STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 czerwca 2013

Podsumowanie czerwca



Przeglądając posty podsumowujące czerwiec na innych blogach, aż wstyd mi publikować własne wyniki. Ten miesiąc był dla mnie wyjątkowo ciężki. Sesja zaskoczyła mnie jak co semestr intensywnością nauki, pomimo że na zajęcia chodziłam regularnie i powinnam coś z nich zapamiętać. Tak czy inaczej, USOS tym razem aż świeci od piątek, więc było warto się poświęcić. Gorzej już było z pisaniem pierwszego rozdziału magisterki, które zbiegło się w czasie z falą upałów. Wracając po wyczerpującym dniu w pracy (sezon nagrodowy w szkołach i początek sezonu podręcznikowego - masakra!), siadałam w tym ukropie do komputera, bez pomysłu i większych chęci do tworzenia, po czym męczyłam po trzy strony dziennie, by po ich napisaniu paść bez życia do łóżka. Nawet czytać się nie chciało... Stąd kiepskie wyniki.

Oto bilans liczb na Zrecenzujemy: w czerwcu odwiedziło mnie 5664 nowe osoby, a na liczniku łącznych odwiedzin pojawiła się magiczna liczba 44 280. Zrecenzujemy ma obecnie 200 obserwatorów, 174 fanów na Facebooku oraz 108 osób w kręgach na Google+. Google Reader podobno miał dzisiaj zniknąć, ale wciąż dumnie wisi na blogu, toteż muszę Wam serdecznie podziękować za obdarowanie mnie prezentem w postaci liczby 200. Nawet jeśli dziś to zniknie, to ja będę miała świadomość, że tylu Was było!

Czerwcowy bilans książkowy ma się dużo gorzej: licznik zatrzymał się na siódemce lektur, a właściwie na sześciu książkach i Nowej Fantastyce. Oto ich zestawienie:

1. Intruz, Stephenie Meyer
2. Miami i Florida Keys, Mark Miller i inni
3. Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi, Rafał Kosik
4. Powrót bogini. Część II, P.C. Cast
5. Nowa Fantastyka 369 (6/2013)
6. Nakręcana dziewczyna, Paolo Bacigalupi
7. Silver, Asia Greenhorn


Książka Miesiąca wg Czytelników: "Wybrani"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak
Najlepsza Książka: "Intruz"
Najgorsza Książka: "Nakręcana dziewczyna"


PLAN NA LIPIEC? Nadrobić jak najwięcej zaległości!

Przez nadrabianie zaległości rozumiem napisanie recenzji tych wszystkich tytułów, które od maja się ich nie doczekały, a także przeczytanie jak największej ilości książek, przetykane pisaniem na bieżąco ich recenzji.
 

24 czerwca 2013

"Miłość alchemika" - Avery Williams




Tytuł: Miłość alchemika
Autor: Avery Williams
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 224





Wizja wiecznej miłości to wabik, przez który sięgnęłam po „Miłość alchemika” autorstwa Avery Williams. Pod tym pseudonimem kryje się młoda amerykańska autorka, Jessea Perry. Pisarka urodziła się w Los Angeles, lecz nigdzie nie zapuściła korzeni na dłużej, wędrując po Stanach za swoim ojcem – didżejem radiowym. Po latach osiadła wraz z mężem i dwoma kotami w Oakland, gdzie zajmuje się pisaniem oraz doglądaniem stuletniego domu. Williams zadebiutowała na rynku wydawniczym w zeszłym roku. Swoją opowieścią o Seraphinie Ames i jej nieśmiertelnym chłopaku Cyrusie zauroczyła tysiące młodych Amerykanek.

Wygląda na to, że albo mają one wyjątkowo dziwny gust, albo Europę i Stany dzieli cienka linia między tym, co da się czytać, a tym, co literacko niestrawne. Tak bowiem określiłabym wydaną w Polsce przez Wydawnictwo Amber „Miłość alchemika”. Książka ta po blurbie może sprawiać wrażenie przełomowej w swym gatunku – romansie paranormalnym. Wizualnie rzeczywiście zdaje się nikogo nie porywać. Jednak obietnica romansu silniejszego niż śmierć? Na to skuszą się wszyscy fani tego typu historii. Czy jednak niespełna dwustustronicowa opowiastka Avery Williams zasługuje na uznanie? Nie! To bodajże najbardziej mdła i przezroczysta powieść, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia w swoim życiu, a jej zapowiedź to po prostu efekt pracy redaktorów, którzy za pomocą magicznych słów chcieli złapać w sidła czytelników spragnionych miłości nieznającej granic.

Główną bohaterką jest Seraphina Ames. Jawi się ona na kartach książki jako niewinna, młoda i niedoświadczona dziewczyna, dla której obecność na wielkim balu, wśród wytwornych dam i przystojnych mężczyzn, urasta do rangi szczytu marzeń. Wtedy jeszcze byłam w stanie polubić Serę – wszak miałam do czynienia z dorastającą nastolatką. Niestety, moje nadzieje, co do jej postaci, runęły w momencie, gdy przyszło mi czytać o nagłym porywie namiętności wobec Cyrusa, pięknego młodzieńca i syna alchemika zarazem. To właśnie ten tajemniczy mężczyzna ratuje Seraphinę od niechybnej śmierci i podaje jej eliksir, który czyni z niej nieśmiertelną istotę. Pomysł sam w sobie bardzo ciekawy, lecz z jego wykonaniem jest już znacznie gorzej. Otóż wątek ogromnego poświęcenia, na jakie zdobył się Cyrus, by ratować swoją ukochaną, wydaje mi się uroczy, niemniej jednak nie ma to większego znaczenia dla dalszego rozwoju fabuły.

W przyszłości czar wielkiej miłości pryska niczym bańka mydlana. Cyrus, który miał mi się jawić jako owładnięty obsesją na punkcie kobiety, przesiąknięty złem alchemik, nagle traci całą ikrę i oprócz swojej gromady nieśmiertelnych Wcielonych nie oferuje czytelnikowi niczego nowego i efektowanego. Nie reprezentuje sobą absolutnie żadnych wartości przyświecających negatywnym bohaterom i można powiedzieć o nim jedynie to, że spełnia w powieści funkcję napędzającą działania Sery, ale poza tym jest postacią-widmem. Nie lepiej ma się główna postać w „Miłości alchemika”. W sześćset lat po wydarzeniach opisywanych na początku książki Seraphina nie kocha Cyrusa, a wręcz darzy go bezgraniczną nienawiścią. Wini go za swoje zmarnowane życie i chce je sobie odebrać na złość alchemikowi. Choć minęło sześć wieków, ona nadal zachowuje się w sposób wyjątkowo niedojrzały i przywodzący na myśl nastolatkę, którą była w chwili śmierci. Mentalnie pozostała nią mimo setek lat doświadczeń życiowych zebranych za sprawą kolejnych wcieleń. Smutne to i niesprawiedliwe, bo wydawać by się mogło, że każdy normalny człowiek dorasta w miarę upływu czasu, a tymczasem tu autorka zrobiła mi niespodziankę, gdyż Sera nie uczy się na własnych błędach i wciąż zachowuje się bardzo niedojrzale.

Obiecywano czytelnikowi porywającą i chwytającą za serce fabułę, a w zamian otrzymano pozbawioną większego sensu historię dziewczyny, która nie potrafi się na nic zdecydować. Przez całe swoje sześćsetletnie życie tkwiła w cieniu despotycznego chłopaka i nawet po desperackiej ucieczce większość myśli kierowała w jego stronę. Tutaj należałoby postawić pytanie: kto w takim razie miał skłonności do obsesji? Biorąc pod uwagę stuprocentową wręcz absencję Cyrusa w fabule i jej rozwoju oraz nieustanne rozmyślania Seraphiny na jego temat, powiedziałabym raczej, że to ona zbzikowała na jego punkcie, a nie na odwrót. Brak sensu i logiki – oto, co wyziera z zakamarków tej historii.

Słabi i niedopracowani bohaterowie oraz kiepski styl autorki to nie jedyne wady tej powieści. „Miłość alchemika” razi pędzącą akcją, w której nie odnajdzie się nawet najwytrwalszy miłośnik paranormali. Mnogość wątków i w dużej mierze alergia autorki na ich dokańczanie sprawiają wrażenie, jakby Avery Williams chciała wepchać do książki, ile tylko się da, z nadzieją, że ci ambitniejsi machną na to ręką, a reszta jeszcze jej przyklaśnie. Takim rozwojem sytuacji jestem szczerze zażenowana i z pełną stanowczością nie zgadzam się na tak lekceważące traktowanie czytelników i potencjalnych kupców tej powieści. Jeśli do tej pory znalazł się ktoś, kto nadal ma ochotę przeczytać tę pozycję, to na koniec dodam jeszcze jedno: ulotną jest nadzieja, że w historii Sery uszczknie się choć odrobinę mistycyzmu kryjącego się pod hasłem „alchemia”. Poza dziwnym eliksirem i wzmianką w tytule w książce nie znalazłam niczego, co nawiązywałoby do tej enigmatycznej nauki.

Podsumowując, debiutancka powieść Avery Williams to lektura odmóżdżająca, jakiej można poświęcić maksymalnie jeden wieczór, a i tylko wtedy, gdy pod ręką ma się napój wyskokowy, z pomocą którego przetrwamy czas nad nią spędzony. Stanowczo odradzam komukolwiek branie się za tę powieść i myślę, że nie pomylę się zbytnio, mówiąc, że lepiej omijać twórczość tej autorki jak najszerszym łukiem. Nie powiem, że czas spędzony nad „Miłością alchemika” był całkowicie zmarnowany, ponieważ w karierze recenzenta warto czasem sięgnąć po coś, dzięki czemu o wiele bardziej doceni się inne publikacje. Tymczasem osobom czytającym przede wszystkim z pasji nie polecam debiutu Jessei Perry, chyba że ktoś lubi pustych bohaterów, zbyt wartką akcję z wątkami pozbawionymi zakończeń oraz banalne historie, z których nic się nie wynosi.

Ocena:




Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

20 czerwca 2013

Stos 6/2013


Pisanie magisterki idzie pełną parą, co doskonale oddaje brak nowych recenzji na Zrecenzujemy. Strasznie mnie to denerwuje, bo przywykłam do regularnego publikowania postów, ale przyszedł taki czas, w którym muszę na chwilę zmienić swoje priorytety. Do końca miesiąca może być krucho z moją obecnością tutaj, ale w piątek po egzaminie ruszam z kopyta z nowymi tekstami.

Obiecałam Wam post z nowościami na mojej półce i słowa dotrzymuję.

Stos własny:


Po lewej:

1. Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Podlesia Większego, J.R.R Tolkien (Prószyński i S-ka)
2. Thor, Wolfgang Hohlbein (Telbit)
3. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, Stieg Larsson (Czarna Owca)
4. Listy, J.R.R. Tolkien (Prószyński i S-ka)
5. Dziewiąty Legion, Rosemary Sutcliff (Telbit)
6. Nie kończąca się historia, Michael Ende (Znak)
7. Dziedzictwo. Tom II, Christopher Paolini (MAG)
8. Silmarillion, J.R.R. Tolkien (Amber)

Po prawej:

1. Bezdomna, Katarzyna Michalak (Znak)
2. Achaja. Tom II, Andrzej Ziemiański (Fabryka Słów)
3. Z nakazu serca, Nora Roberts (Harlequin/Mira)
4. Druga miłość, Nora Roberts (Harlequin/Mira)
5. Michael Vey. Więzień celi nr 25, Richard Paul Evans (Fabryka Słów)
6. Harry Potter i Kamień Filozoficzny, J.K. Rowling (Media Rodzina)
7. Harry Potter i Komnata Tajemnic, J.K. Rowling (Media Rodzina)
8. Harry Potter i Więzień Azkabanu, J.K. Rowling (Media Rodzina)

Stos recenzencki:


Po lewej:

1. Klątwa opali, Tamora Pierce (Jaguar)
2. Zdemaskowana. Dziewczyna, której jedno w głowie, Abby Lee (Otwarte)
3. Złota lilia, Richelle Mead (Nasza Księgarnia)
4. Nexus, Ramez Naam (Drageus)
5. World War Z, Max Brooks (Zysk i S-ka)
6. Partials. Częściowcy, Dan Wells (Jaguar)
7. Grim. Pieczęć Ognia, Gesa Schwartz (Jaguar)

Po prawej:

1. Klątwa tygrysa. Przeznaczenie, Colleen Houck (Otwarte/Moondrive) [RECENZJA]
2. Papierowe miasta, John Green (Bukowy Las) [RECENZJA]
3. Wizje, Daniela Sacerdoti (Dreams)
4. Nowy przywódca, Julianna Baggott (Egmont)
5. Saga księżycowa. Scarlett, Marissa Meyer (Egmont)
6. Miami i Florida Keys, Mark Miller i inni (G+J)
7. Silver, Asia Greenhorn (Dreams)

Na środku:

1. Nowa Fantastyka 369 (6/2013) (Redakcja)

Jedno jest pewne: będzie co czytać! Oba stosy budzą radość w moim sercu. Część to prezenty - od siebie samej i od innych, część to wygrane w konkursach, część to zakupy, a część to książki od Wydawnictw. Jakkolwiek by nie było, cieszę się, że jestem w tym właśnie miejscu.
 

Nowa Fantastyka 369 (6/2013)



Jak widać na załączonym obrazku, w czerwcowej odsłonie "Nowej Fantastyki" króluje nie kto inny, lecz Superman! Po moim ukochanym Iron Manie jest to kolejny heros, który wkracza na ekrany kin. W roli tytułowego Człowieka ze Stali występuje Henry Cavill, bardziej znany jako jeden z przyjaciół Henryka VIII z serialu "Dynastia Tudorów". W tekście "Z Kryptona na ekrany" będzie można przyjrzeć się ewolucji niezniszczalnego superbohatera. Choć sama nie przepadam za Clarkiem Kentem, to jednak moja natura geeka sprawiła, że z przyjemnością przeczytałam artykuł i wierzę, iż wielu fanów Kal-Ela będzie nim zachwyconych.

Dla mnie jednak dużo ciekawszym tekstem okazał się wywiad ze scenarzystą "Iron Mana 3". Jako psychofanka Żelaznego, a zwłaszcza Roberta Downeya Juniora, byłam wprost zachwycona filmem, mimo że skończył się nie tak, jakbym tego chciała, a na dodatek zdeprecjonował jedną z kultowym postaci występującej w tym uniwersum. Siłą rzeczy artykuł, w którym miałam okazję spojrzeć na zwieńczenie trylogii o Tony'm Starku okiem kogoś, kto ten obraz tworzył, był dla mnie rewelacyjny. Szczerze polecam lekturę.

Choć gołym okiem widać, kto obecnie dominuje na rynku (komiksowi herosi ze stajni Mavela i DC Comics), redaktorzy miesięcznika stawiają na różnorodność. Dzięki temu miałam okazję przeczytać teksty o self-publishingu oraz doniesieniach ze świata nauki o możliwości klonowania zwierząt, które wymarły setki tysięcy lat temu. O ile ten drugi tekst wciąż pozostaje w moim umyśle w sferze domysłów, o tyle samodzielne wydawanie jest już o wiele ciekawszych tematem, którego odzwierciedlenie widać na co dzień na rynku książki. Z pewnością jest to godne rozważenia rozwiązanie, jednak czuję, że self-publishing w przypadku hitów sprawia, że marnuje się ich potencjał. Wątpię, by ktokolwiek zainteresował się sagą "Zmierzch", gdyby Meyer wydała ją samodzielnie z kiepskimi okładkami i marną lub wręcz nieistniejącą redakcją tekstu i korektą.

W dziale literackim debiutuje Lucyna Grad z wyróżnionym w konkursie literackim tekstem "Skomplikowana ciemność". Plemienne wierzenia rodem z Afryki przenikają się tutaj z tamtejszą rzeczywistością. Opowiadanie jest lekkie i przyjemnek, choć czegoś w nim brakuje, bo tak naprawdę czułam po jego lekturze niedosyt. Inaczej miała się sprawa z  "Mono no aware" Kena Liu - opowiadaniem tak wciągającym i intrygującym, że czytałam je jak najlepszą powieść. Niech żałują ci, co z powodu japońskiego tytułu przekreślają dzieło...

Wśród minirecenzji jak zwykle ciekawie - muszę przyznać, że z miesiąca na miesiąc coraz bardziej polegam na rekomendacjach ze strony redakcji. Jeszcze nigdy się nie mylili!

Jeśli pokusić się na podsumowanie, to na pewno należałoby podkreślić, że superbohaterowie na stałe zagościli na łamach "Nowej Fantastyki". Pojawiają się ciche głosy sprzeciwu, ale ja tam jestem z tego zadowolona. Komiksy i ich ekranizacje to ważne elementy mojego hobby i z pewnością nadal będę z zapałem śledzić wszelkie nowinki ich dotyczące. Wszak premiera sequela "Thora" za pasem, a i kręci się już kilka innych cudeńek, jak chociażby kontynuacja Spider-Mana...

17 czerwca 2013

"Szkoła żon" - Magdalena Witkiewicz





Tytuł: Szkoła żon
Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 272




Literatura erotyczna nie należy do moich ulubionych. Właściwie to prawie w ogóle nie mam z nią styczności. Lektura "Pięćdziesięciu twarzy Greya", delikatnie rzecz ujmując, lekko mnie zniesmaczyła, więc ciężko mi było się przemóc ze "Szkołą żon". Nie dość, że książkę reklamowano jako erotyk, to jeszcze autorką okazała się Polka, a ja w rodzimej literaturze średnio gustuję. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy wzięłam do rąk erotyczną powieść Magdaleny Witkiewicz, przeczytałam kilkadziesiąt stron i powiedziałam sobie: "Kurczę, kobitka bardzo fajnie pisze, a książka jest naprawdę dobra!".

W powieści występują cztery główne bohaterki - Julia, Jadwiga, Michalina oraz Marta. Każda trafiła do "Zmysłowej Szkoły Żon" z innego powodu, lecz łączy je jedna rzecz: wszystkie chcą zmienić coś w swoim życiu. Elegancki pensjonat na Mazurach wydaje się być idealnym miejscem do wprowadzenia owych zmian w życie, gdyż oferuje dość nietypowe, ale przy tym bardzo przydatne szkolenia dla zagubionych kobiet. Zajęcia owiane są ścisłą tajemnicą, a koszt turnusu jest naprawdę wysoki, niemniej jednak pobyt w luksusowym pensjonacie rekompensuje drastyczny upływ gotówki. Szczegóły możecie poznać w trakcie lektury.

Magdalena Witkiewicz napisała bardzo dobrą, odważną historię o tym, że każda kobieta może odmienić swój los. Pokazała swoim czytelniczkom, że warto walczyć o lepsze życie i być odważną kobietą, świadomą swoich zalet i atutów. Nie przekroczyła przy tym tej cieniutkiej linii dobrego smaku, którą E.L. James zwyczajnie zignorowała, pisząc tandetne porno, językowo przypominające pamiętnikowe wynurzenia przeciętnej gimnazjalistki. Erotyk w jej wykonaniu przypomina bardziej powieść obyczajową z nutką pikanterii, co uświadcza mnie w przekonaniu, że są na świecie erotyki, które da się czytać bez odruchu obrzydzenia.

"Szkoła żon" to sprawnie napisana, wysmakowana powieść, którą polecam wszystkim kobietom, ponieważ można ją potraktować jak poradnik, dzięki któremu każda z nas jest w stanie stać się lepszą wersją samej siebie. Językowo książka Magdaleny Witkiewicz prezentuje przyzwoity poziom - dialogi są ciekawe, opisy barwne i przykuwające uwagę, zaś fabuła wciągająca i przedstawiająca prawdziwe życie w niecodziennej scenerii. Powieść z racji przynależności gatunkowej zawiera kilka scen erotycznych, lecz nie są one ordynarne i odpychające. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że autorka pisze o realnym życiu oraz prawdziwych kobietach - takich, które mają kompleksy i problemy, takich, które nie są idealne i stale walczą o to, by wieść lepsze życie. Czytając "Szkołę żon" nie mamy do czynienia z wyfiokowanymi lalkami Barbie, lecz osobami podobnymi do nas samych - to wpływa pozytywnie na ogólny odbiór książki.

Trudno byłoby mi znaleźć wady tej powieści. Jak na literaturę, która nie aspiruje do miana wybitnej, "Szkoła żon" prezentuje się znakomicie. Jest to idealna lektura na upalne, letnie popołudnie, które czytelniczka wreszcie przeznaczy na własne uciechy, a nie na pielęgnowanie domu. Nie nawołuję, rzecz jasna, do buntu wobec mężczyzn i konieczności zajmowania się swoimi codziennymi obowiązkami. Apeluję za to o częstsze przyglądanie się własnym potrzebom i o odrobinę zdrowego egoizmu. Moje drogie Czytelniczki, koniecznie sięgnijcie po tę książkę i zacznijcie zmieniać świat dookoła siebie. Warto!

Ocena:




Za przywrócenie wiary w literaturę erotyczną dziękuję Wydawnictwu Filia.


11 czerwca 2013

"Piasek" - Piotr Nesterowicz





Tytuł: Piasek
Autor: Piotr Nesterowicz
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 276




Fantastyka polska ma na swoim koncie wiele wzlotów i upadków, niemniej jednak odnoszę wrażenie, że czasy świetności ma już za sobą. Od fenomenu sagi wiedźmińskiej Andrzeja Sapkowskiego nikomu z rodzimego podwórka nie udało się osiągnąć tak dużego sukcesu, choć na rynku zabłysło kilka nazwisk, które przyciągnęły moją uwagę. "Piasek" Piotra Nesterowicza, notabene, debiutującego w roli autora książek fantasy, przyciągnął mnie blurbem - a dokładniej intrygującą obietnicą upersonifikowanego żywiołu pustyni.

O książce mogę powiedzieć w skrócie, że stylem i podejściem do fantasy przypomina "Smoczą drogę" Daniela Abrahama. Mówiąc dobitniej: "Piasek" okazał się intrygującą lekturą, mimo to nie urywającą tyłka... i w zasadzie bardzo surową i mało związaną z gatunkiem. Poza personifikacją Mutahariki, dzikiej i nieokiełznanej pustyni, a także bliżej nieokreślonych mocy Wiążących Piasek, brakowało w powieści czegoś, co pozwoliłoby mi śledzić fabułę z prawdziwą przyjemnością. Brakowało w niej... magii. Teraz pewnie odezwą się zwolennicy prozy George'a R.R. Martina, u którego jest jej chyba jeszcze mniej, aniżeli w "Piasku", lecz bądźmy szczerzy: mało kto potrafi pisać tak jak on. Choć Pieśń Lodu i Ognia jest surowsza, to jednak ma w sobie ikrę i widać w niej kreatywność autora, której nie ubywa, choć Martin kończy już szósty tom opiewający epicką wojnę o niekształtny Żelazny Tron w Siedmiu Królestwach.

Piotr Nesterowicz również wpadł na ciekawy pomysł, by z pustyni uczynić rozumnego i niebezpiecznego wroga, ale inne postacie, niestety, zawalił. Jego bohaterowie nie mieli w sobie tego czegoś, co sprawia, że się ich zapamiętuje lub podziwia. Byli albo denerwujący, albo bezbarwni, albo nieistotni, zaś w kwestii Mutahariki mogę powiedzieć tylko jedno: to obciach, by w całej powieści jedynie piasek był wartościową postacią. Już nie wspomnę o tym jak daleko mu do bycia człowiekiem... Idąc dalej, do Malaiki, Sachracha, Ras Tażyra - a więc najważniejszych osób w książce: Malaika, jak na główną bohaterkę, jest nazbyt infantylna, niezdecydowana i zmienna, Sachrach nie reprezentuje sobą absolutnie niczego, choć jego postać ma spory potencjał, zaś Ras Tażyr, tak naprawdę najciekawszy z całej trójki, widać nie jest darzony przez autora sympatią, co odbija się na jego losach w powieści w sposób niezbyt dlań korzystny. I tak, to jest eufemizm.

Odnoszę wrażenie, że cała fabuła w zamyśle autora kręcić się miała wokół Mutahariki oraz pałacowych intryg, których celem było przejęcie władzy w królestwie. Muszę przyznać, że ten wątek był wielce ciekawy i najlepszy w książce, ratujący ją przed całkowitą porażką w moich oczach. Nesterowiczowi daleko do intryg martinowskich, ale z czystym sumieniem polecam Wam dokładną lekturę "Piasku" pod tym właśnie kątem. Autor bardzo dobrze przedstawia w swojej historii odwieczny problem z żądzą władzy, a ten akurat nader chętnie podejmowany jest przez współczesnych fantastów. Pragnę zauważyć, że w przypadku tej książki wyszło to całkiem zgrabnie, zwłaszcza że - przypomnę raz jeszcze - jest to debiut autora w tym gatunku.

Podsumowując, "Piasek" autorstwa Piotra Nesterowicza ma zarówno swoje wady, jak i zalety, o których powinniście wiedzieć, nim sięgnięcie po tę powieść. Jej mocnymi stronami są Mutaharika oraz rozbudowany wątek pałacowych intryg w walce o władzę, zaś wadami - zbyt niedopracowani bohaterowie. Myślę jednak, że warto przymknąć na to oko i przekonać się jak wygląda kondycja fantastyki w wykonaniu Polaków.

Ocena:




Za spotkanie z Mutahariką dziękuję Wydawnictwu Novae Res.


5 czerwca 2013

"Papierowe miasta" - John Green [premiera]




PREMIERA!
Tytuł: Papierowe miasta
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 400




Papierowe miasta to fikcyjne miejsca na mapie - stworzone przez kartografów po to, by zminimalizować występowanie plagiatów. Zanim sięgnęłam po powieść Johna Greena, zastanawiałam się nad pobudkami, jakimi kierował się przy doborze tytułu. Nie potrafiłam w jakiś sensowny sposób udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie, ale wiedziałam, że była to z jego strony przemyślana decyzja - tak samo było przecież w przypadku "Gwiazd naszych wina", książki, którą nadal uważam za jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek czytałam.

John Green to niekwestionowany geniusz w pisaniu książek, które mają coś znaczyć. Obecnie takie podejście bardzo się ceni wśród wysypu autorów, którzy piszą tylko po to, by zarobić. Jemu zaś udaje się pogodzić jedno z drugim, wobec czego i zarabia, i pisze z sensem. I za to  tak bardzo go lubię.

"Papierowe miasta" opowiadają historię relacji Quentina Jacobsena i Margo Roth Spiegelman - dwójki przyjaciół z dzieciństwa, których rozdzieliło traumatyczne przeżycie. Po wielu latach, choć Quentin po kryjomu wzdycha do swojej dawnej koleżanki, nie mają oni ze sobą żadnego kontaktu. Dlatego tym większym zaskoczeniem było dla mnie nagłe pojawienie się wymalowanej na czarno Margo w oknie chłopaka, proszącej go o pomoc w co najmniej lekko nielegalnej wyprawie! Tak zaczęła się ich nocna przygoda, którą notabene śledziłam z ogromnym zainteresowaniem, ponieważ beztroska wyzierająca ze stron ją opisujących udzielała mi się w trakcie lektury. Jednakże nie mogłoby tak być wiecznie, to nie byłoby w stylu Greena, który uwielbia utrudniać życie swoim bohaterom, byśmy my - czytelnicy - mogli w ten sposób przeanalizować własne. I miałam rację, gdyż okazało się, że na drugi dzień dziewczyna znikła, a całą resztę książki poświęcił autor na snucie opowieści dotyczącej jej poszukiwań. Niezwykle barwnych, zabawnych, choć momentami smutnych i refleksyjnych, a przez to tym bardziej wartych dokładnej lektury.

Sięgając po najnowszą powieść Greena, przygotujcie się na fascynującą podróż. Quentin ze sporą dawką humoru i wzruszeń poprowadzi Was śladami Margo wprost ku finałowi książki, ale nie łudźcie się, że tym razem nie będziecie musieli zastanawiać się nad wieloma sprawami. Taka już jest domena dzieł tego autora - on pisze po to, by coś nam uzmysłowić. Celowo zmusza więc czytelnika do rozmyślań nad swoim życiem i tym, w jaki sposób się je przeżywa. Nie jest to co prawda tak piękna i wzruszająca historia jak ta należąca do Hazel i Gusa (wciąż typuję go na najważniejszą postać literacką, z którą chciałabym się spotkać w swym prawdziwym życiu), niemniej jednak również ma w sobie to coś, co każe mi myśleć o niej jak o wyjątkowej pozycji książkowej, do której po stokroć warto wracać.

Mocną stroną "Papierowych miast" są Quentin i Margo, przeciwstawni sobie jak ogień i woda. On to wcielenie poprawności i dobroci, niepozorny chłopak ze skłonnością do rozmawiania sam ze sobą. Ona z kolei to diablica w ciele anioła, urodzona egoistka i niezwykle krnąbrna osoba. Charaktery Q i Margo są tak wspaniale zarysowane, że przyjemnością jest odkrywanie ich kolejnych cech i przyglądanie się ich perypetiom - w ogóle. Co najważniejsze, wydaje mi się, że Green nie faworyzuje ani jej, ani jego, bo choć to wokół nich wszystko się dzieje, to jednak wiele do powiedzenia mają także ich przyjaciele. W ten sposób powstaje swego rodzaju bohater zbiorowy, co w sumie mi się podoba, bo autor pozwala żyć każdej ze swoich postaci.

Moim zdaniem jest to opowieść o przyjaźni i sile woli, a także dążeniu do niezależności i miłości do podróżowania. Przede wszystkim powieść Johna Greena jest historią papierowych bohaterów, stworzonych na zasadzie fikcyjności, a mimo wszystko nabierających cech realności - w sercach odbiorców. "Papierowe miasta" to przepiękna historia, która godnie towarzyszy liderce, a więc "Gwiazd naszych wina". Polecam ją każdemu, kto szuka odskoczni od romansów paranormalnych dla młodzieży. Green niby wpisuje się w nurt powieści YA, ale wzbogaca swoje dzieła o uniwersalne prawdy - rzeczy ważne i nieważne, lecz wymagające od nas przemyślenia. Z pewnością niejednokrotnie powrócę do lektury tej książki w trakcie prób zrozumienia samej siebie, jako że przemawia do mnie i lekki styl pisarza, i przesłanie, jakie niosą jego dzieła.

Ocena:




Za kolejne spotkanie z Johnem Greenem dziękuję Wydawnictwu Bukowy Las!