STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

10 sierpnia 2014

"Demony miłości" - Eve Edwards

Recenzja poprzedniego tomu: Alchemia miłości

Historyczne powieści młodzieżowe nie cieszą się tak dużą popularnością jak ich odpowiedniki dla dorosłych, jednak systematycznie pojawiają się na rynku książki i kuszą młodzież przepięknie przedstawionymi realiami, świetnie dobranymi wątkami oraz dobrze wykreowanymi postaciami. Według mnie jest to doskonały sposób na to, by przemycić choć odrobinę historii do życia młodych czytelników, zwykle niechętnie podchodzących do wszystkiego, co wiąże się z zamierzchłymi czasami. Eve Edwards, której twórczość zaczęłam poznawać dzięki Alchemii miłości, należy do grona pisarzy tworzących w takim właśnie nurcie i naprawdę odnosi na tym polu spore sukcesy. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że idzie jej to lepiej niż Philippie Gregory, która jest co prawda królową powieści historycznych, ale dla młodzieży nie potrafi pisać - w przeciwieństwie do Edwards, dającej sobie radę bez problemu. Demony miłości to drugi tom jej serii zatytułowanej Kroniki rodu Lacey.

Podobnie jak to miało miejsce w pierwszym tomie, autorka po raz drugi zaprasza swoich czytelników na dwór królewski z czasów tudorowskich, a konkretniej - do okresu panowania Elżbiety I. Bohaterami opowieści nie są już jednak Ellie i Will, nad czym trochę ubolewałam, lecz Jane i James. Młody Lacey powraca na dwór po niebezpiecznych wojażach w Ameryce, zaś Lady Jane to wdowa po starszym człowieku, którego poślubiła, aby ojciec nie mógł jej wydać za kogoś, kogo nie będzie widziała w roli własnego męża. Młoda kobieta, tak jak Ellie przed poślubieniem Willa, nie wyobraża sobie małżeństwa bez miłości. Zresztą w jej sercu i tak od dawna gości James, problem tkwi jednak w tym, że los wiecznie rzuca im kłody pod nogi i przez to związek z Laceyem wydaje się być niemożliwy do zaaranżowania. Czy młodzi w końcu będą razem?

Nie będę ukrywać, że pytanie jest idiotyczne, niemniej jednak nie udzielę na nie odpowiedzi, bo może ktoś się mimo wszystko łudzi, że fabuły tej powieści nie da się przewidzieć. Prawdą jest, że zakończenie Demonów miłości zna się doskonale, zanim zacznie się je czytać. Atrakcją w tym przypadku jest jedynie dążenie do tego, by wszystko skończyło się tak, jak przewidzieliśmy. Fabuła kręci się zatem wokół wątku romantycznego Jane i Jamesa, który jest dość zawiły i w sumie dla mnie niepojęty, ale co ja tam wiem o czasach tudorowskich? Być może wtedy takie wieczne podchody były na porządku dziennym. Obecnie ludzie idą ze sobą do łóżka, zanim na dobre staną się parą. Chyba wolałabym jednak ten dwór elżbietański... Tak czy inaczej perypetie miłosne tej dwójki są całkiem ciekawe i nawet przyjemnie się je śledzi, lecz nie z aż tak dużym zaangażowaniem jak w Alchemii miłości. Zdecydowanie bardziej polubiłam Ellie i Willa - Jane wydaje mi się oschła i wyobcowana, a James to dziwak i w ogóle nie pałam do niego sympatią. Trochę szkoda, że zabrakło jakichś fajerwerków...

Tym razem, ku mojemu głębokiemu rozczarowaniu, dwór Tudorów został niejako zepchnięty na dalszy plan. Wprawdzie w fabule wielokrotnie wspomina się o odkryciach geograficznych i kwestii kolonizowania nowych ziem, jednak brakuje tu elementów politycznych, tamtejszych zawiłości na dworze, a zwłaszcza samej Elżbiety I, która jest absolutnie fascynującą postacią i warto o niej pisać zawsze, nawet w książkach dla młodzieży. Można powiedzieć, że Eve Edwards kosztem całej tej historycznej otoczki wykreowała iście harlequinowski wątek miłosny, ale dla mnie to trochę za mało. Chciałabym jednak podkreślić, że książka bardzo spodoba się miłośniczkom pięknych historii o miłości, którą to autorka opisała w sposób nieodbiegający od ówczesnych realiów. O dziwo, zachował się również dawny język arystokracji, co bardzo się pisarce chwali.

Demony miłości to udana, choć wyraźnie słabsza kontynuacja Alchemii miłości. Nawet jeśli w tekście brak jest elementów urozmaicających fabułę, sądzę, że warto ją przeczytać, zwłaszcza gdy miało się styczność z pierwszym tomem Kronik rodu Lacey. Zawsze może się okazać, że ta książka powstała jako przeciwwaga dla dużo bardziej obfitującej w akcję części pierwszej i stanowi przedsmak dla równie ekscytującej Gry o miłość.

Demony miłości (Kroniki rodu Lacey #2), Eve Edwards, Egmont 2013, s. 230.

3 komentarze:

  1. Przepiękna okładka - wydawnictwo Egmont ma takich naprawdę sporo, jestem ciekawa tej książki, lubię powieści historyczne, barwne postaci i wielowątkowość <3

    http://dzikie-anioly.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba się skuszę na tę trylogię. Lubię powieści historyczne, gdyż interesuję się historią, a tym bardziej te dla młodzieży.

    http://dusza-w-ksiazkach.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie kiedyś spróbuję :) Okładki Egmontu są magiczne i historie też wydają się takie być, ale wiadomo - różnie bywa.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię i zapraszam ponownie!