STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 listopada 2013

Podsumowanie listopada


Kolejny miesiąc za nami, a ja... nadal nie napisałam ani jednego słowa w pliku z moją pracą magisterską. Nie wiem jak przezwyciężyć ten kryzys - chyba nie nadaję się do pisania takich rzeczy, w sensie: na siłę, czy pod przymusem. Liczę, że wkrótce rozwiążę ten problem, bo tak naprawdę powinnam być już daleko do przodu z materiałem, a mimo wszystko mi nie idzie. Czytelniczo czuję się jak skowronek, gdyż wciągałam książkę za książką, zupełnie jakbym czuła, że lada chwila zaczną się pierwsze kolokwia i trzeba będzie przedłożyć naukę nad przyjemności. Jakże ja nie znoszę się uczyć...

Przed Wami listopadowe statystyki:
- odwiedziło mnie 6330 nowych osób;
- łącznych odwiedzin było 70 328;
- blog ma 256 obserwatorów, 216 fanów na Facebooku i 205 osób w kręgach Google+.

Przeczytałam w tym miesiącu osiemnaście (!) tytułów:

1. Dziewiąty Mag. Dziedzictwo, Alice Rosalie Reystone
2. Córka Twórcy Królów, Philippa Gregory
3. Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher
4. Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu, Juliet Grey
5. Sezon burz, Andrzej Sapkowski
6. Gone: Zniknęli. Faza szósta: Światło, Michael Grant
7. Iskra, Amy Kathleen Ryan
8. Siedem minut po północy, Patrick Ness
9. Gra o tron, George R.R. Martin
10. Amerykańscy bogowie, Neil Gaiman
11. Prawdziwa królowa, Andrew Marr
12. Ziemiomorze, Ursula Le Guin
13. Upadające królestwa, Morgan Rhodes
14. Biuro kotów znalezionych, Kinga Izdebska
15. Nowa Fantastyka 374 (11/2013)
16. Notatki z podróży, Angelina Jolie
17. Niezbędnik obserwatorów gwiazd, Matthew Quick
18. Stary, młodzi i morze, Marcin Jamkowski, Jacek Wacławski

Łącznie było to 7250 stron, czyli około 241 stron dziennie.

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Czas Żniw"
Książki przeczytane w ramach wyzwania "Z półki": "Sezon burz"
Najlepsza Książka: "Niezbędnik obserwatorów gwiazd", "Sezon burz", "Amerykańscy bogowie", "Gra o tron"
Najgorsza Książka: brak

PLAN NA GRUDZIEŃ? Przetrwać okres przedświąteczny w Kumiko.


29 listopada 2013

"Przez bezmiar nocy" - Veronica Rossi





Tytuł: Przez bezmiar nocy
Seria: Przez burze ognia
Tom: #2
Autor: Veronica Rossi
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 352




Trochę już czasu minęło, odkąd przedstawiałam Wam Veronicę Rossi jako obiecującą debiutantkę. Napisaną przez nią powieść Przez burze ognia przeczytałam w lutym, chwaląc ją za kreację świata przedstawionego - brutalnej i niebezpiecznej antyutopii. Szczerze mówiąc, od tamtej pory trafiłam na wiele ciekawszych lektur, niemniej jednak w mojej pamięci wciąż tkwili Perry i Aria, dzięki czemu szybkie wypuszczenie na polski rynek kontynuacji ich przygód, książki zatytułowanej Przez bezmiar nocy, spotkało się z ogromnie entuzjastyczną reakcją z mojej strony. Właśnie na to czekałam przez tyle miesięcy!

Nie to, żeby powrót do świata zdominowanego przez burze eterowe był jakoś szczególnie miły. Dużo ważniejsi byli dla mnie moi ulubieńcy, z którymi rozstałam się pod koniec pierwszego tomu, czując że relacje między nimi zmienią się in plus do tego stopnia, że kontynuacja będzie dla mnie prawdziwą gratką. Och, jakże się łudziłam, że tak będzie... Niestety, Veronica Rossi dała mi prztyczka w nos, bo finalnie dostałam zupełnie inną książkę niż się spodziewałam. Niekoniecznie jednak przypadło mi to do gustu...

Aria i Perry przeżyli wzmagające się burze eterowe, a ich drogi rozeszły się w dwie różne strony. On musiał wrócić do Plemienia Fal, by objąć nad nimi dowództwo, ona wzięła na siebie ciężar misji, która dla wszystkich miała pozostać tajemnicą. W kilka miesięcy po tych wydarzeniach ta dwójka powinna w końcu móc się sobą w spokoju nacieszyć, nie sądzicie? Ale nie według autorki! Choć Perry miał wspaniały plan wcielenia Arii do Fal, dla nich dziewczyna wciąż pozostawała Osadniczką i po prostu nie chcieli jej zaakceptować. Zakochani musieli więc się rozstać - trochę wbrew sobie, a trochę zgodnie ze swoim sumieniem. Każde z nich miało inne zadanie do wykonania, toteż byłam w stanie przełknąć kolejne rozstanie. Jednak i tutaj Rossi zrobiła mnie w konia, bowiem przez praktycznie całą książkę moi ulubieni bohaterowie przebywali z dala od siebie. Coś się zmieniło i mam niemiłe wrażenie, że na gorsze. Mam tylko nadzieję, że z tego wszystkiego autorce nie zachce się tworzyć jakichś trójkątów miłosnych, zwłaszcza dlatego, że burze eterowe zaczęły się nasilać i akcja trzeciego tomu powinna skupić się wokół tematu tajemniczego i nieosiągalnego póki co Wielkiego Błękitu.

Otóż ów Wielki Błękit stanowi obecnie sedno fabuły serii napisanej przez Veronicę Rossi. Już nie Kapsuły Podu budzą moje zainteresowanie, ani tym bardziej wybuchy eteru, które jakimś cudem mój umysł zaakceptował jako naturalne środowisko ichniejszego świata. Właśnie Wielki Błękit, o którym wszyscy myślą i mówią, nie mając pojęcia czym jest, ani gdzie się w ogóle znajduje, najbardziej mnie fascynuje. Chcę wiedzieć więcej na jego temat, jak również liczę na to, że w trzecim tomie coś się w tym kierunku zadzieje, bo - szczerze mówiąc - w tym z fabułą jest krucho. Wszystko oczywiście jest interesujące, ale przedstawione w wyjątkowo nudny i nieciekawy sposób. Zdecydowanie opisywaniu wydarzeń brakuje polotu - zupełnie, jakby autorce wyczerpały się pokłady dobrego pisania! Nie ukrywam, że moje odczucia mogą być mylne, jednakże nadal odnoszę wrażenie, że Rossi wypaliła się jako pisarka. Być może wszystko to, co sobie wymyśliła, opisała już w pierwszym tomie, a kolejne pisze na żywioł, nie do końca mając na to pomysł? Kto wie...

Mimo wszystko ja wiążę z tym cyklem spore nadzieje. To, że jestem lekko rozczarowana tym, w jaki sposób autorka sprzedaje swoją koncepcję oraz niepotrzebnie przedłużającą się rozłąką dwójki najistotniejszych bohaterów, nie znaczy, że postawiłam na serii krzyżyk. Nie, nadal jestem nią ogromnie zainteresowana i straszliwie mocno chcę wraz z Arią i Perry'm zobaczyć Wielki Błękit. Jeśli przy tym będę mogła pozachwycać się ich związkiem oraz dojrzałością wyborów - będę w pełni usatysfakcjonowana. Oby tylko Veronica Rossi przezwyciężyła chwilowy kryzys i stanęła na wysokości zadania!

Podsumowując, Przez bezmiar nocy wyraźnie odstaje od swojej poprzedniczki, podtrzymując tezę, iż nie każda kontynuacja jest lepsza od pierwowzoru. Dla mnie powieść wypadła dobrze, inaczej mówiąc - zadowalająco, choć spodziewałam się większych fajerwerków. Było w niej kilka elementów, które mi się nie podobały (zbyt długa rozłąka bohaterów, nieentuzjastycznie poprowadzona fabuła), a także parę takich, które przypadły mi do gustu (napięcie wywołane Wielkim Błękitem, w miarę ciekawy wątek Arii podróżującej po całej krainie). Co prawda liczyłam na dużo, dużo więcej, ale suma sumarum nie było aż tak źle. Spędziłam na lekturze tej książki kilka przyjemnych chwil i nie mogę narzekać na ich zmarnowanie. Lubię takie historie i jeśli tylko czytaliście tom pierwszy, to i Wam polecam zapoznanie się z tą, którą przedstawiła nam Rossi.

Ocena:




PRZEZ BURZE OGNIA:
Przez burze ognia | Przez bezmiar nocy

26 listopada 2013

"Kocham Nowy Jork" - Isabelle Laflèche




Tytuł: Kocham Nowy Jork
Autor: Isabelle Laflèche
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 336





Nie tylko pisarka Isabelle Laflèche posługuje się słowami Kocham Nowy Jork. Ja również darzę to miasto ogromnym uczuciem, choć w życiu go na oczy widziałam i zapewne dużo jeszcze w Wiśle wody upłynie, zanim się tam wybiorę. Kiedy więc ujrzałam zapowiedź książki o tak znaczącym tytule, a następnie przeczytałam tak obiecujący blurb, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Zwłaszcza że nawet sama okładka zachęca do lektury.

Fakt, iż autorka napisała książkę o sobie, pominę żenującym milczeniem i zdradzę jedynie, że w takich sytuacjach czuję się zdegustowana. O ile potrafię zrozumieć ideę pisania autobiografii w przypadku znanych osobistości, o tyle robienie z siebie głównej bohaterki w powieści obyczajowej już niekoniecznie. Zostawmy to jednak i uznajmy, że nic nie wiemy na ten temat, skupiając się w zamian na doskonałej fabule i przystępnym języku - są to bowiem dwa główne wyznaczniki dobrej jakości obyczajówki.

To, co mi się podoba w Kocham Nowy Jork, to świadomość, że główna bohaterka powieści jest pewną siebie i odważną kobietą, wziętą prawniczką oraz profesjonalistką. Gdybym miała operować na znanych mi ikonach popkultury, przyrównałabym Catherine do Carrie z Seksu w wielkim mieście, a nie do Bridget Jones, mimo że często wpada w tarapaty podobnie jak postać wykreowana przez Helen Fielding. Dużo bardziej przemawia do mnie to, że Catherine wie, czego chce od życia, a także posiada szereg zainteresowań, w tym pociąg do mody. Takie bohaterki lubię - nie ciamajdowate Belle Swan, lecz silne i zdecydowane kobiety.

Wspominając o książce Isabelle Laflèche, nie mogę zapomnieć o Nowym Jorku. Miasto to jest tłem dla wydarzeń z otoczenia głównej bohaterki, przy czym prezentuje się z możliwie najlepszej strony. Widzę je oczami Catherine dokładnie tak, jakbym sama chciała je widzieć: Miasto, Które Nigdy Nie Śpi, centrum rozrywki, mody i kultury, raj dla ludzi spragnionych mocnych wrażeń, nowych doświadczeń i znajomości. Zdaję sobie sprawę z tego, że autorka celowo nie wspomina o podejrzanych dzielnicach, dużej przestępczości, bezdomnych i wielu innych aspektach życia w takim mieście, ale bądźmy szczerzy: przecież Nowego Jorku nie odwiedza się po to, by szukać guza! Moim zdaniem autorka wykonała kawał dobrej roboty, gdyż w jej wykonaniu moje ukochane miasto prezentuje się wiarygodnie i znakomicie! 

Oczywiście jak na obyczajówkę przystało, historię życia głównej bohaterki cechują liczne wzloty i upadki. Dążenie Catherine do osiągnięcia szczęścia i równowagi pokazane jest jednak w sposób nienarzucający się - nie mamy tutaj do czynienia z gonitwą za mężczyzną. Decyzje panny Lambert są przemyślane i wyważone, co bardzo mi się podoba, bo w niczym nie przypomina tandetnych historyjek miłosnych. Intrygi w powieści nie są może zbytnio skomplikowane, ale nikt nie oczekuje od takiej powieści rozkminek na miarę Myśliwskiego.

Kocham Nowy Jork to świetna lektura na jesienny wieczór. Zapewnia lekką i naprawdę przyzwoitą rozrywkę i pozwala odpocząć umysłowi od cięższych historii. Bardzo ciepło myślę o tej książce i z pewnością sięgnę po jej kontynuację z akcją osadzoną w Paryżu. Zdecydowanie polecam Wam barwną twórczość Isabelle Laflèche w kontekście remedium na szaroburość Polski, od której czasami nie jesteśmy w stanie uciec.

Ocena:



23 listopada 2013

"W otchłani" - Beth Revis




Tytuł: W otchłani
Seria: W otchłani
Tom: #1
Autor: Beth Revis
Wydawnictwo: Publicat
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 392



Space opera to wciąż dla mnie temat nowy, niezbadany. Mam za sobą Blask oraz jego kontynuację, Iskrę, dzięki którym pokochałam historie rozgrywające się w kosmosie. Całkiem niedawno do grona udanych lektur w tej tematyce dołączyła również powieść Beth Revis - W otchłani. Jest to pierwszy tom nagradzanej serii o tym samym tytule. Powiem Wam, że już sam blurb był w stanie przekonać mnie do sięgnięcia po tę książkę. Wiedziałam, że będzie to kolejna kosmicznie wciągająca lektura - i nie myliłam się.

Amy jest córką biotechnolożki i wojskowego. Choć sama jest zbędną osobą na misji, oni należą do ścisłej czołówki osób, które po wylądowaniu na planecie mającej zastąpić ludzkości Ziemię - zdewastowaną i do cna wyeksploatowaną - zajmą się jej powolnym terraformowaniem. Jako ważni członkowie ekspedycji, rodzice Amy mają prawo zabrać córkę ze sobą. Warunkiem jest tylko i wyłącznie zgoda dziewczyna na zamknięcie w komorze kriogenicznej na... trzysta lat, bo tak długo trwa podróż na nową Ziemię. Wiadomo jednak, że kochająca córka zdecyduje się na nawet największy ból (proces hibernacji jest bardzo bolesny), byleby się z nimi nie rozstać. Tym sposobem Amy trafia na pokład Błogosławionego i wraz z liczną załogą zapada w długi sen, którego nic nie powinno zakłócić przez trzy najbliższe wieki. Niestety, tak się nie dzieje - ktoś wybudza nastolatkę na kilkadziesiąt lat przed lądowaniem. Dziewczyna ledwo uchodzi z życiem, a to dopiero początek serii dziwnych zdarzeń na pokładzie Błogosławionego. Ktoś za wszelką cenę próbuje się pozbyć niektórych członków załogi. Najgorsze jest to, że z pokładu nie da się uciec. Błogosławiony to jednocześnie ratunek i więzienie... Amy na domiar złego nie potrafi zaufać dowódcy statku, który każe nazywać siebie Najstarszym, jednak czuje, że jego zastępca - Starszy - na owe zaufanie zasługuje. Co z tego wyniknie i jak skończy się ich podróż na bliźniaczkę Błękitnej Planety? Odpowiedzi na te pytanie szukajcie w książce - warto!

Beth Revis stworzyła wciągającą i trzymającą w napięciu space operę. Obecny w niej wątek kryminalny dodatkowo wzmaga tę atmosferę, a przecież nie tylko on buduje tę powieść. Jest jeszcze przecież historia miłosna, a przede wszystkim jest również opowieść o dawnej Ziemi i o tym co czeka ludzkość po wylądowaniu na nowej planecie. Fabuła skonstruowana jest z zachowaniem wszelkich praw rządzących w kosmosie, aczkolwiek większość wydarzeń ma miejsce na pokładzie statku kosmicznego. Tak naprawdę, choć rzecz dzieje się w przestrzeni kosmicznej, bohaterowie są od niej skutecznie odizolowani, lecz mimo wszystko stale o niej myślą i mają świadomość tego, że Błogosławiony ma swoje granice - nie można opuścić jego pokładu, by odetchnąć świeżym powietrzem, nie można uciec po popełnieniu jakiejś zbrodni i nie można odseparować się od innych ludzi. To przerażająca wizja, a zarazem niezwykle fascynująca. Obserwowanie zachowań społecznych w tak ograniczonym środowisku jest doprawdy niesamowite. Revis komplikuje to, wplatając weń elementy dystopii - na pierwszy plan wysuwają się rządy autorytarne, hierarchiczność, eksperymenty medyczne, manipulacja genami oraz ludzkimi zachowaniami. A wszystko to dzieje się na pokładzie jednego promu - choćby nie wiem jak dużego. Jestem pod ogromnym wrażeniem!

Autorka nie zapomina też o tym, by dbać o detale. Najbardziej zaskoczyła mnie jej wiedza na temat procesu hibernacji - opis tego zjawiska w jej wykonaniu był dokładny i bardzo mi się spodobał. Język, którym operują postacie, jest prosty i dopasowany do warunków, jakie ich otaczają. Fabułę śledzi się z przyjemnością, gdyż W otchłani nie jest kolejną durną historyjką o miłości, z tą tylko różnicą, że rzecz dzieje się w rzadko spotykanym środowisku. To pełnowartościowa powieść, o której długo się nie zapomina ze względu na wspaniale wykreowanych bohaterów oraz świetną, nieprzeciętną fabułę z elementami, o których inni do tej pory nie potrafili lub nie chcieli pisać. Mowa tu o segregacji rasowej. Wszyscy żyjący ludzie na pokładzie Błogosławionego są tej samej narodowości i posiadają podobne cechy fizyczne. Dopiero Amy, różniąca się od nich wyglądem, sprawia, że część pasażerów zaczyna inaczej patrzeć na dyktaturę Najstarszego. Jest to najmocniejszy atut powieści i choćby dla niego samego gotowa jestem szybko powtórzyć lekturę.

W otchłani to doskonale napisana historia pełna niesamowitych zdarzeń oraz podejmująca niebanalne tematy. Zdecydowanie nadaje się do czytania w długie jesienne wieczory. Beth Revis wykonała kawał dobrej roboty i polecam, byście przekonali się na własne oczy jak dobra jest jej powieść z serii Across the universe.

Ocena:


21 listopada 2013

"W imię miłości" - Katarzyna Michalak





Tytuł: W imię miłości
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 280




W imię miłości to tytuł jednej z najnowszych powieści Katarzyny Michalak. Poczytna i bardzo lubiana autorka powieści obyczajowych tym razem podjęła się próby opowiedzenia historii na miarę kultowej Ani z Zielonego Wzgórza. Wydaje mi się, że zadaniu temu podołała, bowiem w jej książce znaleźć można i elementy zabawne, i wzruszające, całość zaś niesie za sobą pewne ważne przesłanie. Wszystko to sprawia, że W imię miłości to dzieło udane, uniwersalne, pełne ciepła i zarazem skłaniające do refleksji.

Katarzynie Michalak nieobce są trudne tematy, szeroko komentowane w mediach lub tajone z uwagi na wywoływane przezeń kontrowersje. Gdy w grę wchodzą sprawy istotne dla całego społeczeństwa i trzeba głośno nich mówić, ona zawsze wpada na pomysł fabuły, dzięki której czytelnicy mogą wyrobić sobie własne zdanie. W imię miłości to nie tylko tytuł książki, gdyż w tych trzech krótkich słowach zamyka się również manifest ludzkich emocji. To one sprawiają, że w imię miłości jesteśmy skłonni do prawdziwych wyrzeczeń.

Ania, dziesięcioletnia córka Małgosi Kraski, dla dobra matki poświęca własne książki i zabawki, by sprzedać je w sieci i zarobić na chleb. Wycieńczona chorobą Małgosia nie jest już w stanie pracować i zapewniać córce dobrobyt. Zarówno ojciec, jak i dziadek Ani, w żaden sposób nie poczuwają się do opieki nad jej chorą matką. Kiedy wydaje się, że nadchodzi koniec, Małgosia wysyła córeczkę do Jabłoniowego Wzgórza, jeszcze raz prosząc o pomoc swojego ojca, który przed laty się jej wyparł, gdy wyciągnęła rękę po pomoc. Powiedzieć, że Edward Jabłonowski nie ucieszył się z nagłego przyjazdu wnuczki - to za mało. Mężczyzna bowiem był zdruzgotany myślą, że jakieś małe, rozwrzeszczane i nieusłuchane dziecko miało przebywać w jego ukochanym dworze. Ale Ania taka nie była. Grzeczna, rezolutna dziewczynka szybko zjednała sobie przyjaźń gosposi, a także opiekuna stadniny - Neda Starskiego. A i sam Edward z czasem pokazał zgoła inne oblicze. Kiedy prawda na temat jego córki wyszła na jaw, Jabłonowski również zdecydował się coś poświęcić. Czy tej pokrzywdzonej przez los rodzinie cokolwiek może jeszcze pomóc? Dowiedzcie się z lektury!

W imię miłości to kolejna powieść w dorobku Katarzyny Michalak, która emanuje emocjami i niesamowicie pobudza wyobraźnię. Co prawda doskonale widzę czającą się między stronami infantylność i nierealność co niektórych zdarzeń, jednak uważam, że jest to dobry sposób na pokazanie czytelnikowi pewnych wzorców i zachowań. Niektóre rzeczy trzeba mocno zaakcentować, aby zwrócono na nie należytą uwagę. Jestem przekonana, że ten zabieg był celowy, a po lekturze książki stwierdzam ponadto, że udany. Autorka zwróciła bowiem moją uwagę na odpowiednie sytuacje i teraz jestem ich świadoma. Chciałabym również podkreślić, że powieść prezentuje zarówno potęgę miłości, jak i przekonanie, że każdy może odkupić swoje winy, choćby nie wiadomo jak poważne były czyny, których się dopuścił. Bohaterowie skupieni wokół małej Ani Kraski popełnili wiele błędów, jednak wcale nie oznacza to, że nie są już w stanie ich naprawić. Wręcz przeciwnie, a postać Ani zdaje się być motorem wszystkich tych naprawczych działań. 

Zatem ile Ani z Zielonego Wzgórza znaleźć można w Ani Krasce? Wbrew pozorom wcale nie tak wiele. Fakt, główna bohaterka powieści Katarzyny Michalak również jest dziewczynką o anielskim usposobieniu i gołębim sercu, ale w przeciwieństwie do swojej koleżanki z Avonlea o wiele więcej wycierpiała. Nie umniejszam w tym momencie cierpieniu małej Shirley, jednak w moim odczuciu życie Ani Kraski wyglądało zgoła inaczej. Bohaterka powieści L.M. Montgomery nigdy nie musiała uciekać się do sprzedaży swoich zabawek, by zarobić na chleb. Ania z Jabłoniowego Wzgórza oprócz tego musiała też opiekować się umierającą matką, udawać przed wszystkimi, że wcale nie jest zaniedbana i niedożywiona, a także być dzielną w obliczu otaczającego ją pasma nieszczęść. Bez wątpienia Ania Kraska to najodważniejsza mała bohaterka, z jaką miałam do czynienia, która pierwszeństwa ustępuje jedynie Pollyannie - mojej faworytce na wieki wieków.

Jestem naprawdę usatysfakcjonowana lekturą W imię miłości. Odpowiada mi język powieści, a także przesłanie, które za sobą niesie. W pełni kupuję stworzone przez autorkę postacie, a do tego czuję się całkowicie zainteresowana ich losami. Fabuła książki jest prosta, a zarazem pełno w niej nagłych zwrotów akcji. Najbardziej jednak wdzięczna jestem Katarzynie Michalak za Anię Kraskę - dzielną, rezolutną i ciepłą osóbkę, której serce przepełnione jest dobrocią i miłością mimo ogromu cierpienia, jakie przyniosło jej życie.

Ocena:



19 listopada 2013

Stos 11/2013

Trochę spóźniony stos listopadowy, co skutkuje tym, że jest też nieco okazalszy niż zwykle. Jak zwykle część lektur za mną (a większość przede mną), niemniej jednak każda z tych książek ma w sobie pewien urok i cieszy moją literacką duszę. Mam nadzieję, że czytanie wciąż będzie dla mnie tak samo pasjonujące, choć musicie też brać pod uwagę to, że moja praca magisterska sama się nie napisze. Jeśli chcecie mi pomóc, to wypełnijcie tę ankietę. Im więcej udzielicie odpowiedzi, tym lepiej, dlatego liczę też na udostępnienia!


Po lewej:

1. Niezbędnik obserwatorów gwiazd, Mathew Quick [Otwarte]
2. Notatki z podróży, Angelina Jolie [Filia]
3. Przegląd Końca Świata. Feed, Mira Grant [SQN]
4. Przegląd Końca Świata. Deadline, Mira Grant [SQN]
5. Przywróceni, Jason Mott [Mira]
6. Stary, młodzi i morze, Marcin Jamkowski, Jacek Wacławski [Bezdroża]
7. Ziemiomorze, Ursula Le Guin [Prószyński i S-ka]
8. Amerykańscy bogowie, Neil Gaiman [MAG]

Po prawej:

1. Dziwni, Stefan Bachmann [Fabryka Słów]
2. Elfy, Bernhard Hennen [Fabryka Słów]
3. Sezon burz, Andrzej Sapkowski [SuperNowa]
4. Ogród Kamili, Katarzyna Michalak [Znak]
5. Czas Żniw, Samantha Shannon [SQN]
6. 2312, Kim Stanley Robinson [Fabryka Słów]
7. Rok z Ewą Chodakowską, Ewa Chodakowska, Lefteris Kavoukis [K.E. Liber]


Po lewej:

1. Biuro kotów znalezionych, Kinga Izdebska [WAB]
2. Kłamstwa Locke’a Lamory, Scott Lynch [MAG]
3. Beta, Rachel Cohn [Czarna Owca]
4. Toksyna, Jus Accardo [Dreams]
5. Podzieleni, Neal Shusterman [Papierowy Księżyc]
6. Siedem minut po północy, Patrick Ness [Papierowy Księżyc]
7. Dziedzice krwi, Mateusz Sękowski [Novae Res]
8. Alicja w krainie zombi, Gena Showalter [Mira]

Po prawej:

1. Nowa Fantastyka 374 (11/2013] )
2. Gra o tron, George R.R. Martin [Zysk i S-ka]
3. Upadające królestwa, Morgan Rhodes [Oficyna Gola]
4. Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher [Papierowy Księżyc]
5. Żona inkwizytora, Jeanne Kalogridis [Pascal]
6. Królowe, Sherry Jones [Pascal]
7. Dziewięć żyć Chloe King. Uprowadzona, Liz Braswell [Filia]

Czytaliście coś z tej pokaźnej listy? Co mi polecacie, a przed czym przestrzegacie?

18 listopada 2013

"Sekret Julii" - Tahereh Mafi




Tytuł: Sekret Julii
Seria: Dotyk Julii
Tom: #2
Autor: Tahereh Mafi
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 437




Tahereh Mafi nie jest już tą debiutanką, o której mówiłam Wam rok temu. Teraz jest bestsellerową autorką jednej z najbardziej poczytnych serii młodzieżowych. Urodziła się w Connecticut, ale aktualnie mieszka w Santa Monica. Kiedy nie ma pod ręką żadnej książki, czyta ulotki i etykiety. Jej druga powieść, Sekret Julii, stanowi kontynuację Dotyku Julii, który swego czasu zrobił u nas furorę, jednak pod wieloma względami różni się od swojej poprzedniczki. Przede wszystkim jest dużo lepszy, choć nie brak w nim mankamentów.

Julia i Adam uciekli sprzed nosa Komitetowi i znaleźli kryjówkę w Punkcie Omega - miejscu, do którego ściągają wszyscy mutanci chcący podjąć się walki z surowym reżimem. To tutaj organizowane są żmudne szkolenia, dzięki którym ludzie pokroju Julii mają wreszcie szansę zapanować nad swoimi unikatowymi umiejętnościami. Nasi uciekinierzy, zbiegając do Punktu Omega kierowanego przez Castle'a, sądzili, że będą w nim całkowicie bezpieczni. Niestety, wrogie wojska depczą im po piętach, a wojna zbliża się wielkimi krokami. Niebezpieczeństwo grozi teraz wszystkim mutantom, więc Julia nie jest wyjątkiem. Na dodatek nie jest jej dane spokojne życie u boku ukochanego. Dziewczyna dopiero co zaznała namiastki normalności ze strony Adama, a tu nad ich związkiem już się kłębią ciemne chmury. Powodem jest to, że chłopak skrywa sekret, który może zadecydować o losach ich przyszłości, zaś Julia nie wyjawia tajemnicy, od której może zależeć zwycięstwo z Komitetem Odnowy leżące niemalże na wyciągnięcie ręki.

Już Dotyk Julii zrobił na mnie spore wrażenie, jednak to nic w porównaniu z szokiem, który przeżyłam, czytając jego kontynuację. Co prawda nie przypadł mi wówczas styl autorki, nieco zbyt oryginalny jak na mój gust, ale na szczęście w Sekrecie Julii nie rzuca się on aż tak bardzo w oczy. Książka napisana jest naprawdę świetnie i nie mogę zarzucić autorce braku profesjonalizmu. Widać, że od czasu wydania pierwszego tomu bardzo się rozwinęła pod względem stylu, jak również nabrała odwagi, by rozbudować niektóre wątki, które w Dotyku były zaledwie liźnięte. Dzięki temu Sekret jest znacznie ciekawszy i dosłownie wbija w fotel, a o odejściu od lektury nie ma nawet mowy. W tej części dużo się dzieje i bez dwóch zdań ukazane w niej wydarzenia są znacznie ważniejsze od tych wcześniejszych. Ich finał ponadto rzutować będzie na ostateczny wynik wojny buntowników z Komitetem Odnowy. Nie da się ukryć - drugi tom jest o wiele lepszy: zauważalnie ciekawszy i mocniej trzymający w napięciu. Przy nim Dotyk Julii, choć też dobry, po prostu się chowa.

Jedyne rozczarowanie, jakie przeżyłam w trakcie lektury, to widoczna zmiana postaw głównych bohaterów. Julię zapamiętałam jako ciepłą i dobrą postać, bardzo emocjonalnie podchodzącą do życia i wszędzie szukającą odrobiny zażyłości. Teraz, niestety, już taka nie jest, a wszystkiemu winne są sekrety i wszelkie niedopowiedzenia. Z ich powodu dziewczyna chodzi jak struta, wokół siebie widzi tylko wrogów, a jej awersja do samej siebie i swojego daru tylko to pogarsza. Tymczasem Adam, ten silny, a zarazem czuły chłopak, zmienił się w ciepłe, żałosne kluchy. Nie mam pojęcia gdzie się podziała jego charyzma i to coś, co mnie do niego przyciągało, aczkolwiek domyślam się, że gdy życie rzuca mu kłody pod nogi, to ciężko jest pozostać tym samym człowiekiem. Może to jeszcze nie koniec, może Adam powróci do dawnej postaci. Do tego czasu, co może Was zaskoczyć, zmieniam front i kibicuję rozwojowi postaci Warnera. Tak jak w pierwszym tomie miałam go za kawał gnoja, tak teraz jestem pod wielkim wrażeniem pracy, jaką Tahereh Mafi włożyła w rehabilitację tej postaci w oczach czytelników. Mówię Wam - majstersztyk!

Sekret Julii to doskonała kontynuacja historii Julii i Adama. Doskonała, ponieważ nie tylko daje nam to, co pokochaliśmy w Dotyku, a więc ciekawą fabułę, wartką akcję i wątek miłosny, ale i rozwija to wszystko, czyniąc całość jeszcze lepszą i zdecydowanie bardziej interesującą. W moim odczuciu drugiemu tomowi niewiele można zarzucić, bo ani dziwaczny styl autorki już mnie tak nie drzaźni, ani pogorszenie się wizerunku głównych bohaterów nie sprawia, iż mam ochotę odłożyć książkę na bok. Nic nie jest w stanie odwrócić mojej uwagi od Warnera i mówię Wam: to on będzie numerem jeden i w trzecim tomie odegra główne skrzypce!

Czy więc polecam Wam Sekret Julii? Zbytnio się nie rozpisując: TAK!

Ocena:




DOTYK JULII:
Dotyk Julii | Sekret Julii
 

"Wszechświaty" - Leonardo Patrignani




Tytuł: Wszechświaty
Seria: Multiversum
Tom: #1
Autor: Leonardo Patrignani
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 272
Rok wydania: 2013



Nic dziwnego, że Leonardo Patrignani napisał Wszechświaty - książkę z fabułą opartą na teorii wieloświatów. Sam jest przecież człowiekiem-orkiestrą: pisarzem, aktorem dubbingującym, kompozytorem, a nawet piosenkarzem. Posiadając tak szeroki wachlarz zainteresowań, siłą rzeczy musiał mieć do zaproponowania coś niezwykłego. I faktycznie teoria wieloświatów należy do rzadziej podejmowanych tematów, zwłaszcza w powieściach. O ile można spotkać wiele publikacji naukowych na ten temat, o tyle już literatury niefachowej opartej na owej teorii - już nie bardzo. Patrignani zrobił odważny krok do przodu w literaturze science fiction i konkurencję zostawił daleko w tyle. Tylko czy obronił się ze swoim dziełem?

Alex i Jenny są rówieśnikami - zwyczajnymi nastolatkami chodzącymi do szkoły i posiadającymi identyczne problemy. Tyle że ta normalność to tylko pozory, bowiem oboje posiadają dar telepatii, a co za tym idzie, potrafią ze sobą rozmawiać pomimo dzielącej ich odległości. Codzienne rozmowy doprowadzają do tego, że mieszkający we Włoszech Alex chce za wszelką cenę spotkać się z Jenny, która pochodzi z Australii. I nie byłoby w tym nic dziwnego - wszak nie takie rzeczy się robi dla miłości! Kłopot w tym, że gdy oboje stawiają się w ustalonym miejscu spotkania - na molo - okazuje się, że... nie widzą siebie nawzajem.

– Alex, dlaczego nie przyszedłeś? Proszę cię, nie mów mi, że nie istniejesz.
– Jenny, jestem na molo. Jestem tutaj!
– Ja także, dokładnie tam, gdzie ty mówisz, że jesteś.

Oto kilka faktów na temat Wszechświatów:

1) Książka porusza problem teorii wieloświatów, o którym dość szeroko dyskutuje się w kręgach naukowych. Trudno mi nawet sobie wyobrazić jak wyglądałoby moje życie, gdybym istniała w kilku wymiarach jednocześnie. Autor, niestety, nie pomaga mi ustalić swojej własnej wizji takiego życia, bowiem wymyślona przez niego historia jest chaotyczna i ciężko się w niej połapać. Tak naprawdę do dzisiaj nie jestem w stanie logicznie opisać tego, co stało się z Alexem i Jenny. A szkoda, bo gdyby wytłumaczyć wszystko jaśniej, fabuła byłaby dużo atrakcyjniejsza. Fakt, całość potężnie fascynuje i buduje nieustanne wręcz napięcie, ale idzie to w parze z frustracją wynikającą z tego, że właściwie nie wiadomo o co chodzi.

2) Jako główne postacie Alex i Jenny są niedojrzali i dziecinni, nie przeszkadza im to jednak w obracaniu się w świecie dość specyficznym, niedopasowanym do ich osobowości. Z uwagi na to, że oboje nie mieli szans dojrzeć do ról, jakie przydzielił im los, ich dialogi są bezpłciowe - brak im polotu, naturalności i dojrzałości. Jako główni bohaterowie zupełnie nie przypadli mi do gustu, niemniej mają w sobie pewien urok, któremu trudno się oprzeć. Szczenięca miłość i walka z przeciwnościami losu w ich wykonaniu wypada dość interesująco. Tak, myślę, że dla wielu osób Jenny i Alex będą bohaterami godnymi naśladowania. Nie twierdzę bowiem, że ich niedojrzałość w jakikolwiek sposób wpływa na prawość i szlachetność, z jakimi się spotkałam, śledząc ich niespotykane przygody. To akurat muszę im przyznać - są to naprawdę wspaniali, młodzi ludzie i na pewno wypadliby lepiej, gdyby autor potrafił ubrać ich myśli w dojrzalsze słowa.

3) Powieść wydana jest w absolutnie oryginalny sposób, który nie do końca mi się spodobał. Fakt, okładka wygląda obłędnie, ale dlaczego, u licha, nie jest jednolita? By zobaczyć ten piękny obrazek powyżej, trzeba posiadać nie tylko książkę, ale i obwolutę, a one koszmarnie szybko i łatwo się niszczą! Bez obwoluty Wszechświaty są nagie i z pewnością nie jest to wtedy ta sama okładka, w której wszyscy się tak zakochali. Zamysł zapewne był taki, by ukazać dwa wymiary dla tej samej osoby, ale można to było inaczej załatwić. Można było dać ten drugi obrazek na tył. Albo zostawić obwolutę, ale nie pozbawiać okładki tytułu i autora.

4) Cena książki nijak się ma do rzeczywistości. Prawie 45 zł za niecałe trzysta stron tekstu to dla mnie niecodzienny zabieg i zupełnie go nie rozumiem. Za taką cenę można kupić knigi na przeszło pięćset stron, ewentualnie trzysetki w twardej oprawie. Skąd ten pomysł? Nie mam pojęcia i nie wnikam, ważne że książka jest ciekawa i zaspokaja moje czytelnicze gusta.

Jak widzicie, wady Wszechświatów przeplatają się z zaletami. To prawda, że fabułę powieści Leonarda Patrignaniego cechuje chaos, ale nie można odmówić mu oryginalności. Jego pomysł jest nietuzinkowy i inni pisarze powinni brać z niego przykład. Teoria wieloświatów jest tak fascynująca, że stanowi nieskończone źródło inspiracji! Myślę, że po prostu należałoby przysiąść do książki na dłużej i starać się rozwikłać zagadki zawarte w tekście, a także ogarnąć umysłem chaotyczny ciąg zdarzeń opisanych przez autora. Kto wie, może taki był jego zamysł, aby pozostawić czytelnika z mętlikiem w głowie i wyjaśnić całość w kolejnej części? Nie byłoby to znowu takie dziwne. Tak samo nie byłoby dziwne, gdyby Patrignani z upływem czasu dał swoim bohaterom dojrzeć - jakby nie patrzeć, uczestniczą oni w przełomowych wydarzeniach i z pewnością wywrą one na nich odpowiednie piętno. Bardzo liczę na to, że zarówno postacie, jak i styl autora ulegną poprawie. Trzymam również kciuki za zmiany okładkowe!

Wszechświaty to lektura nietuzinkowa i bardzo oryginalna. Nie spotkałam się do tej pory z żadną inną książką podejmującą tak trudną i skomplikowaną tematykę. Przed autorem jeszcze długa droga do osiągnięcia literackiego kunsztu, ale wierzę, że uda mu się go osiągnąć. Dla mnie jego dzieło wciąż stanowi zagadkę i nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Muszę przyznać, że powieść jest fascynująca, choć niepozbawiona drobnych mankamentów. Jestem przekonana, że wielu osobom przypadnie ona do gustu, także serdecznie polecam, byście dali jej szansę, gdyż najzwyczajniej w świecie warto!

Ocena:

 

15 listopada 2013

Nowa Fantastyka 374 (11/2013)


W listopadowym numerze Nowej Fantastyki na okładce króluje Gra Endera, film na podstawie świetnej książki Orsona Scotta Carda. Jednakże króluje w nim nie młody bohater owej ekranizacji, lecz jeden z najważniejszych seriali w historii srebrnego ekranu.

Swój złoty jubileusz, nieprawdopodobne pięćdziesięciolecie, obchodzi Doktor Who. Andrzej Kaczmarczyk w artykule zatytułowanym Doktor kto? stara się odpowiedzieć na pytanie czemu podróżujący w czasie doktor zawdzięcza tak zawrotną karierę, niesłabnącą nawet pomimo upływu tylu lat. Tekst jest obszerny, nawet bardzo jak na możliwości miesięcznika, i zawiera mnóstwo informacji i ciekawostek. Zdecydowanie warto to przeczytać.

Marek Grzywacz przenosi czytelnika do fantastycznego świata rodem z Chin. Jego artykuł zatytułowany po prostu Fantastyczny świat. Chiny - część pierwsza prezentuje niezwykle interesujące oblicze tego egzotycznego kraju. Jak dla mnie wyśmienita publikacja - nie mogę doczekać się kolejnej części.

Markowi Oziewiczowi wdzięczna jestem za artykuł Córka smoków opowiadający o królowej fantastyki - Ursuli Le Guin. Tekst powstał z okazji wydania pierwszego w Polsce, zbiorczego Ziemiomorza. Trzeba przyznać, że jest to najpiękniejsze wydanie jej cyklu, z jakim się spotkałam. Na pewno nie zabraknie go na mojej półce. Tekstowi Oziewicza towarzyszy również króciutki wywiad z pisarką - niby nic, a cieszy. Polecam.

O wspomnianym wcześniej Enderze poczytać można w tekście Joanny Kołakowskiej pt. Talia Carda. Okraszony licznymi grafikami prosto z filmu artykuł prezentuje cykl autora w pigułce i chociażby dla odświeżenia swojej wiedzy warto ten tekst przeczytać.

W dziale literackim mamy do czynienia z dwoma opowiadaniami konkursowymi, które zajęły drugie miejsce. Pierwsze z nich, Cyrograf Grzegorza Piórkowskiego to w zasadzie poprawnie napisany, ale niezbyt oryginalny tekst. Dobrze się to czyta, ale nie powiedziałabym, by mógł mi zapaść w pamięć. Poza tym motyw konszachtów z królem piekieł jest już oklepany jak zadek osła. Przy czytaniu pomogły mi wizualizacje Lucyfera i Crowleya z Supernatural. Drugi tekst, Zagłada Przemysława Kopecia to ładna i zgrabna historia, aczkolwiek nieco przekombinowana jak na mój gust. Tymczasem pozakonkursowe opowiadanie, Aeternitas Karola Nowackiego prezentuje opowieść na tle Polski z czasów jej świetności. Ciekawie, ale bez fajerwerków.

Dział zagraniczny otwiera Leonid Kudriawcew ze swoim Idealnym tekstem i tajną opowieścią. Niebanalny pomysł i nienaganny warsztat autora składają się na ciekawy tekst, z pewnością wart uwagi. Podobnie ma się sprawa z Jeffen Noonem i jego Pikselową maską. Pisarz, którego polubiłam za Wurta, sprezentował czytelnikom kolejną przygnębiającą wizję naszej przyszłości, kryjącą w sobie poważną tematykę wymagającą zastanowienia się nad problemem. Zdecydowanie Noon to mój faworyt w tym numerze. Ciekawie prezentuje się także dystopijne opowiadanie Rok szczura autorstwa Chena Quifana, który podobnie jak Noon, zaprezentował możliwą wersję wydarzeń dla przyszłości naszej rasy - smutną, lecz nader prawdziwą. 

Wśród recenzji na uwagę zasługują teksty na temat 2312, Kąpiąc lwa oraz Czasu żniw. Wszystkie książki oceniono zgodnie ze stanem faktycznym - zweryfikowałam osobiście! Równie celnie spuentował Michał Chudoliński Grawitację.

Listopad dla Nowej Fantastyki oznaczał masę ciekawych tekstów i parę dobrych opowiadań. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jest to jeden z lepszych numerów, polecam.

14 listopada 2013

"Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu" - Pamela Keogh




Tytuł: Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu
Autor: Pamela Keogh
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 336





Pamela Keogh to znana na całym świecie biografka, która zasłynęła książkami o Audrey Hepburn, Jackie Kennedy, czy też Elvisie Presleyu. O jej dziełach mówi się głośno w telewizji i na łamach najpopularniejszych czasopism, jak chociażby Vanity Fair i Harper's Bazaar. W Polsce całkiem niedawno premierę miał jeszcze inny tytuł jej autorstwa: Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu. Gustownie wydana książka łączy w sobie biografie dwóch kobiet z luźną pogadanką o modzie. Czy to połączenie było udane?

W przypadku tych dwóch pań zdecydowanie tak. Zarówno Jackie Kennedy, jak i Marylin Monroe były - i wciąż pozostają - prawdziwymi ikonami stylu. Pierwsza z nich, żona tragicznie zmarłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, słynęła z oszczędnego, minimalistycznego podejścia do mody. Dobrze skrojone garsonki, piękne sukienki koktajlowe, baleriny i dość charakterystyczny tapir na głowie - oto Pierwsza Dama w pełnej krasie. Obok niej, zawsze rozważnej i zawsze modnej, Pamela Keogh postawiła Marylin Monroe, która również zasłynęła w świecie mody, jednak w zupełnie inny sposób niż Jackie Kennedy. Monroe była aktorką, piosenkarką i modelką, a więc bywała w świecie Hollywoodu. Musiała i pragnęła błyszczeć, w związku z czym jej stroje były nierzadko wyzywające i krzykliwe, a na pewno eksponujące liczne atuty jej kobiecej figury. Marylin była energiczną osobą, co całkiem fajnie odzwierciedlały buty na obcasach, mocny makijaż, a już zwłaszcza czerwona szminka. Obie panie, choć bardzo się różnią, z wielu względów zasłużyły na to, by przejść do historii mody. Autorka książki udowadnia to, wskazując wiele ponadczasowych rad odnośnie stylu, które wygłosiły same bohaterki tego wspaniałego poradnika.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła Waszej uwagi na wszelkie biograficzne wstawki. Pamela Keogh, jak na osobę zajmującą się biografiami przystało, w typowo poradnikowy tekst wplotła mnóstwo naprawdę ciekawych anegdot z życia Jackie i Marylin. Doceniam to, bo bardzo lubię biografie, które nie zawierają wyłącznie suchych faktów. Ważne są dla mnie wszystkie te dodatkowe historie, żarty, przemyślenia oraz możliwość ich własnej oceny. Choć nie przepadam za Monroe, to żywo interesuję się Kennedy (raczej od strony bycia żoną tak znamienitego polityka, jakim był JFK), dlatego każda nowa informacja na jej temat była dla mnie bardzo cenna. Generalnie spodobała mi się taka forma - połączenie poradnika i biografii. Dzięki temu i jedno, i drugie zostało wzbogacone o coś, co nie występowałoby, gdyby napisać dwa oddzielne teksty - jeden o stylu Jackie i Marylin, a drugi o ich życiu.

Całość została napisana zgrabnym językiem, co świadczy o dobrym stylu autorki. Zawierająca dwie różne formy pozycja sprawnie się zazębia i nie czuć zgrzytów pomiędzy wstawkami o modzie a tymi dotyczącymi życia bohaterek. Pameli Keogh nieobcy jest również humor, dzięki czemu lektura poradnia staje się jeszcze przyjemniejsza. Oczywiście na koniec koniecznie należy wykonać test, aby przekonać się, czy bliżej nam do Jackie, czy może jednak do Marylin. Ciekawa jestem, czy zgadniecie jaki był mój wynik...

Co prawda wyczucie stylu nie należy do moich mocnych stron, uważam, że książka Pameli Keogh jest niezwykle ciekawą i oryginalną lekturą, która była dla mnie przyjemną odmianą. Wciąż pozostaję pod wrażeniem wydania poradnika (twarda oprawa, rysunki, kredowy papier) i uważam, że dzięki niemu jeszcze lepiej poznałam jedną z moich idolek. Jackie Kennedy na zawsze zapamiętam jako silną kobietę z odwagą do wygłaszania własnych sądów, a dzięki pozycji Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu nie zapomnę również o tym, że dla wielu przedstawicielek płci pięknej była Pierwsza Dama jest także ikoną stylu. Polecam Wam tę książkę na jesień - można się i pośmiać, i dowiedzieć czegoś ciekawego.

Ocena:

 
 

12 listopada 2013

"Pollyanna" - Eleanor H. Porter





Tytuł: Pollyanna
Autor: Eleanor H. Porter
Wydawnictwo: Literacki EGMONT
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 270




W setną rocznicę ukazania się pierwszego wydania Pollyanny Egmont zrobił mi niespodziankę w postaci reedycji tej najpopularniejszej powieści autorstwa Eleonor H. Porter. Byłam tym faktem zachwycona, gdyż jest to jedna z najlepszych książek z mojego dzieciństwa - zresztą czytam ją raz na jakiś czas po dziś dzień. Ostatnio oddałam swój mocno wysłużony egzemplarz do biblioteki, aby wesprzeć ubogi dział dziecięcy, licząc na nowsze, ciekawsze wydanie, które będę mogła kupić. Niestety, nie było takowego. Moja radość po ujrzeniu wznowienia przeszła wszelkie granice - Pollyanna znów jest ze mną, cieszy moje oko i wzbogaca duszę.

Pollyanna dopiero co straciła ukochanego ojca, a wraz z nim dotychczasowy dobytek, który i tak był bardzo skromny. Dziewczynka i jej rodzic może i byli bez grosza przy duszy, za to mieli siebie nawzajem, ogromną miłość do siebie nawzajem oraz... grę w zadowolenie. Po śmierci ojca Pollyannę przygarnęła ciotka Polly, jednak kobieta nie zrobiła tego ze względu na dziewczynkę, ale z poczucia obowiązku. Surowe zasady rządzące domem opiekunki mogłyby załamać niejedno dziecko, ale nie Pollyannę. Dla niej gra w zadowolenie jest odpowiedzią na wszystko, co złe. Wystarczy tylko wszędzie szukać dobra...

Co tu dużo mówić? Kocham Pollyannę całym sercem. Jest to wspaniała historia, które nigdy nie zapomnę i jeśli kiedykolwiek będę miała dzieci, będzie to jedna z pierwszych książek, jakie im przeczytam. Uwielbiam bijące z niej ciepło, serdeczność, optymizm, radość i miłość. Należę też do grona osób podziwiających małą Pollyannę - mi samej, niestety, bliżej do pesymistki aniżeli do optymistki, dlatego gra w zadowolenie zawsze bardzo pozytywnie mnie nastrajała. Ta książka powinna bez dwóch zdań trafić do wszystkich domów na świecie! Tak jak wszyscy czytaliśmy Anię z Zielonego Wzgórza (którą, notabene, również uwielbiam), tak też powinniśmy czytać dzieło Eleonor H. Porter. Zawsze odnosiłam wrażenie, że z powodu rudej Ani Pollyanna jest nieco zaniedbywana, dlatego jestem tak wdzięczna Egmontowi za ponowne rozbudzenie zainteresowania tą lekturą. Nie ma lepszej powieści, z której wyczytać można tyle uniwersalnych prawd.

I owszem, ci z nas, którzy mieli z nią do czynienia, nie muszą być zachęcani, ale na pewno znajdą się osoby, dla których będzie to pierwsza styczność z tą historią. Nie wahajcie się i sięgnijcie po Pollyannę - czytajcie ją nie tylko dzieciom, ale i dla samych siebie, bo wartości się w niej znajdujące są ponadczasowe.

Ocena:

 

10 listopada 2013

"Król Kruków" - Maggie Stiefvater




Tytuł: Król Kruków
Seria: The Raven Cycle
Tom: #1
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 496



Maggie Stiefvater to autorka kilku bestsellerów, pisząca głównie dla młodzieży. Zajmowała się w życiu wieloma rzeczami, ale od jakiegoś czasu jest pełnoetatową pisarką. Mieszka z mężem, dwójką dzieci i czterema psami gdzieś w Virginii, a jej samochód to kultowy Camaro. Do tej pory nie miałam styczności z jej twórczością, choć Niepokój od dawna leży u mnie na półce nieprzeczytany, a na Wyścig śmierci ostrzę sobie pazurki już od jakiegoś czasu. Jakoś tak wyszło, że pierwszą powieścią jej autorstwa, którą udało mi się przeczytać, był Król Kruków. Urzekła mnie w niej nie tylko przepiękna okładka, ale i postać Glendowera, co łączy się bezpośrednio z Walią, a więc miejscem, które uważam za wyjątkowe, a nawet... magiczne.

Jak się okazuje, Król Kruków z magią ma naprawdę wiele wspólnego. Główną bohaterką książki jest bowiem Blue, nastolatka mieszkająca wraz z matką wróżką wśród ciotek i kuzynek o podobnych zdolnościach. Jedynie ona sama nie przejawia żadnego magicznego talentu - potrafi tylko wzmacniać moce swojej matki oraz licznej rodziny. Choć Blue nie ma z magią niewiele wspólnego, to i tak wisi nad nią tajemnicze fatum. Otóż chłopak, w którym się zakocha i którego pocałuje, według przepowiedni zginie. Ze względu na to dziewczyna z nikim się nie spotyka i wiedzie samotne życie. Wszystko to zmienia się nagle z dnia na dzień, gdy w jej życiu pojawiają się chłopcy z Aglionby Academy. Noszący emblemat kruka Gansey, Ronan i Adam nie przebywają jednak w Henrietcie wyłącznie z powodu prestiżowej szkoły, ponieważ po lekcjach zajmują się poszukiwaniami legendarnego grobu Glendowera - walijskiego władcy, który podobno ma się obudzić i spełnić życzenie osoby, która go obudzi. Każdy z nich poszukuje go z innego powodu, niemniej jednak poza Krukami grobu szukają również inni - niekoniecznie pokojowo nastawieni ludzie. Blue postanawia pomóc Ganseyowi i jego kolegom, ale czy może z tego wyniknąć coś dobrego? Sprawdźcie sami!

Przyznaję się bez bicia: historia poszukiwań Glendowera wciągnęła mnie bez reszty. Rajcuję się Walią i w sumie każda wzmianka na jej temat w literaturze od razu nastawia mnie pozytywnie do lektury. Często dzieje się tak, że poza tym książka okazuje się kiepska, ale na szczęście nie mogę tego powiedzieć o Królu Kruków. W gruncie rzeczy powieść ta sprawiła mi wiele radości. Nie dość, że cechuje się prostym i plastycznym językiem, to na dodatek zawiera megawciągającą fabułę upstrzoną tajemnicami, które z przyjemnością rozwiązuje się razem z bohaterami. Oni również zasługuję na pochwałę, bo choć jest ich wielu, to Stiefvater i tak daje każdemu z nich odpowiednią ilość miejsca w książce, rozbudowując ich odmienne charaktery, co fajnie urozmaica fabułę. Niezwykle podoba mi się kreacja Ganseya - z jednej strony jest on luzakiem, z drugiej wyziera z niego swoista nonszalancja. Do tego przeszłość chłopaka nie prezentuje się najlepiej, dzięki czemu aż miło przygląda się jego przemianie. Również Blue jest warta uwagi. Z początku jawiła mi się jako ciamajda bez własnego zdania, ale z czasem zaczęła się wyrabiać. Jestem przekonana, że odegra kluczową rolę w poszukiwaniach Króla Kruków, a i bez wątpienia związany z nią wątek miłosny będzie należał do szczególnie emocjonujących. Cóż więcej mogę powiedzieć? Król Kruków jest świetny!

Już wiem, że bardzo szybko sięgnę po kolejne książki Maggie Stiefvater. Swoim najnowszym dziełem udowodniła, że potrafi pisać naprawdę ciekawe historie z rozbudowaną i dopracowaną fabułą, kreować wyraziste i nietuzinkowe postacie, a także zaskakiwać bogactwem słów i nienagannym, lekkim stylem. Szczerze polecam Wam jej twórczość i jestem pewna, że gdy sięgnięcie po inne książki autorki, to również będziecie zadowoleni. Co do Króla Kruków: pozostaje nam jedynie czekać na rozwój wypadków. Mam nadzieję, że pisarka nie każe nam zbyt długo czekać, bo ja koniecznie chcę się dowiedzieć co będzie dalej, czy Blue uda się pokonać klątwę i czy obudzony Glendower będzie skłonny do współpracy!

Ocena:


"Co wylądowało w lesie Rendlesham?" - Mateusz Kudrański





Tytuł: Co wylądowało w lesie Rendlesham?
Autor: Mateusz Kudrański
Wydawnictwo: wlesie.com
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 404




Do tej pory Mateusz Kudrański poświęcał się pracy grafika, ale w tym roku postanowił zadebiutować w roli pisarza. Jego pierwsza powieść zatytułowana Co wylądowało w lesie Rendlesham? to wyjątkowa pozycja na rynku, i to aż z trzech powodów. Po pierwsze: autor wydał ją samodzielnie. Po drugie: książka wydana jest w twardej oprawie. Po trzecie: cena za powieść nie przekracza trzydziestu złotych. Przyznacie, że wszystkie trzy powody połączone ze sobą robią wrażenie, prawda? A przecież jest jeszcze jej zawartość...

Polacy, Jersey i Ice, Boogie oraz jedyna dziewczyna w paczce - Maggie. Z drugiej strony przystojny BB, głodomór Piguła, złośliwa Andy oraz Red. Te dwie skłócone ze sobą grupki przyjaciół prześcigają się w robieniu sobie nawzajem dowcipów. Traktują to jako dobrą zabawę, ale takowa kończy się w momencie, gdy ojciec Maggie przekazuje jej ważne dokumenty, które dziewczyna musi przekazać jego przełożonym w bazie wojskowej w asyście swoich przyjaciół. Młodzi ludzie wyruszają samochodem w podróż do bazy, lecz po drodze natykają się na bandę Brytyjczyków z BB na czele. Cała ósemka jest świadkami dziwnego wydarzenia. Odtąd to, co wydawało się niemożliwe, okazuje się prawdą, a jest ona wyjątkowo trudna do zaakceptowania. Co wylądowało w lesie Rendlesham oraz jakie ma zamiary wobec Ziemian?

Debiuty Polaków zazwyczaj mnie rozczarowują. W przypadku książki Mateusza Kudrańskiego było inaczej. Piękna oprawa, self-publishing oraz pozytywne recenzje wywołały u mnie entuzjastyczną reakcję. Wprawdzie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, ale czułam, że lektury żałować nie będę. I nie żałuję.

Przede wszystkim musicie wiedzieć, że samodzielne wydanie oraz niska cena nie idą w parze z brakiem jakości. Książka wydana jest porządnie, wygląda schludnie i nie brak w niej świetnych ilustracji autora, które są naprawdę klimatyczne i trafne. Styl Kudrańskiego może i nie należy do najlepszych, gdyż momentami nie mogłam znieść infantylności w wypowiedziach bohaterów, niemniej jednak jest na tyle zrozumiały i prosty, by nie robić z lektury przeprawy nie do przebycia. Nic z tych rzeczy! Co wylądowało w lesie Rendlesham? to powieść tak wciągająca, że nie zauważa się upływu czasu. Trudno też choć na chwilę oderwać się od czytania, nawet pomimo kulejącego chwilami języka. A wszystko to zasługa niesamowitej fabuły.

Nie łudźcie się, że wiele sugerujący tytuł, dziwne znaki na okładce i Wasze przypuszczenia tak po prostu dadzą Wam odpowiedź na pytanie zawarte w nazwie książki. Mateusz Kudrański za nic w świecie nie pozwoli Wam rozwiązać zagadki przez bardzo długi czas. Będziecie błądzić tak samo jak bohaterowie powieści, którzy nie potrafią zrozumieć co się wokół nich dzieje. Jest to dość frustrujące uczucie, zwłaszcza dla osób, które od razu lubią wiedzieć o co chodzi. W przypadku tej książki bowiem nic nie jest pewne. Fabuła jest mocno pokręcona i nie sposób się w niej połapać na samym początku. Trzeba czytać do końca, a nawet jeśli dowiadujemy się już co właściwie wylądowało w lesie Rendlesham, i tak pozostaje nam mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Całość jest naprawdę intrygująca i wspaniale się prezentuje na tle problemów nastolatków, których - jak się zapewne spodziewacie - mnoży się dość sporo, gdy ma się do czynienia z taką liczbą dorastających ludzi. Szczerze mówiąc niezbyt mnie interesowały sercowe rozterki bohaterów i nie przykładałam do nich zbyt wielkiej wagi. Czekałam na wszelkie wątki związane z tajemniczymi przybyszami, a tych, na szczęście, było całkiem dużo. Naprawdę nie spodziewałam się, że taka powieść będzie w stanie mnie zainteresować, a tu proszę - choć pomysł jest nieco kontrowersyjny i nie do końca odnajduję się w wizji autora, to jednak doceniam jego pracę, bo trzeba być naprawdę dobrym pisarzem, by nakłonić sceptyka do ukończenia lektury. Kudrańskiemu się to udało, toteż należą mu się brawa.

Co wylądowało w lesie Rendlesham? to zaskakująca historia z bohaterami z krwi i kości, pełną napięcia fabułą i finałem, którego nikt by się nie spodziewał na początku przygody z tą powieścią. Jest to naprawdę wciągająca lektura i jestem pod wrażeniem ogromu pracy włożonej w jej stworzenie, jak również szanuję to, iż fabularnie książka ta wyróżnia się na tle konkurencji. Autorowi pozostaje jedynie szlifować styl i pisać dalej!

Ocena: