STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 grudnia 2014

Podsumowanie grudnia (i 2014 roku)


Za mną rok blogowania ku mojej i - mam nadzieję - Waszej uciesze. Miałam lepsze i gorsze chwile - wiadomo, że czasem rzeczywistość okazywała się okrutna i zamiast poświęcać się blogowi, trzeba było, na przykład, zajmować się pisaniem magisterki. Jak było? Dowiedzcie się szczegółów z tego krótkiego podsumowania.

Podsumowanie 2014 roku


Jesteście ciekawi jak wyglądał moimi oczami mijający 2014 rok wypełniony książkami? Przygotowałam dla Was podsumowanie, kilkanaście kategorii, z których każda jest przeze mnie krótko opisana. Ciekawa jestem Waszych opinii i czy podzielacie moje zdanie. Będzie mi bardzo miło poznać Wasze typy!

30 grudnia 2014

10 najgorszych lektur 2014 roku


Wiadomo, że obok genialnych książek zawsze znajdą się takie, które z różnych względów nie należały do grona dobrych lektur. Czasami chodzi o redakcję tekstu, czasami o bohaterów - to już zależy od naszego subiektywnego podejścia do powieści. Przed Wami moje zestawienie tytułów, które okazały się dla mnie rozczarowaniem.

10 najlepszych lektur 2014 roku


Być może stanie się to tradycją, że pod koniec każdego roku dzielić się będę z Wami tego typu zestawieniami. Rok 2014 obfitował u mnie w wiele naprawdę genialnych lektur, dlatego wybranie tylko dziesięciu tytułów było prawdziwą katorgą. Na szczęście udało mi się wybrać moich ulubieńców i zapewniam, że po każdą z tych książek możecie sięgać w ciemno. Nie przedłużając, zapraszam do mojego Top 10.

29 grudnia 2014

"19 razy Katherine" - John Green


Dla wielu z nas nie trzeba większej zachęty do lektury niż wydrukowane na okładce imię i nazwisko: John Green. Przedostatnia wydana w Polsce książka Amerykanina jest trochę inna od jego pozostałych dzieł, dlatego osobom, które nie czytały jeszcze nic jego autorstwa, radzę, by zaczęły od Gwiazd naszych wina lub Szukając Alaski, aby zakochać się w jego twórczości i przygotować na spotkanie z tym tytułem. 19 razy Katherine to najbardziej greenowska pozycja ze wszystkich dotąd przez niego napisanych, a przez to dość specyficzna, bo w sam raz dla nerdów. John Green tak właśnie o sobie mówi, a więc prędzej czy później musiał dać temu wyraz w którejś ze swoich publikacji. Padło na historię o Colinie Singletonie, który gustował w dziewczynach imieniem Katherine.

28 grudnia 2014

"Olive Kitteridge" - Elizabeth Strout


Zwykle, gdy czytam, że jakaś powieść została nagrodzona słynnym Pulitzerem, dochodzę do wniosku, że warto po nią sięgnąć, lecz nie zawsze mam taką możliwość. Szczęśliwie złożyło się, że otrzymałam do recenzji książkę Olive Kitteridge autorstwa Elizabeth Stout, która - jak się zapewne domyślacie - otrzymała tę prestiżową nagrodę w 2009 roku. Czy lektura  tej niepozornie wyglądającej publikacji przypadła mi do gustu?

27 grudnia 2014

"Stuletnia gospoda" - Katarzyna Majgier


Z twórczością Katarzyny Majgier nie miałam dotąd styczności, ale po przeczytaniu Stuletniej gospody wiem już, że mogę w ciemno sięgać po jej kolejne książki adresowane dla dorosłych. Choć sam tytuł powieści nie sugeruje interesującej zawartości, warto zajrzeć do środka i na własne oczy przekonać się jak fajnie można pisać o polskiej kuchni, tradycjach i naszej rodzimej kulturze - współczesnej, jak i sprzed kilkudziesięciu lat.

22 grudnia 2014

Stos 12/2014


Przyszedł czas na ostatni w tym roku stos. W ciągu tego miesiąca otrzymałam wyjątkowo dużo egzemplarzy recenzenckich, ale też obkupiłam się w wiele książek sama z siebie. Miłego oglądania! 

18 grudnia 2014

"Miasto niebiańskiego gnia" - Cassandra Clare


Recenzja poprzedniego tomu: Miasto zagubionych dusz

Dary Anioła to jedna z niewielu serii, które towarzyszą mi już od ładnych paru lat. Nie jest to może cykl, który całkowicie skradł moje serce, ale bez wątpienia mogę powiedzieć, że mam do niego sentyment. Zawsze chętnie powracałam do lektury przygód Clary i Jace'a, zaś Cassandrę Clare podziwiałam za wytrwałość i pomysłowość. Miasto niebiańskiego ognia to wyjątkowa książka, i to z aż dwóch powodów: jest to bodaj najgrubsza książka tej autorki, a zarazem ostatni tom serii. Nic dziwnego więc, że cieszy się takim powodzeniem wśród czytelników, w przeważającej ilości będących długoletnimi fanami twórczości Clare.

15 grudnia 2014

"Serafina" - Rachel Hartman


Z trudem wypracowany traktat pokojowy między ludźmi a smokami wisi na włosku. Napięte stosunki, wzajemna wrogość oraz brak zaufania z dnia na dzień pogarszają i tak beznadziejną już sytuację. Punktem kulminacyjnym zdaje się być tajemnicza śmierć księcia, do której najprawdopodobniej przyczynił się jeden ze smoków. W tych nieprzyjaznych czasach żyje główna bohaterka debiutanckiej powieści Rachel Hartman, zatytułowanej Serafina.

3 grudnia 2014

"Kocham Paryż" - Isabelle Lafléche


Recenzja poprzedniego tomu: Kocham Nowy Jork

Niecały rok temu zachwycałam się inną powieścią Isabelle Lafléche, w której autorka dała upust swojej wielkiej miłości do mody, prawa i Nowego Jorku. Mówiłam wówczas, że z chęcią sięgnę po kolejną powieść jej autorstwa, zwłaszcza że wiedziałam o planach wydania takowej na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Kocham Paryż to nie tylko druga pozycja autorstwa Lafléche, ale i w istocie kontynuacja przygód Catherine Lambert, która była bohaterką wspomnianej wyżej publikacji - Kocham Nowy Jork. Czy i tym razem dałam się porwać lekturze?

30 listopada 2014

Podsumowanie listopada


Listopad był dla mnie udanym miesiącem, obfitującym w dobre lektury i wolny czas. Spędziłam go przyjemnie, co widać także w mojej obecności na blogu. Już dziś zapraszam Was na podsumowanie tych trzydziestu dni!

28 listopada 2014

"Skrawki błękitu" - Lois Lowry


Recenzja poprzedniego tomu: Dawca

Odkąd przeczytałam Dawcę i zakochałam się w opisanej przez Lois Lowry historii, niecierpliwie wyczekiwałam premiery Skrawków błękitu. Na szczęście nie musiałam długo czekać na drugi tom Kwartetu Dawcy - książka dotarła do mnie krótko po oficjalnej premierze. Dziś dzielę się z Wami opinią na jej temat.

27 listopada 2014

"Sherlock Holmes. Tom II" - Arthur Conan Doyle


Recenzja poprzedniego tomu: Tom I

Równo miesiąc mija dziś od premiery drugiego tomu kompletnego wydania przygód najsłynniejszego detektywa wszechczasów w przekładzie Jerzego Łozińskiego, wzbogaconego oryginalnymi ilustracjami Sidneya Pageta. Jest to najpełniejszy i najlepiej wydany zbiór dzieł Arthura Conan Doyle'a, w których wykreował Sherlocka Holmesa.

24 listopada 2014

"Wyspa na prerii" - Wojciech Cejrowski


Wojciech Cejrowski z uwagi na swoją kontrowersyjność ma tylu samo przeciwników, co zwolenników. Ja należę do grona fanów tego sympatycznego podróżnika. Bardzo sobie cenię jego gawędziarski talent prezentowany w programach telewizyjnych i na kartach książek, a od jego poglądów staram się odcinać, żeby nie poczuć urazy i nadal czerpać przyjemność z jego programów i publikacji. Kiedy włączałam telewizor - rzadko, bo rzadko, ale zawsze - i szukałam czegoś do pooglądania, dość często wybierałam Boso przez świat. Podziwiałam Cejrowskiego za odwagę i zapał, z jakim opowiadał o odwiedzanych przez siebie krainach. Dzisiaj przyszła kolej na Wyspę na prerii, jego najnowszą książkę wydaną przez Zysk i S-ka, o której chciałabym Wam opowiedzieć.

19 listopada 2014

"W śnieżną noc" - John Green, Lauren Myracle, Maureen Johnson [premiera]


Święta za pasem, dlatego Bukowy Las w asyście niezwykle utalentowanego tria pisarzy postanowił dziś wprawić nas w świąteczny nastrój. Dziewiętnasty listopada 2014 to data premiery zbioru bardzo przyjemnych w odbiorze opowiadań autorstwa doskonale nam znanego Johna Greena oraz dwójki bliżej nieokreślonych autorek - Lauren Myracle i Maureen Johnson. Obie panie w większości przypadków nie są znane polskim czytelnikom, jednak nie można powiedzieć, by podpięły się pod chwytliwe nazwisko sławnego kolegi: ich opowiadania trzymają poziom i ładnie zazębiają się z historią napisaną przez autora Gwiazd naszych wina i Szukając Alaski.

18 listopada 2014

Stos 11/2014


Nadszedł czas, bym pokazała Wam książki, w które wzbogaciła się moja biblioteczka w ciągu ostatniego miesiąca. Zapraszam serdecznie do oglądania i dyskusji na temat poszczególnych tytułów!

16 listopada 2014

"Świat według Boba" - James Bowen


Recenzja poprzedniego tomu: Kot Bob i ja

Coś niesamowitego musi być w tych wszystkich książkach, których bohaterami są zwierzęta, gdyż ludzie bardzo chętnie po nie sięgają, a i ja nie jestem wyjątkiem. Nie potrafiłabym sobie odmówić kolejnej publikacji o rudym kocurze Bobie i jego właścicielu, Jamesie Bowenie, który jest nie tylko jednym z jej bohaterów, ale i autorem. Sympatyczny Londyńczyk oraz jego czworonożny przyjaciel zaskarbili sobie moją sympatię już dawno temu, a teraz rozkochali mnie w sobie na nowo za sprawą Świata według Boba, drugiej książki autorstwa Bowena.

15 listopada 2014

"Posłaniec" - Markus Zusak


Markus Zusak, mieszkający w Sydney autor pięciu książek, w tym znakomitej Złodziejki książek, postanowił po raz drugi oczarować mnie swoim literackim kunsztem. Tym razem zachwycałam się Posłańcem, który jest drugą przeczytaną przeze mnie powieścią tego pisarza. Z oczywistych względów tytuł ten nie dorównuje największemu dziełu Zusaka, ale bez wątpienia zasługuje na Waszą uwagę. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej.

14 listopada 2014

"Serce w płomieniach" - Richelle Mead


Recenzje poprzednich tomów: Kroniki krwi | Złota lilia | Magia indygo

To niesamowite, że są na świecie pisarze, którzy piszą tak charakterystycznie i wciągająco, że potrafią na długie lata zatrzymać przy sobie fanów, mając świadomość, że oni nawet po przeczytaniu dziesiątej książki z tej samej serii ciągle będą chcieli więcej. Serce w płomieniach to już czwarty tom spin-offu hitowej Akademii Wampirów zatytułowanego Kroniki krwi, a ja nadal tak samo kocham twórczość Richelle Mead. Wprawdzie za mistrzostwo autorki uważam Magię indygo, a w najnowszej części historii Sydney Sage i Adriana Iwaszkowa dopatrzyłam się kilku wad, to jednak darzę tę serię dużym sentymentem i z przyjemnością sięgam po kolejne tomy. Jaka szkoda, że ten jest przedostatni! W perspektywie mam przed sobą prawie całą Akademię Wampirów, więc nie mam na co narzekać, ale fanom, którzy są na bieżąco, szczerze współczuję, bo koniec Kronik krwi jest ciosem w serce.

13 listopada 2014

"Zostań, jeśli kochasz" - Gayle Forman


Na długo przed premierą filmu powstałego na podstawie książki, wytrwale poszukiwałam egzemplarza Zostań, jeśli kochasz (czy też Jeśli zostanę, bo tak zatytułowana była powieść przed ekranizacją), ale szczęście mi nie dopisywało, ponieważ aż do pojawienia się dodruku z okładką filmową nie miałam możliwości jej przeczytania. O dziele Gayle Forman nasłuchałam się tyle dobrego, że gdy w końcu trafiło w moje ręce, rzuciłam wszystkie inne książki i ochoczo zabrałam się do lektury. Potem długo nie mogłam wyjść z podziwu.

12 listopada 2014

"Wielki Błękit" - Veronica Rossi


Recenzje poprzednich tomów: Przez burze ognia | Przez bezmiar nocy

Nie lubię rozstawać się z seriami, które przypadły mi do gustu - i nie inaczej sprawa się miała z trylogią Veronici Rossi mającą wzloty w postaci pierwszego tomu oraz upadki w postaci drugiego. Pojawienie się w zasięgu mojego wzroku książki wieńczącej cały cykl było tylko kwestią czasu, a w efekcie należę obecnie do grona nieszczęśliwych fanów, którzy znają już zakończenie trylogii i nie mogą liczyć na więcej.

11 listopada 2014

"Nigdziebądź" - Neil Gaiman


Nigdziebądź Neila Gaimana okrzyknięto najlepszą humorystyczną powieścią fantastyczną napisaną w latach '90, ale czy na pewno można tak o niej mówić? Postanowiłam sama się o tym przekonać i po raz kolejny sięgnąć po dzieło słynnego angielskiego pisarza. Tym razem jest to scenariusz przeniesiony na karty powieści, a więc coś, z czym wcześniej nie miałam styczności. Już to zaintrygowało mnie na tyle, bym usiadła do lektury.

3 listopada 2014

"Uczeń skrytobójcy" - Robin Hobb


Pamiętacie Jona Snowa z Gry o tron? Jeśli tak, to wiecie, że powszechnie uważa się go za syna Eddarda Starka z nieprawego łoża. Wprawdzie pojawiło się kilka godnych uwagi teorii spiskowych mówiących coś zgoła innego o pochodzeniu chłopaka, jednak George Martin jakoś nie kwapi się z ujawnieniem tej wielkiej tajemnicy i trzyma fanów w niepewności. Rzecz w tym, że dopóki Jon uważany jest za bękarta władcy Winterfell, dopóty traktowany będzie jako ten gorszy. Podobnie ma się sprawa z głównym bohaterem Ucznia skrytobójcy.

31 października 2014

Podsumowanie października


Nadszedł czas, bym podsumowała październik. Przed Wami czytelnicze podsumowanie miesiąca na moim blogu. Jak zwykle liczę na to, że w komentarzach opowiecie mi jak to wyglądało u Was!

23 października 2014

"Kobiety, które zawładnęły Europą" - Jean des Cars


Kobiety i to, w jaki sposób zapisały się na kartach historii, to fascynujący materiał na książkę. Jeśli na dodatek jej autor to pasjonat, którego miłość do tematu widać na każdej jej stronie, to zwyczajne spotkanie z lekturą zamienia się w prawdziwą ucztę dla wyobraźni. Tak właśnie było w przypadku Jeana des Carsa, autora kompendium wiedzy o europejskich królowych, czyli publikacji Kobiety, które zawładnęły Europą.

21 października 2014

"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" - Mark Helprin



Wpływ ma życie człowieka ma wiele czynników, ale o tym, by miała go kawa, nigdy wcześniej nie słyszałam. Do grona kawoszy raczej nie należę, ale jedną café au lait dziennie strzelić sobie muszę. Jestem przeciwieństwem Oscara Progresso, bohatera najnowszej książki Marka Helprina wydanej nakładem Wydawnictwa Otwarte, który kawę uważa za największe zło tego świata. To przez nią popełnił morderstwo i poszedł do wariatkowa, by finalnie trafić do Rio de Janeiro i codziennie wspinać się na wzgórze z wysłużonym waltherem P88 w kieszeni, gdzie wśród wspaniałych widoków może w spokoju spisywać wspomnienia i upychać je w mrówkoszczelnej kasecie. 

Mark Helprin za pośrednictwem Oscara Progresso w sposób ironiczny i gorzko-słodki komentuje współczesny świat nieustannie goniący za sławą, władzą i pieniędzmi. Z opowieści głównego bohatera wyłania się realistyczny obraz rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć, a który pozostawia wiele do życzenia. I choć nie brak tu humoru, nie można powiedzieć, by wizja ta napawała optymizmem. W gruncie rzeczy jest to smutne, że świat podążył w takim, a nie innym kierunku. Jeszcze gorszy jest fakt, że aby powstała tak oryginalna powieść, na świecie musiało dojść do wszystkich tych niekorzystnych zmian. Całe szczęście, że w tym emocjonalnym rozgardiaszu bohaterowi udaje się zachować pogodę ducha, mimo antypatii do kawy i sporego bagażu doświadczeń, także negatywnych.

Muszę przyznać, że jestem zaskoczona kreacją głównego bohatera. Oscar Progresso to postać nietuzinkowa, wręcz powiedziałabym nawet, że ekscentryczna. Jego barwny życiorys to doskonałe tworzywo do napisania powieści, bowiem czytelnik ani przez chwilę nie ma prawa się nudzić, kiedy ma do czynienia z tak ciekawą osobowością. Wydaje mi się też, że jednocześnie jest to postać do bólu prawdziwa - ani razu nie podważyłam wizji autora, mimo że główny bohater przeżył mnóstwo niesamowitych przygód, a jego życie można byłoby opisać w wielotomowej biografii. Helprin posiada niebywały talent do wymyślania niebanalnych postaci w swoich książkach. Sądzę, że pan Progresso spodoba się wielu czytelnikom, a i śmiem sądzić, iż wciąż nie jest to szczyt możliwości pisarza.

Największą zagadką Pamiętnika z mrówkoszczelnej kasety była dla mnie awersja głównego bohatera do kawy. Jak się okazało, nie była to zwyczajna niechęć do picia tego trunku, lecz i czynnik wywołujący liczne zmiany w życiu Oscara, a także powód, dla którego popełnił pierwsze morderstwo. Kawa działała na niego jak płachta na byka i powiem Wam szczerze, że chyba nie odważyłabym się jej wypić w jego obecności. Gdyby w tym momencie pan Progresso mógł spojrzeć co piję w chwili pisania tej recenzji, zapewne znów doszłoby do rękoczynów.

Mark Helprin po raz kolejny zachwycił mnie swoją niesamowitą wizją i umiejętnością opisywania świata takim, jaki jest, ale za to z zachowaniem zdrowego rozsądku i sporej dawki humoru. Krytyka autora jest uzasadniona, zaś otoczka, w jaką ją ubrał, całkowicie zasadna. To już drugie moje spotkanie z autorem i zarazem kolejne niezwykle udane. Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety polecam Wam z całego serca i jednocześnie podpowiadam, że warto w trakcie lektury tej powieści wypić sobie kawę, czy dwie, aby osiągnąć literacką nirvanę.

Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety, Mark Helprin, Otwarte 2014, s. 560.

17 października 2014

"Krzyk Icemarku" - Stuart Hill


Na świecie debiutancka powieść Stuarta Hilla, Krzyk Icemarku, miała premierę kilka lat temu, a do Polski trafiła dopiero w tym roku. Bardzo byłam ciekawa, czy autor będzie w stanie zainteresować mnie typową powieścią dla młodszych czytelników w równym stopniu, co John Flanagan, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po pierwszy tom Kronik Icemarku. Czy warto mu było poświęcić czas? Tego dowiecie się z poniższej recenzji.

Bohaterką historii jest kilkunastoletnia Thirrin, która obejmuje rządy w Icemarku po niespodziewanej śmierci jej ojca. Dzięki wojskowemu wyszkoleniu świetnie się do tego nadaje, jednak spokój niewielkiego państewka zostaje zakłócony. Młodziutka królowa musi stawić czoła potężnemu przeciwnikowi, a żeby to zrobić, musi namówić do pomocy inne ludy, w tym magiczne stworzenia, które jej ojciec do tej pory nie traktował poważnie.

Nie mogę powiedzieć, by kreacja głównej bohaterki przypadła mi do gustu, ponieważ byłoby to kłamstwo. Thirrin praktycznie bez przerwy irytowała mnie swoim dziecinnym zachowaniem, choć oczywiście miewała momenty, w których podejmowała rozsądne decyzje. Wydaje mi się, że na mój odbiór wpływ miał również jej wiek, który siłą rzeczy sprawił, że zachowywała się w taki, a nie inny sposób. Dopiero wraz z upływem czasu Thirrin dojrzała do roli, jaką wyznaczył jej okrutny los, lecz stało się to zbyt późno, żebym zdążyła zmienić do niej nastawienie.

Zdecydowanie bardziej podobała mi się za to kreacja świata przedstawionego. Wizja Hilla to klasyczne fantasy, a więc w jego książce roi się od magicznych stworzeń, ale bez zbędnych udziwnień. Autor postawił też na stary, ale jary motyw zagrożonego królestwa, do ratowania którego wyznaczono młodą królową. Ale mniejsza o to, dziś trudno o stuprocentową oryginalność. Krainy, które wymyślił autor, przedstawione są z rozmachem - opisy są na tyle plastyczne, że bez problemu można oczami wyobraźni przenieść się do Icemarku i okalających go państewek. Dzięki temu przygoda Thirrin staje się o wiele ciekawsza i nawet nie zauważa się tych godzin spędzonych przy lekturze książki. Autor posiada również przyjemny i łatwy w odbiorze styl, który uprzyjemnia czytanie i sprawia, że czas spędzony z bohaterami należy do dobrze spędzonych chwil.

Krzyk Icemarku nie jest ani oryginalną, ani też zaskakującą lekturą. Nie ma w sobie niczego, co mogłoby mocno wyróżnić się na tle innych książek. Debiut Stuarta Hilla jest za to przyjemną i wciągającą historią, która spodoba się każdemu młodemu czytelnikowi zainteresowanemu fantastyką. Czas jej poświęcony nie był zmarnowany i uważam, że nie jestem jedyną osobą, której ten tytuł przypadnie do gustu. Nie ma co oczekiwać fajerwerków, ale za to można się spodziewać ciekawej opowieści o przyjaźni i odwadze.

Krzyk Icemarku (Kroniki Icemarku #1), Stuart Hill, Galeria Książki 2014, s. 496.

16 października 2014

"Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon" - Juliet Grey


Recenzja poprzedniego tomu: Z Wiednia do Wersalu

Maria Antonina, przez Francuzów okrzyknięta najgorszą królową w historii kraju, paradoksalnie stała się moją ulubienicą, jeśli chodzi o postacie historyczne. Żona ostatniego Burbona rządzącego przedrewolucyjną Francją to fascynujący materiał na książkę - potępiana, szkalowana i wielokrotnie oskarżana o czyny, których nie popełniła, skończyła żywot jako bodaj największa ofiara terroru Robespierre'a. Poświęcona jej trylogia autorstwa Juliet Grey to jedna z najlepszych propozycji beletrystycznych o słynnej Austriaczce, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim miłośnikom Antoinette. Dziś dzielę się z Wami moimi wrażeniami z lektury drugiego tomu serii.

W Wersalu i Petit Trianon obejmuje wydarzenia, które miały miejsce na dworze Francji, począwszy od koronacji Ludwika XVI, poprzez aferę naszyjnikową oraz pobyt w Petit Trianon, a na zburzeniu murów Bastylii w 1789 roku skończywszy. Dla Marii Antoniny były to czasy pełne niepokoju, ale i wielkiej radości, gdyż po latach małżeńskich kłopotów królowa w końcu zaszła w ciążę. Wprawdzie nie wydała na świat delfina, lecz córkę nazywaną Madame Royale, lecz dla Antoinette nie miało to większego znaczenia, zwłaszcza że po jakimś czasie do królewskiej córki i tak dołączył następca tronu. Myślała, że poddani wreszcie się do niej przekonają, ale bardzo się myliła.

Maria Antonina rzeczywiście nie miała łatwego życia. Francuzi od początku nie darzyli jej sympatią, uważając że wyszła za Ludwika tylko po to, by szpiegować dla Austrii i szkodzić interesom kraju. Wielokrotnie z niej szydzili i szkalowali w nieprawdziwych ulotkach i obraźliwych pamfletach, które opisywały jej rzekomą rozwiązłość i liczne romanse. Nazywali ją Madame Deficyt, jakby wszystkie problemy ze skarbem państwa były jej wyłączną winą. W istocie Maria Antonina przejawiała skłonność do hazardu i lubiła dobrze wyglądać, lecz na pewno nie trwoniła pieniędzy w takim stopniu, w jakim jej zarzucano - zresztą problemy finansowe Francji pojawiły się już za rządów poprzedniego władcy. Francuzi tak bardzo jej nienawidzili, że każdy jej krok i każdą decyzję z miejsca krytykowali. Oskarżali ją o manipulowanie Ludwikiem XVI i mieli jej za złe, że po latach odnalazła spokój w odrestaurowanym pałacyku Petit Trianon. Czegokolwiek by nie zrobiła, oni zawsze reagowali agresją i nienawiścią.

Nie wiem jak ta kobieta wytrwała wśród tak nikczemnych osób. Tym bardziej nie potrafię zrozumieć jak udawało jej się zachować pogodę ducha i mimo wszystko kochać tych ludzi oraz życzyć im tego, co najlepsze. Na jej miejscu już dawno bym się załamała, a na pewno coś bym zrobiła tym bezczelnym obywatelom, gdyż ich zachowanie przechodziło ludzkie pojęcie. Być może wygłoszę teraz niepopularny pogląd, lecz uważam, że Francuzi byli wtedy bandą nieokrzesanych dzikusów, zaś rewolucja francuska jest tylko tego dowodem. Nie neguję faktu, iż walczyli o swój dobrobyt, lecz problemy z głodem i kiepskimi warunkami życia można było rozwiązać na drodze dyplomacji, do czego usilnie dążył dwór. Niestety, ludowi to nie wystarczyło - oni chcieli zobaczyć swoich władców martwych, a realną władzę oddać w ręce rewolucjonistów, w tym Robespierre'owi.

O historycznych aspektach życia Marii Antoniny mogłabym pisać w nieskończoność, ale nie tylko o tym miałam Wam napisać. Chyba największą zaletą tej książki jest zgodność z prawdą historyczną. Czytelnicy zawdzięczają to zamiłowaniu autorki do historii, a ja muszę przyznać, że nie ma nic lepszego niż pisarz piszący o tym, co kocha. Dzięki temu powieść Juliet Grey jest realistyczna, a dla mnie osobiście - fascynująca. Nie potrafiłam oderwać się od lektury i żywo reagowałam na wydarzenia ukazane w książce. Prozą autorki zachwyciłam się już przy czytaniu pierwszego tomu, dlatego teraz pokochanie tej opowieści było tylko formalnością. A co najważniejsze, tak jak Z Wiednia do Wersalu było zaledwie wstępem do całej historii, tak W Wersalu i Petit Trianon opisuje wydarzenia, które wpłynęły na Francję jak żadne inne. Nie umiałabym przejść obok tej książki obojętnie.

Po raz kolejny jestem zachwycona dziełem Juliet Grey. Z każdej strony tej powieści widać jak wielką pasją jest dla autorki historia. Czytanie wyniku jej ciężkiej pracy to prawdziwa przyjemność, zwłaszcza że i styl oraz narracja z punktu widzenia Marii Antoniny przypadły mi do gustu. Ogromnie się cieszę, że ta seria wpadła w moje ręce. Gdyby nie Juliet Grey i Bukowy Las, moja wiedza o najsłynniejszej królowej Francji sprowadzałaby się do jej tragicznej i niesprawiedliwej śmierci poprzez ścięcie na oczach bestialskiego tłumu rewolucjonistów.

W Wersalu i Petit Trianon (Trylogia o królowej Francji #2), Juliet Grey, Bukowy Las 2013, s. 392.

13 października 2014

Stos 10/2014


Po lewej:

1. Miecz przeznaczenia, Andrzej Sapkowski [Supernowa]
2. Ostatnie życzenie, Andrzej Sapkowski [Supernowa]
3. Zawód: Wiedźma 1, Olga Gromyko [Fabryka Słów]
4. Dla ciebie wszystko, Katarzyna Michalak [Literackie]
5. Flip, Martyn Bedford [Ya!]
6. Między miejscami, Rory Stewart [Czarne]
7. Strażnicy historii. Chiński ekspres, Damian Dibben [Egmont]
8. Złoto głupców, Philippa Gregory [Egmont]
9. Do wszystkich chłopców, których kochałam, Jenny Han [Olé]

Po prawej:

1. Gospodarz Giles z Ham. Przygody Toma Bombadila, J.R.R. Tolkien [Amber]
2. Wiersze, J.R.R. Tolkien [Amber]
3. Uczeń skrytobójcy, Robin Hobb [MAG]
4. Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety, Mark Helprin [Otwarte]
5. Benedict Cumberbatch, Justin Lewis [Replika]
6. Nigdziebądź, Neil Gaiman [MAG]
7. Reamde, Neal Stephenson [MAG]

Jeśli czytaliście którąś z tych książek, podzielcie się wrażeniami i linkami do Waszych recenzji!

12 października 2014

"Sherlock Holmes. Tom I" - Arthur Conan Doyle


Nie znam nikogo, kto nie kojarzyłby chociaż z nazwiska najsłynniejszego detektywa wykreowanego przez Arthura Conan Doyle'a. Dziś Sherlock Holmes to postać kultowa, która na stałe zagościła w kulturze popularnej. Obecnie przeżywa renesans za sprawą dwóch świetnych seriali, filmów fabularnych oraz prężnie działającego fandomu. Na pewno w takiej sytuacji warto zapoznać się z książkowym pierwowzorem detektywa, zwłaszcza jeśli można sięgnąć po takie wydanie, które dodatkowo będzie cieszyć nasze oczy. Na przykład takie jak widzicie na zdjęciu powyżej.

W wydaniu tym, zawierającym najnowszy przekład historii spisanych przez Athura Conan Doyle'a, znajdują się trzy powieści o Sherlocku: Studium w szkarłacie, Znak czterech oraz bodajże najpopularniejszą ze wszystkich - Pies Baskerville'ów. Każda z zaprezentowanych w książce historii jest mocno wciągająca i wpisuje się w mój gust.

Pierwsza z nich przedstawia początki znajomości Holmesa z doktorem Johnem Watsonem, który wrócił z wojny jako weteran ogarnięty traumą po tym, co tam przeżył. Mężczyźni wynajmują mieszkanie przy Baker Street 221b w Londynie. Sherlock intryguje swojego współlokatora, dlatego gdy pojawia się nowa sprawa do rozwiązania, John na wpół z własnej woli, a na wpół zmuszony do tego przez detektywa, pomaga mu w rozwikłaniu zagadki śmierci pewnego dżentelmena. Druga powieść opublikowana w tym tomie to jednocześnie debiut Mary Morstan, która odegra znaczącą rolę w życiu jednego z bohaterów. Sherlock i John pomagają kobiecie w odkryciu prawdy o zaginięciu jej ojca. Z kolei w Psie Baskerville'ów duet Holmes-Watson musi rozwiązać zagadkę tajemniczej klątwy z demonicznym psem w roli głównej, zanim jej skutki dosięgną ostatniego spadkobiercę rodu.

Wszystkie te historie były mi znane już wcześniej, ale muszę przyznać, że przyjemnie czytało mi się je w nowym przekładzie. Zapewne wiecie, że przygody Sherlocka Holmesa należą do klasyki literatury angielskiej. Chociażby z tego prostego powodu warto się z nimi zapoznać, przy czym nie jest to jedyna okoliczność przemawiająca za ich przeczytaniem. Nie musicie się obawiać, że opowieści zawarte w tej książce okażą się przestarzałe i nudne - proza Arthura Conana Doyle'a jest uniwersalna i ponadczasowa. Jego dzieła nigdy nie tracą na ważności, co więcej, będą przyciągać kolejne pokolenia żądnych przygód i kryminalnych zagadek czytelników.

Wspaniałą wiadomością dla mnie oraz licznych fanów Sherlocka Holmesa jest fakt, iż światło dzienne ujrzą dwa kolejne tomy, dzięki którym w trzech obszernych książkach znajdą się wszystkie dzieła Arthura Conana Doyle'a opowiadające o naszym ulubionym detektywie. Jak widzicie na załączonym obrazku, wydanie to jest porządnie wykonane i zachowuje klimat dawnych okładek powieści kryminalnych. Książka wspaniale prezentuje się na półce i będzie cieszyć oczy fanów przez długie lata. Zapewne jeszcze niejeden raz sięgnę po przygody Sherlocka, a jeśli tę recenzję czytają osoby, które nie miały do czynienia z twórczością autora, to gorąco je zachęcam do nadrobienia zaległości. Pamiętajcie, Sherlock to nie tylko Benedict Cumberbatch!

Sherlock Holmes (Sherlock Holmes #1), Arthur Conan Doyle, Zysk i S-ka 2014, s. 494.

11 października 2014

"Bridget Jones. Szalejąc za facetem" - Helen Fielding

Recenzje poprzednich tomów: Dziennik Bridget Jones | W pogoni za rozumem

Bardzo się ucieszyłam na wieść, że po tak wielu latach Helen Fielding wyda kolejną część przygód Bridget Jones. Sympatyczna Brytyjka od lat 90. zdążyła stać się ikoną popkultury i wzorem dla współczesnych trzydziestolatek, dlatego też nie mogłam nie zapoznać się z jej najnowszymi perypetiami. Obawiałam się, że po tak długim czasie autorka nie będzie już w stanie oddać ducha serii i w pewnym sensie faktycznie tak się stało, lecz mimo to lektura Szalejąc za facetem należała do przyjemniejszych doświadczeń z literaturą kobiecą. Choć, rzecz jasna, nie obyło się bez zgrzytów i rozczarowań - jak to już bywa z seriami podejmowanymi na nowo po tak długiej przerwie.

Już nawet blurb powieści nie pozostawia żadnych złudzeń - Bridget znów jest singielką, ale nie z powodu swojego dziecinnego zachowania, które mogłoby wytrącić z równowagi nawet najbardziej cierpliwą osobę na świecie. Mark Darcy, facet, którego oprócz głównej bohaterki pokochały miliony czytelniczek, zmarł, pozostawiając swoją żonę i dwójkę dzieci, co prawda ze środkami do życia, które pozwolą Bridget nie martwić się o pracę, ale mimo wszystko z niewysłowioną pustką i cierpieniem, które nigdy nie przechodzi.

Sądziłam, że po tylu latach główna bohaterka z naiwnej trzpiotki zmieni się w stateczną i w pełni odpowiedzialną kobietę. Nic bardziej mylnego! Bridget nawet jako wdowa zachowuje się tak, jakby wciąż miała dwadzieścia pięć lat. Miewa wprawdzie gorsze momenty i chwile, w których wspomina Marka i zachowuje się prawie jak na dorosłą kobietę przystało, ale w większości chwil pozostaje tą samą wariatką, co kiedyś. Rzekłabym nawet, że zdarzają się takie momenty, w których zachowuje się gorzej. Nadal nałogowo liczy kalorie, wypite jednostki alkoholu, ale teraz dodatkowo liczbę otrzymanych sms-ów, czy nowych obserwatorów na Twitterze.

Tak, moi drodzy, Bridget Jones wkroczyła do świata współczesnej komunikacji! I nie jest to komplement, bo sama dobrze wiem, że zdobycze techniki raczej przeszkadzają w prowadzeniu normalnego życia, aniżeli je ułatwiają. Pomyślcie sobie, ile człowiek zaoszczędziłby czasu, nie będąc uzależnionym od internetu! Jonesey, niestety, nie daje dzieciom dobrego przykładu, twittując, pijąc i... spotykając się z dużo młodszym kochankiem! Czy te ekscesy przystoją wdowie wychowującej dwójkę maluchów? Nawet ja, nie posiadając kompletnie żadnego doświadczenia z dziećmi, uważam, że pewnych rzeczy w takiej sytuacji życiowej powinno się unikać.

W życiu Bridget jak zwykle wiele się dzieje, a jak na mój gust, nawet za wiele. Po raz drugi doświadczam przesytu z powodu absurdalnych wydarzeń i sytuacji, niemożliwych zbiegów okoliczności, licznych wpadek głównej postaci oraz szeregu innych rzeczy. Łudziłam się, że w średnim wieku Jones się uspokoi. Zwłaszcza miałam nadzieję, że po śmierci Marka zrozumie czym jest prawdziwe i wartościowe życie. Zamiast tego miota się z kąta w kąt, nie wie jak się zachowywać, popełnia te same błędy i z pewnością się na nich nie uczy.

Po latach literackiej posuchy pióro Helen Fielding nieco straciło. Humor sytuacyjny tym razem nie bawił mnie za każdym razem - coraz częściej dochodziłam do wniosku, że to, co ze swoim życiem wyczynia Bridget, jest po prostu żenujące. Na szczęście styl autorki nadal jest przyjemny w odbiorze, więc lektura jej najnowszego dzieła nie sprawiła mi zawodu. Gdyby tylko pisarka pozwoliła swojej postaci dojrzeć, jestem pewna, że odebrałabym Szalejąc za facetem znacznie lepiej. A tak chyba nie potrafię, ponieważ jestem zdania, że we wszystkim potrzebny jest umiar, także w kreowaniu lekkomyślnych trzpiotek pokroju Bridget.

Mimo że finalnie Szalejąc za facetem okazało się czymś innym niż się spodziewałam, uważam, że czas spędzony przy tej książce nie był stracony. Trochę się pośmiałam, uroniłam kilka łez i w sumie nieźle się bawiłam. Żałuję jedynie, że nie doczekałam się wielkiej metamorfozy Bridget Jones, o której marzyło zapewne wielu jej fanów. Powieść warto przeczytać, jeśli czytało się poprzednie tomy, ale nie liczcie na fajerwerki, bo Szalejąc za facetem to co najwyżej zimne ognie, które lekko rozświetlą Wam niebo.

Szalejąc za facetem (Bridget Jones #3), Helen Fielding, Zysk i S-ka 2014, s. 584.

10 października 2014

"Bridget Jones. W pogoni za rozumem" - Helen Fielding


Recenzja poprzedniego tomu: Dziennik Bridget Jones

Nim światło dzienne ujrzał trzeci tom przygód Bridget Jones, zatytułowany Szalejąc za facetem, przez wiele lat na rynku dostępne były tylko dwie części serii. Ciekawe, że tak jak pierwszą pamiętałam dobrze, choć rozumiałam zupełnie inaczej niż teraz, tak W pogoni za rozumem, części drugiej, nie mogłam już sobie przypomnieć - ani w formie książki, ani nawet filmu. Patrząc przez pryzmat wszystkich trzech tomów mogę powiedzieć, że wiem już czym to było spowodowane: ta część jest po prostu najsłabsza ze wszystkich.

Nie oznacza to jednak, że nie była przyjemną lekturą, przeciwnie. Uważam, że odświeżenie sobie tej książki było dobrym posunięciem, ponieważ w ten sposób udało mi się domknąć całą trylogię i wyrobić sobie o niej opinię. Dlaczego uważam, że W pogoni za rozumiem to najsłabsze ogniwo cyklu?

Jak na mój gust zbyt wiele się tu działo. Helen Fielding nieco przesadziła z poziomem absurdu. Normalne życie tak nie wygląda, zbyt dużo ma się tu do czynienia z niesłychanymi sytuacjami, które na co dzień nikomu się nie przytrafiają! Ja wiem, że ta książka ma za zadanie bawić, ale uważam, że cała ta heca z tajlandzkim więzieniem i szalona podróż do egzotycznego kraju to lekkie przegięcie. W zupełności wystarczyłyby mi znane sercowe rozterki Bridget w związku z Markiem Darcy, którego w końcu przecież usidliła. Bridget jak to ona, czuła się jednak w relacjach z nim niepewnie, jak na do tej pory odwieczną singielkę z pechem do facetem przystało. Wykorzystała to z kolei pewna wstrętna jędza, której zależało na odbiciu Jonesey ukochanego. Tego typu przygody i ewentualne odzyskiwanie dawno zaniedbanych przyjaciół byłoby dla mnie w sam raz - wszak książki Fielding traktuje się jako humorystyczne powieści dla kobiet. Autorka nie musiała wymyślać fabularnych potworków w postaci pobytu za kratkami - i bez nich byłoby dobrze, a w moim odczuciu nawet i lepiej, bo z zachowaniem umiaru.

W pogoni za rozumem niesie jednak za sobą pewne przesłanie - warto poszukiwać własnej tożsamości, walczyć z całych sił o szczęście oraz dbać o zdrowe relacje z partnerem i przyjaciółmi. W ten prosty sposób można osiągnąć pełnię szczęścia i wieść dobre życie, nieważne że zwykle w tzw. międzyczasie przeżywa się też wiele niepowodzeń i problemów. Generalnie po tylu latach fajnie jest wyciągnąć takie wnioski z książki, której się nie rozumiało.

Helen Fielding jak zwykle zadbała o to, bym w trakcie lektury zaśmiewała się do łez albo pogrążyła się w lekkiej zadumie. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to fakt, że powieść działa terapeutycznie! Można z niej wyciągnąć wiele pożytecznych wniosku, w tym najważniejszy, czyli jak nie zachowywać się w związku. Całość, wziąwszy pod uwagę walory fabuły oraz lekki i przyjemny styl autorki, sprawia naprawdę dobre wrażenie. 

Drugi tom przygód Bridget Jones polecam wszystkim osobom chcącym pobawić się przy miłej lekturze. Fani sympatycznej Brytyjki powinni W pogoni za rozumiem potraktować jako lekturę obowiązkową. Można przy niej spędzić kilka fajnych chwil, nawet jeśli nie jest to literatura najwyższych lotów. Polecam.

W pogoni za rozumem (Bridget Jones #2), Helen Fielding, Zysk i S-ka 2014, s. 445.


8 października 2014

"Bezkresne morze" - Rick Yancey [premiera]

Recenzja poprzedniego tomu: Piąta fala

Bezkresne morze, kontynuacja Piątej fali, na punkcie której całkowicie oszalałam rok temu, była dla mnie jedną z najbardziej wyczekiwanych jesiennych premier. Przez zwykłe niedopatrzenie zapomniałam kupić anglojęzycznej wersji książki w przedsprzedaży na Book Depository, ale powiem Wam, że dziś, po lekturze polskiego wydania, ani trochę tego nie żałuję. Byłyby to po prostu pieniądze wyrzucone w błoto.

Moi drodzy, niniejszym ogłaszam Bezkresne morze największym rozczarowaniem 2014 roku!

Sądziłam, że Ricka Yanceya stać na dużo więcej. Niestety, jego najnowsza książka sprawia wrażenie napisanej na siłę, jakby oderwanej od swojej poprzedniczki pod względem treści i formy. Jest to też powieść niezbyt obszerna, co tylko dodatkowo potęguje moje wrażenie, że autor nie miał na nią pomysłu. Fabuła wydaje mi się kompletnie wymuszona, pozbawiona ładu i składu, a choć nie można odmówić jej wyrazistości oraz tego, że wciąga, to jednak moje rozgoryczenie ani trochę nie traci na sile. Nie sądziłam, że w ogóle do tego dojdzie.

Rick Yancey potrafi pisać niezwykle interesujące książki. Wystarczy spojrzeć na Piątą falę i Badacza potworów, żeby się o tym przekonać. Bezkresne morze też było ciekawe i z wypiekami na twarzy przeczytałam je od początku do końca, tyle że najpierw tych wypieków dostałam z podekscytowania, że oto mam możliwość poznania dalszych losów Cassie, a potem ze zdenerwowania wywołanego faktem, iż autor sam wykopał pod sobą dołek.

Nie potrafię tego zrozumieć i mam niewysłowiony żal do pisarza za to, że postanowił zrezygnować z najfajniejszego motywu w tej powieści i ni z gruszki, ni z pietruszki zamienić go na, niestety, dużo gorszy model. Zakończenie Bezkresnego morza wbiło mnie w fotel, ale zaraz potem dostałam ataku furii, gdyż uświadomiłam sobie, że wszystko to, co pokochałam w pierwszym tomie, tutaj zostało zanegowane przez samego twórcę! Tak się nie robi. Rick Yancey zrobił odważny krok i niektórym przypadnie on do gustu, ale innym z kolei się nie spodoba i powstanie nieprzyjemny dysonans. Ja, na przykład, nie lubię go doznawać.

Poza tym jestem wściekła, ponieważ w książce pojawiło się mnóstwo ciekawych wątków, ale choćby autor stanął na głowie, to tą jedną decyzją, którą podjął, sprawił, że nie jestem w stanie się tym cieszyć. Zdaję sobie sprawę z tego, że finalnie może to wyjść serii na dobre, ale póki co nie potrafię się z tym pogodzić. Ale tak już jest, kiedy jest się czegoś pewnym, a okazuje się, że to, co uważaliśmy za pewnik, było tylko sprytną zmyłką.

Nie zrozumcie mnie źle. Ta książka jest na swój sposób dobra. Jestem zadowolona zarówno z uczynienia Ringer jednym z narratorów historii, jak i z pojawienia się nowej postaci - Brzytwy. Dzięki kolejnemu punktowi widzenia opowieść Cassie nabiera rumieńców, zaś świeża krew w postaci następnego chłopaka, do którego można sobie powzdychać, jest zawsze mile widziana. Szkoda jedynie, że w książce, jakby nie patrzeć, dedykowanej Cassiopei i Evanowi, tak mało stron jest im de facto poświęconych. Bezkresne morze to w zasadzie powieść Ringer. Wydaje mi się, że tak miało być, ale i tak mam żal do Yanceya, że potraktował po macoszemu to, co najlepiej mu wyszło.

Generalnie rzecz ujmując, Bezkresne morze warto, a nawet trzeba przeczytać, ponieważ autor udziela w powieści odpowiedzi na kilka istotnych pytań. Oczywiście, jednocześnie daje tysiąc powodów do zadawania kolejnych, ale kto by się tym przejmował. Ostrzegam jednak lojalnie, że na zakończeniu można się mocno zawieść. Dla mnie to niewybaczalny błąd, którego autorowi nie zapomnę przy okazji czytania tomu wieńczącego ten cykl. Pozostaje mi mieć nadzieję, że Wam sequel Piątej fali spodoba się bardziej niż mi. Czego z całego serca Wam życzę.

Bezkresne morze (Piąta fala #2), Rick Yancey, Otwarte 2014, s. 512.

7 października 2014

"Serce gryfa" - Jastek Telica


Niektórzy na siłę próbują dorównać ideałom. Na przykład Jastek Telica, autor Serca gryfa, postanowił ni stąd, ni zowąd, że napisze własnego Wiedźmina, zupełnie jakby ten, którego wszyscy znają, nie wystarczał. Moi drodzy, okazuje się, że wystarczy zmienić nazwę profesji na kreczownik (że co, proszę?) i już mamy coś nowego! Co z tego, że autor sili się na styl Sapkowskiego, ewidentnie się inspiruje i w sumie nie wnosi do gatunku nic nowego? Ważne, że jest książka, nazwisko na okładce i niewielkie tantiemy.

Poirytowałam się trochę, czytając blurb tej powieści i powiem Wam szczerze, że do lektury zabrałam się tylko po to, by w podsumowaniu porównać Serce gryfa do sagi wiedźmińskiej i bezlitośnie wytknąć tekstowi wszystkie wady, dobitnie świadczące o tym, że czasem nie opłaca się drukować znanego nazwisko obok swojego. Jakież było moje zdziwienie, gdy mimowolnie wciągnęłam się w historię Gryppina i wchłonęłam ją jak gąbka w dwa wieczory!

Żeby było jasne: główny bohater jest irytujący jak cholera i nijak nie mogłam się z nim utożsamić, a tym bardziej go polubić. To najbardziej bezczelny, egoistyczny i leniwy burak, który za sprawą swojego zachowania aż się prosi o guza. Kogoś to Wam przypomina? Geralta może? Owszem, widać tu wiedźmińskie naleciałości, jednak warto pamiętać, że akurat w przypadku Białego Wilka możemy mówić o swego rodzaju nonszalancji. Choć był chamem i gburem, to jednak miał we wszystkim jakiś umiar i dało się go lubić. Gryppin tymczasem to taka jego kiepska podróbka i niestety nawet drastyczną przemianą bohatera Jastek Telica nie zdołał tego naprawić.

Co nie zmienia faktu, że jego przygody były tak fascynujące, że wciągnęły mnie bez reszty. Powiem więcej: czytając Serce gryfa przepadłam na długie godziny, tak trudno mi było oderwać się od lektury. Czuję się przez to rozbita, bo autor najpierw doprowadził mnie do szewskiej pasji, tworząc antypatyczną postać bez perspektyw, a następnie ugłaskał cudowną fabułą w stylu klasycznej fantasy, dzięki której zaznałam potężnej dawki emocji i wciągnęłam się w szalenie porywającą historię. Naprawdę nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć - dawno nie miałam tak ambiwalentnych odczuć w stosunku do jednego tytułu. Coś w tym Sercu gryfa jest, co mimo niechęci przyciąga.

Jedyne, co tak naprawdę mogłoby zniechęcić potencjalnych czytelników (moja awersja do Gryppina to kwestia subiektywna), to język powieści - mocno archaiczny, stylizowany, dla niektórych osób nie do przełknięcia. Mnie osobiście oczarował, ponieważ nie jest to pierwsza specyficznie napisana książka, którą przeczytałam. Obawiam się jednak, że osoby szukające lekkiej lektury będą rozczarowane, ponieważ tutaj trzeba się, niestety, wysilić przy lekturze, by bez problemu zrozumieć jej sens i czerpać z niej jako-tako przyjemność.

Serce gryfa to ciekawa powieść, obok której z racji szaty graficznej trudno przejść obojętnie. Książka dużo traci na bezsensownych nawiązaniach do Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego, ale za to zyskuje niebanalnym pomysłem na fabułę. Główny bohater to postać wybitnie przeze mnie znienawidzona, ale śmiem sądzić, że znajdą się osoby, którym charakter Gryppina wyda się interesujący. Jako że ja mam do dzieła Jastka Telicy ambiwalentny stosunek, decyzję o tym, czy warto je przeczytać, pozostawię Wam.

Serce gryfa, Jastek Telica, Novae Res 2014, s. 720.

5 października 2014

"Gra o miłość" - Eve Edwards



Szesnastowieczna Anglia rządziła się własnymi prawami. Ci, którym przyszło żyć w tamtych burzliwych czasach, musieli liczyć się z dominacją monarchii, a także ogromną rolą Kościoła. Trzeba było przestrzegać etykiety, dobrze się prowadzić i nie przynosić wstydu rodzinie. Życie z pewnością nie było łatwe, choć nie można o nim powiedzieć, by było nieciekawe. W istocie śledzenie losów bohaterów wykreowanych przez Eve Edwards to nie lada gratka dla wszystkich miłośników okresu panowania dynastii Tudorów, ale nie tylko, bowiem autorka świetnie sobie radzi z opisami i fabułą, z historii czyniąc jedynie tło dla losów głównych postaci, które odgrywają najistotniejszą rolę. Nie od dziś wiadomo, że by z przyjemnością czytać powieści historyczne, trzeba lubić historię. Muszę przyznać, że Eve Edwards zadaje tym słowom kłam, ponieważ książki w jej wykonaniu są naprawdę wciągające i z pewnością będą odpowiednią lekturą dla wszystkich, nie tylko typowych zapaleńców.

Gra o miłość to trzeci i zarazem ostatni tom Kronik rodu Lacey. Jak zapewne pamiętacie, bohaterem pierwszego tomu był Will Lacey, zaś drugiego - jego niepokojny brat James. Tym razem wybór autorki padł na inną gałąź tego znamienitego rodu, bowiem główne skrzypce dla odmiany odgrywa nieślubny syn hrabiego Dorset, Kit Turner.

Nikogo zapewne nie zdziwi o co w tej powieści chodzi. Główny bohater, artysta teatralny i hulajdusza, poznaje i z miejsca zakochuje się w bogobojnej Mercy Hart, córce bogatego kupca, który u jej boku widziałby wpływowego Anglika, a nie aktora bez grosza przy duszy. Rygorystyczne zasady zawierania związków małżeńskich w XVI wieku sprawiają, że ta dwójka co rusz napotyka nowe trudności w osiągnięciu szczęścia. Ich zmagania z przeciwnościami losu stają się motorem napędzającym całą fabułę Gry o miłość i poza nimi nie uświadczymy w tej książce niczego odkrywczego. Panowanie dynastii Tudorów jest tu zaledwie liźniętym tematem, co trochę mnie zmartwiło, ale z drugiej strony otworzyło twórczości Edwards drogę do nowych czytelników. Ogółem nie jest źle.

Niestety, jedna rzecz nie zmieniła się nawet w tomie wieńczącym serię. Mowa tu o przewidywalności fabuły, która dosłownie wyssała ze mnie cały entuzjazm wobec historii Kita i Mercy. Na początku mamy pierwsze spotkanie, potem szereg randek skutkujących rozkwitnięciem wielkiej miłości, następnie serię przeszkód, które upierdliwie stoją na drodze do osiągnięcia szczęścia, a na końcu happy end godny produkcji Disney'a.

Przyznaję, że Gra o miłość jest lekturą przyjemną i odprężającą. Autorka dokładnie odwzorowała obyczajowość tamtej epoki i na jej podstawie ukuła fabułę, która - momentami trochę nudna i przewidywalna - mimo wszystko stanowiła całkiem przyjemną odskocznię od innych książek. Ostatni tom Kronik rodu Lacey czytało mi się szybko i sprawnie dzięki stylowi Eve Edwards, który jest wręcz stworzony dla młodzieżówek, więc nie spędziłam przy nim zbyt wiele czasu, ale za to nie był to czas zmarnowany. W istocie nie żałuję, że po niego sięgnęłam.

Serię autorstwa Eve Edwards wspominać będę z pewnym rozrzewnieniem, gdyż dostarczyła mi mnóstwa pozytywnych emocji i dodatkowo rozbudziła moje zainteresowanie historią. Nie obawiajcie się jednak, że powieść zdominowana jest przez suche fakty historyczne. Nic bardziej mylnego! Tam naprawdę wiele się dzieje i wszystko kręci się wokół głównych bohaterów, ponieważ autorka skupia się na nich, a nie na tle historycznym. Generalnie polecam Wam tę serię - przez pryzmat wszystkich trzech tomów mogę Wam powiedzieć, że warto po nią sięgnąć.

Gra o miłość (Kroniki rodu Lacey #3), Eve Edwards, Egmont 2014, s. 296.

4 października 2014

"Krwawy szlak" - Moira Young


Wielokrotnie zastanawiałam się, czy kiedykolwiek przyjdzie taki dzień, w którym wezmę książkę Egmontu do ręki i nie znajdę w niej niczego, co mogłabym Wam z czystym sumieniem polecić. Obawiam się, że dzień ten nadszedł wraz z premierą Krwawego szlaku Moiry Young.

Zanim przejdę do konkretów i wyłuszczę Wam na czym mniej więcej traci ta powieść, chciałabym podkreślić, że w sumie autorka miała niezły pomysł, jednak jej warsztat pisarski, czy raczej jego całkowity brak, sprawił, że Moira Young poległa na całej linii, a w efekcie powstało to wątpliwej jakości dzieło literackie. Sam zamysł, a także całokształt fabuły, nie są takie złe - podobały mi się i chętnie wystawiłabym książce wyższą notę, ale...

Ale nie mogę... Po pierwsze, bohaterka powieści ma wybitnie psie imię i choćbym nie wiem jak się starała o tym nie myśleć, i tak w trakcie lektury nieustannie miałam przed oczami burego kundelka Babci. Powiedzcie mi, kto o zdrowych zmysłach nadaje postaci, i to głównej na dodatek, imię Saba!? Ja wiem, że w literaturze młodzieżowej przewinęły się już wszystkie żeńskie imiona świata, ale, u licha, już bym chyba wolała wtórnie nazwać swoją bohaterkę niż skazać ją na porównania do psa. Tylko czekać aż na rynku wydawniczym pojawi się książka o chłopaku imieniem Dżeki - wtedy uznam, że wszelkie możliwości się wyczerpały.

Po drugie, a jednocześnie najważniejsze, autorka z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów zrezygnowała z jakiegokolwiek oznaczania czyichś wypowiedzi oraz dialogów. W efekcie tekst Krwawego szlaku zlewa się w jeden wielki literkowy koszmar. I weź się tu teraz, człowieku, zastanawiaj, czy masz przed sobą jakąś myśl, czy może wypowiedź. Od czasu do czasu bohaterowie łaskawie wtrącają słowa typu myślę, szepczę, mówię, ale jest to zaledwie kropla w morzu beznadziejności i niewiele pomaga. Przez całą lekturę powieści czułam się przez to poirytowana i choć gdzieś w połowie przywykłam do tego, a nawet złapałam rytm, to jednak niesmak pozostał. Nie spodziewam się zresztą, że w drugim tomie cokolwiek w tym względzie ulegnie poprawie.

Po trzecie, a zarazem ostatnie, o czym chciałabym Wam wspomnieć, to okropna niekonsekwencja w kreacji głównej bohaterki. Moira Young nie potrafiła chyba zdecydować się, czy bardziej zależy jej na silnej kobiecej postaci, czy raczej na delikatnej, wrażliwej dziewczynie. Nastroje Saby często ulegały zmianom, podobnie jak jej zachowanie. Nie przeszkodziło to jednak autorce uczynić z niej Mary Sue będącej nie tylko wybawicielką swojego brata, ale i całego świata. Nie mam zatem pojęcia kto się pokusił na porównanie Krwawego szlaku do Igrzysk śmierci, ale jedyne, co tym osiągnął, to spektakularny strzał w stopę. W Sabie nie widzę nawet cienia podobieństwa do Katniss, którą Suzanne Collins wykreowała z żelazną konsekwencją, w przeciwieństwie do Moiry Young, której tej umiejętności brakuje. Czasami brak porównań to lepsze rozwiązanie.

Co ciekawe, kontynuacja serii zbiera na Good Reads dość dobre oceny. Ja wiem, że na pewno sięgnę po drugi tom, a wszystko przez to, że moja niezdrowa ciekawość nie pozwala mi porzucić tego cyklu, nie poznawszy zakończenia. Być może świadczy to o moim masochizmie, ale pal licho kiepskie wybory autorki - ja i tak chcę wiedzieć jak to się skończy! Jeśli jednak dbacie o swoje zdrowie psychiczne i nie zaczęliście jeszcze przygody z Krwawym szlakiem, to dobrze Wam radzę: nie zaczynajcie jej. Wyjdzie to Wam na zdrowie.

Krwawy szlak (Kroniki Czerwonej Pustyni #1), Moira Young, Egmont 2014, s. 398.

3 października 2014

"Władczyni rzek" - Philippa Gregory


Philippy Gregory nikomu specjalnie przedstawiać nie muszę. Każdy wie, że jest ona autorką najlepszych powieści historycznych na świecie, przy których inne podobne dzieła zwykle wypadają blado. Swoją przygodę z twórczością tej utalentowanej pisarki zaczęłam dość nietypowo, bo od powieści młodzieżowych wydawanych przez Egmont, a także czwartego tomu serii, którą powinnam zacząć od Władczyni rzek, jednak nie ma to większego znaczenia, bo najważniejsze jest to, że w ogóle mam styczność z doskonałą prozą tej autorki. Bez niej moje życie byłoby znacznie uboższe, a tak mam możliwość delektowania się historią brytyjskiej monarchii z możliwie najlepszego źródła.

Władczyni rzek opowiada historię Jakobiny Luksemburskiej - kobiety niezwykle ambitnej i, jak na damę żyjącą w realiach XV-wiecznej Anglii, wyjątkowo zdeterminowanej, by osiągnąć w życiu wszystko to, co najlepsze dla niej i dla jej rodziny rzekomo wywodzącej się z rodu wodnej boginki Meluzyny. Tym samym Philippa Gregory wyciąga na światło dzienne losy nieznanej i w dużej mierze zapomnianej bohaterki żyjącej w niespokojnych czasach, które bezpośrednio poprzedziły Wojnę Dwu Róż. Oprócz standardowo solidnej dawki faktów historycznych autorka wplata do powieści wątki nadnaturalne dotyczące dosyć mocno eksploatowanej w XV wieku kwestii czarownictwa i alchemii, co tylko wzmaga ciekawość co do treści książki. Przyznaję, że dla mnie największą przyjemnością było jednak czytanie każdej wzmianki o dworze króla Henryka VI i Małgorzaty Andegaweńskiej.

Życiorys Jakobiny Luksemburskiej jest niezwykle barwny. Nie spodziewałam się, że będzie to kobieta ambitna i przebiegła w planowaniu swojego życia. Przez większą część książki wydawała mi się oschła i nieszczęśliwa i nie mogę powiedzieć, bym ją polubiła, choć miała swoje lepsze i gorsze momenty. Dobrze było poczytać o jej bardziej ludzkiej stronie - kiedy jej pierwszy mąż, Jan Lancaster, wyzionął ducha, pozostawiwszy ją nietkniętą, Jakobina śmiało podjęła decyzję o powtórnym zamążpójściu, wychodząc za Ryszarda Woodville'a, prostego giermka, który awansował do roli męża poważanej w całym królestwie dwórki królowej Anglii. Zdecydowanie bardziej podobało mi się jej oblicze kochającej żony i matki, a nie knującej za plecami wszystkich wyrachowanej materialistki. 

Jakiekolwiek by nie były moje osobiste odczucia co do bohaterów powieści, o samej pracy Philippy Gregory nie mogę powiedzieć choć jednego złego słowa. Pisarka jak zwykle stanęła na wysokości zadania, po mistrzowsku kreśląc rozbudowane tło historyczne XV-wiecznej Anglii w przededniu Wojen Kuzynów. Po raz kolejny wykazała się autentycznym geniuszem, gdy z typowym dla siebie pietyzmem stworzyła niezwykle emocjonującą historię z wyrazistymi postaciami, dla której tłem są przełomowe wydarzenia w dziejach brytyjskiej monarchii. Jestem absolutnie oczarowana, jak zwykle zresztą, ogromem pracy włożonej w przygotowanie tego dzieła, bo nie polega ona wyłącznie na spisaniu historii powstałej z wyobrażeń autorki, ale żmudna i bez wątpienia wyczerpująca praca z tekstami źródłowymi i szukanie w nich inspiracji do fabuły. Muszę przyznać, że nikt nie potrafi robić tego lepiej od Philippy Gregory. Tytułu Królowej powieści historycznych nie nadano jej przecież ot tak sobie.

Władczyni rzek to znakomita powieść pióra utalentowanej pisarki, która z historii uczyniła swój największy atut. Dzięki niej ta dziedzina nauki przeżywa odrodzenie i coraz częściej gości na naszych półkach. Historia Jakobiny Luksemburskiej to barwna opowieść pełna emocji i tego, co typowe dla dworu królewskiego, a więc zakulisowych walk o władzę i intryg knutych z myślą o własnych korzyściach. Gorąco polecam Wam jej lekturę - niech nazwisko autorki stanowi jej największą reklamę, bo zachęcać Was do niej raczej nie ma potrzeby, gdyż jest to oczywiste.

Władczyni rzek (Wojna Dwu Róż #1), Philippa Gregory, Publicat 2012, s, 543.