STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

20 czerwca 2014

"Światło się mroczy" - George R.R. Martin


George R.R. Martin kojarzy się nam przede wszystkim z Pieśnią Lodu i Ognia. Zanim jednak w jego genialnym umyśle zrodziło się Siedem Królestw, słynny pisarz zadebiutował na rynku powieścią Światło się mroczy. Przyznaję, że wybierając tę książkę na lekturę, poleciałam na nazwisko. W ogóle nie wzięłam pod uwagę tego, że to faktycznie jest debiut i ma prawo... odstawać jakością od sztandarowego dzieła Martina.

Nie mogę z czystym sumieniem napisać, że poświęcony temu debiutowi czas był zmarnowany. W gruncie rzeczy była to całkiem dobra historia. Kłopot w tym, że nie tak dobra jak Pieśń Lodu i Ognia. Uważam, że warto przeczytać Światło się mroczy chociażby po to, aby na własne oczy przekonać się o tym jak bardzo wyewoluował styl Martina. Różnica jest kolosalna i sądzę, że gdyby pisarz wydał swoją debiutancką powieść po opublikowaniu swojej najsłynniejszej (i jedynej) sagi, to nikt by nie uwierzył, że napisała ją ta sama osoba. By jeszcze bardziej docenić wysiłek autora w związku ze stworzeniem Westeros, warto najpierw zobaczyć jak powstawał Worlorn. A powstawał w dość chaotyczny sposób...

Akcja rozgrywa się na umierającej planecie, niegdyś pięknej i cywilizowanej, a dziś będącej zaledwie cieniem swojej dawnej świetności. Na niespodziewane wezwanie dawnej ukochanej Gwen, na Worlorn przybywa Dirk t'Larier. Ma nadzieję, że dawne czasy powrócą, lecz nie zdaje sobie sprawy z tego, że to niemożliwe. Coś jest nie tak i mężczyzna będzie musiał dowiedzieć się o co chodzi. A to, niestety, nigdy nie jest łatwe...

Światło się mroczy to klasyczna space opera, historia miłosna rozgrywająca się w kosmosie. Można by się spodziewać, że będzie to fascynująca opowieść o uczuciu pokonującym wszelkie granice, ale nie - w debiucie Martina jest to bardzo nużąca i dłużąca się opowiastka. Zwykle lubię space opery i jaram się wszystkim, co ma związek z kosmosem, ale tutaj czułam się nie tyle rozczarowana, co poirytowana: tym, że autor powieści wydłużał ją na siłę, przypisywał jej drętwą i pompatyczną filozofię, zaś bohaterów kreował na papierowe i bezpłciowe osoby. Mimo że Pieśń Lodu i Ognia ciągnie się niemiłosiernie, to tam ciągle coś się dzieje. Tutaj brakuje tej aury nerwowego oczekiwania na to, co będzie dalej. Widać, że George Martin przeszedł bardzo długą drogę od debiutującego pisarza do genialnego artysty, którego kunszt podziwiają fani na całym świecie.

Czytając tę książkę, w pewnym momencie zrozumiałam, że trochę niesprawiedliwie oceniam ją przez pryzmat największego dzieła Martina. I boję się, że wiele osób zareaguje ponownie - gdy sięgną po Światło się mroczy, bo napisał ją Martin, srogo się zawiodą. Lepiej byłoby najpierw przeczytać jego debiut, a dopiero potem wziąć się za Pieśń Lodu i Ognia. Niestety, obawiam się, że dzięki sławie, którą pisarz zawdzięcza serialowi, mamy na świecie niewiele osób, które mogłyby tak zrobić. Trzeba chyba zaczekać na dorastające pokolenie fanów...

W tej powieści uwidaczniają się braki, które autor uzupełnił, zanim zabrał się do pisania Gry o tron i kolejnych tomów, niemniej jednak muszę przyznać, że wymierająca na Worlornie cywilizacja została przez Martina wyśmienicie przedstawiona. Towarzysząca jej historia, a także dość burzliwe dzieje planety złożyły się w zaskakująco ciekawy wątek. Poznawanie wszystkiego było dla mnie prawdziwą przyjemnością - szkoda jedynie, że zabiło ją wiele innych czynników. Gdyby nie one, pewnie mogłabym uznać debiut najsłynniejszego żyjącego pisarza fantasy za udany. A tak nie mogę tego zrobić bez oszukiwania samej siebie, i Was.

Tak jak pisałam wcześniej, warto zapoznać się z powieścią Światło się mroczy i dowiedzieć się jak debiutował George Martin i jakie miał pomysły przed Pieśnią Lodu i Ognia. Lektura tej książki może pomóc w lepszym poznaniu jej autora i z pewnością sprawi, że bardzo szybko sięgniecie po Grę o tron, aby zatrzeć niezbyt miłe wrażenie po debiucie Amerykanina. Lepszy taki debiut niż żadny! Dobrze zresztą się stało, że Martin nie zraził się do pisania, w przeciwnym wypadku nie poznałabym Tyriona, Jaime'a, Daenerys i Jona Snowa.

Światło się mroczy, George R.R. Martin, Zysk i S-ka 2014, s. 396.

7 komentarzy:

  1. Planowałam przeczytać tą książkę, ale czytając twoją recenzję zaczęłam się bać, czy moja miłość to Martina nie umrze :/ Pewnie nie, ale jak to mawiają, niesmak pozostanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od dawna planuję zagłębić się w Pieśnią Lodu i Ognia, więc pewnie kiedyś i po debiutancką powieść autora sięgnę

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś nie czuję mięty do tego autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pieśń Lodu i Ognia przeczytałam już ponad rok temu, przynajmniej te części, które są wydane, i cóż, jestem zachwycona jak większość :3 Ale po ten debiut raczej nie sięgnę, niech pan Martin nie psuje sobie opinii u mnie^^ Oczywiście żart, jeśli książka jest słaba, to po prostu by mnie nużyła, więc raczej sobie odpuszczę, niech debiuty tego oto pana pozostaną dla mnie owiane tajemnicą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiedziałam, że to debiut Martina, ale tak coś czułam, że nie jest to książka zbyt udana. Poza tym nie lubię gatunku space opery, więc już samo to mnie odstrasza.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie dla mnie niestety :) W sumie na "Grę o tron" też nie mam ochoty, ale to za sprawą nudnego serialu, który skutecznie mnie zniechęcił :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przyznam szczerze, że nie wiedziałam nawet o istnieniu tej książki. Uważam jednak za wspaniałe, że mimo popularności autora ktoś interesuje się jego wcześniejszymi pozycjami. Mimo wszystko czuję się mocno zachęcona recenzją i z pewnością sięgnę po tę space operę!

    Tymczasem, zapraszam do mnie: http://ksiazkowa-zmija.blog.pl/

    Pozdrawiam, Lady Viper.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię i zapraszam ponownie!