STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

1 lutego 2014

"Biuro kotów znalezionych" - Kinga Izdebska




Tytuł: Biuro kotów znalezionych
Autor: Kinga Izdebska
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 252




Kiedy w zapowiedziach wydawniczych wypatrzyłam utrzymaną w błękitach okładkę z opatulonym w kocyk kotkiem, wiedziałam, że szybko zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Blurb wieszczący bliski mi temat tylko dopełnił uczucia radości. Los chciał, bym miała możliwość zamienienia na temat książki kilku słów z autorką i muszę przyznać, że gdyby nie ten łut szczęścia, dziś na mojej półce nie stałby podpisany przez nią egzemplarz.

Biuro kotów znalezionych Kingi Izdebskiej to książka napisana z potrzeby serca. Przedstawia autentyczną historię autorki oraz jej drogę do stania się wolontariuszem i domem tymczasowym dla bezdomnych kotów. Chyba każdy miłośnik tych charakternych futrzaków w jakiś sposób pomagał im w powrocie do zdrowia i szukaniu domu. Czy to poprzez wsparcie finansowe, czy też akcje na Facebooku - wszak trudno przejść obok potrzebującego zwierzęcia obojętnie. Ja sama mam za sobą roczny wolontariat i rozważam kolejny, często dzielę się z kociastymi resztą pieniędzy z konta bankowego, odchowałam też przy wsparciu rodziny i sąsiadów kilka miotów porzuconych kociąt. Moje własne koty to zwykłe dachowce, z czego jeden wciąż mieszka z rodzicami. Kiedy wreszcie dorobię się większego mieszkania i przestanę płacić horrendalne sumy za studia, które nic mi nie dały, kolejna kocia kruszyna na mur beton zasili szeregi mojej rodziny. 

Słyszałam wiele zarzutów kierowanych w stronę Izdebskiej i jej Biura kotów znalezionych. Najczęściej przewijał się ten, w którym mowa była o wyzutym z emocji stylu pisania i odarciu tekstu z wszelkich ciepłych odczuć. Nie przeczę - książka ta ma ściśle pragmatyczny wymiar i w istocie pozbawiona jest emocjonalnej otoczki. Pamiętajmy jednak, że autorce nie chodziło o napisanie historii podobnej do Kleo i ja Helen Brown. Jej zależało na ukazaniu prawdy, która w tym przypadku oznacza niebywałe trudy w udzielaniu tym biednym kotom pomocy. To zadanie książka spełnia w stu procentach. Nie ma się zatem co łudzić, Izdebska bowiem nie sprzedaje w swoim tekście łzawych historyjek. Niektóre historie - owszem  - wywołują czasem łzy, ale to akurat drugorzędna sprawa. Ważniejsze jest pokazanie ludziom, że praca w charakterze wolontariusza jest ciężka i niekiedy wywołująca ogromny smutek, ale pod każdym względem ważna i potrzebna. Gdyby nie ci ludzie dobrej woli, wiele kotów straciłoby życie - podkreślić trzeba, że nierzadko właśnie z ręki człowieka. 

Dla mnie Biuro kotów znalezionych to niezwykle ważna pozycja. Reprezentuje sobą wszystko to, w co sama wierzę. A wierzę w swoich braci mniejszych. Podziwiam zatem i Kingę Izdebską, i wszystkich ludzi, którzy na co dzień pomagają kotom, niekiedy narażając się na docinki w stylu kociej mamy, drugiej Violetty Villas, czy innych uszczypliwości. Dzięki takim ludziom wciąż wierzę w dobroć tkwiącą w naszych sercach i jest mi to bardzo potrzebne, bo zazwyczaj wiarę tę odbierają mi oprawcy, o których ciągle słyszy się w mediach. Moja własna kotka Cori padła ofiarą takiego bestialstwa - naiwnie wierząc w człowieka, podeszła do kogoś i jedyne, co na tym zyskała, to ułamany ząb i szyty pyszczek. Słowo daję, że polałaby się krew, gdybym tego kogoś przyłapała na gorącym uczynku. Nie tak wyobrażam sobie dobro mojego zwierzęcia...

Nie przeszkadza mi zatem spartański styl książki Kingi Izdebskiej. Przy takiej tematyce wręcz nie chciałabym zagłębiać się w smutne historie napisane tylko po to, by wywołać łzy. Po stokroć wolę pragmatyzm opisów, pokazujący dokładnie to, co naprawdę dzieje się w życiu wolontariusza prowadzącego dom tymczasowy. Ponadto cenię sobie piękne wydanie tej pozycji. Wnętrze kryje w sobie mnóstwo kotów, a mój własny egzemplarz dodatkowo uwagi od autorki do poszczególnych fragmentów tekstu.

Z lektury jestem bardzo zadowolona. Zdaję sobie sprawę z tego, że tematyka dotyczy raczej wąskiego grona - czytających kociarzy z potrzebą niesienia pomocy braciom mniejszym. Lecz tak na dobrą sprawę może warto byłoby sięgnąć po tego typu książkę, by przekonać się, że wolontariusze, karmiciele i pomagający kotom wcale nie są tacy nawiedzeni, za jakich powszechnie się ich uważa? Polecam.

Ocena:



5 komentarzy:

  1. Ciekawy tytuł, słodka okładka i wspaniała recenzja - nie widzę innej możliwości, jak przeczytanie tej powieści :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale cudna!!!! Właśnie takiej książki mi teraz potrzeba :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wolontariusze odwalają kawał dobrej roboty. Dobrze, że autorka postanowiła opisać jej starania w książce :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jedno z moich książkowych marzeń :)

    po-uszy-w-ksiazkach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. O matko! Zachęciłaś mnie. Śliczna okładka, kot...ciekawa recenzja. Dodaję do listy życzeń. ;D
    Jeśli możesz, zajrzyj do mnie. Dopiero zaczynam, dlatego wyrozumiałość i komentarze mile widziane. :)
    http://ksiazkigolabia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię i zapraszam ponownie!