STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 sierpnia 2013

"Przędza" - Gennifer Albin




Tytuł: Przędza
Seria: Przędza
Tom: #1
Autor: Gennifer Albin
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 392



Gennifer Albin, mieszkanka Waszyngtonu, po ukończeniu Uniwersytetu w Missouri miała zostać nauczycielką literatury, ale uznała, że woli sama coś tworzyć. Podobno bardzo często można ją spotkać w kawiarniach, gdzie kreuje nowe światy. "Przędza" to przykład jej zupełnie nowatorskiego podejścia do literatury młodzieżowej - lektura tej powieści była dla mnie tak fascynująca, że ciężko mi było rozstać się z książką. Przekonajcie się dlaczego.

Adelice mieszka wraz z rodzicami i młodszą siostrą w niezbyt bogatej dzielnicy Romenu. Właśnie skończyła szesnaście lat, a za sobą ma żmudny trening mający na celu przytłumienie jej talentu do pracy z Arrasem - tkaniną, na którą składa się cały nasz świat, z ludźmi włącznie. Czeka na nią najtrudniejszy egzamin w życiu: test sprawdzający, czy nadaje się do Zakonu Kądzielniczek. Każdy, kto choć trochę zna tamtejszą rzeczywistość, wie, że dla dziewczyny oznacza to wyrok. Kobiety pracujące z tkaniną świata nie mogą zakładać rodzin, a ich żywot to ciężka i niekończąca się praca na rzecz Zakonu, który rządzony jest twardą ręką Gildii Dwunastu. Niestety, główna bohaterka "Przędzy" jest zbyt utalentowana, by to ukryć. Trafia do Zakonu, gdzie czeka na nią wiele nieprzyjemności, ale też coś, czego nigdy nie spodziewała się zaznać...

Droga Autorko, brawo! Wśród wysypu romansów paranormalnych, dystopii i znanych nam z półek sklepowych książek, "Przędza" reprezentuje nieliczną grupę opowieści napisanych przez tzw. pisarzy innowacyjnych: takich, którzy potrafią wymyślić coś nowego, czego do tej pory nie czytaliśmy. Szczerze podziwiam Gennifer Albin za to, że udało jej się wybić z czymś dotąd niespotykanym. Obecnie wydawanych jest tyle najróżniejszych książek, że nie sposób stworzyć pomysł na nowatorską fabułę. Autorce tej powieści się udało! Idea świata jako tkaniny - Arrasu, to coś niesamowitego, odświeżającego i godnego uwagi każdego czytelnika znużonego wtórnością historii serwowanych młodzieży na kartach książek. Przy czym nigdy w trakcie lektury "Przędzy" nie zapomniałam o tym, że z jednej strony jest to fascynujące, a z drugiej groźne i niebezpieczne - wszak jesteśmy tylko nićmi na nieskończenie wielkiej tkaninie, a wszelkie niesubordynowane nitki łatwo jest spruć albo tak je zmienić, by wszystko, co do tej pory było nam znane i kochane, raz na zawsze znikło ze świata i naszej pamięci.

Od lektury dzieła Albin trudno mi było się oderwać. Na korzyść autorki zadziałała przede wszystkim postać Adelice, dziewczyny z charakterem, nie dającej sobie w kaszę dmuchać, silnej, mającej własne zdanie i zdecydowanej go bronić. Z przyjemnością śledziłam historię tej aspirującej Kądzielniczki, zwłaszcza że należy ona do grona bohaterów, których działania mają sens, są umotywowane i z pewnością bardzo dobrze przemyślane. Zresztą każda napotkana w trakcie lektury osoba zdawała się mieć swoją rolę w tej niesłychanej historii. Dodatkowo całość została napisana przystępnym, przyjemnym dla czytelnika językiem. Opisy są całkiem sugestywne - obrazowość historii Adelice sprawiła, że bez trudu mogłam wyobrazić sobie odwiedzane przez nią miejsca i wydarzenia, w których brała udział.

"Przędza" autorstwa Gennifer Albin to powiew świeżości w literaturze młodzieżowej i niemal pod każdym względem lektura obowiązkowa dla jej miłośników. Zakończenie powieści jest wręcz obłędne i w moim przypadku sprawiło, że przez kilka dni przeżyłam książkowego kaca. Jak można urwać historię w takim momencie!? Choć byłam święcie przekonana, że jest to powieść zamknięta w jednym tomie, teraz, znając prawdę, nie mogę doczekać się kontynuacji. Gorąco polecam Wam zapoznanie się z tą powieścią - liczę, że Was zaskoczy tak samo jak mnie.

Ocena:



 

Podsumowanie sierpnia


Wrzesień przyszedł wcześniej niż chciałby ktokolwiek z nas - zwłaszcza uczniowie. Przede mną wciąż miesiąc wolnego, który zamierzam spędzić na pochłanianiu książek. Tak, by równo za miesiąc podsumowanie wypadło równie owocnie jak to, które zamierzam Wam zaprezentować. 

Bilans liczb na Zrecenzujemy: w sierpniu odwiedziły mnie 4714 nowe osoby, a łącznych odwiedzin było aż 54 125. Zrecenzujemy ma obecnie 224 obserwatorów, 191 fanów na Facebooku oraz 168 osób w kręgach na Google+. Witam wszystkie nowe twarze!

W sierpniu przeczytałam czternaście książek i jedno czasopismo. Oto cała lista:

1. Wurt, Jeff Noon 
2. Złoty most, Eva Völler 
3. Tancerze burzy, Jay Kristoff 
4. Każdy musi płacić, Robert Foryś 
5. Tajemnice Windsorów, Marek Rybarczyk 
6. Partials. Częściowcy, Dan Wells 
7. Dziewczyna w stalowym gorsecie, Kady Cross [RECENZJA] 
8. Złota lilia, Richelle Mead 
9. Tamtego lata nad Sekwaną, Agnieszka Błotnicka 
10. Bezdomna, Katarzyna Michalak 
11. Morza szept, Patricia Schröder
12. Szukając Alaski, John Green 
13. Wielki Ilustrowany Przewodnik Star Wars, Rhyder Windham 
14. Dynastia Tudorów. Król, Królowa i królewska faworyta, Michael Hirst 
15. Nowa Fantastyka 371 (8/2013)

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Piąta Fala"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak
Najlepsza Książka: "Szukając Alaski", "Tajemnice Windsorów"
Najgorsza Książka: "Tamtego lata nad Sekwaną"


PLAN NA WRZESIEŃ? Czytać do upadłego!


29 sierpnia 2013

"Dziewczyna w stalowym gorsecie" - Kady Cross [przedpremiera]




PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie
Autor: Kady Cross
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 400




Jeśli połączyć trzy składowe: steampunk, wiktoriańską Anglię oraz X-Menów, wyjdzie z tego najnowsza powieść Kady Cross, czyli ukrywającej się pod pseudonimem Kathryn Smith autorki mieszkającej w Connecticut wraz z mężem i kotami. Okładka Dziewczyny w stalowym gorsecie nie przywodzi co prawda na myśl żadnego z tych składników, niemniej jednak gotowa jestem poświadczyć, że zachęcony blurbem czytelnik znajdzie w owej książce po trochu każdego z nich.

Bohaterka historii to szesnastoletnia Finley Jayne, która skrywa mroczną tajemnicę: swoją drugą, nikczemną naturę, przywodzącą na myśl zarówno Jekylla i Hyde'a, jak i dwoistą osobowość Hulka. Pomijając fakt, że jest to już kolejna postać około piętnastego roku życia, z jaką mam do czynienia w ostatnim czasie, muszę przyznać, że z miejsca obdarzyłam sympatią tę pokręconą dziewczynę. Mimo że spodziewałam się raczej kogoś z poważniejszymi problemami dotyczącymi rozdwojenia jaźni, to jednak finalnie doceniłam całość powieści, która urzekła mnie pod wieloma względami. Druga natura Finley objawiała się wyłącznie w chwilach zagrożenia i nie ma co ukrywać – jej ciemna strona stanowiła nie lada problem dla otaczających dziewczynę ludzi. Główna bohaterka sprawia wrażenie osoby wartej uwagi również ze względu na to, że wiele w swoim krótkim życiu przeszła, a z takimi postaciami zawsze najłatwiej jest mi się utożsamić. Oczekiwałam raczej kogoś na miarę Hulka, a więc chaosu zamkniętego w ludzkim ciele. Tymczasem tytułowa dziewczyna w stalowym gorsecie była, jak na mój gust,  momentami zbyt spokojna i ułożona. Jak na geeka przystało bardzo dobrze zdążyłam poznać Bruce'a Bannera, stąd moje rozczarowanie. Uważam, że postać Finley mogłaby dużo częściej pokazywać swoje drugie oblicze, bo dzięki temu powieść byłaby jeszcze ciekawsza.

Pozostali bohaterowie stanowią mieszankę wybuchową, ale nie należy odczytywać tego jako coś negatywnego. Do grupy męskich postaci zaliczają się: książę Griff oraz jego przyjaciele Sam i Jasper, a także enigmatyczny Jack Dandy, opryszek o wyjątkowo nienagannych jak na taki fach manierach. Wśród pań wymienić można Kordelię, ciotkę Griffa, oraz genialną wynalazczynię – Emily. Jak widać bohaterów jest wielu, ale czy mogłabym z czystym sumieniem stwierdzić, że są to postacie, o których powiedziano już wszystko? Nie. Jestem przekonana, że wszyscy mają szansę rozwinąć się w kolejnej książce Kady Cross, ponieważ posiadają spory, jak na młodzieżówkę, potencjał. Wydaje mi się, że autorka chowa w zanadrzu parę asów w rękawie, gdyż część wątków nie kończy się wraz z ostatnią kartką powieści, a co za tym idzie, istnieje możliwość, że zostaną rozbudowane w kontynuacji przygód Fin i jej przyjaciół. Szczególnie liczę tutaj na Griffa, jako że niewiele jeszcze pokazał jak na jedną z najważniejszych postaci w tej historii. Z pewnością młody arystokrata skrywa przede mną wiele tajemnic, a ja aż zacieram dłonie, by je wszystkie poznać!

O fabule nie mogę powiedzieć zbyt wiele, nie zdradzając istotnych szczegółów, niemniej jednak stwierdzam, że historię Finley czyta się bardzo dobrze akcja jest zrównoważona i nie musiałam obawiać się, że nie nadążę za tokiem myślenia autorki. Często bywa tak, że wydarzenia dzieją się w iście ślamazarnym tempie lub pędzą na łeb, na szyję. Tutaj bez problemu można śledzić ważniejsze wątki bez obawy, że coś się pominie, przy czym historia opowiadana przez Kady Cross jest wciągająca do tego stopnia, że wyważona fabuła okazuje się idealnym rozwiązaniem.

Na sam koniec pozostaje mi rozprawić się z obietnicą wydawcy, a więc jednoznacznie określić, czy Dziewczyna w stalowym gorsecie autorstwa Kady Cross rzeczywiście zawiera wszystkie składniki, o których pisałam na początku recenzji. Czy w powieści można znaleźć elementy steampunku? Owszem, choć na miejscu Cross pokusiłabym się o to, by dać go odrobinę więcej. Docierając do zakończenia książki, bez problemu byłam w stanie ocenić czy autorka faktycznie interesuje się tym nurtem. I rzeczywiście widać, że zależy jej na tym, by ukazać go jak najwięcej i najciekawiej, a ja wierzę, że do czasu wydania  kontynuacji najnowszego hitu będzie jeszcze lepiej. Wiktoriańska Anglia w ujęciu autorki przedstawiona jest raczej od strony obyczajności oraz wystawnych przyjęć. Nie dowiedziałam się z książki jak, na przykład, wyglądał XIX-wieczny Londyn. Ale za to w kilku scenach pojawiła się wielka monarchini, królowa Wiktoria! Jakże wspaniały odnośnik do historii Wielkiej Brytanii! Jestem wdzięczna Kady Cross za tę wzmiankę – historii nigdy za wiele. Co do porównań z herosami ze stajni Marvela, to wydaje mi się, że jest to w dużym stopniu trafne spostrzeżenie, gdyż umiejętności bohaterów z Dziewczyny w stalowym gorsecie również wzięły się z mutacji genetycznych. Choć w kilku rozmowach przewijał się także temat ewolucji człowieka, a to tylko kolejny powód do sięgnięcia po ten tytuł...

Podsumowując, najnowsza powieść Kady Cross to dzieło o sporym potencjale, który zakiełkował w tym tomie, a rozwijać się będzie w następnych książkach. Na szczęście dla mnie – jako fanki tej powieści – autorka nie porzuciła przygód Finley Jayne i zamierza opisywać je dalej, a ja w związku z tym mam szczerą nadzieję, że historia nabierze rumieńców, a bohaterowie jeszcze bardziej dojrzeją. Książkę czytało mi się świetnie, a wszystko to za sprawą prostego języka i ciekawej fabuły. Mimo że autorka popełniła kilka drobnych, nieistotnych dla ogólnego odbioru książki, błędów (brak opisów wiktoriańskiego Londynu czy niedopasowane do epoki słownictwo), jestem gotowa kontynuować tę przygodę. Rzadko kiedy bowiem trafiają się takie projekty. Kathryn Smith być może faktycznie bardzo wysoko postawiła sobie poprzeczkę, ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że będzie walczyć do samego końca, aby książka stała się jeszcze lepsza i przyciągnęła rzesze oddanych fanów. We mnie już znalazła kibica – trzymam bowiem kciuki za kolejny sukces.

 Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

25 sierpnia 2013

"Klątwa opali" - Tamora Pierce




Tytuł: Klątwa opali
Seria: Kroniki Tortallu
Tom: #1
Autor: Tamora Pierce
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 600



Wbrew pozorom Tamora Pierce nie jest pierwszą lepszą autorką, która próbuje podbić rynek książek fantasy. Spod jej klawiatury wyszło już kilka całkiem niezłych powieści, a jedną z nich jest z pewnością wydana przez Wydawnictwo Jaguar "Klątwa opali". Choć okładka z gotką nie zachęca do zapoznania się z treścią pierwszego tomu trylogii o Rebecce Cooper, to jednak zapewniam Was, że wybór "Kronik Tortallu" na wieczorną lekturę będzie jedną z Waszych lepszych decyzji.

Bohaterką tej niezwykłej historii jest Rebecca Cooper, która właśnie rozpoczęła służbę w wielce szanowanej Gwardii Starościńskiej i wraz ze swoimi przełożonymi - Tunstallem i Goodwin - patroluje ulice Niższego Miasta w Corusie znajdującym się w królestwie Tortallu. Becca to mądra, rezolutna i uzdolniona dziewczyna, która chowa w rękawie niejednego asa: potrafi walczyć, posiada kota o magicznych oczach, a i sama ma do czynienia z magią. Zadziwiające przy tym wszystkim jest to, że główną cechą, która wyróżnia ją spośród wszystkich nowicjuszy, jest chroniczna nieśmiałość. Mimo to młoda adeptka zaskarbia sobie sympatię zwierzchników i dosyć szybko jak na początkującą strażniczkę zyskuje szacunek mieszkańców patrolowanych przez nią ulic. Jednocześnie ze służbą dla Gwardii, młoda Cooper próbuje rozwikłać zagadkę serii tajemniczych morderstw w stolicy Tortallu, a na dodatek w mieście grasuje enigmatyczny Wąż Cienia, który wydaje się mieć z tą sprawą wiele wspólnego... Jak ze sprawą poradzi sobie początkująca strażniczka?

Zanim wygłoszę peany na cześć "Klątwy opali", chciałabym podzielić się z Wami pewną informacją. Otóż siadając do tej recenzji, musiałam sięgnąć po własny egzemplarz powieści, bo zapomniałam nazwisk strażników szkolących Beccę. Gdy tylko wzięłam książkę do ręki i poza zerknięciem na blurb przekartkowałam kilkanaście stron, zapragnęłam powtórnie przeczytać ją od deski do deski, by znów czuć tę radosną ekscytację z powodu lektury. Moi Drodzy, prawda jest taka, że powieść Tamory Pierce mocno mnie zaskoczyła: tym, że była po prostu fascynująca, dobrze napisana i naprawdę, naprawdę na swój sposób wyjątkowa.

O dziwo, początki z pierwszym tomem tej trylogii nie przemawiały na korzyść autorki. Powód był dość błahy: Pierce posługuje się w książce nietypowym słownictwem, które odczytałam na samym wstępie jako wulgarne i deprecjonujące. Otóż strażnicy nazywani są tutaj Psami, ich miejsce pracy, czyli posterunek - Budą, zaś Becca i inni nowicjusze - Szczeniętami. Ale to nie wszystko. Do Szczeniąt przemawia się tak jak do zwierząt, wobec czego w trakcie lektury niejeden raz Tunstall i Goodwin wydawali Cooper polecenia typu: "Bierz go! albo "Siad!". Prawda, że dziwne? Tak naprawdę nadal nie mogę pojąć skąd wziął się taki pomysł, lecz przyznaję, że z czasem do tego przywykłam, zwłaszcza gdy powściągliwa Goodwin zaczęła być wobec Rebecci na swój własny, pokręcony sposób opiekuńcza, a czasami wręcz czuła.

Powodem, dla którego moja przygoda z "Klątwą opali" trwała w najlepsze, była też fabuła. Dla kogoś takiego jak ja, a więc zwracającego uwagę na szczegóły, niezwykła dbałość autorki o wszelkie detale była na wagę złota. Historia widziana oczyma Becci jest przedstawiona bardzo dokładnie i drobiazgowo - poznajemy nie tylko głównych bohaterów, ale także codzienność mieszkańców Tortallu i wreszcie sam Corus - zarówno ten, w którym żyją biedacy, jak i ten, w którym króluje tamtejsza arystokracja. Wszystko jest przemyślane, a już zwłaszcza intryga kręcąca się wokół drogocennych opali ognistych, Węża Cienia i zagadkowych morderstw. Tak naprawdę jest to jedna z nielicznych książek, o której można z pewnością powiedzieć, że była w pełni dopracowana, dzięki czemu nie brak jej tego czegoś, co każe mi do niej wracać.

Fascynujący są również bohaterowie, przy czym warto zwrócić uwagę nie tylko na nieśmiałą i jednocześnie odważną Beccę, czy też doświadczonych i intrygujących Tunstalla i Goodwin, ale i na licznych przyjaciół Cooper. Już nie wspomnę o Drapku, jej wspaniałym kocim towarzyszu broni, którego z miejsca pokochałam za bystry umysł i charakter wojownika. Obok wydarzeń związanych z tytułową klątwą opali, sceny, w których pojawiał się kochany Drapek, należały do moich ulubionych. Szczególnie polecam przy tym ten moment, kiedy kocur zdenerwował się natarczywą afirmacją ze strony znajomych Becci i wcisnął im małe, rozmruczane prezenty w postaci kociaków zgarniętych wprost z ulicy. Doprawdy, przeurocze!

"Klątwa opali" Tamory Pierce to cudowna lektura, wciągająca i charakteryzująca się tym, że zarówno jej fabuła, jak i bohaterowie, są pieczałowicie dopracowani - do tego stopnia, że powieść zachwyca i nie pozwala o sobie zapomnieć. Niezwykle przyjemnie wspominam chwile spędzone z tą książką i właściwie jej jedynym minusem jest to, że momentami fabuła ciągnie się nazbyt ślamazarnie jak na tak energiczną główną bohaterkę, której wszędzie pełna i która nie przepuści okazji, by złapać jakiegoś zbira lub wyjaśnić tajemnicę masowych morderstw w Corusie. Pod każdym innym względem powieść jest doskonała i zdziwiłabym się, słysząc że komuś nie przypadła ona do gustu. Zachęcam Was gorąco do sięgnięcia po tę lekturę, bo jest ona warta każdej spędzonej nad nią minuty. Zdecydowanie polecam!

Ocena:


21 sierpnia 2013

"Nexus" - Ramez Naam





Tytuł: Nexus
Autor: Ramez Naam
Wydawnictwo: Drageus
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 454




Umysł ludzki wykorzystuje zaledwie ułamek swoich niesłychanych możliwości. W "Iron Manie 3" antagonista Tony'ego Starka, Aldrich Killian, porównywał mózg do niczym nieograniczonego wszechświata, wciąż niezbadanego i tak naprawdę przekraczającego ludzkie pojęcie. Z tego samego założenia wyszedł Ramez Naam, który w swoim literackim debiucie zaserwował nam wycieczkę po zakamarkach ludzkiego umysłu. Pomysłowo i efektownie wydany "Nexus" nie mógł nie okazać się hitem - wykorzystanie narkotyku do poszerzenia możliwości tego najważniejszego dla nas organu nie jest może czymś rewolucyjnym, ale za to w ujęciu bardziej science niż fiction prezentuje się nader intrygująco. Sięgnęłam po tę powieść, spodziewając się dobrej literatury, i moje oczekiwania spełniły się co do tego w stu procentach.

Ramez Naam kreśli przed nami wizję roku 2040 jako okresu umysłowej rewolucji wywołanej przez rozpowszechniony w podziemiu nanonarkotyk - Nexus. Dzięki niemu człowiek może łączyć się umysłem z innym przedstawicielem gatunku homo sapiens. Z jednej strony jest to niesamowite, bo oto otwiera się przed bohaterami książki zupełnie nowy świat, jednak z drugiej strony jest to niebezpieczne i nie do końca zbadane, a wiadomo, że jak człowiek czegoś nie zna, to się tego boi. I faktycznie - Nexus szybko zyskuje złą sławę w środowisku rządzących. Mówiąc krótko: jest towarem zakazanym, a jego zażywanie - surowo karane. Nie jest to jednak wystarczający argument, by główny bohater powieści - Kaden Lane - nie spróbował wejść do pociągającego świata nanonarkotyku. Mało tego, jako młody naukowiec, udoskonalił on Nexusa do kolejnego stadium, sprawiając, że ten przybiera formę programu komputerowego sterowanego siłą umysłu - bezgłośnie i niezauważalnie.

Wszystko to byłoby zbyt piękne - ludzie połączeni umysłami byliby bardziej ugodowi, skłonni do zażegnywania wszelkich konfliktów... Dlatego też autor wymyślił świetną intrygę bazującą na konflikcie z prawem, które nie do końca stoi po stronie sprawiedliwości. Kadenowi i jego przyjaciołom los zaczął podkładać kłody pod nogi - bohaterowie przestali ot tak rozpoznawać co jest dobre, a co złe. Wszystko się zmienia, również oni sami dojrzewają, a piętrzące się przed nimi kłopoty, które jeden po drugim próbują rozwiązywać, tylko potęgują to odczucie. Targające nimi wątpliwości sprawiły, że książkę czytałam z zapartym tchem, chcąc koniecznie poznać ich dalsze losy. A dzięki naturalnemu talentowi Naama do przedstawiania totalnej fikcji w formie stricte naukowej było to jeszcze ciekawsze.

Poziom wiedzy autora "Nexusa" jest doprawdy porażający, ale czego innego spodziewać się po człowieku, który stawiał na nogi kilka bardzo znanych projektów Billa Gatesa? Muszę przyznać, że Ramez Naam zauroczył mnie nie tylko swoim nieprzeciętnym intelektem, ale i tym, że z książki science-fiction zrobił coś więcej. W fabule dostrzec bowiem można drugie dno, wiele tematów do rozmyślań o moralności, o tym jak można wykorzystać tajemniczą substancję nie tylko do szlachetnych celów przyświecających m.in. Kadenowi, ale i do niecnych uczynków grożących światu chaosem.

Podsumowując, debiutancki "Nexus" Rameza Naama to powieść zaskakująco udana i zdecydowanie warta Waszej uwagi. Wyraziści bohaterowie, atrakcyjnie przedstawiona fabuła, wartka akcja, refleksyjność i poprawność językowa - oto, co reprezentuje sobą ta książka. Cieszę się, że powstaje coraz więcej takich powieści - zmuszających do myślenia, wciągających i wyróżniających się na tle konkurencji. Polecam.

Ocena:

Nowa Fantastyka 371 (8/2013)



Sierpniowa Nowa Fantastyka pozytywnie zaskakuje. Zwłaszcza pod względem opowiadań. Wśród autorów znaleźć można Adama Przechrztę, Lairda Barrona, Jakuba Małeckiego oraz kolejnego finalistę konkursu na opowiadanie, czyli Bartosza Kalinowskiego. Każda praca ma w sobie coś wyjątkowego, lecz Małecki skutecznie zdetronizował wszystkich pozostałych. Jego Sztuka w zaścianku to po mistrzowsku napisana historia, która niby z założenia ma być prosta, a jednak kryje w sobie kilka zawiłości. Trzeba przyznać, że balansowanie na krawędzi strachu i humoru wyszło autorowi wyśmienicie. Świetna fabuła i wspaniała polszczyzna - polecam! Przechrzta trzyma poziom i również jestem mile zaskoczona jego dziełem. Archiwum niby ma być opowiadaniem, a jednak realizuje pewne publicystyczne założenia. Ciekawe, z pomysłem. Pieśń o śmierci i śniegu Barrona to smakowity kąsek w postaci horroru. Przez większość czasu trzyma w napięciu, choć zakończenie przynosi lekkie rozczarowanie. Mimo to oceniam in plus. Tymczasem laureat konkursu opowiadaniowego, Bartosz Kalinowski, w swoim Uczniu Abdulla Al Hazzreda nieco męczy się z językiem, ale finalnie serwuje czytelnikom prostą, acz z lekka niepokojącą lekturę. Pozostawiam Wam dzieło Kalinowskiego do własnej oceny - ja przeczytałam je z chęcią, ale pod koniec byłam dość mocno rozczarowana jakością stylu autora.

W dziale publicystycznym posucha. Przynajmniej dla mnie. Ani nie interesował mnie artykuł o Elizjum, ani tym bardziej tekst dotyczący Nagrody im. Zajdla (rozczarował mnie ten konkurs już dawno temu). Artykuł o ekranizacji Miasta kości nie był w moim odczuciu żadnym odkryciem, a raczej omówieniem fabuły. Ciekawy za to był wywiad z Anną Kańtoch - pytania były przemyślane, a odpowiedzi warte mojej uwagi. Z chęcią przeczytałam również tekst o Richardzie Mathesonie, którego większość z nas kojarzy z książką Jestem legendą. Generalnie spodziewałam się lepszych tekstów w tym dziale, ale jak widać nie zawsze dostaje się to, czego się chce. Najważniejsze, że Nowa Fantastyka dba o różnorodność artykułów i tematów, ponieważ każdy znajdzie coś dla siebie. Z moimi preferencjami raz jest lepiej, a raz gorzej, więc mam nadzieję, że przyszły miesiąc bardziej mnie zadowoli.

Jak zwykle w czasopiśmie znaleźć można multum recenzji książek, filmów, komiksów i gier. Moja geekdusza mocno się raduje, bo teksty trzymają poziom i są pomocne przy doborze lektur. Oby więcej takich recenzji! Na sam koniec warto zerknąć na cenne wskazówki Michaela J. Sullivana - pisane z jajem i pomysłem zdecydowanie spodobają się większości czytelników.

17 sierpnia 2013

"Zdemaskowana. Dziewczyna, której jedno w głowie" - Abby Lee





Tytuł: Zdemaskowana. Dziewczyna, której jedno w głowie
Autor: Abby Lee
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 336




Internet to taki twór, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest anonimowy. Prędzej czy później wszystko wychodzi na jaw: każda tajemnica i każda informacja, którą chcemy zachować dla siebie. Tak było z autorką seksbloga, kryjącą się pod pseudnonimem Abby Lee - z dnia na dzień jej tożsamość została odkryta, a cały świat dowiedział się o tym, że najpopularniejszy blog erotyczny to w istocie dzieło jej autorstwa.

"Zdemaskowana" to swoista spowiedź blogera - dowiadujemy się z niej wielu faktów, wśród których z pewnością warto zwrócić uwagę na opowieść dotyczącą bloga i tematów dotyczących jego tworzenia. Jeśli chodzi o temat przewodni, a więc upodobania seksualne autorki, to w moim odczuciu nie jest już tak kolorowo - i nie pomaga nawet świetny język książki.

Seks przejadł się, odkąd "Pięćdziesiąt twarzy Greya" niesłusznie zyskało sławę i rozpromowało literaturę erotyczną. Książki traktujące o tych jakże intymnych sprawach zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu - dziwne, że przed E.L. James nikt jakoś nie kwapił się do pisania tego typu powieści. Nie zrozumcie mnie źle - Abby Lee nie wypłynęła na tej fali, bo jej blog istnieje od bardzo dawna i nie mam podstaw do twierdzenia, iż wylansowała się na tej popularnej ostatnio tematyce. Kiedy seksblogerka opisywała swoje pierwsze fantazje erotyczne, autorka historii Anny i Christiana nie była jeszcze nikim znanym.

Problemem "Zdemaskowanej" jest to, że treść książki jest nader wulgarna. Autorka zupełnie niepotrzebnie opisuje te tematy w taki, a nie innym sposób. Nie podobało mi się to i przyznaję, że książkę przeczytałam z wielkim trudem, choć była ciekawa i dobrze napisana. Z pewnością znajdzie się wielu entuzjastów pieprznej erotyki, jednak dla mnie było to wyjątkowo niesmaczne i nie mogę powiedzieć, bym z jej lektury była w pełni usatysfakcjonowana.

Powiem Wam za to, co jest ogromną zaletą tej powieści, choć pewnie uznacie, że mi odbiło. Otóż najbardziej podobało mi się w niej to, że nie miała fabuły. Nie dążyła do niczego. Był to po prostu spis myśli kobiety świadomej swojej seksualności. Jakby nie patrzeć, jest to blog spisany na kartki książki - złośliwi mogliby uznać to za odgrzewanie kotletów, ale w moim mniemaniu jest to poszerzanie horyzontów i docieranie do kolejnych czytelników. Mówiąc krótko: szczerze podziwiam Abby Lee za odwagę, by przyznać się do pisania bloga tak kontrowersyjnego, jakim jest blog o tematyce wybitnie erotycznej. Nieważne, że w sumie nie miało już wyjścia, skoro prawda wyszła na jaw. "Zdemaskowana" to bardzo dobrze napisana książka, która spodoba się fanom literatury erotycznej i osobom, które są ciekawe jak to jest, kiedy bloger przestaje być anonimowy i staje się rozpoznawalny. Dla mnie była to z pewnością inspirująca lektura z pewnymi wadami i zaletami.

Jeśli chcecie przekonać się o tym jak bardzo pikantna jest lektura "Zdemskowanej" Abby Lee, to nie wahajcie się i sięgnijcie po nią. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć dla urozmaicenia. Polecam!

Ocena:




14 sierpnia 2013

Stos 8/2013



Połowa miesiąca za nami, więc nadszedł czas na publikację moich ostatnich nabytków. Wydaje się, że jest tego sporo, ale tak naprawdę listonosz rzadko zostawiał mi awizo przez ostatni miesiąc. Ale czemu się dziwić - kto by chciał roznosić te skrawki papieru w taki upał!? Nie przedłużając, zostawiam Was sam na sam ze stosem.


Po lewej:

1. Praga i Czechy, Stephen Brook (G+J)
2. Rzym, Sari Gilbert i Michael Brouse (G+J)
3. Achaja. Tom I, Andrzej Ziemiański (Fabryka Słów)
4. 52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca, Jessica Brody (Fabryka Słów)
5. Pod kopułą, Stephen King (Prószyński i S-ka)
6. Mechaniczny książę, Cassandra Clare (MAG)
7. Legenda. Wybraniec, Marie Lu (Zielona Sowa)
8. Legenda. Rebeliant, Marie Lu (Zielona Sowa)
9. Encyklopedia Śródziemia, Robert Foster (Amber)
10. A może zmienisz zdanie? Sekrety perswazyjnego pisania, Lindsay Camp (One Press)
11. Jacqueline Kennedy. Historyczne rozmowy o życiu z Johnem F. Kennedym, Arthur Schlesinger Jr. (Znak)

Po prawej:

1. Elfy, Bernhart Hennen (Fabryka Słów)
2. Dziewczyna w stalowym gorsecie, Kady Cross (Fabryka Słów)
3. Szczęściara, Kristyn Kusek Lewis (Filia)
4. Samo szczęście, Karen Wheeler (Pascal) 
5. Tancerze burzy, Jay Kristoff (Wilga)
6. Szklany tron, Sarah J. Maas (Wilga)
7. Król kruków, Maggie Stiefvater (Wilga)
8. Tamtego lata nad Sekwaną, Agnieszka Błotnicka (Nasza Księgarnia)
9. Koty i córki, Helen Brown (Nasza Księgarnia)
10. Wurt, Jeff Noon (MAG)
11. Co wylądowało w lesie Rendlesham?, Mateusz Kudrański (wlesie.com) 
12. Morza szept, Patricia Schröder (Dreams)
13. Tajemnice Windsorów, Marek Rybarczyk (Marginesy)

Na samym dole widać zaś sierpniowy numer "Nowej Fantastyki".


Jak Wam się podobają moje najnowsze nabytki?
Co czytaliście? Co doradzacie, a przed czym przestrzegacie?

13 sierpnia 2013

"World War Z. Światowa Wojna Zombie w relacjach uczestników" - Max Brooks





Tytuł: World War Z. Światowa Wojna Zombie w relacjach uczestników
Autor: Max Brooks
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 544




Motyw apokalipsy zombie nigdy nie był popularniejszy niż ma to miejsce na chwilę obecną. Zombizm na stałe wpisał się w kanon książek opiewających wątki apokaliptyczno-survivalowe, przy czym można powiedzieć, że od kultowej "Nocy żywych trupów" powstają coraz to lepsze filmy i książki, w których mamy do czynienia z plagą umarlaków. Max Brooks, autor "World War Z" oraz osławionego poradnika przetrwania "Zombie Survival", jest wśród pisarzy tworzących w trupim kanonie absolutnym numerem jeden. Jego książki z pewnością przejdą do zombie historii jako jedne z najlepszych, jakie kiedykolwiek oglądał świat.

Moja fascynacja tą tematyką zaczęła się wraz z pierwszym sezonem "The Walking Dead", potem były komiksy Kirkmana, a także jego książki pisane w duecie z Bonansingą. Niemniej jednak, gdy w sieci pojawiły się pierwsze zajawki do filmu z Bradem Pittem, poczułam jakimś szóstym zmysłem, że "World War Z" będzie dla mnie przełomowym dziełem. I nie myliłam się, bowiem film okazał się znakomitym obrazem, do którego będę wielokrotnie powracać, zaś książka... Cóż, jest to kolejny tytuł nie mieszczący się na standardowej skali ocen.

Nie bez znaczenia pozostaje podtytuł dzieła Maxa Brooksa - "Światowa wojna zombie w relacjach uczesnitków". Jest to, najprościej rzecz ujmując, seria miniwywiadów z osobami, które przeżyły Wojnę Z. Wykorzystanie takiej, a nie innej formy sprawiło, że "World War Z" poraża realizmem, gdyż na pierwszy rzut oka nie sposób odróżnić prawdy od fałszu. Jest to wybitny zabieg, niezwykle rzadko wykorzystywany przez współczesnych pisarzy i z tegoż też względu niedoceniany. Przeciwnikom książek traktujących o zombizmie może się to wydawać idiotyczne, aby autor wykorzystywał formę para-reportażu do opisywania - jakby nie patrzeć - steku bzdur, lecz dla fanów żywych trupów w literaturze czytanie czegoś takiego jest szalenie interesujące.
"Ta wojna miała wiele nazw: Wielki Kryzys, Lata Ciemności, Chodząca Zaraza, a ostatnio doszły także nowsze i bardziej chwytliwe, jak Światowa Wojna Z czy Pierwsza Wojna Z. Mnie osobiście ta ostatnia bardzo się nie podoba, bo wskazuje na nieuchronność Drugiej Wojny Z."
Max Brooks fenomenalnie opisuje apokaliptyczny świat opanowany przez plagę umarlaków. Robi to poprzez swoisty podmiot zbiorowy, bowiem nie ma w "World War Z" mowy o konkretnych bohaterach - jest to najbardziej rzucająca się w oczy różnica pomiędzy filmem a książkowym pierwowzorem. Relacje osób, które przetrwały pierwsze lata pandemii są pełne drobiazgowych i arcyciekawych faktów ukazujących ich doświadczenia oraz zachowanie ludzi i władz reprezentowanych głównie przez wojsko (jako że politycy jako pierwsi się ewakuowali bądź zostali zainfekowani). Ideą tej książki nie było ukazanie ohydy towarzyszącej pandemii żywych trupów - wcale nie czyta się w niej o fruwających flakach i hektolitrach płynącej krwi, choć opisy są dość szczegółowe i nie da się ominąć takich tematów w stu procentach. Autorowi w większej mierze chodziło o to, by pokazać jak uczestnicy Wojny Z widzieli rozgrywające się na ich oczach wydarzenia. Brooks chciał, moim zdaniem, przedstawić trudną prawdę, jaką jest fakt, że gatunek ludzki nie potrafi należycie zadbać o swoich. Zanim zaczęto w ogóle mówić o jakiejkolwiek globalnej epidemii, WHO skutecznie ignorowało przypadki dziwnych zachorowań w biedniejszych krajach. Grubsze afery z udziałem zainfekowanych były starannie tuszowane, a uczestnicy brutalnie likwidowani. Nawet gdy plaga dotarła do większych miast nikt nie pokwapił się, by poinstruować ludność co do nowych zasad rządzących światem. Żywe trupy masowo opanowywały całe dzielnice bez praktycznie żadnych strat, bowiem ludzie szli na rzeź, jakby nigdy w życie nie słyszeli o zombie. Obecnie każdy z nas wie, że nie należy wchodzić w kontakt z zainfekowanymi, bo inaczej zostaniemy ugryzieni i pozostanie nam jedynie strzelić sobie w łeb.

Z pewnością "World War Z" należy traktować z przymrużeniem oka. Na chwilę obecną nie ma możliwości, by świat został opanowany przez żywe trupy. Nie da się jednak ukryć, że z dzieła Maxa Brooksa wypływają dwie prawdy. Pierwszą jest to, że w razie pandemii trzy czwarte gatunku ludzkiego nie przetrwa ataku z własnej głupoty (czytajcie "Zombie Survival", a zwiększycie swoje szanse na przeżycie!). Drugą zaś jest fakt, że ocalali z globalnej katastrofy dadzą początek nowemu, silniejszemu społeczeństwu. Bo choć większość historii opowiadanych przez bohaterów książki to smutne i niekiedy tragiczne wydarzenia, to jednak nie dało się nie zauważyć wyzierającego zeń optymizmu na zasadzie "Co nas nie zabije, to wzmocni".

Podsumowując, książka ta jest wybitnym przykładem tego, że kanon zombie wciąż może zaskakiwać. Formuła paradokumentu idealnie odzwierciedla realizm rozgrywających się podczas plagi wydarzeń, dzięki czemu niezwykle trudno odróżnić prawdę od fikcji. Autor jest obiektywny i widać w to w zadawanych bohaterom pytaniach. Nie da się nie zauważyć, że są to historie krwawe i tragiczne, lecz z kart "World War Z" wyziera optymizm. Książką jestem niepomiernie zachwycona i polecam ją wszystkim miłośnikom nie-do-końca-umarłych, a także tym osobom, które szukają oryginalnej, niebanalnej i maksymalnie wciągającej lektury. "World War Z" spełnia wszystkie te warunki, a lista zalet tego tytułu nie ma właściwie końca. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam i bez wyrzutów sumienia odkładam ją na półkę z ulubionymi tytułami. Po stokroć polecam!

Ocena: 6/6

Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.



9 sierpnia 2013

"Świat czarownic w pułapce" - Andre Norton




Tytuł: Świat czarownic w pułapce
Seria: Świat czarownic
Tom: #2
Autor: Andre Norton
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 288




Czytając pierwszy tom przygód Simona Tregartha, liczyłam, że na kontynuację nowego wydania nie będę musiała długo czekać. Opisywany w nim Estcarp szybko oczarował mnie wizją fantastycznej krainy rządzącej się żelaznymi zasadami, której niezwykłość reprezentują czarownice. Skrywające własne imiona kobiety z magicznymi zdolnościami, darzone szacunkiem i nawet trochę przerażające, wydały mi się nad wyraz interesującymi postaciami. Targające ich światem wojny autorka opisała w taki sposób, że nawet ja – do tej pory niezbyt zainteresowana taką tematyką – śledziłam tekst z niemałym ożywieniem.

Rzeczywiście, na nowe wydanie „Świata czarownic w pułapce” autorstwa Królowej Fantastyki – Andre Norton, nie musiałam oczekiwać miesiącami. Bardzo szybko na polskim rynku książki pojawiła się ta arcyciekawa kontynuacja historii mężczyzny, który przeniósł się do świata magii, by w ekspresowym tempie wstąpić do armii i poślubić czarownicę. Simon Tregarth złamał wszelkie zasady rządzące Estcarpem, a mimo to zdołał osiągnąć sukces, zyskać przyjaciół i szacunek mieszkańców. Gdyby zaś tego było mało, sprawił, że powściągliwa, enigmatyczna czarownica wyjawiła mu swe imię oraz została jego żoną. Nie znam jeszcze uniwersum stworzonego przez autorkę na tyle dobrze, by orientować się, jak często miały miejsce takie sytuacje, niemniej jednak to małżeństwo jest prawdziwym ewenementem. Tregarth to przecież przybysz z alternatywnej rzeczywistości!

Drugi tom tej klasycznej sagi rozpoczyna się wizją świeżo upieczonych małżonków – Simona i Jaelithe, która dla miłości wyrzekła się swojego zakonu. Zazwyczaj w takich sytuacjach niepokorna czarownica traciła moce, jednak małżonka Tregartha odkryła, że wciąż może posługiwać się magią. Nie potrafiła używać jej tak jak kiedyś, ale nadal była w stanie wykonywać najpotrzebniejsze sztuczki, co zresztą skwapliwie wykorzystywała w dalszej części historii. Magia okazała się szczególnie przydatna w momencie, gdy wyszło na jaw, że ukochana przyjaciela Simona, dzielnego wojownika Korisa, Loyse, została porwana. Podczas gdy czarownica ruszyła odzyskać klejnot, z którym rozstała się po ślubie z Simonem, ten wyprawił się w niebezpieczną podróż, by pomóc przyjaciółce. Domyślałam się, że nie będzie to wyprawa po grzyby, ale i tak rozmiar intryg, jakie wysnuła Andre Norton, żeby utrudnić życie swojemu głównemu bohaterowi, okazał się dla mnie zaskakujący.

Tak jak pierwsza część cyklu była w moim odczuciu nudnawa w trakcie lektury, tak „Świat czarownic w pułapce” od początku do końca utrzymywał w napięciu moje nerwy. Autorka naprawdę zmyślnie rzuciła mnie na głęboką wodę, przeprowadzając Simona przez szereg interesujących przygód w miejscach otoczonych aurą tajemnicy. W ten sposób jakimś cudem zżyłam się z Tregarthem, którego po przeczytaniu wstępu do cyklu nazwałam przecież gburem! Z przyjemnością na własne oczy dostrzegłam zmiany, jakie nastąpiły w charakterze mężczyzny, odkąd związał się z Jaelithe, co przyznaję – było dla mnie niezwykle satysfakcjonujące. Szkoda jedynie, że na rzecz rozwoju postaci Simona niejako odepchnięto czarownicę na dalszy plan. Czytając tę książkę, nieustannie miałam wrażenie, że stoi gdzieś z boku, zapomniana przez autorkę, nad czym ubolewałam, mimo że samych stron jej poświęconych było całkiem sporo. Widać pisarka ma inne plany wobec tej interesującej bohaterki. Liczyłam na to, że i w jej przypadku pojawi się jakiś progres, czy to w charakterze, czy to w umiejętnościach (nie pogardziłabym też historią z przeszłości Jaelithe), ale niestety wygląda na to, że będę musiała nań zaczekać do przyszłego tomu.

Umiejętność Andre Norton do tworzenia intrygi wojennej nadal stoi na najwyższym poziomie. Pomysłowa pisarka mąci ze sobą wątki, komplikuje relacje między poszczególnymi krainami, dzięki czemu przy czytaniu siedziałam jak na szpilkach, nie wiedząc, co będzie dalej. Pozornie w fabule skupiającej się na wojnie panuje chaos (a przynajmniej ja tak to odczuwałam), jednak po dokładniejszej lekturze udało mi się dostrzec pewien wzorzec. Tak naprawdę wszystko w tej historii posiada sens, a autorka prowadzi mnie do sedna sprawy jak po nitce do kłębka. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie ma tu miejsca na przewidywalność – powieść, która bez ustanku mnie zaskakuje i wprawia w zdumienie, w moim odczuciu zasługuje na uwagę.

Jakość historii przedstawionej w najnowszej części cyklu o świecie czarownic naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Autorka wywołała moje zaciekawienie i niejednokrotnie zadziwiła totalnie odmiennym tokiem myślenia niż się po niej w danym momencie spodziewałam. Opisywane wydarzenia mają swój sens i łączą się w spójną całość, a historia jest wciągająca i przemyślana. Po stokroć warto sięgnąć po „Świat czarownic w pułapce”, by na własnej skórze poczuć magię klasycznej fantasy, która kusi rozlicznymi intrygami, doskonale wykreowanymi postaciami oraz fabułą, jakiej nie powstydziłby się żaden pisarz tworzący w tym samym gatunku. Andre Norton bez wątpienia zasługuje na miano Królowej Fantastyki, a po lekturze tej książki nawet ja nie potrafię poddawać tego w wątpliwość.

Recenzja powstała na potrzeby portalu eFanstastyka.pl.