STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 maja 2013

Podsumowanie maja


Maj minął mi jak z bicza strzelił - ledwo pisałam o kwietniu, a tu już kolejny miesiąc za nami. Nie wiem jakim cudem, ale pomimo czającej się sesji, przeczytałam sporo nowych tytułów, co odzwierciedla lista, którą zamieszczam poniżej. Czerwiec, podejrzewam, że nie będzie już tak różowy pod względem czytelniczym, a wszystko to za sprawą pierwszego rozdziału mojej pracy magisterskiej, który muszę oddać do końca miesiąca, a którego nie chce mi się ani trochę pisać. Ale jak mus to mus - chcę mieć to za sobą.

Tak oto przedstawia się bilans liczb na moim blogu: w maju odwiedziło mnie 5637 nowych osób, a na liczniku łącznych odwiedzin pojawiła się magiczna liczba 38 616. Zrecenzujemy ma obecnie 180 obserwatorów, 160 fanów na Facebooku oraz 51 osób w kręgach na Google+. Cieszę się, że jesteście i smutno mi tylko, że nie dobiliśmy do 200 obserwatorów. Mam jednak nadzieję, że szybko to nadrobicie!

Majowych lektur było szesnaście, z czego jedna pozycja była - jak zwykle - czasopismem. Oto lista:

1. Drużyna. Pościg, John Flanagan [RECENZJA]
2. Szkoła żon, Magdalena Witkiewicz
3. Ciemniejsza strona Greya, E.L. James
4. Nowe oblicze Greya, E.L. James
5. Geneza, Jessica Khoury [RECENZJA]
6. Spotkanie nad jeziorem, Susan Wiggs [RECENZJA]
7. Klątwa tygrysa. Przeznaczenie, Colleen Houck [RECENZJA]
8. Piasek, Piotr Nesterowicz
9. Świat czarownic w pułapce, Andre Norton
10. Lady Australia, Marek Tomalik [RECENZJA]
11. Wieczorem przyjdź na zócalo, Michał Głombiowski
12. Powrót bogini. Część I, P.C. Cast 
13. Nowa Fantastyka 368 (5/2013) [RECENZJA] 
14. Podróż po miłość. Emilia, Dorota Ponińska
15. Reckless. Nieustraszony, Cornelia Funke
16. Papierowe miasta, John Green

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Dziewięć żyć Chloe King. Upadła" 
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak 
Najlepsza Książka: "Klątwa tygrysa. Przeznaczenie" 
Najgorsza Książka: "Spotkanie nad jeziorem" 

PLAN NA CZERWIEC? Napisać pierwszy rozdział pracy magisterskiej!

Jednocześnie miło mi poinformować, że blogowi stuknął roczek! Decyzja o założeniu Zrecenzujemy była spontaniczna, ale nie żałuję tego kroku ani trochę! Dzięki blogowi udało mi się znacznie poszerzyć swoje literackie horyzonty, o poznaniu wspaniałych osób nie wspominając. Żeby jednak sprawiedliwości stała się zadość, wymienić pragnę kilka z nich: Abigail, Waniliowa, Julie Wellings, Sophie, Korvo i w ogóle cała ekipa Upadłych. Kochani, dziękuję, że ze mną jesteście! I mam nadzieję, że będziecie przez kolejny rok.

W tym miejscu chciałabym jeszcze podziękować wszystkim moim Partnerom! Jesteście wspaniali, wydajecie świetne książki i życzę Wam, by rynek książki odżył, bo i sama tego pragnę. Dziękuję za bezproblemową współpracę i dobry kontakt. Kolejny rok przed nami!

Przy okazji tej przyjemnej rocznicy udało mi się dostrzec, że czytam około 150 książek rocznie. Nie wiem, czy to dużo, ale przy tak intensywnym życiu, jakie prowadzę, wydaje mi się, że tak.

Wieczorem spodziewajcie się wielkiego konkursu. Muszę jeszcze tylko wymyślić jakieś ciekawe zadanie!


30 maja 2013

"Lady Australia" - Marek Tomalik





Tytuł: Lady Australia
Autor: Marek Tomalik
Wydawnictwo: Bezdroża
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 192




Nie trzeba mieć talentu do pisania, by zostać autorem książki podróżniczej. Ale trzeba być mistrzem, by na kartki papieru przelać bezgraniczną miłość do kontynentu - i kimś takim jest właśnie Marek Tomalik. "Lady Australia" to swoisty manifest jego uczuć do tej dzikiej - a przez to jeszcze piękniejszej - krainy, którą jako podróżnik pokochał ponad wszystkie inne, co skończyło się na tym, że jego książka wręcz kipi zmysłowością Australii. Autor wielokrotnie w swoich przemyśleniach przyrównuje najmniejszy kontynent do kobiety, a erotyzm tej jakże pierwotnej urody Lady jest niemalże wyczuwalny.

Jest to nad wyraz fascynująca opowieść o kraju, w którym Marek Tomalik, podróżnik i dziennikarz, zakochał się niczym Orfeusz w Eurydyce. Swoją miłość kreśli autor w "Lady Australii" z niepohamowanym wręcz pietyzmem, łącząc tekst z obrazem i dźwiękiem - a wszystko to za sprawą polecanej przez niego muzyki, dzięki której można jeszcze mocniej odczuwać Australię. Czytelnik zostaje z premedytacją wrzucony w barwną opowieść i akurat w moim przypadku było tak, że niezbyt mi zależało na tym, by przedwcześnie się z niej uwolnić. Magia widoczna w każdym słowie oczarowała mnie raz, a porządnie.

Z ogromną przyjemnością chłonęłam wszystkie fakty, coraz bardziej poddając się urokowi ukochanej Tomalika, aż w końcu przyznałam się przed samą sobą, że koniecznie muszę ją kiedyś odwiedzić. Ta wyjątkowa książka pozwoliła mi w pełni dostrzec piękno tej krainy. Wcześniej była dla mnie jedynie dzikim i egzotycznym krajem, do którego lepiej nie zaglądać ze względu na pająki wielkości pięści i owady większe od mojej stopy. Dzięki "Lady Australii" dostrzegłam jednak wiele innych aspektów, o istnieniu których nie miałam wcześniej pojęcia. Tomalik ukazał je tak, że nie można było nie zwrócić na nie uwagi.

Jak tego dokonał? Co takiego zrobił, że książkę czytałam na wydechu od deski do deski, nie roniąc przy tym ani literki? Już Wam mówię. Nie dość, że obficie podzielił się ze mną swoimi wrażeniami odczuwanymi wszystkimi zmysłami z wizyty w Australii, to na dodatek wzbogacił książkę o teksty Williama Blake'a, przez co nabrała ona poetyckiego wyrazu i jeszcze bardziej wyróżniła się na tle pozostałych publikacji z tego gatunku. Znajdziecie w niej również wiele odniesień do legend i wierzeń tamtejszych plemion Aborygenów. Nie wątpię też, że będziecie zachwyceni fotografiami upiększającymi "Lady Australię".

Mając w rękach książkę Marka Tomalika i kartkując jego zapiski, nie ma się wątpliwości, że darzy on Australię bezgranicznym podziwem i szacunkiem. Czytając tę niecodzienną książkę podróżniczą czuje się ducha najmniejszego kontynentu. Aż żal jest rozstawać się z tą fascynującą historią. Na szczęście jedno jest pewne: jeszcze nieraz do niej wrócę. I Was również zachęcam do sięgnięcia po "Lady Australię". Warto.

Ocena:




Z Lady Australią zaprzyjaźniłam się dzięki Wydawnictwu Bezdroża!


27 maja 2013

"Spotkanie nad jeziorem" - Susan Wiggs





Tytuł: Spotkanie nad jeziorem
Autor: Susan Wiggs
Wydawnictwo: Harlequin/Mira
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 400




Każdy z nas miewa gorsze chwile, gdy życie rzuca nam kłody pod nogami i jedyne, co możemy w takiej sytuacji zrobić, to walczyć z przeciwnościami losu. Takie problemy bardzo często bywają poruszane w powieściach obyczajowych, w których ukazywana jest walka bohaterów o lepsze jutro. Najprzyjemniej czyta się takie właśnie ciepłe, pełne miłości historie, w których dana postać zmaga się z problemami, przybliżając tym samym nam - odbiorcom i osobom, które może spotkać podobny los - opisywany problem.

Jedną z takich historii snuje w "Spotkaniu nad jeziorem" Susan Wiggs - absolwentka Harvardu i nauczycielka matematyki, które lepiej jednak idzie pisanie niż nauczanie, bo w swojej karierze wydała mnóstwo powieści i zdobyła wiele prestiżowych nagród, w tym nagrodę literacką RITA, przyznawaną uznanym autorom powieści z romansem w tle. Dla mnie jest to drugie już spotkanie z Susan Wiggs. Czy było ono udane?

Kim jest specjalistką od kreowania wizerunku sportowców. Jej życie opływa w luksusy, a ona sama nie może być nikim innym, tylko atrakcyjną, młodą kobietą, związaną z jednym ze swoich klientów. Sielanka nie trwa długo, bo któregoś dnia, podczas eleganckiej kolacji, wybucha między nimi awantura, która kończy się zerwaniem i ucieczką Kim do rodzinnego miasta. Tam zaś wcale nie jest lepiej, ponieważ matka dziewczyny, próbując wyjść z długów odziedziczonych po mężu, przemieniła jej ukochane miejsce na Ziemi w pensjonat.

Bobby jest obiecującym bejsbolistą, aspirującym do tego, by trafić do pierwszej ligi i drużyny Jankesów. Niestety, droga do sportowej kariery jest kręta i wyboista - z dnia na dzień mężczyzna przygarnia swojego syna, z którym do tej pory nie miał kontaktu na życzenie matki. Bobby nigdy nie wykręcał się od alimentów i chciał brać czynny udział w wychowywaniu syna, jednak jego dawna ukochana nie podzielała jego entuzjazmu i wręcz zabroniła mu wizyt u AJ-a. Zdanie zmieniła dopiero wtedy, gdy rząd Stanów Zjednoczonych podjął decyzję o deportowaniu kobiety do Meksyku, z racji jej meksykańskich korzeni.

Los sprawia, że ta dwójka spotyka się w pensjonacie Fairfield House. Początkowa niechęć Kim do kolejnego sportowca w jej życiu szybko zmienia się w coś więcej, a wszystko to zasługa AJ-a, który - choć mrukliwy i w sumie bezbarwny, nawet jak na dziecko - podbija serce kobiety. Bobby również bardzo szybko pokochał syna, a dla Kimberly najzwyczajniej w świecie stracił głowę.

Jednak jak na obyczajówkę przystało, lepsze chwile muszą być zastąpione gorszymi. I tak też jest w przypadku "Spotkania nad jeziorem". Problemy piętrzą się przed zakochanymi i nie widać końca sprawy matki AJ-a. Wszystko to Susan Wiggs przedstawia w bardzo realistyczny sposób, a jej lekki i przyjemny styl pisania dodatkowo uprzyjemnia lekturę. Choć temat deportacji i surowych przepisów w USA jest ciężko, to jednak warto przez niego przebrnąć, chociażby po to, by lepiej poznać zasady, jakimi rządzi się Ameryka.

"Spotkanie nad jeziorem" w całej rozciągłości jawi mi się przed oczami jako ciepła książka, nie tylko o miłości, ale i o pokonywaniu trudności. Kim i Bobby to bohaterowie, których perypetie śledzi się z prawdziwą przyjemnością. Zgodzę się z opinią, że są przerysowani, zaś fabuła - do przewidzenia, niemniej jednak przy romansach nie o to chodzi, by w napięciu i nerwach wyczekiwań kolejnych stron. Takie książki służą przede wszystkim relaksowi i ten warunek najnowsza powieść autorstwa Wiggs spełnia w stu procentach. Polecam - jest to świetna, dobrze napisana i lekka lektura na wieczór!

Ocena:


Za przyjemne spotkanie nad jeziorem z Kim i Bobby'm dziękuję Wydawnictwu Harlequin/Mira!


23 maja 2013

Nowa Fantastyka 368 (5/2013)



Majowy numer "Nowej Fantastyki" pokrył się z premierą "Iron Mana 3", na który czekałam z wypiekami na twarzy od chwili obejrzenia "The Avengers". Już sama okładka z Robertem Downeyem Juniorem jest dla mnie powodem olbrzymiej radości, zaś artykuł autorstwa Wojciecha Chmielarza - "Przemiany geniusza w żelaznej masce" - to prawdziwa wisienka na torcie dla fanów Tony'ego Starka. Każdy tekst na jego temat cieszy moje oczy, a ten nie dość, że jest interesujący, to na dodatek nie hołubi filmowi, lecz okazuje się być wnikliwą analizą Żelaznego.

Moje bezgraniczne uwielbienie do Marvela w pewien sposób łączy się z artykułem "Zemsta frajerów" Adama Rottera, który traktuje o... nerdach. Przyznaję się bez bicia, że i ja nim jestem. Kocham komiksy Marvela i wszelkie ich adaptacje, potrafię odróżnić Autoboty od Deceptikonów, uwielbiam grać w WoW-a, WaR-a, CoD-y i Assassin's Creed-y, marzę o replice 1:1 Żelaznego Tronu z "Gry o Tron" i namiętnie czytuję "Naruto", potrafiąc wymienić większość używanych w nim technik ninja. Po wielu latach wypchnięcia poza margines bycie geekiem w końcu przestaje być obciachem, co mnie bardzo cieszy. Świetny tekst, polecam!

Fani twórcy "Gwiezdnego pyłu" znajdą coś dla siebie w tekście Jerzego Rzymowskiego pt.: "Ukryta bohaterka Neila Gaimana", zaś miłośnicy "Planetscape: Torment" powinni sięgnąć po artykuł "Tryumf udręki" Aleksandra Daukszewicza. Pełne trzy strony poświęcił Błażej Kubacki grom planszowym i w tekście "Fantastyczne światy na kartach i planszy" zaprezentował kilka najciekawszych gier, w tym słynną "Wojnę o Pierścień".

Prozę polską reprezentują w tym numerze rewelacyjny Paweł Majka z opowiadaniem "Grewolucja"  (tekst bardzo adekwatny do dzisiejszych czasów) oraz Bartosz Działoszyński ze swoimi "Zakładzinami", które były równie ciekawe, choć moim zdaniem minimalnie słabsze od "Grewolucji".

A wśród zagranicznych autorów same perełki! Najbardziej polecam "Appoggiaturę" Jeffa VanderMeera, z drugiej strony zaś "Przyziemienie" Atheny Andreadis. Trudno mi wybrać ten najlepszy tekst, dlatego polecam wszystkie, z "Wygnaniem jednym kliknięciem" Jeremiaha Tolberta włącznie.

W majowej odsłonie "Nowej Fantastyki" znajdziecie też masę ciekawych recenzji książkowych z - o dziwo - wysokimi notami dla recenzowanych pozycji (może warto po nie sięgnąć?), a także kilka recenzji filmowych (tutaj moja recenzja "Intruza" różni się od opublikowanej w czasopiśmie, ale winę ponoszę ja, bo nie czytałam książki). Wszystkie teksty są przystępne i z numeru na numer podobają mi się coraz bardziej.

Na spokojnie polecam Wam lekturę tego numeru. W mojej biblioteczce będzie on miał swoje szczególne miejsce - z uwagi na Tony'ego. Ale o tym wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. Szkoda, że to kolejny raz bez Ćwieka - czyżby powoli nudziło mu się pisanie dla "NF"? Oby nie.

Za fantastyczny egzemplarz z moim ulubieńcem dziękuję "Redakcji Nowej Fantastyki"!

 

21 maja 2013

"Geneza" Jessica Khoury





Tytuł: Geneza
Autor: Jessica Khoury
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 512




"Geneza" Jessici Khoury to dla niej debiut literacki, który szturmem podbił serca tysięcy czytelników. W Polsce premiera książki odbiła się szerokim echem w blogosferze, dzięki czemu Wilga osiągnęła sukces, jakiego się zapewne nie spodziewano. Dla mnie najważniejsze w debiucie autorki jest to, że zmieściła go w jednej powieści. Co prawda przekraczającej magiczny próg pięciuset stron, ale mimo wszystko tej jednej jedynej. Obszerność nie jest zresztą wadą "Genezy", która zaskoczyła mnie przystępnym językiem i fabułą.

Motywem przewodnim powieści zdaje się być doskonałość. Jej ucieleśnieniem jest nastoletnia Pia, która jest pierwszym człowiekiem obdarzonym nieśmiertelnością, istotą idealną zarówno pod względem fizycznym (nie można jej zranić), jak i psychicznym (jest ponadprzeciętnie inteligentna). Dziewczynie od urodzenia wpajano, że jest ideałem i w jej rękach leży przyszłość ludzkości. I faktycznie Pia żyje w przekonaniu, że to od niej wszystko zależy, przez co na jej codzienność składają się codzienne ćwiczenia i nauka. W trakcie lektury nie da się nie zauważyć jej buty i egocentrycznej postawy, której zresztą uczyła się od dziecka. Wychowanie wychowaniem, niemniej jednak ja na miejscu autorki stworzyłabym pokorniejszą bohaterkę. Tymczasem Pia tkwi zamknięta na terenie tajnego ośrodka w amazońskiej dżungli i nie widzi niczego poza czubkiem swojego idealnego nosa. Nie dość, że wydaje jej się to normalne, to na dodatek naukowcy, którzy ją stworzyli, ograniczają wiedzę swojej pupilki do żałosnego minimum. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to główna bohaterka nie ma pojęcia o świecie zewnętrznym, a nazwy geograficzne dla niej nie istnieją lub objęte są ścisłą tajemnicą. I tutaj obnaża się ograniczony umysł Pii: pomimo ponadprzeciętnej inteligencji, nie jest ona w stanie zbuntować się przeciwko zamknięciu i izolacji, do której jest zmuszana.

Wszystko się zmienia, gdy jakiś impuls każe dziewczynie skorzystać z okazji i przemknąć przez uszkodzone ogrodzenie do lasu. W nim poznaje chłopca imieniem Eio i zaczyna dostrzegać, że poza szarym, bezpiecznym laboratorium istnieje jeszcze inny świat, bardziej niebezpieczny, ale za to ekscytujący i pełen barw. Dzięki temu epizodowi w Pii powoli rodzi się bunt - i wewnętrza zgoda na to jest jedną z najlepszych decyzji, jakie podjęła w swoim krótkim życiu. Tak jak wcześniej myślałam, że nie ma dla niej ratunku i nie ma opcji, bym ją polubiła, tak po każdej jej kolejnej ucieczce nabierałam do niej większego szacunku.

Jak na debiut, "Geneza" prezentuje całkiem przyzwoity poziom językowy. W tekście przewija się wiele naukowych zwrotów, ale nie były one dla mnie ani trochę przytłaczające. Przeciwnie, jeszcze bardziej wzmagały one moją ciekawość! Fabuła również przeszła wszelkie moje oczekiwania. Okazała się nader intrygująca i składała się w logiczną całość, choć autorce kilka razy zdarzyło się palnąć gafę, jeśli chodzi o wplatane weń wątki. Mowa tu przede wszystkim o znajomości Pii i Eio, która, eufemistycznie rzecz ujmując, była po prostu drętwa i w sumie nie była mi potrzebna do szczęścia. Dużo bardziej od niemrawych zalotów dwójki co najmniej dziwnych nastolatków (nieśmiertelna dziewczyna i dziki chłopak z lasu!) interesowała mnie walka Pii z niesprawiedliwością systemu, na który do tej pory dawała zgodę. A co najciekawsze, w przypadku naukowców i ich rzekomej pracy w imię dobra, wyszło szydło z worka i okazało się, że wcale nie są oni tak szlachetni, za jakich się podają, a ich uczynki nie mają służyć powszechnemu dobru.

Debiutancka powieść Jessici Khoury ma swoje wady i zalety, które - na szczęście - równoważą się i tworzą zgrabną, interesującą całość. Nie ukrywam, że książka przypadła mi do gustu - pochłonęłam ją w jeden wieczór i bardzo żałowałam, że nie dawkowałam sobie fabuły przez kilka dni. Ogromnie mnie cieszy, że "Geneza" zamyka się w jednym tomie, bo w obecnych czasach wszyscy podpisują umowy na trylogii, niejednokrotnie zabijając ciekawe pomysły i wątki. Mam nadzieję, że autorka się nie rozmyśli w kwestii tej powieści i jak już, to napisze coś nowego. Bo ja z pewnością sięgną po kolejne jej dzieła. A do "Genezy" jeszcze powrócę, pamiętając o tym, jak mocno wciągnęłam się w jej fabułę i śledziłam rozwój wydarzeń.

Ocena:




Za możliwość śledzenia życia Pii dziękuję Wydawnictwu Wilga!


19 maja 2013

Stos 5/2013


Przy ogromnym stosie z zeszłego miesiąca ten wydaje się malutki, choć zawiera wiele ciekawych pozycji, z posiadania których niezmiernie się cieszę. Oprócz jednej książki własnej, pozostałe są przeznaczone do recenzji. Ale nie byłabym sobą, gdybym poprzestała tylko na nich, dlatego w poście traktującym o Warszawskich Targach Książki zobaczycie kolejne moje zdobycze. Mam nadzieję, że będą Wam się podobały!

Na zdjęciach brakuje "Silver" Asii Greenhorn i "Przeznaczenia" Colleen Houck, więc pojawią się za miesiąc.


1. Nakręcana dziewczyna, Paolo Bacigalupi (MAG)
2. Wieczorem przyjdź na zócalo, Michał Głombiowski (Literackie)
3. Podróż po miłość. Emilia, Dorota Ponińska (Nasza Księgarnia)
4. Przędza, Gennifer Albin (Literackie)
5. Reckless. Nieustraszony, Cornelia Funke (Egmont)
6. Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi, Rafał Kosik (Powergraph)
7. Lady Australia, Marek Tomalik (Bezdroża)
8. Intruz, Stephenie Meyer (Dolnośląskie)
9. Papierowe miasta, John Green (Bukowy Las)
10. Mechaniczny anioł, Cassandra Clare (MAG) 

A na koniec nieodłączny element każdego miesiąca, czyli... nowa Nowa Fantastyka!
    

 Co czytaliście, a co byście chcieli przeczytać?
Po co doradzacie mi sięgnąć, a czego kazalibyście mi nie ruszać? 

17 maja 2013

"Angelfall" - Susan Ee




Tytuł: Angelfall
Seria: Opowieść Penryn o końcu świata
Tom: #1
Autor: Susan Ee
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 316



Pamiętam wrzawę, jaka wybuchła po ogłoszeniu przez Filię informacji, że za ich sprawą pojawi się w Polsce książka "Angelfall". Wszyscy byli totalnie zaskoczeni tym, że w debiucie literackim prawniczki Susan Ee występować będą anioły tak odmienne od tych, które znali do tej pory. Ja gdzieś w głębi serca po cichu podśmiewywałam się z tych reakcji, bo w czasach sprzed "Angelfall" ludzie byli święcie przekonani, że tacy są wszyscy aniołowie - współczujący, pomocni i pełni pokory. Tymczasem każdy, kto czytał Apokalipsę Świętego Jana ze zrozumieniem, powinien wiedzieć, że tak naprawdę aniołowie są też mściwymi bestiami, gotowymi na to, by w każdej chwili zabić człowieka na rozkaz Ojca lub wyżej usytuowanych braci (czyt. Archaniołów). Jakby nie patrzeć, nie bez kozery Michała nazywano Generałem Wojsk Niebieskich, a podwładnych Mu aniołów - Żołnierzami. Ludziom po prostu ciężko było pojąć, że wyidealizowany przez ostatnie lata wizerunek tych istot to w dużej mierze bujda na resorach. Dlatego też ucieszyła mnie premiera powieści Susan Ee. Dzięki niej część osób zrozumie, że prawda nie zawsze jest tak piękna, jak ją malują.

Ludzie osadzeni w realiach "Angelfall" wychodzili z założenia, że ze strony ich Aniołów Stróżów nic im nie grozi. Kłopot w tym, że oni wcale nie przybyli na Ziemię, by stróżować. Ich misją było wybicie ludzi co do nogi i opanowanie planety, mówiąc krótko: istny Armageddon. Bardzo szybko pokonują opór i obejmują władzę, a niedobitki ludzkości kryją się w ruinach. Na ulicach grasują gangi, brakuje jedzenia i podstawowych artykułów. Całkowita zagłada wydaje się być tylko kwestią czasu. Anioły są potężne i nic nie może się z nimi równać. Tam, gdzie znajdują się najeźdźcy, muszą jednak być i rebelianci, którym nie podoba się nowy świat opanowany przez istoty nie z tego świata. Nie wszyscy ludzie są bierni. Taką buntowniczką jest Penryn, która wraz z obłąkaną matką i niepełnosprawną siostrą Paige nie poddaje się tyranii wroga. Dziewczyna żyje w ciężkich czasach, ale wytrwale walczy o każdy kolejny dzień. Choć motywy jej postępowania są godne podziwu, to jednak ona sama, jako bohaterka, wypada strasznie blado. Jest nienaturalna i tworzy dystans między sobą a czytelnikiem - jestem ogromnie zawiedziona tak wykreowaną główną postacią.

Życie Penryn przewraca się do góry nogami w momencie, gdy aniołowie porywają jej siostrę, a ona rozdziela się z matką i spotyka na swej drodze anioła pozbawionego skrzydeł.  Już sam splot tych wydarzeń wydaje się absurdalny - za dużo zbiegów okoliczności jak na jedną osobę. Pomijając jednak okoliczności, w jakich spotkali się Penryn i Raffe, trzeba przyznać, że "Angelfall" jest przyjemnie napisaną powieścią z wątkiem postapokaliptycznym. Czyta się ją dość szybko, choć akcja nie powala tempem i człapie równomiernie od początku do końca. I w sumie, patrząc na fabułę z dystansu, skłamałabym, mówiąc o mnogości wydarzeń. Tak naprawdę niewiele się dzieje, a przygody Penryn i Raffego sprowadzają się do nudnawej podróży do siedliska aniołów, urozmaiconej od czasu do czasu jakąś potyczką lub spotkaniem. I choć na początku byłam pewna, że nie może być gorszej postaci od Penryn, okazało się, że owszem - może, a jest nią Raffe. Kochani, ten anioł jest tak bezpłciowy i pozbawiony ikry, że aż żal tyłek ściska!

Ale nie zrozumcie mnie źle - "Angelfall" to naprawdę ciekawa powieść! Wizja końca świata, za który odpowiedzialne są istoty pierwotnie mające nas chronić, to niezwykle fascynująca kreacja. Rozbieżność z tym, o czym czytamy zazwyczaj, widoczna jest w fabule na każdym kroku. W tej książce nie ma miejsca na szczęście i happy endy, ponieważ liczy się wyłącznie przetrwanie gatunku. To brutalna walka, w której przeciwnik ma przewagę, a świat, zamiast pomóc, dodatkowo rzuca wszystkim kłody pod nogi. Rzadko kiedy spotykam na swej drodze tak ponure i smutne historie, kompletnie wyzbyte ze wszystkiego, co dobre. Wyprute z pozytywnych emocji. Człowiek, gdy czyta tę powieść, odczuwa dziwną melancholię, a mimo to lektura go wciąga. Tak było ze mną i myślę, że byłoby i z Wami, o ile zdecydowalibyście się wreszcie na lekturę tej niezwykle przejmującej książki.

Myślę, że dobrze będzie, jeśli sprawdzicie na własnej skórze, czy książka Wam odpowiada. Ja w "Angelfall" znalazłam masę nieścisłości i wad, ale mimo wszystko przeczytałam tę historię z dużym zainteresowaniem, ba, nawet swego rodzaju zafascynowaniem. Najprościej mówiąc, uważam, że Susan Ee mogła ją dużo lepiej napisać i bardziej się postarać w kwestii bohaterów. Również tempo i rozwój akcji wołają, o ironio, o pomstę do Nieba, ale mam cichą nadzieję, że w kolejnych tomach ulegnie to poprawie. Pod koniec było już trochę lepiej, bo zarówno finał losów Paige jest dość zaskakujący, jak i prawda o pochodzeniu i przeszłości Raffego, co może sugerować, że autorka może w końcu rozwinie skrzydła. Oby ich szybko nie straciła...

Ocena:




Za możliwość oglądania anielskiej apokalipsy dziękuję Wydawnictwu Filia!

15 maja 2013

"Irlandia" - Christopher Somerville




Tytuł: Irlandia
Seria: Wakacje na walizkach
Autor: Christopher Somerville
Wydawnictwo: G+J Polska
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 401




Do tej pory większości z nas Irlandia kojarzyła się przede wszystkim z mieszkającą tam i pracującą Polonią oraz faktem, że Polska miała po wejściu do UE zostać drugą Irlandią, co, rzecz jasna, nie doszło do skutku. Chciałabym jednak za pośrednictwem tej recenzji pokazać, że ten kraj to coś więcej niż tylko smutna konieczność dla Polaków szukających pracy. Tak naprawdę Irlandia to kraj wyluzowanych ludzi sączących guinessa w klimatycznych pubach, bogactwo kultury Celtów oraz prawdziwa Zielona Wyspa.

Autorem kolejnego przewodnika z serii "Wakacje na walizkach", który trafił w moje ręce, jest podróżnik Christopher Somerville specjalizujący się w pisaniu o Wielkiej Brytanii. Ma za sobą ponad dwadzieścia publikacji, w tym opisywaną przeze mnie "Irlandię". G+J Polska do spółki z National Geographic po raz kolejny zachwycają mnogością informacji, jakością druku oraz bogactwem ilustracji wewnątrz przewodnika. Jest on nie tylko przejrzysty i czytelny, ale przede wszystkim ciekawy - zawiera obszerne opisy miejsc i zabytków, których widok już podczas pierwszych oględzin zaparł mi dech w piersiach.

Moje pierwsze skojarzenia z tym krajem to: połacie zieleni i pasące się na nich owce, guinnes z pubu w dzielnicy Temple Bar, Oscar Wilde, żywiołowy taniec irlandzki oraz Celtowie. Ci ostatni mieli ogromny wpływ na rozwój państwa i głupcami okazaliby się ci z miejscowych, którzy by tego nie doceniali. Irlandia to bogaty kulturowo kraj i przyznać trzeba, że spowodował to napływ imigrantów, dzięki któremu zróżnicowanie etniczne na Zielonej Wyspie nie ma sobie równych. Grzechem byłoby nie odwiedzić Dublina i okolic północnoirlandzkiej wsi, w której zakochałam się za sprawą bezgranicznych pól i wszechobecnej natury.

Z przewodnika wynieść można wiele istotnych informacji. Znajdziemy w nim ciekawostki dotyczące historii, kultury, sztuki, miejscowej fauny i flory, o najpopularniejszych świętach, takich jak chociażby Dzień Św. Patryka, nie wspominając. Wszystko podane jest w pigułce, aby zanadto czytelnika nie obciążyć tekstem (dla mnie jest to jeden z atutów tej pozycji), a całość urozmaicają fotografie, które wołają do mnie: "Jedź!".

Pojadę i z pewnością publikacja Somerville'a będzie mi towarzyszyć w tej podróży. Dzięki niej w szybki sposób poznam najciekawsze miejsca w odwiedzanych okolicach i dowiem się, gdzie w ogóle warto jechać, a na co nie tracić cennego czasu. Na pewno ruszę śladami sławnych pisarzy i odwiedzę puby, w których oni tworzyli swoje dzieła. Jeśli szczęście mi dopisze, to zobaczę na własne oczy występ jakiejś tanecznej grupy i zatracę się w radosnej, skocznej muzyce, do której z taką werwą skaczą. A wieczorem, gdy ulice Temple Bar zapełnią się po brzegi gadatliwymi i sympatycznymi Irlandczykami, przysiądę w jakimś barze i zamówię sobie guinnesa, by w trakcie delektowania się jego głębokim smakiem, chłonąć uroki miasta.

Dzięki rozlicznym mapom, poradom, numerom telefonów i cennikom bez wątpienia uczynię moją wizytę w Irlandii udaną. Przewodnik Somerville'a jest według mnie idealny do podróży: nie jest on ani zanadto przepchany treścią, ani też zbyt ubogi w informacje. Do tego zawiera multum pięknych fotografii, których w wielu przewodnikach nie uświadczy się w ilości większej niż dwadzieścia stron na czterysta możliwych. Informacje są starannie wyselekcjonowane i posegregowane - w przewodniku panuje więc ład i porządek.

Wbrew pozorom wizyta na Zielonej Wyspie nie musi ograniczać się jedynie do wycieczki po Dublinie czy Belfaście. Nie bez kozery jest tak nazywana. Warto wygospodarować dzień lub dwa, by w spokoju popodziwiać podmiejskie, a nawet wiejskie krajobrazy i poprzyglądać się codziennemu życiu Irlandczyków. Bujna roślinność i spokojna okolica kojąco wpłyną na nasze skołatane nerwy, a wieczór spędzony na przyjaznej pogawędce dodatkowo umili nam czas. Tak jak kiedyś wydawało mi się, że lepiej odwiedzić Wielką Brytanię niż Irlandię, tak teraz mam już pewność, że trzeba będzie zawitać i tu, i tu. Na pewno nie odpuszczę sobie Dnia Św. Patryka i towarzyszących temu świętu imprez!

Przewodnik po Irlandii autorstwa Christophera Somerville'a to perełka wśród podobnych publikacji o tym kraju. Jeśli tylko wybieracie się tam do pracy lub na urlop, koniecznie weźcie pod uwagę ten tytuł. Na czterystu stronach znajdziecie bowiem wszystko, co musicie wiedzieć o Zielonej Wyspie, zaś atrakcyjna cena za tak bogaty w ilustracje i informacje przewodnik chyba mówi sama za siebie? Polecam!

Ocena:




Za pouczającą podróż po Zielonej Wyspie dziękuję Wydawnictwu G+J Polska!


13 maja 2013

"Drużyna. Pościg" - John Flanagan




 
Tytuł: Pościg
Seria: Drużyna
Tom: #3
Autor: John Flanagan
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 408



Przeczytałam zaledwie kilka stron pierwszego rozdziału "Pościgu" i dotarło do mnie, jak bardzo tęskniłam za prozą Johna Flanagana oraz lekką, przyjemną w odbiorze i służącą wyłącznie rozrywce przygodówką, jaką jest trzeci tom serii "Drużyna". Brakowało mi tej czystej euforii czytania i stylu autora, który raz za razem sprawia, że coraz bardziej go lubię, dlatego z przyjemnością zagłębiłam się w lektur przygód młodych Skandian. "Pościg" wieńczy morską przygodę Czapli dowodzonych przez Hala - jak skończy się ich historia i czy w ogóle warto się z nią zapoznawać? Zapraszam do lektury mojej recenzji.

Jak sam tytuł wskazuje, pościg za "Krukiem" trwa. Hal i drużyna Czapli wytrwale ścigają szajkę Zavaca i w tym celu decydują się wpłynąć na wody śródlądowe - co kłóci się z ich naturą oraz miłością do morza. Widać, że chłopcom ogromnie zależy na odzyskaniu Andomala i zwróceniu go oberjarlowi Erakowi i całej społeczności Hallasholm. Choć Czaple dopiero co pokonały piratów w Limmat, pościg trwa dalej. Tym razem dzielnym Skandianom towarzyszy Lydia - zdolna limmatańska dziewczyna posługująca się atlatlem, a także pojmany w walce poplecznik Zavaca, który prowadzi załogę przez wody rzeki Dan wprost ku Raguzie. To tam, według zeznań pirata, mają odnaleźć "Kruka" i bezcenny klejnot Skandian.

Podróż nie jest łatwa. Ingvar, który odniósł poważne rany w bitwie o Limmat, wciąż nie odzyskał sił, a na dodatek monotonna służba na statku niezbyt sprzyja drużynie, która zaczyna popadać w rutynę. Przeszkody, jedna po drugiej, piętrzą się przed nimi i utrudniają dokończenie misji, a Zavac, za sprawą prób przekupstwa, gróźb i potajemnych konszachtów, bynajmniej nie ułatwia Czaplom życia. Zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem, a Hal do spółki z Thornem muszą wykorzystać cały swój spryt, by pokonać piratów.

John Flanagan jak zwykle zachwyca mnie humorem obecnym w dialogach między postaciami. Tego nigdy nie brakowało w jego powieściach i z radością przekonałam się o tym również przy okazji czytania "Pościgu". Jeśli zaś mowa o bohaterach, to dorastają oni na naszych oczach. Zdążyłam się już z nimi zżyć i obserwowanie ich zmagań ze zbliżającą się pomału dorosłością było naprawdę fascynujące, zwłaszcza że miało to miejsce w dramatycznych okolicznościach, które doszlifowały charaktery chłopców. Szczególnie podziwiam Hala, którego postać cudownie rozwinęła się przez wszystkie trzy części. Autorytet lidera Czapli był w nich wręcz namacalny i miło było przyglądać się kolejnym jego sukcesom. Prowadzona przez niego drużyna zaskarbiła sobie moją sympatię i po raz drugi byłam lekko zniechęcona tym, że na pierwszy plan wysuwali się Hal, Stig i Thorn, podczas gdy Stefan, Ulf i Wulf zostali zepchnięci gdzieś na dalszy plan.

Ta część wyjątkowo obfituje w wydarzenia. Dużo się dzieje i naprawdę jest o czym czytać. Akcja toczy się w przyzwoitym tempie, a sytuacje, w których uczestniczą Czaple, są interesujące i całkiem dobrze opisane. Odskocznią od dotychczasowych części jest podróż przez rzekę i mylą się ci, którzy z góry uznali, że taki rozwój wydarzeń  jest nudny. Wręcz przeciwnie - wydaje mi się, że Flanagan przedstawił podróż przez rzekę w dużo ciekawszy sposób niż można się było po tym spodziewać. Całość jest wciągająca i dopracowana pod względem szczegółów i jak na powieść dla młodzieży spisuje się znakomicie. Nawet ja, osoba, która już od dawna nie zalicza się do tej grupy społecznej, byłam zachwycona "Pościgiem" i tematyką, jaką porusza.

Wiele z tej książki dowiemy się o przyjaźni silniejszej niż strach, a także o poświęceniu sprawie i zdrowej determinacji. Książka ma zdecydowanie pozytywny wydźwięk i nadaje się na lekturę dla wszystkich spragnionych przygód czytelników, którzy tęsknią za młodością. Niesłuchanie trudno byłoby mi "Pościgu" nie polubić i nie polecić fanom "Zwiadowców". Miło jest spojrzeć na ten sam świat oczami innych bohaterów.

Zakończenie książki definitywnie wskazuje na koniec pierwszej przygody Czapli, niemniej jednak i tak wiadomo, że będą kolejne części opowiadające o ich życiu. Mocno trzymam kciuki za rozwój wątku miłosnego oraz kolejną fascynującą przygodę. Jestem pewna, że pod tym względem autor mnie nie zawiedzie, bo głowę ma pełną pomysłów, co udowodnił "Zwiadowcami", którzy wciąż cieszą się niesłabnącą popularnością. Jeśli do tej pory nie byliście stuprocentowo pewni, czy warto sięgnąć po "Pościg", to chciałabym Wam powiedzieć, że nie musicie się wahać. To naprawdę bardzo fajna powieść na miarę pierwszej serii autora i jeśli tylko polubiliście Willa i Halta, to ta seria również jest dla Was. Polecam Wam ją serdecznie.

Ocena:



Za kolejną podróż z Czaplami dziękuję Wydawnictwu Jaguar!


DRUŻYNA:
Wyrzutki | Najeźdźcy | Pościg
   

11 maja 2013

"Odmieniec" - Philippa Gregory [premiera]




Tytuł: Odmieniec
Seria: Zakon Ciemności
Tom: #1
Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 288



Philippa Gregory znana jest przede wszystkim ze swojej ogromnej wiedzy historycznej, którą od lat przelewa na karty powieści historycznych z wątkiem romantycznym w tle. Jej książki z powodzeniem podbijają serca kobiet na całym świecie. Ja sama przeczytałam kilka pozycji jej autorstwa i choć nie przepadam za historią, to mogę Was zapewnić, że Gregory potrafi tak ją ubrać w słowa, że moja niechęć przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Widziałam też, rzecz jasna, film "Kochanice króla" na podstawie książki o tym samym tytule z Natalie Portman w zjawiskowej roli Anny Boleyn. I był naprawdę dobry - za jego sprawą zainteresowałam się Anną Boleyn i okresem tudorowskim w ogóle. I właśnie ze względu na te wszystkie historyczne klimaty zdziwiłam się, gdy dostałam informację, że w Polsce za sprawą Egmontu pojawi się książka młodzieżowa autorstwa Philippy Gregory - "Odmieniec". Jak się okazało - napisała ją dla czystej przyjemności.

Wnętrze "Odmieńca" kryje tajemniczą historię Luci Vero, który cudem uniknął śmierci z rąk Inkwizytorów oskarżających go o herezję z racji tego, że interesował się światem i nauką. Młody, niedoszły duchowny po trosze z przymusu, po trosze dobrowolnie, stał się jednym z nich, po czym wraz ze służącym Freize i skrybą Piotrem wyruszył wypełniać rozkazy Ojca Świętego. W odległym opactwie Lucretili ma rozwikłać zagadkę lunatykujących zakonnic oraz czarnoksięstwa tamtejszej ksieni. Luca musi stawić czoła szaleństwu i odkryć, co się kryje za mrocznymi murami żeńskiego klasztoru w opactwie Lucretili.

Równolegle mamy okazję obserwować historię Izoldy oraz jej przyjaciółki Iszrak. Początkowo dziewczynę czekała przyszłość w postaci odziedziczonych po śmierci ojca okolicznych ziem, którymi miała zarządzać. Jak często bywa w takich sytuacjach, prawda okazuje się mniej różowa niż się spodziewała. Izolda staje przed wyborem: albo poślubi obleśnego księcia Roberta, albo zostanie oddelegowana do klasztoru i mianowana jego ksienią. Wybiera tę drugą opcję, choć wcale nie jest tym zachwycona i w sumie nie ma się czemu dziwić, bo kto, mając do wyboru zarządzanie majątkiem ojca, zdecyduje się na habit?

Luca spotyka Izoldę w niezbyt miłych dla niej okolicznościach. Dowody świadczą przeciwko niej, zwłaszcza że szaleństwo wśród zakonnic pojawiło się wraz z jej przybyciem. Zabobonne i bogobojne mieszkanki klasztoru szybko łączą fakty i winią ksienię o czarnoksięstwo wynikające z jej braku powołania. Mimo to Luca i Izolda działają razem, szukając winnego. Co tak naprawdę dzieje się za murami opactwa? Jaka przyszłość czeka Izoldę? Jakie stworzenie stanie na ich drodze? Przekonajcie się sami i sięgnijcie po tę niesamowitą powieść.

Ze względu na moją znajomość twórczości Philippy Gregory bardzo szybko wychwyciłam zadziwiające podobieństwo "Odmieńca" do jej "dorosłych" książek. Przede wszystkim widać w nim niezwykłą dbałość o detale. Autorka cudownie kreuje średniowieczny świat i nie trzeba być miłośnikiem jej prozy, by zobaczyć, że faktycznie zna się na tym, o czym pisze. Jej pasja do historii uwidacznia się już na samym wstępie, gdy bez żadnych wpadek przedstawia nam średniowieczny wizerunek Świętej Inkwizycji. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że Gregory, przygotowując się do napisania pierwszej części serii "Zakon Ciemności", poświęciła mnóstwo czasu na research. Dzięki temu książka jest świetna, a realizm jest jej nierozerwalnym elementem.

Niezaprzeczalnie największym atutem powieści jest fakt, że pomimo fantastycznej, mistycznej i tajemniczej otoczki wokół fabuły, wszystko okazuje się być czymś innym niż się z początku spodziewamy. Odzwierciedla to w sposób wręcz wybitny zabobonność ludzi żyjących w wiekach ciemnych. Gregory jedynie wykorzystała ten element ludzkiej mentalności i na jego podstawie stworzyła powieść, która wciąga czytelnika w tajemnicę, by pod koniec brutalnie sprowadzić go na ziemię. Jest to niesamowity zabieg i ze względu na niego gotowa jestem uznać "Odmieńca" za świetny przykład literatury młodzieżowej.

Wydaje mi się, że dla autorki najważniejsza była fabuła i kręcąca się wokół niej intryga. Widać bowiem gołym okiem niedopracowanie bohaterów. Nie dość, że jest ich naprawdę niewielu, to na dodatek główne postacie - Luca i Izolda - pozostawiają wiele do życzenia pod względem kreacji. Luca sprawia wrażenie nieociosanego klocka, któremu twórca zapomniał nadać odpowiedniego kształtu, przez co nie do końca wiadomo, co ma sobą reprezentować. Jest też dość sztywny i nieprzyjemny w obyciu, a jedyną cechą, która się u niego wybija, jest chłodny, kalkulujący umysł, który z pewnością nie przysparza mu uroku. Izolda z kolei jest bohaterką zupełnie bez wyrazu. Stanowi nudną, przewidywalną oś fabuły i równie dobrze mogłaby w książce nie występować, gdyż jej obecność w fabule nie robi wielkiej różnicy.

Po cichu liczę na to, że w kolejnych tomach główni bohaterowie się rozwiną, bo na chwilę obecną stanowią główny minus serii. Tak samo oczekuję rozwinięcia wątku Zakonu Ciemności, który w "Odmieńcu" został ledwie liźnięty, jeśli nie powiedzieć - całkowicie pominięty. Pierwszy tom można byłoby z powodzeniem podzielić na dwie odrębne historie, przy czym pierwsza - odnośnie zakonu - była intrygująca i ciekawa, zaś druga - o wilkołaku - przewidywalna aż do bólu, bo zanim wątek na dobre się rozwinął, ja już wiedziałam, co się kryje za kurtyną. Mimo to miło wspominam lekturę, a zwłaszcza jej językowy aspekt, który u Gregory jest na najwyższym poziomie. W końcu czego można się spodziewać po pani profesor? W tym momencie należy więc pochwalić pracę tłumacza, który znakomicie oddał w polskim przekładzie kunszt literacki autorki. Tak samo na pochwałę zasługują graficy, którzy stworzyli klimatyczną okładkę do książki, znakomicie wpasowującą się zarówno w styl innych książek Gregory, jak i w młodzieżowy charakter "Odmieńca".

Podsumujmy. Jak na debiut w tym gatunku Philippa Gregory spisała się na medal. Stworzyła powieść dla młodzieży, korzystając z dotychczasowych metod, jakie wypracowała sobie przez lata swojej kariery pisarskiej, ale nie zatraciła jednocześnie powiewu świeżości, który wynika z faktu, że to jej pierwsza powieść młodzieżowa. "Odmieniec" ma swoje wady i zalety, jednak stanowi świetną lekturę na kilka wieczornych godzin - nie jest zbyt obszerny, więc nie przytłacza nas natłokiem informacji. Napisany jest wzorowo, a obecny w książce wątek zabobonów biorących górę nad rozsądkiem jest bezcenny.

Gorąco polecam Wam sięgnięcie po najnowszą powieść Philippy Gregory.

Ocena:




Za wizytę w średniowiecznych Włoszech dziękuję Wydawnictwu Literacki EGMONT!


8 maja 2013

"Klątwa tygrysa. Przeznaczenie" - Colleen Houck [premiera]




Tytuł: Przeznaczenie
Seria: Klątwa tygrysa
Tom: #4
Autor: Colleen Houck
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 392



Dwaj bracia zaklęci w tygrysy i zwyczajna nastolatka z Oregonu to przepis na międzynarodowy bestseller, za którym szaleją tłumy czytelników na całym świecie. Colleen Houck, autorka, która stoi za tym tygrysim fenomenem, wiedziała, co robi, wrzucając Kelsey Heyes w baśniowy świat indyjskich książąt, Rena i Kishana. Każda szanująca się nastolatka dałaby się pokroić w zamian za podobną przygodę, więc można powiedzieć, że Houck szczęśliwie natrafiła na żyłę złota, bowiem pomysł się przyjął, Rena i Kishana pokochały nastolatki, a ja, choć stara i poważna, szaleję za Tygrysami równie mocno, co one.

To już czwarty tom fenomenalnej tygrysiej sagi, zatytułowany - jakże wymownie - "Przeznaczenie". Jak sama nazwa wskazuje, dochodzimy do takiego momentu historii, w którym dopełnić się ma los zaklętych w wielkie koty książąt oraz niepozornej, ale za to bardzo odważnej, Kelsey. Już sama tego świadomość sprawiła, że do lektury podeszłam z ogromnym podekscytowaniem. I choć różnie mi się układało z odbiorem poprzednich części sagi, tym razem w trakcie czytania "Przeznaczenia" przepełniała mnie jedynie czysta radość z powodu tego, że znów spotykam moich ukochanych bohaterów i znów mogę obserwować ich nieprzeciętne przygody.

Colleen Houck jak zwykle stanęła na wysokości zadania pod względem kreacji świata. Po raz kolejny mamy okazję zagłębić się w indyjskie wierzenia, legendy i podania, a oczami wyobraźni możemy zwiedzić i podziwiać ten egzotyczny kraj. Abstrahując od nieco dziwacznych istot zamieszkujących niektóre lokacje, doceniam wkład, jaki Houck włożyła w wykreowanie świata realnego i nadnaturalnego. Jej ciężka praca sprawiła, że książka przepełniona jest indyjskim czarem i nie sposób się od niej oderwać.

Tym razem w powieści sporo się dzieje. To przecież finałowe starcie z Lokeshem i ostatnia już próba przed złamaniem klątwy. Fabuła pełna jest akcji, walk i zagadek, czytelnik nie nudzi się ani razu w trakcie lektury. Wiele tajemnic z poprzednich części odnajduje wreszcie światło dzienne, co z jednej strony cieszy, a z drugiej wzmaga poczucie, że to już prawie koniec i że w piątym tomie nic już nie będzie takie samo. Szczerze mówiąc, po zakończeniu "Przeznaczenia" nie mam najmniejszego pojęcia, co też autorka chce nam przekazać w kolejnej, definitywnie ostatniej części tygrysiej sagi. Dramat pod koniec książki, który notabene wycisnął ze mnie potok łez, sugerowałby nudną opowieść z cyklu "co było potem", ale jestem pewna, że Houck czymś nas jednak zaskoczy. Poza tym nie do końca wierzę w to, by tak miałaby się skończyć historia jednego z braci. Nie powiem którego, nie powiem też jak skończyło się "Przeznaczenie", niemniej jednak zapewniam Was, że jest dramatycznie i megawzruszająco, a ostatnie rozdziały w przeważającej mierze spełniły moje oczekiwania. Miałabym może kilka uwag, ale nie jest to odpowiednia pora, by się z Wami nimi dzielić, skoro lektura wciąż przed Wami. Jakiekolwiek by one nie były, gwarantuję Wam, że powieść jest wspaniała.

Drobną rysą na tej książce jest mocno naciągany wątek trójkąta miłosnego Ren-Kelsey-Kishan. Momentami jest on tak męczący i niepotrzebny, że modliłam się w duchu, by w końcu się zakończył, oczywiście zgodnie z moimi oczekiwaniami. O ile rozumiem motywy braci Rajaram, o tyle nie potrafię rozgryźć, dlaczego Kells tak strasznie się miota i nie potrafi wybrać między jednym a drugiem. Za bardzo przypomina mi to dwie wampirze serie, ale przecież Colleen Houck nigdy nie ukrywała, że pisząc tę sagę, wzorowała się na "Zmierzchu", więc na ścisłość jestem w stanie przymknąć na to oko.

Co tu dużo ukrywać? Totalnie zakochałam się w tej historii, podziwiając talent pisarski Houck, przemierzając wzdłuż i wszerz magiczne Indie w poszukiwaniu darów dla Durgi i wciąż mocno kibicując cudownemu Renowi, który niezaprzeczalnie jest idealnym księciem ever. Wybaczcie mi ten kolokwialny ton - to nie moja wina, że wczoraj skończyłam czytać "Przeznaczenie", a dziś wciąż jestem mocno podekscytowana lekturą, Renem, zakończeniem, tym, że Colleen Houck w końcu nauczyła się pisać... Ta książka to miód na moje serce i nie byłabym sobą, gdybym nie była zachwycona tym tomem. Przeszedł on moje najśmielsze oczekiwania i choć skończył się przewidywalnie (w końcu to paranormal!), to i tak spodobał mi się do tego stopnia, że spokojnie mogę go obwołać jedną z moich ulubionych książek tego półrocza.

Głupio by było, gdybym po tylu zachwytach powiedziała, że książki nie polecam, prawda? No więc obwieszczam wszem i wobec, że "Klątwa tygrysa. Przeznaczenie" to świetny romans paranormalny, znacząco odbiegający od poprzednich, czasami takich sobie tomów, który polecam absolutnie każdemu, kto lubi takie klimaty. Dla fanów tygrysiej sagi pozycja obowiązkowa! A więc, moi drodzy, marsz do księgarni po świeżutką książkę Colleen Houck, bo nie ma sensu tracić czasu, gdy tak dobra powieść leży na półkach i się marnuje. Życzę Wam miłej lektury - wiem, że ten tom pozytywnie Was zaskoczy. Polecam!

Ocena: 




Za cudowną podróż z Renem i Kishanem dziękuję Wydawnictwu Otwarte/Moondrive!

KLĄTWA TYGRYSA:
Klątwa tygrysa | Wyzwanie | Wyprawa | Przeznaczenie | Marzenie