom: #2
Autor: Zoe Marriott
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 264



Wygląda na to, że baśnie na dobre zagościły na rynku książek. Całkiem niedawno wychwalałam "Cinder" za swobodne nawiązanie do bajki o Kopciuszku, które wypadło nadzwyczaj dobrze i przede wszystkim oryginalnie. Dzisiaj mam za sobą kolejną baśniową powieść od Egmonta, przepięknie wydane "Królestwo łabędzi" Zoe Marriott, którego okładka zaczarowała mnie od pierwszego wejrzenia swoim niebanalnym wyglądem. Czy z treścią książki było podobnie?

Potrzeba nie lada odwagi, by zdobyć się na nawiązanie do znanej bajki o dzikich łabędziach, bo literacki sukces od kompletnej klapy dzieli tutaj niezwykle cienka linia. Trudno bowiem w dzisiejszych czasach napisać coś, co dla potencjalnego czytelnika wyglądać będzie jak odgrzewany kotlet lub - co gorsza - kiepki plagiat. Zoe Marriot celowo unowocześniła znaną wszystkim dzieciom opowieść, a przy tym sprawiła, że jako odbiorca ani przez chwilę nie miałam poczucia, że pomysł jest wtórny i niewart świeczki. Owszem, "Królestwo łabędzi" bazuje na czymś, co dobrze znamy, ale jest też na tyle odmienną, ciekawą historią, że czyta się ją z ogromną przyjemnością i zaangażowaniem, na które bez wątpienia zasługuje.

Aleksandra jest córką władcy Farlandu, dla którego nie jest powodem do dumy, lecz kulą u nogi. Uważana za brzydką dziwaczkę ze skłonnościami do czarów, nie jest odpowiednią kandydatką na żonę dla jakiegokolwiek wysoko urodzonego księcia. Jedyna nadzieja pokładana jest w trójce braci dziewczyny, którzy w przyszłości mają się przyczynić do rozwoju królestwa. Aleksandra większość czasu spędza ze swoją matką, po której odziedziczyła tajemniczy talent. Za sprawą magii potrafi ona czerpać energię z natury, a zwierzęta i rośliny zdają się jej słuchać. Dziewczyna nie przejmuje się swoim życiem dworskim i zdecydowanie bardziej woli spędzać czas na świeżym powietrzu. Jest bohaterką, która ma w sobie to coś, bo pomimo młodego wieku i momentami dziecinnego zachowania, bardzo ją polubiłam i z zapałem śledziłam jej pogmatwane losy.

Sielankę w Farlandzie psuje nagła śmierć królowej i jeszcze bardziej niespodziewany ślub króla ze znalezioną w lesie kobietą o imieniu Zella. Jest ona czarownicą, a jej jedynym celem władza i prestiż związany z byciem żoną władcy Farlandu. Piękna kraina szybko podupada i staje się jałowa - pielęgnowana latami przez królową i Aleksandrę, teraz cierpi pod rządami Zelli. Jakby tego było mało, okrutna królowa zamienia braci królewny w łabędzie, a ją samą odsyła do ciotki, zgorzkniałej kobiety zamieszkującej ponury kraj Midlandu. Tam Aleksandra poznaje Gabriela, pięknego młodzieńca, z którym spędza czas na plaży, a także knuje plan przywrócenia braciom ludzkiej postaci i pokonania złej królowej.

Po dotarciu Aleksandry do Midlandu rozpoczęła się fascynująca przygoda, w której stawką są dobro królestwa i życie młodych królewiczów. Akcja powoli nabiera tempa, dzięki czemu stopniowo wsiąkałam w fabułę. Jak to w baśniach bywa, była ona dość przewidywalna, a dodatkowo znajomość baśni Hansa Christiana Andersena sprawiła, że wiedziałam, co mniej więcej będzie się działo dalej, ale nie odebrało mi to przyjemności czytania. Dlaczego? Otóż dlatego, że książce Zoe Marriott nieobce są tajemnice, niespodziewane zwroty akcji oraz zagadki, do których człowiek aż się pali, byle tylko je rozwiązać. Dzięki temu historia jest intrygująca, wciągająca i oryginalna. Czytając "Królestwo łabędzi", czułam się tak, jakbym sama trafiła do baśni i wraz z jej bohaterami przeżywała różne przygody. W trakcie lektury towarzyszyło mi wiele emocji i myślę, że będę ją długo wspominać chociażby ze względu na to, że potrafiła mnie sobą zainteresować.

Powieść przypadła mi do gustu jeszcze z jednego powodu. Bardzo wyraźnie widać w niej granicę między Dobrem a Złem. Walka tych sił rozgrywała się na moich oczach, dzięki czemu nie miałam ani chwili na nudę. Z lekkim uśmiechem obserwowałam też rysujący się pomiędzy Aleksandrą a Gabrielem wątek miłosny. Był to o tyle udany zabieg, że nie rzucał się zanadto w oczy i widać było jak na dłoni, że nie on ma największe znaczenie. Jest to świetne posunięcie ze strony autorki, bo świadczy to o tym, że baśniowa historia ma głębsze znaczenie i każdy z nas może inaczej je odczytać. W tym tkwi uniwersalizm "Królestwa łabędzi".

Żałuję, że książka nie była bardziej nieprzewidywalna, bo choć zdarzały mi się momenty, że ze zdziwienia opadała mi szczęka, to jednak większość wydarzeń, z zakończeniem włącznie,  rozszyfrowałam bezbłędnie. Autorka zaniedbała również opisy, przez co czułam niedosyt, jeśli chodzi o świat przedstawiony. Oczywiście, nie wymagałabym tutaj opisów tolkienowskich, ale dokładniejszą wizję okolicznych krain przyjęłabym z wdzięcznością. Podobnie jak dokładniejsze opisy bohaterów, z naciskiem na historię życia Zelli.

"Królestwo łabędzi" łączy w sobie kilka chwytliwych elementów, co sprawia, że czyta się je lekko i przyjemnie. Język powieści jest idealnie dopasowany do fabuły. Dialogi są realistyczne i pozbawione sztuczności. Wydarzenia rozgrywające się w magicznych krainach są fascynujące i nie pozwalają się nudzić. Mamy do czynienia z wątkiem romantycznych, a także fantastycznym. Wszystko to sprawia, że "Królestwo łabędzi" jako mix wypada smakowicie i aż żal mi tyłek ściska, że nie będzie drugiej części tej historii. Naprawdę polecam - i tym młodszym, i tym trochę starszym czytelnikom, który tęsknią za baśniami.

Ocena:




Powrót do świata baśni zawdzięczam Wydawnictwu Literacki EGMONT!