STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 września 2013

Podsumowanie września


O kurczaki, to wrzesień naprawdę już się skończył!? Nie mogę uwierzyć, że moje błogie wakacje (spędzone w całości w pracy) właśnie dobiegły końca. Od soboty zaczynam zajęcia i choć nie będzie ich wiele, to i tak już teraz zaczynam narzekać na brak możliwości odpoczynku. Ale, jak to się mówi, "Masz, babo placek!" - pozostaje mi przywyknąć i wykradać czas na czytanie książek.

Wrzesień na blogu prezentuje się znośnie. W ciągu tego miesiąca odwiedziło mnie 4923 nowych osób, a łącznych odwiedzin było 59 048. Zrecenzujemy ma obecnie 232 obserwatorów, 197 fanów na Facebooku oraz 182 osoby w kręgach na Google+. Miło mi, że wciąż przybywają tu nowe twarze, aczkolwiek mam nadzieję, że kolejne miesiące będą lepsze.

Bilans książkowy prezentuje się następująco:

1. Alchemia miłości, Eve Edwards [RECENZJA]
2. Saga księżycowa. Scarlet, Marissa Meyer
3. Elfy, Bernard Hennen
4. Szczęściara, Kristyn Kusek Lewis
5. Grim. Pieczęć Ognia, Gesa Schwartz
6. Samo szczęście, Karen Wheeler   
7. Szklany tron, Sarah J. Maas
8. Koty i córki, Helen Brown
9. Nowy Przywódca, Julianna Baggott
10. Ostatnia spowiedź. Tom II, Nina Reichter
11. Dziedzictwo, C.J. Daugherty
12. Czas żniw, Samantha Shannon
13. Co wylądowało w lesie Rendlesham?, Mateusz Kudrański
14. Kruk kruków, Maggie Stiefvater
15. Nowa Fantastyka 372 (09/2013)


Łącznie było to 6430 stron, czyli około 214 stron dziennie

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Dziewięć żyć Chloe King. Upadła"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak
Najlepsza Książka: "Szklany tron"
Najgorsza Książka: "Samo szczęście"


PLAN NA PAŹDZIERNIK? Pogodzić pracę i naukę z czytaniem i pisaniem recenzji!

"Morza szept" - Patricia Schröder




Tytuł: Morza szept
Seria: Morza szept
Tom: #1
Autor: Patricia Schröder
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 334



Niemka Patricia Schröder wychowywała się w Düsseldorfie. Jak sama wielokrotnie podkreślała, jej edukacja była dość skomplikowana - autorka studiowała m.in. wzornictwo, lecz finalnie zawsze ciągnęło ją do pisania. Dzięki obecnie bliskiemu sąsiedztwu Morza Północnego w umyśle pisarki narodził się oryginalny pomysł na trylogię, którą zapoczątkowała powieść Morza szept. W Polsce książka pojawiła się na półkach księgarnianych za sprawą Dreamsów, których talent objawia się nie tylko w zjawiskowo pięknych okładkach, ale - jak widać - również w wyszukiwaniu historii wartych przeczytania. Tylko czy Morza szept faktycznie należy do ich grona?

Pod względem okładki powieść Patricii Schröder zdecydowanie wyróżnia się na tle konkurencji - piękna i dopracowana kusi samym już wyglądem. Ale przecież nie tylko wygląd książki się liczy - ważne jest także jej wnętrze. I tutaj zaczynają się schody, o których chciałabym Wam trochę opowiedzieć.

Bohaterką historii jest siedemnastoletnia Elodie, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ojca, a na dodatek panicznie boi się wody. O ile potrafię zrozumieć ból po stracie bliskiej osoby, a także hydrofobię, o tyle sam sposób ukazania przez autorkę tej przykrej choroby do mnie nie przemawia. Tym bardziej trudno mi wyobrazić sobie wycieczkę na wyspę otoczoną niespokojnymi wodami Morza Północnego - to tak, jakby mnie, osobę z zaawansowaną arachnofobią, zamknąć w pokoju pełnym pajęczaków. Tymczasem Patricia Schröder bez ogródek wysłała swoją bohaterkę w miejsce potęgujące jej lęk - zupełnie tego nie rozumiem. Samej Elodie nie mam nic do zarzucenia, aczkolwiek denerwował mnie jej rozchwiany emocjonalnie charakter. Podziwiając oczyma wyobraźni uroki wyspy Guernsey, byłam w stanie nie zwracać uwagi na jej niepewność, wahania nastrojów, nadpobudliwość i, niekiedy, dziwne reakcje. Szczerze mówiąc, dużo lepiej pod względem kreacji prezentowali się wyspiarze - Ruby i Ashton. Zwłaszcza ten drugi zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Rzadko kiedy autorzy decydują się przedstawić w swojej twórczości osoby ze schorzeniami natury neurologicznej, tymczasem Schröder odważnie zaprezentowała u Ashtona zespół Tourette'a. Ta choroba nie należy do najprzyjemniejszych, ale objawia się pewnymi odruchami, które tak na dobrą sprawę są bardzo przykre, ale mnie osobiście bardzo bawiły. I pewnie dlatego Ashtona wspominam najmilej - choć jego choroba jest bardzo poważna, ten chłopak zawsze, ale to zawsze starał się zachować dobrą minę do złej gry. Z kolei Ruby podziwiałam za jej szczerą, niezachwianą miłość do swojego chłopaka, mimo że przysparza jej wielu problemów, a także jej bezinteresowność względem Elodie oraz ciotecznej babci dziewczyny - Grace.

Inną ważną postacią jest Gordian, a także jego koledzy. Podczas gdy on stanowi pierwiastek dobra, tak pozostali raczej już zasilają szeregi czarnych charakterów. Wspominając o nich, tak naprawdę robię sobie przyczynek do fabuły Morza szept, która może i nie należy do zbyt skomplikowanych, ale kryje w sobie kilka tajemnic - aż żal nie spróbować ich odkryć! Wydaje mi się, że największych atutem historii przedstawionej przez autorkę jest całkowita odmienność pod względem paranormalności bohaterów. Tym razem nie mamy do czynienia z wampirami i wilkołakami, które trochę już się wszystkim przejadły, ale z morskimi istotami: plonksami i niksami. Co prawda nadal nie potrafię odróżnić jednych od drugich, niemniej jednak podziwiam chęć Schröder do wyróżniania się z tłumu pisarzy piszących w kółko o tym samym. Muszę przyznać, że czytanie o tych stworzeniach było ekscytujące. A jeśli dodam, że w fabule znaleźć można wątek morderstwa i poszukiwania motywu oraz sprawy, to chyba już nikt nie będzie zwlekał z sięgnięciem po tę powieść, prawda?

Czuję się jednak zobowiązana do tego, by ostrzec Was przed wątkiem miłosnym. Mówiąc jak najprościej: Morza szept kuleje pod tym względem jak mało która książka. Zgrzytanie zębów macie gwarantowane - nawet Zmierzch nie był tak tandetny, jeśli chodzi o miłość i uczucia. W głowie mi się nie mieści, by po zaledwie kilku dniach znajomości, zdawkowej i urywanej, Elodie mogła do tego stopnia zadurzyć się w Gordianie i zupełnie stracić resztki zdrowego rozsądku. Nie wiem jakim cudem autorce wpadł do głowy pomysł na takie przedstawienie ich miłości i chyba tylko jedno wyjaśnienie mogłoby uratować ten wątek. Gdyby tak potężne zauroczenie powstało pod wpływem magii (aury/uroku) Gordy'ego, mogłabym to przełknąć. Każde inne wytłumaczenie całkowicie pogrąży Patricię Schröder w moich oczach i będę musiała przyznać, że nie potrafi ona pisać o miłości lub też buja w obłokach (co nie przystoi kobiecie w jej wieku).

Pod każdym innym względem Morza szept stanowi naprawdę przyjemną lekturę. Podobało mi się w niej kilka elementów, takich jak umiejscowienie akcji na wyspie Guernsey, kreacja Ashtona, na co dzień zmagającego się z zespołtem Tourette'a, a także przedstawienie zupełnie innych istot paranormalnych - tak odmiennych od tych zazwyczaj spotykanych w tego typu literaturze. Książka Patricii Schröder może i nie była idealną historią z powodu słabego wątku miłosnego oraz momentami kulawego języka (chaotyczne dialogi, literówki, błędy składniowe, niepoprawny szyk zdań, dominacja dialogów nad opisami), niemniej jednak podobała mi się na tyle, bym z chęcią oczekiwała kontynuacji przygód Elodie i Gordiana. W końcu muszę dać autorce szansę na zrehabilitowanie się w moich oczach i poprawę tego, co jej nie wyszło!

Ocena:


  

28 września 2013

"Tamtego lata nad Sekwaną" - Agnieszka Błotnicka




 
Tytuł: Tamtego lata nad Sekwaną
Autor: Agnieszka Błotnicka
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 272




Są takie momenty w życiu, gdy patrząc przez pryzmat przeszłości, zaczynamy dostrzegać, że coś złego dzieje się w naszej teraźniejszości. Wystarczy niewielki impuls, chociażby mgliste wspomnienie pobytu z ukochanym w Paryżu, by przejrzeć na oczy i uzmysłowić sobie swoje własne błędy. Właśnie taka retrospekcja skłoniła Monikę Grosz, bohaterkę powieści Tamtego lata nad Sekwaną autorstwa Agnieszki Błotnickiej, do rezygnacji z urlopu z mężem Wojtkiem i zajęcia się sprawą Jacka Pohla. Chłopak, by chronić swoją matkę przed wpływem mediów, zdecydował się na samotną krucjatę, której celem było oczernienie wizerunku magnata prasowego, Andreasa Lewickiego. Wydawać by się mogło, że z kimś takim nie można wygrać, ale zarówno Monika, jak i Jacek, są gotowi stawić mu czoła. Aby przygotować się do żmudnego procesu, prawniczka wyrusza do Miasta Świateł, gdzie ukrywa się Pohl.

Dla młodej, ambitnej kobiety powrót do Paryża oznacza nie tylko nowe zadanie, ale i walkę ze wspomnieniami, kiedy wraz z Wojtkiem szczęśliwie przemierzali paryskie uliczki, nie widząc niczego poza sobą. Teraz, gdy ich związek ma się praktycznie ku końcowi, Miasto Miłości nie jest już takie samo. Między retrospekcje wkradają się smutek i nostalgia, a poczucie jawnej niesprawiedliwości nie pozwala Monice pracować. Na dodatek w jednej z paryskich kawiarni kobieta spotyka swoją dawną miłość - tylko co z tego wyniknie? Pewni możecie być tylko jednego: to dopiero początek tej historii!

Tamtego lata nad Sekwaną to ciepła opowieść o poszukiwaniu szczęścia i walce o to, by życie miało sens i smak. Bohaterowie tej historii z uporem dążą do osiągnięcia zamierzonych celów i miło mi było przyglądać się temu procesowi. Zwłaszcza z uwagi na problemy, z którymi się borykali, a które nie różniły się zbytnio od naszych zmartwień. Agnieszka Błotnicka w sposób bardzo obrazowy ukazała starania Moniki, jeśli chodzi o samorealizację i spełnienie, oddając w ręce czytelnika powieść z życia wziętą - taką, co do której nie ma się wątpliwości. Choć sprawa z Wojtkiem nie należała do najprzyjemniejszych, uważam, że autorka słusznie wzięła pod lupę problem małżeństw, w których wypaliło się uczucie. Myślę, że czytając o tym, wiele osób na tym skorzysta. Naprawdę można spojrzeć na niektóre sprawy z innej perspektywy.

Zaserwowana nam przez Agnieszkę Błotnicką historia nie jest długa, ani tym bardziej skomplikowana. W gruncie rzeczy jest to niezwykle prosta opowieść o rzeczach oczywistych, o których czasami zapominamy. Tamtego lata nad Sekwaną to także książka łatwa i przyjemna w odbiorze, idealna na wieczór w towarzystwie koca i kubka herbaty. Z pewnością nie jest to literatura ambitna, lecz najzwyklejsza w świecie powieść obyczajowa, jednak warto po nią sięgnąć chociażby dla uroków Paryża. Co prawda niezwykle drażniące są w tym dziele francuskojęzyczne, nietłumaczone wstawki (wystarczyłyby przypisy dolne), lecz mimo to język powieści jest subtelny i raczej nie znajdzie się osoba, której nie przypadłby do gustu. Jak na tak krótką opowieść nie mogę też mówić o płynącej z niej głębi, choć wydaje mi się, że każdy dostrzeże w niej coś wartego uwagi. Wielka szkoda przy tym, że autorka na rzecz wątku miłosnego zrezygnowała z dokładniejszego przedstawienia sprawy Jacka Pohla, jak również poświęciła więcej uwagi Monice i jej dawnej miłości, całkowicie ignorując postać Wojtka, przez co nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, jakie były powody jego przemiany. Przy czym muszę z żalem przyznać, że do końca mojej przygody z tą książką łudziłam się, że poznam motywację tego człowieka. Żałuję, że ten wątek został pominięty.

Czytając Tamtego lata nad Sekwaną na pewno poczujecie klimat stolicy Francji, a jeśli ktoś z Was ma szczególnie wyobraźnię, to może i poczuje zapach świeżo upieczonych rogalików. Dla mnie była to całkiem przyjemna lektura, z której można wyciągnąć pewne wnioski, dlatego bez wątpienia i Wam polecam tę książkę. Nie jest ona ambitna i daleko jej do ideału, niemniej jednak jeden pochmurny wieczór z pewnością można jej poświęcić. Ja to zrobiłam i finalnie jestem zadowolona.

Ocena:



26 września 2013

"Łukasz i kostur czarownicy" - Piotr Patykiewicz





Tytuł: Łukasz i kostur czarownicy
Autor: Piotr Patykiewicz
Wydawnictwo: BIS
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 360




Zanim został pisarzem, Piotr Patykiewicz imał się wielu zajęć: studiował politologię, prowadził sklep zoologiczny, a nawet był ochroniarzem! Dzisiaj jest autorem kilku powieści fantastycznych, a wśród nich niezwykle interesująco prezentuje się młodzieżowy Łukasz i kostur czarownicy. Sięgając po tę książkę, byłam sceptycznie nastawiona do tego konkretnego tytułu, ale blurb i okładka wyglądały zachęcająco, toteż zaryzykowałam. Cieszę się, że miałam odwagę po nią sięgnąć, gdyż zaskoczyła mnie pod wieloma względami.

Łukasz, tytułowy bohater powieści, z wytęsknieniem wyczekuje dnia, w którym wraz z rodzicami wybierze się na wakacje do Chorwacji. Marzą mu się plaże, słońce, morze i luksusowy hotel, jednak kiedy przychodzi co do czego, ojciec chłopaka otrzymuje awans i musi wyjechać, a matka niespodziewanie trafia do szpitala. W efekcie ich syn ląduje u ciotki Wandy, w obskurnym miasteczku u podnóża gór, gdzie nie ma dostępu do telewizji, internetu, a nawet prądu. Dla nastolatka wychowanego wśród technicznych udogodnień tego typu wakacje jawią się jako koszmar. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym to jednak nic w porównaniu z ciotką Wandą, zwariowaną staruszką, która okazuje się być kimś więcej, niż mógłby się spodziewać jej nieoczekiwany gość. Chłopiec spotyka się również z Julką, dziewczynką mieszkającą w tej samej kamienicy, co jego krewna. Urocza sąsiadka ma tyle kłopotów ze swoim starszym bratem i ojcem, że jej znajomość z Łukaszem okazuje się zaskakująco burzliwa jak na zwyczajnych dwunastolatków. Ich wspólne przygody śledziłam w powieści Patykiewicza i z umiarkowanym zainteresowaniem dobrnęłam do jej końca.

Nie da się ukryć, że książka powstała z myślą o młodych czytelnikach. Jej styl dla kogoś takiego jak ja jest zbyt dziecinny, jednak autor ma naprawdę bardzo dobre pióro, dzięki czemu Łukasza i kostur czarownicy czytało mi się lekko i przyjemnie. Na pierwszy rzut oka powieść Patykiewicza wyglądała jak opis niecodziennych przygód dwunastoletniego chłopca, lecz ja dostrzegłam drugie dno fabuły, kryjące się za tym co pisarz uznał za główną oś historii. Oprócz perypetii Łukasza istotne były również wplecione między wątki znane wszystkim dorosłym uniwersalne prawdy, takie jak niezwykła siła przyjaźni i potęga więzów rodzinnych. Autor zgrabnie przedstawił te nieco poważniejsze tematy i jestem przekonana, że ich sedno dotarłoby do młodzieży, która nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego, jak ważni są koledzy i najbliżsi. Moim zdaniem Patykiewicz ukazał prawdziwe życie, a przynajmniej bardzo bliskie rzeczywistości, i jedynie urozmaicił je wątkiem fantastycznym, aby uatrakcyjnić powieść i zachęcić młodych odbiorców do lektury.

Atutem książki jest niewątpliwie świetnie wykreowany świat, w którym przychodzi egzystować głównemu bohaterowi: on pozbawiony udogodnień, a mimo to na swój sposób urokliwy, bowiem wypełniają go przygody na świeżym powietrzu, coraz rzadsze w dzisiejszych czasach. Ciotka Wanda to prawdziwa amatorka górskich wycieczek i muszę przyznać, że aż miło się czytało o chłopaku, powoli, lecz nieubłaganie przekonującym się do tego typu aktywności. Ciekawym rozwiązaniem okazało się dla mnie postawienie Łukasza w sytuacji niesienia pomocy ciotce w codziennych czynnościach, czego nigdy nie robił w swoim domu. Rzadko spotykam takich bohaterów – znacznie częściej mam do czynienia z miłośnikami drogich telefonów i laptopów, dla których prace domowe to zło konieczne zarezerwowane dla mam i sprzątaczek, a nie współczesnych nastolatków.

Równie pozytywnie odbierałam w trakcie lektury postacie stworzone przez autora. Nie spodziewałam się wiele po Łukaszu, lecz finalnie polubiłam go za niezłomność charakteru, odwagę i poświęcenie. Julka okazała się niezwykle ciepłą osobą, oddaną i sympatyczną. Taką, z którą można konie kraść. Choć oboje są bardzo dobrze wykreowani, to jednak ciotka Wanda przyćmiła ich swoją dobrocią, inteligencją, wrażliwością i magiczną aurą. Zapamiętałam ją jako osobę, dla której miłość i rodzina to najważniejsze wartości i pod tym względem jestem o krok od porównania jej do mojej kochanej babci.

Jak na powieść dla młodzieży, Łukasz i kostur czarownicy spodobała mi się na tyle, bym ją miło wspominała. Nie jest to, rzecz jasna, literatura z wyższej półki. Jej przewidywalność oraz usilne dążenie do szczęśliwego zakończenia skutecznie niweczą uznanie książki Patykiewicza za nowatorską, niemniej jednak nie o to w powieściach dla dzieci i młodzieży chodzi. Wielki plus należy się autorowi za przekazywanie uniwersalnych prawd, kreowanie ciekawych postaci, a także wikłanie ich w przygody, o których przyjemnie się czyta bez względu na wiek. Z uwagi na te niezaprzeczalne walory polecam powieść Patykiewicza miłośnikom prozy polskiej oraz młodym odbiorcom dopiero raczkującym w sferze fantastyki. Moim zdaniem jest to świetny wstęp do cyklu o Harrym Potterze.

Ocena:




Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl

24 września 2013

"Złota lilia" - Richelle Mead




Tytuł: Złota lilia
Seria: Kroniki krwi
Tom: #2
Autor: Richelle Mead
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 432



Twórczość Richelle Mead zaskoczyła mnie już dwukrotnie. Nie spodziewałam się, że "Kroniki krwi" i "Akademia Wampirów" tak bardzo przypadną mi do gustu - sądziłam raczej, że będą to średniej jakości historie pozbawione akcji. Okazało się jednak, że obie serie wciągnęły mnie do tego stopnia, że oderwanie się od lektury było niemożliwe. Spodobał mi się świat wampirów widziany oczyma autorki i byłam gotowa poświęcić mu więcej czasu. Moje trzecie podejście do książek Mead pozbawione było tych wszystkich wątpliwości, które targały mną, gdy sięgałam po pierwsze tomy cyklów jej autorstwa. Po prostu miałam pewność, że "Złota lilia" nie zawiedzie moich oczekiwań.

Dla Sydney opieka nad Jill Dragomir nadal pozostaje priorytetem. Zdolna alchemiczka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że od detronizacji dzieli Lissę jedynie jej przybrana siostra. Gdyby Jill została zamordowana, królowa wampirów musiałaby oddać władzę w ręce kogoś, kto z pewnością nie byłby tak wspaniałym przywódcą jak ona. Właśnie dlatego ochranianie morojskiej krewniaczki Wasylissy jest tak ważne. Sydney o tym wie, przez co jej udawane życie w Palm Springs ma dla niej sens. Co prawda nadal brzydzi się wampirzą magią i trudno jej przywyknąć do myśli, że przyjaźni się istotami, których nienawidzi, jednak w jej zachowaniu widać już zachodzące powoli zmiany. Wygląda na to, że po trochu zaczyna do niej docierać, że szufladkowanie ludzi i wampirów jest niesprawiedliwe.

Nauka w prywatnej szkole to nie wszystko. Sydney bierze również udział w eksperymentach Sonii i Dymitra, które mają na celu znalezienie sposobu na odwrócenie procesu przemiany w strzygę. Badania te są niezwykle ważne, przez co zwracają badacze zwracają na siebie uwagę niepowołanych osób. Ktoś znów zagraża misji, a niebezpieczeństwo grozi nie tylko Jill, ale i wszystkim wampirom z jej otoczenia. Czy ekipa z Palm Springs wyjdzie cało z opresji i co wspólnego mają badania Sonii i Dymitra z legendarnymi łowcami wampirów? Sprawdźcie sami!

Po raz kolejny Richelle Mead udowodniła, że potrafi pisać romanse paranormalne. "Złota lilia" kipi wartką akcją, dzięki czemu sprawiła mi masę frajdy i na długo przytrzymała mnie przy lekturze. Bałam się, że pozbycie się problemu Keitha uspokoi fabułę i zrobi się nudno, ale nic bardziej mylnego! Autorka miała świetny pomysł na fabułę i powoli zaczynam widzieć jej zarys, jeśli chodzi o całą serię. Jestem święcie przekonana, że Mead zaskoczy nas wielokrotnie, bo nie da się nie zauważyć, że ewidentnie dąży do rozwinięcia co ciekawszych wątków wyłaniających się z książki. Bohaterowie dojrzewają i widać to szczególnie w przypadku Sydney i Adriana. Swoją drogą Iwaszkow nadal pozostaje wielką gwiazdą powieści i nie wyobrażam sobie, by jego rola w "Kronikach krwi" została w jakikolwiek sposób zredukowana. Im więcej Adriana, tym lepiej! Zwłaszcza teraz, gdy powoli wyrasta z bycia nieczułym draniem i idiotą, jednocześnie zachowując swój lekko arogancki styl bycia.

W "Złotej lilii" podobała mi się wyraźnie zaakcentowana wewnętrzna walka Sydney z jej obawami i niechęcią do magii. Autorka od początku podkreślała awersję alchemiczki nie tylko do wampirów samych w sobie, ale i do umiejętności, jakie posiadają. Dzięki temu, że w tym tomie Sydney zaczęła zastanawiać się nad swoją postawą, powieść nabrała rumieńców. Bardzo lubię rozdartych bohaterów, ponieważ uwielbiam obserwować ich przemianę w zależności od wybranej ścieżki. Cieszę się, że w przypadku Sydney mogłam przyglądać się temu jak walczy ze swoimi demonami i próbuje zaakceptować fakt, że wampiry stały się ważną częścią jej życia. W istocie "Złota lilia" to powieść o walce z przeciwnościami losu, które stoją na przeszkodzie przyjaźni ludzko-wampirzej...

Nie najnowsza już, bo na rynku wydawniczym debiutuje właśnie "Magia indygo", powieść Richelle Mead, to doskonały sposób na jesienną chandrę. Książka napisana jest przyjemnym, prostym językiem docierającym do każdego, a fabuła jest wciągająca i z pewnością zaplanowana daleko wprzód. Na dobre oczarował mnie świat wampirów wykreowany przez tę autorkę i zachęcam Was do tego, byście i Wy przekonali się do "Kronik krwi" oraz "Akademii Wampirów", która je poprzedza. 

Ocena:



21 września 2013

"Partials. Częściowcy" - Dan Wells




Tytuł: Częściowcy
Seria: Partials
Tom: #1
Autor: Dan Wells
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 480



Podstawowym elementem zapewniającym przetrwanie gatunku ludzkiego jest zdolność człowieka do reprodukcji. Mówiąc prościej: nasze istnienie zależy od tego, czy będziemy posiadali dzieci. A gdyby tak odebrano nam tę zdolność i zmanipulowano nasze geny do tego stopnia, że bylibyśmy bezpłodni? Albo – jeszcze gorzej – co stałoby się z gatunkiem homo sapiens, gdyby stworzono wirusa, który pozwalałby nam się rozmnażać, ale wszystkie dzieci nie dożywałyby nawet tygodnia? Taki problem podejmuje dystopijna powieść Dana Wellsa wydana przez Jaguara – „Partials. Częściowcy”, która okazała się wspaniałą, choć okrutną jak na książkę młodzieżową lekturą. Bardzo dobrze ją wspominam.

Zanim powieść ujrzała światło dzienne, Jaguar miał spore problemy z tytułem. Otóż słowo „Partials” jest nieprzetłumaczalne na nasz język, toteż wydawnictwo musiało zdecydować się na starą, lecz dobrą metodę – słowotwórstwo. Wydaje się, iż „Częściowcy” stanowią rozsądne wyjście, gdyż najbliżej im do oryginału, jednak ja byłam zwolenniczką spolszczonej wersji, a więc „Partialsów”. Na potrzeby tej recenzji taką wersją będą się posługiwać, gdyż tak mi jest po prostu wygodniej.

Tytułowi Częściowcy to żołnierze przyszłości – idealne maszyny do zabijania stworzone przez ludzi. Pożyteczne cechy takie jak siła i szybkość zostały u nich genetycznie wzmocnione, zaś nieprzydatne, jak chociażby wrażliwość na ból, usunięte z kodu DNA. Dzięki temu na wojnie Partialsi byli niepokonani. Początkowo ludzie byli przekonani, że zaszczepione im ślepe wręcz posłuszeństwo pozwoli w pełni ich kontrolować. Nie przewidzieli jednak, że Częściowcom nie będzie się to ani trochę podobać. Któregoś dnia żołnierze idealni wszczęli bunt. Nie pokonali swoich zwierzchników tradycyjnie, lecz stworzyli wirusa, z pomocą którego wybili niemal całą ludzkość. Ocalałe niedobitki wycofały się na Long Island, gdzie znajduje się ostatnia kolebka cywilizacji. Najgorsze jednak nie jest to, że przeżył zaledwie ułamek ludzkości. Największym problemem ludzi jest teraz to, że utracili oni zdolność do reprodukcji, co oznacza, że gatunek homo sapiens wyginie wraz ze swoim ostatnim przedstawicielem.

W takim świecie przychodzi żyć Kirze Walker, szesnastolatce z uzdolnieniami medycznymi, dla której spełnieniem marzeń byłoby wynalezienie antidotum umożliwiającym dzieciom nie tylko się urodzić, ale i przetrwać. Dziewczyna ma chłopaka, ale podczas gdy on pragnie od niej stabilizacji, ona czuje, że ma przed sobą zadanie, od którego zależy przyszłość ludzkości. Tak upartej bohaterki jak Kira nie znajdziecie w zbyt wielu książkach, dlatego też pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że w końcu jej życie mocno się pokomplikuje, a wpływ na to będzie miał jeden z Częściowców, złapany w celu badań zespołu pracującego nad lekarstwem.

Wymyślona przez Dana Wellsa fabuła jest mroczna i wciągająca. Niezwykle trudno mi było oderwać się od lektury, tak mocno trzymała mnie ona w napięciu. Autor co rusz czymś mnie zaskakiwał – nie spodziewałam się, że jedna osoba może mieć aż tyle pomysłów i pisać aż tak nieprzewidywalnie. Kiedy akcja zwalniała, ni stąd, ni zowąd nagle przyspieszała, czego za nic w świecie bym się nie spodziewała. Rozdziały kończyły się zaś w takich momentach, zapewne złośliwie wybranych przez pisarza, że niemożliwym było przerwać, gdy napięcie sięgało zenitu i siłą rzeczy trzeba było czytać dalej. Uwielbiam autorów, którzy potrafią przytrzymać mnie przy książce. Choć rzeczywistość, w której żyje Kira, nie należy do najprzyjemniejszych, to jednak sposób, w jaki Dan Wells ją przedstawia, nie ma sobie równych. Idealna dystopia w moim odczuciu powinna wyglądać dokładnie tak, jak opisują ją nam autor „Partialsów”. A co za tym idzie, dobra książka podejmująca takie tematy musi charakteryzować się tym, że ludzie skazani są na reżim. Mimo że wydaje im się, że stworzony system jest słuszny, to i tak znajdą się tacy, którym się to nie spodoba. I tutaj rodzi się kolejny element udanej dystopii: buntownicy. Bez nich nie można mówić o ciekawej fabule, ponieważ jestem przekonana, że przewidywalna i jednotorowa akcja nikomu nie przypadłaby do gustu. Tak samo istotni są według mnie bohaterowie. Jeśli postacie niczym nie zaskakują, od powieści zaczyna wiać nudą. U Wellsa problem ten nie występuje, ponieważ Kira to żywa, pogodna dziewczyna, z masą wad i zalet, a jej przyjaciele również stanowią ciekawe indywidua, słowem: każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowi. Na sam koniec warto wspomnieć o języku powieści. Mówiąc w takich kategoriach o „Partialsach”, nie można powiedzieć o stylu Wellsa czegokolwiek innego niż „wirtuozeria”. Pisarz po mistrzowsku posługuje się językiem i robi z niego odpowiedni użytek, co widać w doskonale napisanej powieści.

Podsumowując, pierwszy tom historii Częściowców to wzorowa dystopia, od której nie można się oderwać. Powieścią jestem zachwycona, tak samo zachwycony był mój chłopak, który od powieści dla młodzieży raczej trzyma się z daleka, dlatego też jestem przekonana, że książka Dana Wellsa spodoba się wielu moim Czytelnikom. Jeśli moje zdanie w jakikolwiek sposób się dla Was liczy, to naprawdę polecam Wam Partialsów. Całkiem przyjemnie czyta się takie porządnie skonstruowane dystopie i pewnie nikogo nie zaskoczę, pisząc, że nie mogę się już doczekać kontynuacji przygód Kiry. Mam nadzieję, że i Wy wkrótce dołączycie do grona osób radośnie oczekujących pojawienia się w Polsce drugiego tomu „Partialsów”.

Ocena:



19 września 2013

Nowa Fantastyka 372 (9/2013)



Wrześniowa okładka Nowej Fantastyki może i nie wywołała u mnie okrzyku radości (nie lubię Riddicka), nie oznacza to jednak, że zawartość numeru jest do niczego. W sumie jest to jeden z ciekawszych miesięcy - pełen dobrych artykułów i opowiadań. Zacznę od tych drugich i w skrócie opowiem Wam o moich faworytach w dziale.

Drobnoustroje Piotra Mirskiego to kolejny konkursowy tekst. Jak dotąd najlepszy ze wszystkich, które czytałam. Opowiedziana przez autora historia spotkania dwóch cywilizacji jest dość prosta i napisana w bardzo emocjonalny sposób, dzięki czemu lepiej się ją przyswaja. Językowo bez zarzutu. Michał Lelonek w opowiadaniu Oni stawia na groteskę. Po raz kolejny mamy do czynienia z międzycywilizacyjnym kontaktem. Pomysł jest bardzo dobre, jednak w zakończeniu widać, że autorowi wciąż brakuje szerszego oglądu na sytuację.

O wiele lepiej prezentuje się dział zagraniczny. Ken Liu, ostatnio mój ulubieniec na łamach NF, po raz kolejny zaskoczył mnie przyzwoitym tekstem, w tym przypadku Falami. Autor snuje w nich rozważania na temat istoty bycia człowiekiem, jednocześnie nie zapominając o otoczce science fiction. Język tekstu jest jak zwykle na najwyższym poziomie, szczerze Wam polecam jego lekturę. Na sam koniec chciałabym wspomnieć o Przejściu w Biel Catherynne M. Valente, typowej w moim odczuciu postapokalipsie, która skupia się na przemianach społecznych. Opowiadanie ma mocny wydźwięk i kładzie nacisk na to, że "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". Obok tekstu Kena Liu jest to najlepsza zaprezentowana we wrześniu historia. Warto przeczytać.

W dziale publicystycznym, jak się zapewne domyślacie, znalazł się tekst Andrzeja Kaczmarka o Riddicku. Jak już wiecie, za tym akurat bohaterem nie przepadam i nigdy nie rozumiałam szału na Kroniki. Tak czy inaczej fani będą zachwyceni. Michał Hernes odświeża informacje o Lema Kongresie futurologicznym, a wszystko to z okazji ekranizacji owego dzieła. Czy udanego? Dzielcie się opinią, ja - niestety - filmu nie widziałam. Aleksander Dauszkiewicz podejmuje oklepany temat odnośnie dominacji męskich superbohaterów nad żeńskimi, zaś Jerzy Rzymowski rozmawia z Markiem Hodderem, autorem, którego twórczość bardzo chcę poznać. Wyjątkowo ciekawy jest tekst Haski i Stachowicza o Sherlocku Holmesie, moim ostatnio najbardziej ulubionym bohaterem... wszystkiego (najbardziej seriali).

Muszę przyznać, że wrześniowa Nowa Fantastyka prezentuje się naprawdę dobrze na tle wcześniejszych numerów. Właściwie numer ten nie posiada żadnych słabych punktów poza Riddickiem, ale to akurat bardzo indywidualna kwestia. Nawet zaprezentowane recenzje są według mnie dużo lepsze niż zazwyczaj. Oby w październiku było tak samo!
 

18 września 2013

"Tajemnice Windsorów" - Marek Rybarczyk





Tytuł: Tajemnice Windsorów
Autor: Marek Rybarczyk
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 400




Przyznaję się bez bicia: oglądałam ślub Williama i Kate oraz livestream sprzed kliniki, w której urodził się ich syn - George Alexander Louis. Przed 1997 rokiem regularnie śledziłam losy księżnej Diany. Czytam większość newsów dotyczących panowania królowej Elżbiety II, a wśród książek z gatunku historycznych najbardziej lubię te, które odnoszą się do monarchii brytyjskiej - interesują mnie zarówno czasy wiktoriańskie, jak i elżbietańskie. Mówiąc wprost: losy brytyjskich rodzin królewskich nie są mi obce. Prawda jednak jest taka, że obecnie karmi się nas jedynie półprawdami, jeśli nie kłamstwami, i tylko czasami można dojść do tego, jak było naprawdę. Bądźmy ze sobą szczerzy - przeciętny Brytyjczyk nie zna zbyt wielu szczegółów, a co dopiero Polak? Marek Rybarczyk, wieloletni dziennikarz pracujący dla BBC, postanowił ujawnić niektóre tajemnice skrywane przez aktualną dynastię panującą. Efektem jego pracy są wydane nakładem Marginesów "Tajemnice Windsorów". Jeśli interesują Was czyste fakty bez owijania w bawełnę, jest to pozycja dla Was.

Zwykły dziennikarski research Marka Rybarczyka zmienił się w prawdziwe śledztwo, bowiem nie tak łatwo posiąść wiedzę na temat Windsorów. Królowa Elżbieta zazdrośnie strzeże swoich tajemnic, niekiedy utajniając dokumenty nawet na kilkadziesiąt lat. Dostęp do archiwów, w których znajdują się dowody grzeszków tej dynastii, mają nieliczni. Wiedza autora "Tajemnic Windsorów" opiera się więc w dużej mierze na książkach, artykułach i zasłyszanych informacjach - trudno bowiem nie nasiąknąć "brytyjskością" po kilkunastu latach w Londynie. Na dowód tego, że treści w książce mają historyczne podłoże, autor na jej końcu udostępnia szeroką i bardzo przydatną bibliografię. Znalazłam w niej wiele pozycji, z którymi chciałabym się zapoznać.

Marek Rybarczyk nie poprzestaje jedynie na królowej Elżbiecie, jej synu i wnukach. Cofa się do czasów królowej Wiktorii i jej męża Alberta. Z lektury dowiecie się chociażby tego, w jaki sposób i w jakim celu powstały pierwsze elektroniczne zamki. Autor powoli, acz sukcesywnie, przedstawia w swoim dziele życie kolejnych brytyjskich monarchów. Pamiętacie film "Jak zostać królem"? Książka Rybarczyka jeszcze dokładniej prezentuje fakty z życia Króla Jąkały oraz jego brata, który abdykował, by poślubić swoją wieloletnią kochankę. Społeczeństwo co prawda wiedziało o jego miłości do Wallis Simpson, ale czy słyszało o tym, że Edward miał na jej punkcie obsesję? Nie sądzę. Takie smaczki wychodzą na jaw dopiero po latach.

Największych emocji dostarczyły mi jednak rozdziały o Windsorach, począwszy od historii ze zmianą nazwiska, a także z powiązaniami króla Filipa (małżonka aktualnej królowej) z Trzecią Rzeszą, poprzez opowieść o związku księcia Karola z Dianą Spencer, aż po aktualne wiadomości odnoszące się do Williama i Kate. Wszystkie historie są niesamowicie ciekawe, ale to Lady Di skradła całą moją uwagę. Nie ukrywam, że w młodości ją idealizowałam i na chwilę obecną, gdy wiem już o niej nieco więcej, wciąż trudno mi uwierzyć w jej skłonności do histerii i utarczek z Karolem, z którym rozwiodła się na krótko przed tragiczną śmiercią.

"Tajemnice Windsorów" napisane są sprawnym, dziennikarskim stylem. Bardzo dobrze się je czyta, a jeśli ktoś interesuje się monarchią tak jak ja, to wystarczą mu dwa dni na dokładne przeczytanie książki. Polecam ją gorąco, zwłaszcza teraz, gdy Windsorowie cieszą się ogromną popularnością. Wielka szkoda, że w Polsce brakuje osób, których życie chciałoby się śledzić z równie dużym zainteresowaniem...

Ocena:


 

15 września 2013

"Każdy musi płacić" - Robert Foryś





Tytuł: Każdy musi płacić
Autor: Robert Foryś
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 460




Robert Foryś jest personą, z którą do tej pory nie miałam do czynienia, choć jako archeolog zajmujący się demonologią powinien zainteresować mnie znacznie wcześniej. Z twórcą postaci Vincenta Sztejera, bohatera innej serii jego autorstwa, spotkałam się dopiero teraz, przy okazji niedawnej premiery jego kolejnej książki - "Każdy musi płacić". Reklamowana od samego początku jako polska odpowiedź na "Grę o tron", siłą rzeczy przyciągnęła do siebie tłumy - część chciała się przekonać, czy Martina faktycznie można zrzucić z piedestału, część z czystej złośliwości pragnęła wylać Forysiowi na głowę wiadro pomyj, z góry skazując jego starania na porażkę. Ja umiejscowiłam się gdzieś pośrodku, bo nauczyłam się traktować takie zagrywki marketingowe z przymrużeniem oka, a poza tym bardzo byłam ciekawa prozy tego nieznanego mi dotąd pisarza.

Nie będę owijać w bawełnę: niesłychanie trudne okazało się dla mnie przebrnięcie przez pierwszych kilkadziesiąt stron. Ugrzęzłam w fabule, nie mogąc spamiętać wszystkich imion oraz nazw własnych, o miejscowościach i krainach nie wspominając. Było tego tak dużo, że nie byłam w stanie przez to przebrnąć, a autor - niestety - poskąpił czytelnikom zarówno mapki, jak i najzwyklejszego słowniczka. O ile rozumiem powód braku mapy, której powstanie wiąże się z dodatkowymi kosztami wynajęcia grafika, o tyle dziwię się, że Robert Foryś nie stworzył spisu najważniejszych słów występujących w książce. Niezwykle mi to utrudniło lekturę, choć przyznaję, że gdy przebrnęłam przez skomplikowany początek i zaczęłam odróżniać jednego bohatera od drugiego, bardzo szybko podchwyciłam klimat i z przyjemnością kontynuowałam lekturę.

Na fabułę składają się trzy odrębne wątki. Choć pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, tak naprawdę zgrabnie się ze sobą łączą i przeplatają. Tankrid z Krom, justycjariusz służący interesom króla, otrzymuje od monarchy zadanie przeprowadzenia dochodzenia w Wyrburgu. Nie wie, że bardzo szybko zostanie wciągnięty w polityczną grę, w której walczą ze sobą możnowładcy oraz wszechobecny w polityce kler. Nieprawy syn króla i dawny zakonnik, Heinz, wraca na dwór, by prosić ojca o pomoc. Nieprzychylny bękartowi władca nic sobie z tego nie robi, za to stara się wciągnąć młodzieńca w intrygę przeciwko episkopowi. Gdzieś na szarym końcu czai się tymczasem wątek Mai, która po zabiciu swojej zwierzchniczki musi uciekać z zakonu, szukając szczęścia gdzie indziej. Całość prezentuje się nader intrygująco i muszę przyznać, że nie nudziłam się w trakcie zgłębiania tej historii. Choć z pewnością dla autora najistotniejsze są losy Tankrida (tak sobie myślę, że to on tak chmurnie patrzy na nas z okładki), a po części pewnie i Heinz'a, to jednak mnie najbardziej zaciekawiła Maja. Nie wiem, czy to przejaw kobiecej solidarności, lecz mimo wszystko gorąco zachęcam do baczniejszego śledzenia historii zbiegłej zakonnicy - wciąga jak bagno i ma pazur, najostrzejszy ze wszystkich trzech wątków.

Największym atutem powieści Roberta Forysia jest niewątpliwie średniowieczny klimat, który został nakreślony z niebywałą starannością przez kogoś, kto bez dwóch zdań uwielbia wieki ciemne i potrafi o nich pisać. Uniwersum w książce "Każdy musi płacić" wręcz idealnie je odwzorowuje, a do tego autor wzbogacił je o nienarzucające się wątki fantastyczne. Zadbał także o odpowiednią oprawę społeczno-kulturową, obyczajową oraz polityczno-ekonomiczną. Wszystko zdaje się mieć swój cel, nawet bohaterowie. W tej historii są tylko te najpotrzebniejsze rzeczy i nie ma w niej miejsca na niepotrzebne ozdobniki. Królują w niej intrygi polityczne, konflikty społeczne i skomplikowane relacje międzyludzkie, brakuje zaś - co ja akurat uznaję za plus - bezsensownych wątków miłosnych, które kazałyby mi skupić się na problemach zakochanych, tak dalece mniej pasjonujących od gierek i konszachtów. Jestem tak zachwycona światem wykreowanym przez Forysia, że dość płomiennie jak na mnie polecam Wam jego eksplorację. Nie będziecie żałować.

Pomimo tego, że Robert Foryś ma świetny warsztat językowy, ma pomysł na książkę i zna się na tym, o czym pisze, to jednak powściągnęłabym swoje zapędy, by nazywać tę powieść polską odpowiedzią na "Grę o tron". Fakt, jest to sprawnie nakreślona historia o sporym jak na dzieło Polaka potencjale, jednak daleko jej do zawiłych wątków Martina, który funkcjonuje w fandomie jako znak jakości. Trudno go prześcignąć, ale można próbować godnie reprezentować wspólne podwórko. Autorowi książki "Każdy musi płacić" nawet się to udaje i jako że zanosi się na cykl z udziałem bohaterów tej historii, chętnie sięgnę po kolejne tomy.

Ocena:

 

14 września 2013

Stos 9/2013


Najwyższa pora, by pokazać Wam moje zdobycze z przełomu sierpnia i września. Może się Wam wydawać, że to dużo, ale tak naprawdę lewa strona stosu nie wiąże się dla mnie z żadnymi terminami. Są to książki, którymi będę się delektować. "The Fault in our stars" to efekt mojej bezgranicznej miłości do Johna Greena, box z serią "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" to prezent od chłopaka (już dawno miałam ochotę zapoznać się z tym cyklem), a "Królową" kupiłam ze względu na moją fascynację historią Wielkiej Brytanii. Reszta zaś to egzemplarze recenzenckie, które cieszą moje oczy i nie mogę się doczekać ich lektury.

PS. Obrazek z Kakashim i Naruto nie jest na sprzedaż.
 

Po lewej:

1. The fault in our stars, John Green (Penguin)
2. Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy. Tom 1-5, Rick Riordan (Galeria Książki)
3. Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon, Colin Campbell (Znak)

Po prawej:

1. Kocham Nowy Jork, Isabelle Laflèche (Literackie)
2. W imię miłości, Katarzyna Michalak (Literackie)
3. Sekret Julii, Tahereh Mafi (Otwarte/Moondrive)
4. Tajemnice Gwen Frost, Jennifer Estep (Dreams)
5. Ostatnia spowiedź. Tom II, Nina Reichter (Novae Res)
6. W otchłani, Beth Revis (Dolnośląskie)
7. Ogień, Mats Strandberg, Sara B. Elfgren (Czarna Owca)
8. Wszechświaty, Leonardo Patrignani (Dreams)
9. Córka twórcy królów, Philippa Gregory (Książnica)

Na dole widać kawałek wrześniowej "Nowej Fantastyki" z Riddick'iem na okładce.
 

12 września 2013

"Tancerze burzy" - Jay Kristoff




Tytuł: Tancerze burzy
Seria: Wojna Lotosowa
Tom: #1
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 448



Jay Kristoff, uroczy brodacz z Melbourne, nie wierzy w szczęśliwe zakończenia, ma najbardziej leniwego psa na świecie oraz żonę - tajną agentkę parającą się kung-fu. Podobno jest też nerdem, ale ile w tym opisie jest prawdy, tego Wam nie powiem. Pewne jest to, że ten oto pisarz popełnił debiut literacki w postaci pierwszego tomu cyklu "Wojna Lotosowa" - "Tancerze burzy". Książka reklamowana była jako japoński steampunk, a więc dzieło przeładowane jednym i drugim ku uciesze miłośników tejże tematyki. Mi, szczerze mówiąc, wystarczyły raptem trzy słowa-klucze, bym śliniła się na samą myśl o "Tancerzach burzy": Japonia, steampunk, gryf. Nie musiałam nawet patrzeć na okładkę - która, notabene, jest całkiem obłędna, lepsza nawet od oryginału - by rzucić się na powieść Kristoffa niczym wygłodniałe zwierzę (tudzież mól książkowy).

Ach, uwielbiam ten mój szósty zmysł, który mówi mi, kiedy spodziewać się dobrej lektury, a kiedy liczyć się ze średnio fascynującą historią. "Tancerze burzy" zasilają szeregi tej pierwszej - trudno bowiem uznać tę powieść za nudną. Nawet najbardziej wymagający czytelnik znajdzie w niej potężną dawkę akcji okraszonej całą gamą emocji, bardziej niż przyzwoitą fabułę, wyrazistych i dopracowanych bohaterów, cudowny świat przedstawiony oraz porządny steampunk. Jest to debiut jak najbardziej udany i powinien stać się powodem do uzasadnionej zazdrości ze strony innych debiutantów.

Yukiko to szesnastoletnia członkini klanu Kitsune i córka legendarnego łowcy potworów, który zabił królową Nagów i po zabiuciu tego podobno ostatniego stwora w Shimie pogrążył się w hazardzie, alkoholu oraz czarnym lotosie. Nieśmiała dziewczyna o nieprzeciętnym darze, kierująca się głównie własnymi zasadami oraz ze skłonnością do buntu, nie jest zbyt zadowolona z poczynań swego rodziciela, lecz mimo to wyrusza wraz z nim w niebezpieczną podróż, której celem jest schwytanie arashitory - inaczej tygrysa gromu lub - jak kto woli - gryfa. Stworzenia te są legendą i nikt poza krnąbrnym shogunem Shimy nie wierzy w ich istnienie. Lecz jak to w życiu bywa, bajki opowiadane dzieciom, by bały się psocić, stają się rzeczywistością. Yukiko w towarzystwie ojca i przyjaciół na własne oczy przekonuje się o tym, że w legendach o arashitorach jest sporo prawdy. Od momentu, w którym dziewczyna spotyka potężną, diabelnie inteligentną bestię, zaczyna się prawdziwa walka o wolność, przyjaźń, miłość i sprawiedliwość. I tylko ta dwójka może położyć jej kres.

Czytelnik właściwie już na wstępie zostaje wrzucony w wir wydarzeń i nie ma najmniejszych szans na odpoczynek od lektury, która nieprzyzwoicie wciąga i z pewnością będzie dla wielu osób powodem do zarywania nocek celem ukończenia książki. Osobnik nieprzyzwyczajony do nielichej ilości japońskiego słownictwa może z początku odczuwać lekką konsternację z tego względu, ale z pewnością bardzo szybko zrobi użytek z zamieszczonego na końcu słowniczka (bardzo przydatnego dla nowicjuszy - mi, niestety, na wiele się nie przydał, ale zdecydowanie cieszył moje oczy) oraz mapki z samego początku. Bardzo lubię, gdy powieść ma dopracowane uniwersum i okołoksiążkowe dodatki, toteż Jay Kristoff ma ode mnie plusa za poważne traktowanie swoich czytelników. Widać to nie tylko w dbałości o detale, ale również w finezji, jeśli chodzi o styl pisania autora oraz prowadzenie odbiorców przez rozemocjonowaną fabułę. Czytając, ma się wrażenie płynięcia razem z nią przez morze bohaterów oraz nabuzowaną akcję połączoną ze spokojniejszymi wątkami. Mówiąc krótko: Kristoff umie pisać, a Paulina Braiter-Ziemkiewicz tłumaczyć.

Przez całą książkę przewija się wielu bohaterów - tajemniczy Kin, odważna Kasumi, potężny i odrobinę głupi Akihito, czy też totalnie antypatyczny shogun. Jednak to Yukiko i Buruu (takie imię przyjmuje legendarny gryf) grają pierwsze skrzypce i dziwię się, że w wielu recenzjach spotykam się z zachwytami na temat głównej bohaterki uwikłanej w nieprzesadzony i nad wyraz poważny trójkąt miłosny (mężczyźni jednak dużo lepiej piszą o miłości - kobiety mają skłonność do melodramatyzmu), a tak rzadko czytam o wyjątkowym i przecudownym Buruu oraz jego relacji z młodą Lisiczką (z jap. Kitsune). Jakby nie patrzeć, to obok Yukiko jest on najważniejszą postacią w "Tancerzach burzy" i warto o tym wspomnieć, ponieważ tygrys gromu nie jest tępym zwierzakiem, lecz dostojnym i mądrym stworzeniem. Jak dla mnie Buruu to najlepsze, co się tej książce przydarzyło i głównie ze względu na niego mam tak dobre mniemanie o debiutanckim dziele Kristoffa.

O pierwszym tomie "Wojny Lotosowej" mogę powiedzieć jedno: jest boski! Nie zabrakło w nim ani obiecanego steampunku (ach, ci samurajowie z mechanicznymi katanami!), ani Japonii, ani wszystkich innych wyznaczników dobrej książki. Nie jestem zaskoczona jakością "Tancerzy burzy" - podświadomie czułam, że się nie zawiodę, no i proszę, miałam rację. Moim obowiązkiem jest uzmysłowić Wam, że warto sięgnąć po debiutancką powieść Jaya Kristoffa. Mam nadzieję, że z pomocą tej recenzji mi się udało.

Ocena:



9 września 2013

"Złoty most" - Eva Völler




Tytuł: Złoty most 
Seria: Magiczna gondola (Poza czasem)
Tom: #2 
Autor: Eva Völler 
Wydawnictwo: Literacki EGMONT 
Rok wydania: 2012 
Liczba stron: 439



Prozę Evy Völler poznałam przy okazji lektury "Magicznej gondoli", od której rozpoczęłam swoją przygodę z książkami o podróżach w czasie. Byłam wówczas zachwycona możliwościami, jakie daje taka tematyka, a Annę i Sebastiana, głównych bohaterów, bardzo polubiłam i zapamiętałam na naprawdę długo. Polski wydawca sprawił mi niemałą uciechę, bo w niedługim czasie po wydaniu tomu pierwszego, na mojej półce zawitał "Złoty most". Pewnie pamiętacie, że byłam przekonana, iż historia ta zamyka się w jednej części, dlatego też tym większe było moje zaskoczenie (a zarazem radość), gdy okazało się, że jest inaczej.

Od pamiętnej misji w piętnastowiecznej Wenecji minęło półtora roku. Związek Sebastiana i Anny kwitnie, a świat ma się dobrze, ponieważ Starcy dbają o to, by wydarzenia historyczne nie wymknęły się spod kontroli. Podczas gdy Anna zdaje maturę, Sebastiano wyrusza w misję - tak niebezpieczną i tragiczną w skutkach, że potrzebuje wsparcia, którego udzieli mu nie kto inny, lecz jego ukochana. Kłopot w tym, że dwójka dzielnych podróżników w czasie trafia do XVII-wiecznego Paryża za panowania Ludwika XIII wspieranego przez kardynała Richelieu. Na domiar złego Sebastiano stracił pamięć i teraz służy ambitnemu kardynałowi jako jeden z jego muszkieterów! Anna musi na nowo rozkochać w sobie ukochanego, by uratować historię od klęski. A wbrew pozorom nie jest to zbyt łatwe zadanie...

Ależ ja tęskniłam za tą dwójką! Już za pierwszym razem byłam oczarowana ich przygodami, a teraz jest równie ciekawie jak wtedy. Eva Völler serwuje nam tym razem historię rodem ze słynnej powieści Dumasa - mowa, rzecz jasna, o "Trzech muszkieterach". Widać, że autorka odrobiła lekcje i porządnie przygotowała się do napisania "Złotego mostu", o czym świadczą liczne, lecz nie zawsze oczywiste nawiązania do klasyka, a także dobrze przedstawione realia z czasów, gdy nawet Francuzi nie dbali zbytnio o higienę (zawartość nocników lądowała z okna prosto na bruk, a jeśli ktoś akurat tamtędy przechodził, to miał po prostu pecha). Świetnie mi się czytało o siedemnastowiecznym Paryżu i właściwie o każdym czyta mi się dobrze, jako że moim marzeniem jest wycieczka do tego pięknego miasta miłości. Jak zwykle mogłam oczami wyobraźni podziwiać niesamowite stroje z epoki, aczkolwiek bardzo żałowałam, że momenty, w których można było przyjrzeć się językowi z tamtych czasów, były bardzo nieliczne, jeśli nie powiedzieć, że w ogóle ich nie było. Niemniej jednak rozumiem konwencję młodzieżówki.

W "Złotym moście" bardzo spodobało mi się to, że autorka nie przesłodziła wątku miłosnego między dwójką głównych bohaterów. Wręcz przeciwnie - rzuciła im kilka kłód pod nogi, a ja w trakcie lektury mogłam obserwować jak sobie z tym radzą. Było to o wiele lepsze niż gdybym miała czytać o wielkiej i nieskończonej miłości nastolatków. Jestem również wdzięczna za to, że w powieści nie pojawił się żaden uczuciowy trójkąt. Czasami odnoszę wrażenie, że żadna współczesna książka młodzieżowa nie może się bez niego obejść, a tu proszę, miła niespodzianka! Dzięki temu gołym okiem widać, że nasi bohaterowie są dojrzalsi i rozsądniejsi w kwestiach uczuć. Aż niepojęte wydaje mi się przy takim rozwoju wydarzeń zachowanie Anny, która wielokrotnie naraża misję na niepowodzenie, podejmując szereg złych decyzji. Niestety, ale w ujęciu Evy Völler Paryż nie jest wyłącznie miastem miłości - choć jest to wątek główny, to jednak w fabule nie brakuje zawiłych intryg i niespodziewanych zwrotów akcji.

Przyznaję, że połączenie wątku podróżowania w czasie z faktami historycznymi bardzo mi odpowiada. Powieść Evy Völler to idealny przykład takiej kombinacji. Jest to świetna książka dla młodzieży - napisana tak, by wszystko było zrozumiałe, a zarazem intrygujące i skłaniające do tego, by jej nie odkładać od początku do końca. Jak na kontynuację muszę Wam powiedzieć, że jestem pozytywnie zaskoczona - w końcu przecież autorka w pierwotnym zamyśle nie przewidywała kolejnych tomów tej historii. Ani razu nie miałam wrażenia, że jest to dzieło pisane na siłę lub dla pieniędzy - Völler zdecydowanie włożyła w napisanie "Złotego mostu" dużo serca i widać to jak na dłoni.

Siedemnastowieczny Paryż, kontrast biedoty z arystokracją, piękne stroje i intrygi - oto, co można znaleźć w "Złotym moście" Evy Völler. Jeśli tęsknicie za powiewem przygód, koniecznie sięgnijcie po tę książkę, ponieważ należy ona da grona lektur lekkich i przyjemnych, wprost wymarzonych, gdy za oknem pada deszcz i chce się być gdziekolwiek, byle nie w danym miejscu, w którym akurat jesteśmy. Polecam, byście razem z Anną i Sebastianem odwiedzili Paryż sprzed kilkuset lat - zapewniam, że warto!

Ocena: