STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 października 2013

Podsumowanie października


Przetrwałam październik - i to z całkiem dobrym wynikiem końcowym. Cóż, częściowo jest to zasługa mizernego planu na uczelni. Wyjątkowo nie mam w tym semestrze żadnych zajęć, które by wymagały szczególnego zaangażowania z mojej strony. Poza tym lektury, z którymi zapoznałam się w tym miesiącu, naprawdę mi dopisały. Jestem z nich naprawdę zadowolona.

Przed Wami październikowe statystyki:  
- odwiedziły mnie 4942 nowe osoby;
- łącznych odwiedzin było 63 990;
- blog ma 237 obserwatorów, 205 fanów na Facebooku i 196 osób w kręgach Google+.
 
Przeczytałam w tym miesiącu piętnaście tytułów:
 
1. 2312, Kim Stanley Robinson [RECENZJA] 
2. Pollyanna, Eleanor H. Porter
3. Jackie czy Marylin? Ponadczasowe lekcje stylu, Pamela Keogh
4. Zombie Survival, Max Brooks
5. Wszechświaty, Leonardo Patrignani
6. Sekret Julii, Tahereh Mafi
7. W imię miłości, Katarzyna Michalak
8. W otchłani, Beth Revis
9. Kocham Nowy Jork, Isabelle Laflèche
10. Bogowie i wojownicy, Michelle Paver
11. OgieńMats Strandberg, Sara B. Elfgren
12. Przez bezmiar nocy, Veronica Rossi
13. Tajemnice Gwen Frost, Jennifer Estep
14. Więźniowie w Widmowym Zamku, Anna Łagan
15. Nowa Fantastyka 373 (10/2013)
 
Łącznie było to 5257 stron, czyli około 169 stron dziennie

Książka Miesiąca wg Czytelników: "2312"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": brak
Najlepsza Książka: "Więźniowie w Widmowym Zamku", "Zombie Survival"
Najgorsza Książka: brak


PLAN NA LISTOPAD? Spróbować pisać minimum półtorej recenzji dziennie.
 
 

29 października 2013

"Koty i córki" - Helen Brown





Tytuł: Koty i córki (robią tylko to, co chcą)
Autor: Helen Brown
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 416




W prozie Helen Brown zakochałam się już przy okazji lektury Kleo i ja, którą zapamiętałam jako ciepłą i wzruszającą powieść familijną, w której można znaleźć wiele cennych rad odnośnie radzenia sobie ze stratą najbliższych oraz... hiperaktywnym zwierzęciem. Pokochałam Kleo za jej oddanie rodzinie Helen oraz podziwiałam to, że przeżyła wśród nich aż dwadzieścia trzy ludzkie lata. Jej śmierć przeżyłam równie mocno jak zniknięcie mojego Czarusia i długo nie mogłam dojść do siebie po lekturze przygód tej zwariowanej kotki.

Gdy jakiś czas temu zobaczyłam na stronie Naszej Księgarni zapowiedź kontynuacji Kleo i ja, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. W ten sposób w moje ręce trafiła niedawno powieść Koty i córki. Podobnie jak w przypadku pierwszej książki Helen Brown, ta również skrupulatnie przedstawia rzeczywiste wydarzenia (dla przykładu tutaj znajdziecie wspomniany w książce dokument). Tym razem główne skrzypce gra Jonasz, następca Kleo. Mimo że Helen nie planowała kolejnej adopcji, wciąż przeżywając śmierć ukochanej kotki, to i tak w końcu uległa orientalnemu kociemu przystojniakowi, który z zapałem eksplorował klatkę w sklepie zoologicznym. Zwierzak szybko zaskarbił sobie sympatię całej rodziny, choć niejeden raz dał się wszystkim we znaki. Słowo daję, przy nim Kleo grająca w skarpetkówkę to grzeczny i ułożony kot!

Jonasz jest niezwykle nadpobudliwym i nerwowym kotem. Jak żaden inny przedstawiciel jego gatunku potrafi zabiegać o uwagę człowieka. Jest pełen werwy i trudno nad nim zapanować. Zwierzak nie słucha poleceń, czasami wręcz je ignoruje, a najlepiej się czuje, chadzając własnymi ścieżkami. Na jego nieszczęście jest też kotem niewychodzącym, a więc większość czasu spędza w domu, nierzadko uprzykrzając pracę Helen. Mimo wielu wad, Jonasz jest jednak kochany przez swoich właścicieli i choć nigdy nie zastąpi Kleo, to jednak w godny sposób przejmuje jej obowiązki w podtrzymywaniu rodziny na duchu.

Oczywiście Koty i córki traktują nie tylko o więzi człowieka ze zwierzęciem. Równie istotną rolę odgrywają w powieści problemy autorki - zarówno ze zdrowiem, jak i z dorastającą córką. Wciąż mając w pamięci informację o tym, że wszystko, o czym pisze Helen Brown, wydarzyło się naprawdę, żywię do niej ogromny szacunek. Podczas gdy jej pierwsza książka przedstawiała walkę pisarki z depresją wywołaną śmiercią syna oraz rozwodem, druga opisywała jej zmagania z rakiem piersi oraz konflikt z córką rozdartą między rodzinnym domem a buddyjskim klasztorem. To niebywałe, że tyle rzeczy wydarzyło się jednej rodzinie! Tym bardziej podziwiam Helen Brown, która z tym wszystkim poradziła sobie doskonale. Jej przemyślenia były dla mnie niezwykle cenne, a w połączeniu z kocią historią powieść oczarowała mnie podobnie jak Kleo i ja. Autorka sprawiła, że z pozoru niewinna książka stała się czymś naprawdę wartościowym.

Podobnie jak część pierwsza Koty i córki są utrzymane w formie pamiętnika. Język powieści jest prosty i nieskomplikowany, dzięki czemu lektura jest łatwa i przyjemna. Nie znalazłam w niej żadnych wad - jedynie mogłabym zarzucić Wydawcy lekką niekonsekwencją przy wydawaniu kontynuacji: Kleo i ja ma okładkę ze skrzydełkami, podczas gdy Koty i córki są ich pozbawione. Jeśli jednak nie jesteście tak pedantycznie nastawieni jak ja, nie znajdziecie w najnowszym dziele Helen Brown żadnych uchybień.

Jestem bardzo zadowolona z lektury tej książki. Spodziewałam się, że będzie dobra, jednak nie byłam pewna, czy uda mi się zaakceptować Jonasza w roli zastępcy Kleo. Jak widać, udało mi się to w stu procentach, a co najważniejsze, tym razem finał powieści nie wycisnął ze mnie potoku łez jak w przypadku pierwszej części, lecz dał nadzieję na kontynuację! Mam ogromną nadzieję, że do niej dojdzie, ponieważ polubiłam Helen Brown i jej rodzinę, przez co nie potrafię sobie wyobrazić nagłego urwania należącej do nich historii.

Ocena:

 

27 października 2013

"Szklany tron" - Sarah J. Maas


Sarah J. Maas to dwudziestopięcioletnia autorka ciepło przyjętej przez miłośników literatury YA serii Throne of Glass. Obecnie mieszka w Kalifornii, choć urodziła się na Mannhatanie, a dorastała w nowojorskiej dzielnicy Upper West Side. Jej debiutancka powieść Szklany tron bezpardonowo skradła moje serce. Od jej lektury po prostu nie byłam w stanie się oderwać. Tak naprawdę wpadłam po uszy już w momencie, gdy poznałam Celaenę Sardothien, piękną i niebezpieczną zabójczynię. Potem było ze mną tylko gorzej.

25 października 2013

"Samo szczęście" - Karen Wheeler




Tytuł: Samo szczęście
Autor: Karen Wheeler
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 352




Zazwyczaj omijam tego typu książki szerokim łukiem, jednak kto przeszedłby obojętnie obok takiego obrazka? Ja na pewno nie! Kocham zapach lawendy i widok jej bukieciku na okładce zadziałał na mnie niezwykle zachęcająco. Wręcz rzuciłam się na powieść autorstwa Karen Wheeler, mając w pamięci obietnicę niesamowitej historii brytyjskiej singielki postanawiającej wynieść się na francuską prowincję. Gdzieś w głębi serca podzielam chęć bohaterki do ucieczki od dotychczasowego życia, dlatego spodziewałam się opowieści, która mnie do czegoś natchnie. Jednak czy tak się stało? Czy osiągnęłam Samo szczęście?

Nie do końca, bowiem powieść okazała się niezobowiązującą opowiastką na jeden wieczór. I nic poza tym. Smaczku dodaje jej co prawda świadomość czytelnika, że jest to lekko podkoloryzowana, ale mimo wszystko autobiograficzna historia, która wydarzyła się naprawdę, jednak dla mnie to za mało. Spodziewałam się czegoś więcej, choć wiem, że jest to tylko typowa powieść obyczajowa, od której nie powinno się zbyt wiele wymagać. Napisana jest prostym językiem, znaleźć w niej można w miarę ciekawe dialogi i jeszcze lepsze opisy, ale nie ma sensu szukać w niej głębszych treści, bo po prostu ich tam nie ma. Książka Wheeler to przyjemna lektura na kilka godzin i właśnie tak powinno się ją oceniać. Ma ona swoje wady i zalety - a co najdziwniejsze, są one na tyle zbalansowane, że finalnie Samo szczęście jest godne polecenia.

Przede wszystkim zawiodłam się na wątku miłosnym - w życiu nie spodziewałabym się tego, że romans Karen i jej ukochanego ledwo się zacznie, a zaraz potem skończy. Późniejsze perypetie bohaterów są momentami nudnawe i przewidywalne, aczkolwiek dobrze się o nich czyta, bowiem wyczuwa się w nich prawdziwość. Trudno byłoby rozpoznać wątki zmyślone od tych, które faktycznie miały miejsce, toteż nawet nie próbowałam tego rozpracowywać. Zamiast tego cieszyłam się lekturą, chłonąc Francję niczym gąbka. Muszę autorce przyznać, że pod tym względem Samo szczęście wręcz zachwyca. Uroki Francji są w powieści widoczne na pierwszy rzut oka. I to nie tylko w ogólnym zarysie, ale i w detalach jak chociażby słynne rogaliki i francuskie kawiarenki. Doprawdy, właśnie dla takich opisów byłam gotowa przełknąć słabą linię fabularną i przymknąć oko na nie do końca warte mojej uwagi przygody Karen. Albo inaczej: nie sądzę, by życie głównej bohaterki, a zarazem autorki, było aż tak frapujące, by rozpisywać się o nim na trzystu stronach.

Decyzja o tym, czy chcecie przeczytać fabularyzowaną historię z przeszłości Karen Wheeler należy do Was. Ja przeczytałam Samo szczęście z przyjemnością, ponieważ marzę o Francji i sama również uciekłabym na prowincję, gdybym tylko mogła. Nie sądzę jednak, bym kiedyś jeszcze wróciła do tej książki - jest tyle interesujących tytułów i tak mało czasu, że chcę go mimo wszystko lepiej spożytkować. Wiedzcie jednak, że nie znajdziecie lepszego lekarstwa na jesienną chandrę niż wycieczka do malowniczej Francji. Jeśli zależy Wam na odpoczynku od ciężkich lektur, ten tytuł będzie dla Was idealny.

Ocena:

 


23 października 2013

"Pieczęć Ognia" - Gesa Schwartz




Tytuł: Pieczęć Ognia
Seria: Grim
Tom: #1
Autor: Gesa Schwartz
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 700



Jakie nadnaturalne istoty występują w Pieczęci Ognia? Wampiry? Nie, one dawno się wszystkim przejadły. Wilkołaki? Również nie robią na nikim większego wrażenia. To może anioły? Owszem, ale te spiżowe. Seria Grim Niemki Gesy Schwartz to cykl niepodobny do żadnego innego dotychczas wydanego. Autorzy książek dla młodzieży przyzwyczaili nas do krwiopijców i zmiennokształtnych, toteż taka, która przedstawia historię gargulców stanowi dla czytelników sporą atrakcję. Nie spotkałam się z równie kontrowersyjnym gatunkiem istot w żadnej innej powieści, dlatego jestem pewna, iż dzieło Schwartz jest oryginalne i wyjątkowe.

Bohaterem Pieczęci Ognia jest Grim - gargulec należący do rodu Cienioskrzydłych, którzy za dnia śpią, a nocą pilnują granicy między światem ludzi a Innoświatem, żywiąc się snami. Grim to jeden z najlepszych strażników Ghrogonii - indywidualista i ekcentryk charakteryzujący się tym, że Kodeks Gargulców traktuje z przymrużeniem oka, szanując również własne zasady. Właśnie z uwagi na jego specyficzne podejście do zasad rządzących światem gargulców, do życia Cienioskrzydłego wkrada się obdarzona nadprzyrodzonymi mocami Mia - ludzka dziewczyna, której los pozbawił brata i ojca. Co wyniknie z tej niezwykłej znajomości?

Muszę przyznać, że autorka wykazała się prawdziwą odwagą. Mało kto wybrałby na bohatera gargulca, który każdemu kojarzy się z wzbudzającą strach figurą skrzydlatego potwora. Ciężko mi też wyjść z podziwu nad pomysłem pisarki co do rozwiązania problemu nie-bycia-człowiekiem. Wyszło to całkiem zgrabnie, choć ja sama nadal mam obiekcje - bardzo Grima polubiłam, jednak nie potrafię zaakceptować jego prawdziwej, kamiennej natury. Mimo to doceniam to, że Gesa Schwartz w sposób niezwykle przekonujący zaprezentowała nowy gatunek oraz jego genezę. Przyznaję, było to ciekawe i wyróżniające się na tle wszystkich innych książek, ale... Dajcie spokój, potwór z kamienia potrafi zmieniać się w człowieka? To do mnie nie dociera - odnoszę wrażenie, że pomysł ten został zrealizowany tylko po to, by wytłumaczyć istnienie wątku miłosnego w powieści. Uważam, że byłaby ona dużo lepsza, gdyby tego wątku nie było wcale - chociaż raz w historii romansów paranormalnych. Co nie oznacza, że Pieczęć Ognia była zła i nie polecam jej nikomu.

Tak naprawdę polecam ją wszystkim! Początek książki może nie porywa, gdyż jest to wyłącznie wstęp do zawiłej historii Grima i Mii, ale z każdą kolejną stroną akcja się rozkręca. W tym momencie muszę podkreślić, że jest ona bardzo ciekawa i wciągająca, a przedstawione w niej wątki dopracowane i sensowne. Kiedy już raz zasiądzie się do lektury, naprawdę trudno oderwać się od czytania, któremu zresztą nie sprzyja jedynie interesująca fabuła, ale i treściwy styl autorki. Powieść jest bardzo obszerna i jak na książkę dla młodzieży wręcz poraża swoją objętością, ale jej język jest tak lekki i przystępny, że nie zauważa się upływających stron. Poza tym pod względem fabuły jest to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałam.

Z pewnością pierwszy tom cyklu Grim zasługuje na Waszą uwagę - przede wszystkim dlatego, że jestem przekonana, iż czegoś takiego jeszcze nie czytaliście. Doszłam do wniosku, że Niemcy potrafią pisać całkiem ciekawe i oryginalne książki - Gesa Schwartz pod tym względem nie odstaje od reszty. Fabuła Pieczęci Ognia kryje w sobie niezwykłą historię pełną niebezpieczeństw i niespodziewanych zwrotów akcji, a także bohaterów walczących ze Złem o triumf Dobra w krainie ludzi i istot nadprzyrodzonych. Pomysł autorki na kreację Grima jest jedyny w swoim rodzaju i zasługuje na pełen podziw. Ja byłam pod wrażeniem, choć finalnie nie przekonałam się do prawdziwej postaci głównego bohatera cyklu. Myślę, że i Wam historia Grima i Mii bardzo się spodoba - by ją poznać, wystarczy sięgnąć po powieść utalentowanej Gesy Schwartz.

Ocena: 

 

17 października 2013

"Szczęściara" - Kristyn Kusek Lewis





Tytuł: Szczęściara
Autor: Kristyn Kusek Lewis
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320




Zachorowałam na Szczęściarę, kiedy tylko Filia zaprezentowała jej okładkę - delikatną i romantyczną, a więc dokładnie taką, której od dłuższego czasu poszukiwałam. Uznawszy, że mojej chorobie należy się porządna terapia książkowa, zaopatrzyłam się u naszego polskiego wydawcy w ten optymistycznie brzmiący tytuł i dość szybko pogrążyłam się w lekturze, licząc na kawał dobrej obyczajówki.

Kristyn Kusek Lewis mieszka w Karolinie Północnej razem z mężem, córkami i psami. Karierę rozpoczynała w pismach dla kobiet - Szczęściara jest jej debiutem literackim. Obecnie pisarka pracuje nad kolejną życiową powieścią i powiem Wam, że już teraz nie mogę się jej absolutnie doczekać.

Z debiutanckiej książki autorki wyziera pewna prawda: to, co widać na pierwszy rzut oka, niekoniecznie musi odzwierciedlać rzeczywistość. Ludzie mają, niestety, brzydką skłonność do oceniania sytuacji po pozorach bądź przymykania oka, gdy coś jest nie w porządku. Często osoby z problemami starają się też ukryć je przed bliskimi. Dlaczego? Bo się wstydzą, bo chcą być niezależni, bo litość to ostatnia rzecz, jakiej sobie życzą? Powodów może być wiele, jednak trzeba mieć na uwadze to, że pozory mylą, a prawda zawsze wyjdzie na jaw.

Waverly żyje na kocią łapę ze swoim partnerem Larry'm. Nie spieszy im się do ołtarza, a ich relacje są ciepłe i serdeczne. Jak się okazuje, ze strony kobiety są też one delikatnie podszyte kłamstwem. Wave, która rzuciła wszystko i otworzyła własną cukiernię, ma kolosalne długi - o czym ze strachu przed uznaniem porażki nie mówi swojemu ukochanemu. Sytuacja staje się patowa, lecz główna bohaterka robi wszystko, by zapobiec bankructwu... bez niczyjej pomocy. Nawet przed swoimi przyjaciółkami, Kate i Amy, stara się robić dobrą minę do złej gry. Ale one same też coś mają na sumieniu. Kate, będąca żoną popularnego polityka, któremu marzy się kariera gubernatora, poświęca wszystko dla kampanii męża, zatracając siebie i nawet nie widząc problemów jakie zrodziły się w jej małżeństwie. Tymczasem Amy, przykładna matka i żona, skrywa mroczną tajemnicę, która przez wiele lat nie wyszła poza mury jej domu. Choć żadna z nich nie chce zwierzyć się pozostałym, w końcu przyjaciółki dochodzą do takiego momentu, w którym czas wyjawić całą prawdę.

Szczęściara porusza bardzo trudne tematy, lecz mimo wszystko ma wybitnie optymistyczny wydźwięk. Osobiście byłam tą powieścią zachwycona - lekki styl autorki doskonale mi podpasował, zaś przedstawiane historie bardzo zainteresowały. Perypetie Wave, Kate i Amy to naprawdę życiowe sytuacje i wspaniale było móc poznawać ich sposoby na rozwiązanie wszystkich problemów, lecz mimo wszystko uważam, że autorka mocno przerysowała losy przyjaciółek. Po prostu wydaje mi się niemożliwe, by trzy osoby miały tyle zmartwień. Nie do końca przekonał mnie ten skomasowany atak życiowych trudności. Książka ta jest bez wątpienia przedstawicielką atrakcyjnej prozy kobiecej, jednak byłabym dużo bardziej zadowolona, gdyby z jakimiś problemami borykała się jedna, góra dwie osoby, a nie wszystkie naraz. Tak naprawdę jest to jedyna wada Szczęściary, co do której nie mam wątpliwości. Nie jest to w końcu wybitna literatura, od jakiej wymaga się doskonałości, lecz przyjemna powieść - wprost idealna na jesienny wieczór.

Dlatego też nie mogę powiedzieć nic innego niż to, że powieść straszliwie mi się spodobała. Chętnie będę do niej wracać, ponieważ zarówno tematyka, jak i bohaterki, są dla mnie interesujące. Polubiłam Waverly oraz jej przyjaciółki i trudno mi było rozstawać się z nimi, gdy czytałam ostatnie strony książki. Jestem przekonana, że Szczęściara przypadnie Wam do gustu, ponieważ jest to przykład lekkiej i przyjemnej lektury, poruszającej ważne tematy i pokazującej, że niewarto ukrywać się ze swoimi problemami, bo prędzej czy później sytuacja zmieni się na gorsze, a wtedy napotka się wiele trudności i rozczarowań. Polecam!

Ocena:

 



 

Nowa Fantastyka 373 (10/2013)


Nietrudno się domyślić, że październikowy numer Nowej Fantastyki w dużej mierze poświęcony będzie premierze nowej odsłony debiutanckiej powieści Stephena Kinga - Carrie. Za sprawą filmu, w którym główną rolę odgrywa młoda i utalentowana aktorka, Chloë Grace Moretz, dostajemy w prezencie dwa obszerne artykuły. Pierwszy, autorstwa Jakuba Małeckiego, traktuje o rodzinie Mistrza Grozy, a konkretnie o jego dwóch synach, również trudniących się pisarstwem. Muszę przyznać, że tekst Dynastia Kingów jest dość ciekawy, zwłaszcza dla kogoś, kto wcześniej nie miał z Kingiem styczności. Po jego lekturze zapragnęłam sięgnąć po książki napisane przez synów tego wybitnego autora. Drugi artykuł zatytułowany jest Dlaczego uwielbiam Stephena Kinga? - co w sumie nie pozostawia złudzeń co do wydźwięku tekstu. Jego autor, Robert Ziębiński, w dość oczywistych superlatywach opowiada o karierze swojego ulubionego pisarza, przy czym muszę podkreślić, że jest to tekst nie tylko typowo pochwalny, ale również merytoryczny. Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy na temat Kinga, bo dotychczas jakoś mnie nie ciągnęło do poznania jego biografii. A szkoda, bo to naprawdę fajny facet!

Godny polecenia jest tekst Wawrzyńca Podrzuckiego - Człowiek na kosmicznym rozdrożu. Znaleźć w nim można spojrzenie autora na literaturę oscylującą wokół podboju kosmosu przez człowieka. W artykule wspomniany jest Kim Stanley Robinson, którego sama poznałam za sprawą fantastycznie napisanej książki 2312. Obok niego wymienia autor również Dana Simmons, którego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Artykuł jest ciekawy i wnikliwy, a na dodatek można z niego wynieść parę ciekawostek o Wszechświecie.

Marcin Zwierzchowski w artykule Sympatia dla diabła skupia się na komiksowej odsłonie przygód upadłego archanioła. Przyznaję, że o komiksie zatytułowanym Lucyfer słyszałam, i to niejeden raz, ale do tej pory nikt nie dał mi motywacyjnego kopa do tego, żeby się za niego zabrać. Ten artykuł zmienił moje podejście - obecnie szukam komiksu w jak najlepszej cenie.

Absolutnie fenomenalny jest natomiast tekst Adama Rottera o Rogerze Zelaznym. Zaciekawił mnie tak bardzo, że zeskanowałam go, a następnie wydrukowałam i powiesiłam nad biurkiem! Uważam, że znajomość twórczości Zelaznego to obowiązek dla miłośników fantasy. Tekst zatytułowany Imię jego Legion zdaje się to potwierdzać, a wszystko za sprawą wnikliwej analizy twórczości tego genialnego autora. Aż sobie sięgnę po cykl o Amberze... Zresztą polecam go także i Wam, bo to literatura najwyższych lotów.

W dziale literackim gorsze i lepsze chwile. Z tych gorszych wymienić trzeba Pieść brązu Kamila Kowalczyka, który tymże opowiadaniem wywalczył sobie trzecie miejsce w konkursie literackim. Tekst jego autorstwa ma raczej mało absorbującą fabułę i nijakich bohaterów. Tak na dobrą sprawę wynudziłam się przy jego lekturze. To, co w tym opowiadaniu wypada według mnie najlepiej, to całkiem przyjemny styl autora. Nieco lepiej, ale wciąż nie do końca dobrze, wypada Lena Szuster ze Sztuką latania. Dużo lepiej dopracowany tekst, również utrzymany w klimacie post-apokalipsy, nie przekonał mnie wyłącznie swoim klimatem. Tego typu opowiadania bardzo rzadko przypadają mi do gustu.

O wiele lepiej ma się sprawa z działem opowiadań zagranicznych. Nie mogłam zdecydować się pomiędzy Chłopcem, który nie rzucał cienia Thomasa Olde Heuvelta a Obrońcami Willa McIntosha. Oba teksty napisane są bardzo dobrym stylem, a przedstawione w nich historie są niebanalne i skłaniające do refleksji. Polecam oba, ponieważ naprawdę ciężko mi wyłonić laureata.

W dziale z recenzjami prym wiodą Miraż Matta Ruffa, Osama Lavie Tidhara oraz Doktor sen Stephena Kinga. Wszystkie recenzje są rzetelne i trafne. Zaskoczyła mnie natomiast bardzo słaba ocena książki Andrieja Diakowa - Za horyzont. Powieści nie czytałam, ale tyle się już o niej nasłuchałam dobrego, że teraz czuję się skonfundowana. Jak to jest? Możecie mi polecić lub odradzić tę książkę?

Październikowy numer Nowej Fantastyki prezentuje się bardzo dobrze i cieszę się, że jego lekturę mam za sobą. Polecam Wam jego zakup, zwłaszcza dla tekstu o Rogerze Zelaznym!

Stos 10/2013


Dziesięć postów z nowościami na mojej półce za nami, a ja dopiero teraz doszłam do wniosku, że umieszczanie ich w połowie miesiąca jest głupie. Cóż, jako że bardzo nie lubię zmian, dopiero od przyszłego roku zacznę je publikować pod koniec każdego miesiąca. Uznajmy to za kolejne postanowienie noworoczne.

Jak widzicie najnowszy stos wygląda nieco chaotycznie - wybaczcie, ale nie miałam dziś weny do układania książek. W niedzielę zabieram się za książkowy remanent, toteż w niedalekiej przyszłości możecie spodziewać się zarówno aktualizacji postu biblioteczkowego, jak i jakiejś wyprzedaży.

 
Po lewej:

1. Nowa Fantastyka 373 (10/2013) (Redakcja)
2. Iskra, Amy Kathleen Ryan (Jaguar)
3. Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon, Juliet Grey (Bukowy Las)
4. Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu, Juliet Grey (Bukowy Las)
5. Szukając Alaski, John Green (Bukowy Las)
6. Przez bezmiar nocy, Veronica Rossi (Otwarte/Moondrive)
7. Dziedzictwo, C.J. Daugherty (Otwarte/Moondrive)
8. Podwieczność, Brodi Ashton (Papierowy Księżyc)
9. Alchemia miłości, Eve Edwards (Literacki EGMONT)
10. Odessa i tajemnica Skrybopolis, Peter van Olmen  (Literacki EGMONT)
11. Wielka Wyprawa księcia Racibora, Artur Sztejer (Erica)
12. Prawdziwa królowa, Andrew Marr (Marginesy)
13. Władca Pierścieni. Broń i wojna, Chris Smith (Amber)

Po prawej:

1. Pollyanna, Eleonor H. Porter (Literacki EGMONT)
2. Bogowie i wojownicy, Michelle Paver (Wilga)
3. 2312, Kim Stanley Robinson (Fabryka Słów)
4. Inferno, Dan Brown (Sonia Draga)
5. Jackie czy Marylin? Ponadczasowe lekcje stylu, Pamela Keogh (Otwarte)
6. Gone: Zniknęli. Faza Szósta: Światło, Michael Grant (Jaguar)
7. Zombie Survival, Max Brooks (Zysk i S-ka)
8. Czas żniw, Samantha Shannon (SQN)
9. Dziewiąty Mag. Dziedzictwo, Alice Rosalie Reystone (Nasza Księgarnia)
10. Magia indygo, Richelle Mead (Nasza Księgarnia)
11. Zagubiony heros, Rick Riordan (Galeria Książki)
12. Sasha, Joel Shepherd (Jaguar)

No i jak Wam się podobają moje zdobycze? Jak zwykle większość jest już za mną. Część z nich to szczotki lub zaległe egzemplarze bądź prezenty, kilka to efekt wymian, ale większość stanowią egzemplarze recenzenckie. Przede mną masa świetnych lektur!

14 października 2013

"Elfy" - Bernhard Hennen




Tytuł: Elfy
Seria:  Elfy
Tom: #1
Autor: Bernhard Hennen
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 460



O Bernhardzie Hennenie słyszę po raz pierwszy, mimo że ten niemiecki pisarz podobno uchodzi za sławną w fantastycznym światku personę. Urodzony w 1966 roku, mieszka obecnie w Krefeld razem z żoną i dziećmi. Ma słabość do bitewniaków i uczciwie przyznaje, że w swoich powieściach wszelkie walki rozgrywa najpierw za ich pomocą, a dopiero później przenosi na papier. Dzięki Fabryce Słów polscy czytelnicy mają od niedawna okazję do zapoznania się z jego najsłynniejszym dziełem, czyli cyklem Elfy. W tej tematyce autor stworzył wiele tytułów, toteż - o ile książka się u nas przyjmie - czeka nas długa i niezwykle przyjemna przygoda w świecie wykreowanym przez Hennena. Czy rzeczywiście popularny za zachodnią granicą pisarz stworzył coś na miarę tolkienowskiego Śródziemia, tak jak nam zapowiadano przed premierą?

Nie do końca, co nie oznacza jednak, że Elfy okazały się literackim niewypałem. Tolkiena chyba już nie da się pokonać - na zawsze pozostanie on niedościgłym mistrzem kreacji świata przedstawionego. Jestem przekonana, że nikomu nie uda się przebić rozmachem tego, co Mistrz tworzył przez tyle lat - właściwie od zera. Nie twierdzę przy tym, że nie można w ogóle próbować! Najważniejsze jest to, by mieć ciekawą wizję i jednocześnie nie zaprzepaścić swojej szansy poprzez niedopracowanie. Bernhard Hennen zdecydowanie spełnia oba warunki - jego pomysł na fantastyczną krainę elfów i ludzi jest zaskakujący dobry i na pewno nie można mu zarzucić uchybień w kreacji otoczenia bohaterów książki.

Właśnie, bohaterom Elfów należy się osobny akapit. I choć główne skrzypce teoretycznie gra jarl Manfred, przywódca ludzkiej osady na skraju elfickiej Alfenmarchii, to jednak baczniejszą uwagę poświęca czytelnik szpiczastouchym postaciom. No więc jakie właściwie powinny być te elfy? To zależy co nam podpowiada wyobraźnia. Jedni widzą je jako maleńkie istotki ze skrzydełkami, inni wolą wyobrażenie pomocników Mikołaja. Ja zaś preferuję stare, dobre elfy z tolkienowskiego Śródziemia. Ot, tacy Legolas i Tauriel, chociażby. Muszę przyznać, że Hennen daleko od tego wizerunku nie odbiegł, co bardzo mnie cieszy. I tutaj elfy są waleczne i mądre, a także przepełnione nostalgią i wrażliwe na piękno. Właśnie te istoty pokochałam przed laty i wdzięczna jestem autorowi, że w jego Elfach jest dokładnie tak samo. Dzięki temu powieść tę darzę ogromnym sentymentem, a jego samego - szacunkiem.

Elfy napisane są z prawdziwym rozmachem, z dbałością o szczegóły, a przepełnione są wartką akcją, mityczną magią oraz różnego typu intrygami. Całość sprawia wrażenie dogłębnie przemyślanej, choć niewprawny lub nieprzyzwyczajony do takiej narracji czytelnik chwilami może czuć się zagubiony. Prawda jest bowiem taka, że w powieści Hennena nie ma jako takiej osi fabularnej. Kilka wątków prowadzonych jest oddzielnie i dopiero po jakimś czasie wszystko się zazębia i przenika. Mnie to nie przeszkadzało, ale mogą znaleźć się tacy, którym nie będzie to odpowiadać. Zwłaszcza że Hennen na nikogo z akcją nie czeka, aby zapoznał się z realiami i bohaterami, bo od razu rusza z nią z kopyta. Przetrwają tylko ci najwytrwalsi. Ja nie miałam problemu z nadążaniem za tokiem myślenia autora, niemniej jednak również uważam, że czasami przesadza. Dotyczy to również przewagi opisów nad dialogi - momentami rzeczywiście jest to męczące, nawet pomimo faktu, że styl Hennena jest właściwie nienaganny i nie mam mu nic do zarzucenia.

Wiedziałam po co sięgam, wybierając się w podróż do Alfenmarchii i nie zawiodłam się ani trochę. Elfy to przykład wspaniałej fantatsyki w klasycznym ujęciu - bez udziwnień i ostatnio popularnej etykietki urban. Powrót do korzeni był dla mnie niezwykle odświeżający, dlatego też nikogo zapewne nie zdziwi fakt, że lektura Elfów po prostu sprawiła mi przyjemność. Jeśli tylko lubicie tolkienowskie klimaty, epicką walkę Dobra ze Złem oraz elfy takie, jakie być powinny - powieść Bernharda Hennena to książka dla Was.

Ocena:

 
 

12 października 2013

"Scarlet" - Marissa Meyer




Tytuł: Scarlet
Seria: Saga księżycowa
Tom: #2
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 496



Marissa Meyer zadebiutowała powieścią Cinder z cyklu Saga księżycowa i mimo swego feralnego nazwiska udowodniła, że potrafi świetnie pisać i na nowo zaciekawić czytelnika baśniami z dzieciństwa. Bardzo miło wspominam swoją pierwszą styczność z jej twórczością i z uwagi na pozytywne odczucia, jakie to we mnie wywołało, nie mogłam odmówić sobie lektury Scarlet, czyli drugiego tomu cyklu jej autorstwa.

Jeśli zarówno imię głównej bohaterki, jak i okładka książki nic Wam nie mówią, to już spieszę z wyjaśnieniem: tym razem Meyer bierze na warsztat historię Czerwonego Kapturka. Zanim w ogóle powieść ujrzała światło dzienne, w sieci chodziły słuchy o połączeniu historii Scarlett i Cinder. Z jednej strony byłam tym mocno podekscytowana, z drugiej obawiałam się, że niemożliwe będzie napisanie tego tak, by całość wyszła w miarę wiarygodnie. Cóż, autorka zaskoczyła mnie in plus, bo wybrnęła z tej patowej sytuacji po mistrzowsku. Ale o tym później. Najpierw chciałabym krótko przedstawić główną bohaterkę oraz wady powieści.

Przygody Scarlet może i nie rozpoczynają się z takim przytupem jak historia Cinder, jednak nie zmienia to faktu, że od samego początku postać ta bardzo mnie zaintrygowała i na dłużej przytrzymała przy książce. Życie tej odważnej dziewczyny było nudne i przewidywalne - do czasu, gdy jej ukochana babcia zniknęła. Policja z braku laku uznała to za ucieczkę, ale wnuczka kobiety miała więcej oleju w głowie niż mundurowi. Wiedziała, że babcia nigdy w życiu by jej nie opuściła, a zatem w grę wchodziło tylko i wyłącznie porwanie. Od tej pory akcja nabrała dość dużego rozpędu, ale jednocześnie muszę przyznać, że słabo wypada to na tle Cinder. Tam jednak dużo więcej się działo - w Scarlet dominują podróże, które popychają fabułę do przodu, lecz w porównaniu z pierwszym tomem nie wywołują takich emocji. Uważam też, że jak na książkę, w której mają spotkać się dwie istotne postacie, spotkanie to z wielu przyczyn powinno nastąpić dużo szybciej niż faktycznie miało to miejsce. Choć lektura była dla mnie bardzo ciekawa, żałowałam również, że w powieści było tak niewiele scen z udziałem Kai'a oraz Levany. Szczególnie mocno zasmucił mnie fakt, że w Scarlet w ogóle nie miał miejsca tak bardzo przeze mnie ubóstwiany wątek miłosny z poprzedniej części! Książka jest fajna, dobrze napisana i przyjemna w odbiorze, ale coś tam jednak mogła nam - spragnionym miłości Cinder i Kaito - autorka w tym temacie zaserwować... Tyle, jeśli chodzi o wady.

In plus oceniam kilka innych aspektów. Przede wszystkim podoba mi się to, że Marissa Meyer swobodnie igra z konwencją. Tradycyjne baśnie uwspółcześnia, dając im drugie życie. Jasne jest dla mnie to, że dodaje coś od siebie, a nie jedynie modyfikuje już istniejące utwory. Dzięki temu powieść intryguje i budzi zainteresowanie, bo któż nie chciałby poznać nowych losów znanych nam z dzieciństwa bohaterek? Idąc dalej, nie mogę nie pochwalić pomysłu na to, by losy głównych postaci spleść na wiele sposobów, sugerując, że już w przeszłości coś było na rzeczy. Warto dokładnie śledzić wszelkie nawiązania do dawnych lat, zwłaszcza, jeśli chodzi o babcię Scarlet, bo w ten sposób można na własne oczy przekonać się o tym jak cudownie się ta historia zazębia w jedną i zgrabną całość! Doprawdy, rozwiązanie problemu spotkania Cinder i Scarlet w wykonaniu Meyer zwaliło mnie z nóg. Kolejnym i zarazem ostatnim plusem, którym chciałabym się z Wami podzielić, jest... Wilk. Po prostu. Tajemniczy, mający szemraną przeszłość i niejasną motywację, by towarzyszyć głównej postaci tego tomu, a także bardzo niebezpieczny styl życia... To wszystko sprawia, że na każdą wzmiankę o Wilku jak ta nastolatka podrywałam się z łóżka (gdzie zazwyczaj czytam), ciesząc się jak głupi do sera. Oj, w rankingu moich ulubionych bohaterów książkowych z pewnością znajdzie się miejsce dla tej enigmatycznej postaci. Chociażby dla niej polecam Wam lekturę Scarlet.

W przypadku kontynuacji Cinder stwierdzam, że delikatnie zaniża ona poziom swojej genialnej poprzedniczki. Rzadko kiedy jednak kontynuacje bywają lepsze od pierwszych tomów. W Scarlet zabrakło mi paru elementów, które - gdyby się w książce pojawiły - mogłyby znacząco poprawić jakość opowiedzianej przez autorkę historii. Nadal jestem szczerze zakochana w jej twórczości i z wytęsknieniem czekam na przygody Roszpunki, jednak czuję, że w przypadku najnowszej powieści Meyer mogłoby być lepiej. Bardzo się cieszę, że losy Cinder i Scarlet tak zgrabnie się ze sobą splotły i aż mnie zżera ciekawość jak to będzie z pozostałymi bohaterkami. Jedno jest pewne: historia lunarskiej księżniczki totalnie i nieodwołalnie mnie oczarowała i za nic w świecie nie pozwoliłabym sobie odpuścić kolejnych tomów. Zarówno Cinder, jak i Scarlet okazały się dla mnie lekkimi i świetnie napisanymi powieściami, toteż bez wyrzutów sumienia mogę Wam zarekomendować ich lekturę. A ja już dziś zacieram ręce na myśl o Roszpunce.

Ocena:

 

9 października 2013

"2312" - Kim Stanley Robinson [premiera]




PREMIERA!
Tytuł: 2312
Autor: Kim Stanley Robinson
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 640




Czwartego października za sprawą wydawnictwa Fabryka Słów na rodzimym rynku książki zadebiutowała powieść 2312 autorstwa Kima Stanleya Robinsona. Jest to znany amerykański pisarz, którego fani gatunku science fiction mogą kojarzyć z obsypaną nagrodami trylogią marsjańską, wydaną w Polsce w 1998 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

W tym roku minęło aż piętnaście lat od premiery Czerwonego Marsa oraz jego kontynuacji. Przez ten czas autor wydał wiele książek i opowiadań, lecz w naszym kraju przeszły one właściwie bez echa. Dopiero w 2012 roku sprawy wreszcie przybrały korzystny obrót dla tego utalentowanego i cenionego na całym świecie pisarza. Powieść 2312 spotkała się z bardzo pozytywnymi komentarzami ze strony czytelników oraz znawców fantastyki naukowej. Mało tego! Tajemniczo brzmiący tytuł spodobał się wszystkim do tego stopnia, że Robinson zgarnął za niego Nagrodę Nebuli, co dla pisarza tworzącego w nurcie science fiction jest prawdziwym wyróżnieniem. Daleko mi do bycia krytykiem literackim, ale postanowiłam zmierzyć się z tym dziełem, aby przekonać się na własne oczy za co otrzymuje się drugi po Nagrodzie Hugo laur.

W 2312 roku ludzkość skolonizowała praktycznie cały Układ Słoneczny. Przyznaję, że już na samym wstępie ta futurystyczna wizja podboju naszej galaktyki zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Homo sapiens nie dość, że w końcu wychylili nosy poza najbliższe otoczenie Ziemi, to na dodatek zabrali się za terraformowanie (czyli dostosowywanie do warunków ziemskich) innych planet! Dzięki tym zabiegom Mars jest już całkowicie zamieszkany przez ludzi, a na Wenus i Merkurym powstają pierwsze miasta przyjazne naszemu gatunkowi. Tam, gdzie ten nieprawdopodobny zabieg trwa dłużej lub nie można go wykonać, koloniści mieszkają pod ziemią, a jeśli istnieje taka sposobność, to przenoszą się na naturalne satelity lub specjalnie opracowane na nasze potrzeby asteroidy (wydrążone od środka i sterraformowane). Te ostatnie pełnią także funkcję międzyplanetarnych promów kosmicznych, co samo w sobie już wydaje mi się niebywałe, a co dopiero, gdy przyjrzeć się bliżej ich plastycznym opisom!

Wizja Robinsona jest wyjątkowo dokładna i zarazem niepokojąca. Dokładna dlatego, że do tej pory nie spotkałam się z równie precyzyjnymi poglądami na kolonizację Układu Słonecznego, niepokojąca zaś ze względu na zmiany, które dokonały się w społeczeństwie. Autor pewnie i z pomysłem kreuje naszą przyszłość, podejmując wiele naprawdę istotnych tematów, a także snując szczegółową historię podboju kosmosu. Jego idea wydaje się niepodważalna, zupełnie jakby miał on wgląd w to, co wydarzy się za kilkaset lat. W jego rozważaniach nie ma znaków zapytania i niedomówień – wszystko opisane jest tak prawdziwie, że ani razu nie przyszło mi do głowy, by zanegować to, co zaprezentował w 2312.

Choć trzonem powieści jest bez wątpienia futurystyczna kreacja świata przedstawionego, pod każdym względem dopracowana i zapierająca dech w piersiach, to jednak trudno nie zwrócić uwagi na maksymalnie wciągającą fabułę. Jej oś to historia niewyjaśnionej śmierci jednej z czołowych badaczek nowego uniwersum. Wnuczka kobiety, hermafrodyta Swan, siłą rzeczy wplątuje się w największą polityczną intrygę o podłożu kryminalnym ostatnich lat. Wokół niej dzieje się wiele niepokojących rzeczy i wszystko wskazuje na to, że bohaterce (Swan bardziej czuje się kobietą niż mężczyzną, a jej obojnactwo wynika z przeprowadzonych przez nią samą eksperymentów) grozi ogromne niebezpieczeństwo. Muszę przyznać, że nie spotkałam się z postacią, która byłaby tak hiperaktywna, bezczelna i skłonna do histerii, niemniej jednak wnuczka zmarłej badaczki ma w sobie to coś, co kazało mi z wypiekami na twarzy śledzić jej losy. Zważywszy na to, że główna bohaterka wikła się w sprawy społeczno-polityczne i przede wszystkim ekologiczne, naprawdę jest się czemu przyglądać.

2312 to także powieść niezwykle rozbudowana i skomplikowana. Styl autora prezentuje się na wysokim poziomie – z jednej strony przypomina naukowy wywód, z drugiej zaś ujawnia jego skłonność do gawędziarstwa. Robinson bowiem nie stroni od opisywania codzienności ludzi, która dla nich samych może być szara i monotonna, podczas gdy w oczach czytelnika nie ma nic ciekawszego ponad opowieść o życiu na Marsie czy Merkurym. Obok takiej tematyki jest też miejsce dla wątków dotyczących kultury, przemian społecznych, zmieniającej się flory i fauny. Pisarz porusza również kwestie genetycznych udoskonaleń oraz sztucznej inteligencji, co pozwala mi wysnuć tezę, że nie ma dla niego żadnego tabu. Mało jest współcześnie takich monumentalnych dzieł, w których można poczytać dosłownie o wszystkim.

Najnowsza powieść Kima Stanleya Robinsona to wspaniały i wyjątkowy utwór literacki. Taka mnogość wątków i niezwykle rozbudowana wizja przyszłości homo sapiens nie może przejść w naszym kraju niezauważona. Jestem całkowicie przekonana, że miłośnicy science fiction powinni potraktować 2312 jak pozycję obowiązkową. Choć książka ta jest trudna i naprawdę wymagająca, i tak uważam, że warto oswoić się ze skomplikowanym stylem autora i wczuć się w jego niesamowicie realistyczną wizję kolonizacji Układu Słonecznego. Po zapoznaniu się z tym fantastycznym dziełem nie dziwię się już skąd wzięła się Nebula na półce Robinsona. Po prostu dotarło do mnie, że 2312 była stworzona, by na nią zasłużyć.

Ot, doskonałość zamknięta w sześciuset czterdziestu stronach...

Ocena:





Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

6 października 2013

"Dynastia Tudorów. Król, królowa i królewska faworyta" - Michael Hirst, Anne Gracie




Tytuł: Król, królowa i królewska faworyta
Seria: Dynastia Tudorów
Tom: #1
Autor: Michael Hirst, Anne Gracie
Wydawnictwo: Harlequin/Mira
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 367



Tudorowie na stałe wpisali się na karty historii jako dynastia niezwykle barwna i kontrowersyjna. Na poczynania jej członków oczy zwracała cała Wielka Brytania. Po dziś dzień stanowią oni nie lada gratkę dla miłośników historii. Michael Hirst, tworząc scenariusz do swojego nowego serialu historycznego, wiedział więc doskonale, co robi, wybierając na głównego bohatera Henryka VIII - postać nie tyle godną uwagi, o ile wyjątkową pod względem psucia krwi swoim poddanym. Choć emisja sławnych Tudorów już dawno za nami, to jednak popularność Jonathana Rhysa-Meyersa nie gaśnie, więc Anne Gracie postanowiła odcinać kupony zarówno od jego sławy, jak i samego serialu - dziś już kultowego. Zabieg ten jest odrażający, bowiem autorka jedynie przeniosła na kartki książki wydarzenia z pierwszego sezonu Tudorów, niemniej jednak miło jest po raz kolejny zagłębić się w burzliwą historię romansu Henryka z Anną Boleyn, który tak boleśnie skończył się dla kościoła katolickiego w Anglii, jak i dla samej Anny (ci, co znają jej losy, wiedzą w czym rzecz). Właśnie o tej wielkiej miłości opowiada powieść Król, królowa i królewska faworyta.

Odkąd zaczęłam interesować się historią Wielkiej Brytanii, pamiętam, że dynastia Tudorów była jednym z czynników, dla których zaczęłam rozglądać się za książkami historycznymi. Przez ten czas przewinęło się u mnie sporo książek Philippy Gregory, a ta napisana przez Anne Gracie jest kolejną z rzędu, która mnie zainteresowała. Przyznaję, że napisana jest ona całkiem przyzwoicie, w prostym i przystępnym stylu, choć zauważyłam, że rzadko kiedy wybiega poza ramy serialu. Nawet dialogi były jakieś takie podobne...

Książka opowiada historię Henryka VIII, króla Anglii znanego z tego, że dokonał rozłamu w kościele z własnych, egoistycznych pobudek. Zanim jednak do tego doszło, Henryk miał żonę, pochodzącą z Hiszpanii Katarzynę Aragońską, z którą miał córkę Marię. Jak każdy król, Henryk chciał mieć jednak dziedzica, toteż zdradzał małżonkę z kim popadnie, byleby urodził mu się syn. Katarzyna tolerowała jego wybryki, ponieważ kochała męża jak na katoliczkę przystało. On jednak miał to głęboko w poważaniu. Kiedy poznał Annę Boleyn, oszalał z miłości i postanowił za wszelką cenę rozwieść się z żoną. W tamtych czasach nie było to jednak takie proste... Dlatego też Tudor knuł razem z kardynałem Wolseyem, jak by tu pozbyć się niechcianej małżonki. Gdy Wolsey zawiódł, Henrykowi pozostało tylko jedno: ustanowił sam siebie głową kościoła anglikańskiego i odwrócił się od Watykanu, doprowadzając Anglię niemal na skraj nędzy. Skutki jego decyzji możemy dostrzec w Wielkiej Brytanii po dziś dzień, bowiem aktualnie panująca Elżbieta II również jest głową kościoła anglikańskiego. I pomyśleć, że wszystko to stało się tylko dlatego, że kochliwy król zapragnął poślubić swoją faworytę... Wszystko to, co opisałam, jest nie tylko fabułą książki, ale również najprawdziwszą historią, która wydarzyła się w przeszłości. Dodaje to powieści Anne Gracie smaczku i stanowi jej dużą zaletę! 

Całość prezentuje się naprawdę dobrze. Fabuła serialu jest w Królu, królowej i królewskiej faworycie nieco rozbudowana i wciągnie każdego fana sławnej dynastii. Książka z pewnością spodoba się miłośnikom zarówno Tudorów, jak i historii, stanowiąc przyjemną i niezbyt wymagającą lekturę na kilka jesiennych godzin. Trudno mówić o wadach tej powieści, kiedy tak naprawdę jest to scenariusz zaadaptowany na potrzeby książki, toteż najlepiej będzie polecić tę powieść wyżej wymienionym osobom oraz wszystkim tym, którzy czują się zainteresowani. Naprawdę warto choć na chwilę zatracić się w tym świecie!

Ocena:

3 października 2013

"Szukając Alaski" - John Green [przedpremiera]




PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320




Gdy zapytacie mnie o ulubionego aktora, bez wahania wskażę Roberta Downeya Juniora. Jeśli spytacie o ukochany zespół, wymienię tylko jedną nazwę: Bastille. W przypadku pytania o faworyta wśród pisarzy, odpowiedź będzie taka: John Green. Ten autor bezczelnie wtargnął w moje życie i tak je poprzestawiał, że już nie Tolkien jest numerem jeden, a on sam. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że pierwsza przeczytana przeze mnie książka jego autorstwa nie jest nawet jego debiutem literackim! To Szukając Alaski wprowadziła go na rynek wydawniczy. Dzięki niebiosom, że jako pisarz spodobał się zagranicznym mediom i krytykom, w przeciwnym bądź razie nie mielibyśmy w Polsce takich perełek jak Gwiazd naszych wina, Papierowe miasta i Szukając Alaski właśnie. Co sądzę o tej ostatniej, dowiecie się z tego tekstu.

Ta wspaniała powieść opowiada historię Milesa, nastoletniego outsidera, którego najbardziej urzekającą cechą jest to, że zapamiętuje ostatnie słowa znanych ludzi. Chłopak nigdy zbytnio się z nikim nie przyjaźnił, toteż rozpoczęcie nauki w nowej szkole z internatem nie zrobiło na nim większego wrażenia. Tam jednak poznał sympatycznego Pułkownika, intrygującą Alaskę oraz ich paczkę. Ironicznie przezwany Kluchą (w rzeczywistości szczupły i wysoki), dość szybko zaaklimatyzował się w akademiku i poświęcił swój wolny czas nowym przyjaciółom. Od tej pory jego życie uległo zmianie, a każdy dzień zaczął przynosić coś nowego.

Tyle o fabule. Nie ma sensu się nad nią rozwodzić, po prostu trzeba ją poznać. Powiem Wam za to, że Szukając Alaski nie dzieli się na tradycyjne rozdziały, tylko na wydarzenia Przed i Po - przy czym te drugie do najprzyjemniejszych nie należą i raczej nikt z nas nie życzyłby sobie brać w nich udział. Tym sposobem książkę czyta się na dwa sposoby. Część Przed - non stop śmiejąc się do rozpuku. Część Po - płacząc jak bóbr. Tylko John Green posiada tak unikalną umiejętność. Zmienia historię z kartki na kartkę tak, bym zaczęła wyć, zanim jeszcze skończył mnie boleć brzuch po niedawnym ataku śmiechawki. Niesamowite.

Powtarzam to za każdym razem i powtórzę to jeszcze raz: książki Greena ZAWSZE mają coś znaczyć. Skoro Szukając Alaski to jego debiut, należy sądzić, że to od tego tytułu wszystko się zaczęło. Ktoś może pomyśleć, że jest to powieść o niczym, ale moim zdaniem należy się w niej doszukiwać swoistej uniwersalności. Każdy może inaczej odczytać intencje autora. Dla mnie historia Milesa opowiada o niezwykłej sile przyjaźni oraz potrzebie doprowadzania spraw do samego końca. Podejmowane po drodze tematy, takie jak skłonność młodzieży do używek (pamiętajmy, że Green wzoruje się na amerykańskich nastolatkach - u nas wygląda to trochę inaczej), czy chociażby strata bliskiej osoby, również nie pozostają bez znaczenia. Proza Greena tylko z pozoru jest lekka - taki bowiem jest jego styl. W rzeczywistości zawsze można się doszukać drugiego dna w prezentowanej przez niego historii. I to tak bardzo w nim cenię.

Podobnie cenię sobie kreację bohaterów, którzy u tego autora są po prostu... żywi. Rzeczywiści, jakby żywcem wyjęci z naszego świata. W trakcie lektury musiałam sobie wielokrotnie powtarzać: "Oni nie są prawdziwi". Ale i tak się zapominałam i przeżywałam przygody Milesa i Alaski tak, jakby to wszystko faktycznie miało miejsce. Miles jest bohaterem nad wyraz wspaniałym, ułożonym, serdecznym, oddanym swoim przyjaciołom i przypominającym nieco Quentina z Papierowych miast (Augustus jest wyjątkowy i nikt nie jest do niego podobny). Uwielbiam go, jednakże to Alaska jest jedyną i niekwestionowaną gwiazdą tej książki - o czym świadczy chociażby jej tytuł. Ona również przypomina bohaterkę z Papierowych miast, przez co śmiem twierdzić, że pierwsza powieść Greena bardzo rzutuje na jego twórczość w przyszłości. Alaska jest energiczna i nieprzewidywalna, pełna sprzeczności i emocji. Nigdy nie wiadomo jaki będzie jej kolejny ruch. Dzięki temu dziewczyna nieustannie zaskakuje - nie tylko pozostałych bohaterów, ale i nas - czytelników. W ten sposób powieść staje się żywsza i bliższa odbiorcy. Chyba nikt nie potrafi lepiej kreować zwyczajnych postaci... Green jest w tym niekwestionowanym mistrzem.

Najwspanialsze w tej powieści jest to, że Miles stara się doprowadzić sprawę Alaski do końca. Nie poddaje się, choć po drodze czyha na niego wiele przykrości i zmartwień. Ten upór sprawia, że pamięć o niesłabnącej sile przyjaźni jest wciąż żywa i nieważne jest to, że kogoś z dnia na dzień zabraknie, bo będzie on istniał w naszym sercu już do końca życia. Tak... To jest chyba w Szukając Alaski najpiękniejsze. Poza tym... Zupełnie trafne okazują się stare jak świat słowa: "Szukajcie, a znajdziecie".

Debiutancka powieść Johna Greena, a w Polsce jego najnowsza książka, to dzieło ponadczasowe i uniwersalne - nic dziwnego, że autora już teraz okrzyknięto kultowym. Po raz kolejny jestem całkowicie oczarowana historią przez niego przedstawioną i chyba już każda z nich będzie dla mnie wyjątkowa i niezapomniana. Gwiazd naszych wina pokochałam do tego stopnia, że zamówiłam sobie książkę w oryginale - teraz już wiem, że tak samo będzie z Szukając Alaski. Jeśli nie jesteście pewni, że chcecie sięgnąć po tę powieść - wierzcie mi, że po stokroć warto. Historia tu zaprezentowana jest przejmująca i skierowana do każdego. Dam sobie rękę uciąć za prozę Greena, toteż możecie być pewni, że Szukając Alaski to doskonały wybór.

Ocena:

1 października 2013

"Wielki Ilustrowany Przewodnik Star Wars" - Rhyder Windham





Tytuł: Wielki Ilustrowany Przewodnik Star Wars
Autor: Rhyder Windham
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 160




Kilkanaście lat temu, kiedy filmy przynosiło się z wypożyczalni na kasetach video, mała Angie w asyście rodziców z wypiekami na twarzy oglądała Gwiezdne Wojny. Niewiele jeszcze z nich rozumiejąc, polubiła dziwnie-warczącego Chewbaccę oraz dziwnie-mówiącego Yodę, a w jej nieletnim serduszku zakiełkowała miłość do uniwersum wykreowanego przez George'a Lucasa. Dziś Angie ma lat dwadzieścia cztery i nie dość, że nadal uwielbia świat Star Wars, to na dodatek dożyła epokowej chwili, w której Disney ma nakręcić kolejny epizod. Fabuła owiana jest tajemnicą, spekulacje trwają w najlepsze i pozostaje nam tylko czekać na premierę. Uniwersum Gwiezdnych Wojen jest jednak na tyle szerokie, że latami można studiować poświęcone mu publikacje, w tym chociażby Wielki Ilustrowany Przewodnik Star Wars Rhydera Windhama, który Wam przedstawiam. Z zapowiedzi wyczytać możecie, co następuje: "Od lat Gwiezdne Wojny przenosiły miłośników kina do odległej galaktyki. Filmowe trylogie stały się fenomenem kulturowym, a ich popularność zaowocowała obfitością powieści, komiksów i gier komputerowych, które podbiły serca fanów na całym świecie". Powiem Wam, że to najprawdziwsza prawda - wysyp tekstów dotyczących dzieła Lucasa sprawił, że do ich ogarnięcia potrzebne są przewodniki. A ten od Windhama to jeden z najlepszych.

Drodzy fani - wierni bądź przyszli - niech Was nie zraża wysoka cena tego albumu! On jest absolutnie wart każdej wydanej na niego złotówki. Wejdźcie do najbliższej dobrze zaopatrzonej księgarni i weźcie ów pokaźny przewodnik do ręki. Piękna jest ta obwoluta z wizerunkiem Dartha Vadera, prawda? Osobiście nie widziałam lepszej okładki (wciąż mówimy o SW, pamiętajcie). Twarda oprawa sprawia wrażenie solidnej - zgodzicie się? No to teraz otwórzcie to cudne dzieło grafików i pogładźcie ten rozkosznie kredowy papier. Nie ma co się dziwić cenie - album Windhama to istny majstersztyk i posiadanie go we własnej geekoteczce (biblioteczce geeka) to dla wielu ucieleśnienie star warsowych marzeń. Ja nadal się ślinię, przechodząc obok półki, na której jest on wyeksponowany! Przy czym zwróćcie uwagę na to, że jeszcze nie wspomniałam o zawartości!

Wielki Ilustrowany Przewodnik Star Wars, jak sama nazwa wskazuje, zawiera mnóstwo grafik, zdjęć i fotosów. Większość z filmów, których przecież na przestrzeni kilkudziesięciu lat mieliśmy aż sześć. Nigdy nie rozumiałam idei kręcenia gwiezdnej sagi od tyłu, ale teraz w sumie cieszę się z takiego zabiegu, ponieważ starsze filmy (ukazujące znacznie ciekawsze treści od młodszych ekranizacji) są o milion lat świetlnych lepsze! W albumie można znaleźć naprawdę wiele bardzo dobrej jakości kadrów, które przywołują wspomnienia i uśmiech na twarzy. Oprócz fotosów filmowych, przewodnik zawiera też kadry z komiksów, zdjęcia ekipy filmowej, unikalne ilustracje i masę innych bajerów umilających lekturę. Czytania nie ma zbyt wiele i teksty należą raczej do gatunku tych skondensowanych, ale chyba nikt z Was nie spodziewa się epopei na miarę Sienkiewicza po przewodniku służącym za pomoc dla miłośników w jakimś już stopniu znanemu im uniwersum? Tak czy inaczej, wiele tematów jest w tym albumie porządnie opisanych, ale jest też kilka potraktowanych po macoszemu. Co z tego wynika? To, że część fanów będzie zadowolona bardziej, a część mniej. Mi podobało się wszystko, ale to pewnie dlatego, że wciąż ekscytuję się wieloma aspektami dzieła Lucasa i tak na dobrą sprawę nigdy już z tego nie wyrosnę! Wielu fanów powie pewnie to samo.

Uniwersum Gwiezdnych Wojen stwarza nieskończone możliwości i na dobre wsiąkło w naszą popkulturę. Dziś nie poprzestajemy na filmach i komiksach - na rynku książki znaleźć można multum książek w tej tematyce, graczom uciechy dostarczą pecetowe przygody Starkillera, a na oficjalnym konwencie Celebration upust swojej radości dadzą miłośnicy cospleyów. Wszędzie znaleźć można gadżety związane z gwiezdną sagą i nikogo już nie zdziwi widok atrap mieczy świetlnych w pokojach co bogatszych zapaleńców. Wielki Ilustrowany Przewodnik Star Wars nie odkrywa przed nami tajników mocy, ale z pewnością jest pozycją obowiązkową dla: a) oddanych fanów i b) początkujących osób, które chcą poznawać uniwersum z pewnym i dobrym przewodnikiem. Z całego geekserca polecam tę pozycję wszystkim zaliczającym się do tych dwóch kategorii.

Ocena: