STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

31 stycznia 2014

Podsumowanie stycznia

Po raz pierwszy mogę bez wyrzutów sumienia powiedzieć Wam, że mój plan na dany miesiąc został wypełniony niemal w stu procentach. Udało mi się zaliczyć sesję i napisać ten nieszczęsny rozdział magisterki - i tylko rozpoczęcia kolejnego mi zabrakło. Jestem z siebie dumna, bo wreszcie mogę zająć się pisaniem zaległych recenzji! W tym miesiącu przeczytałam nieco mniej pozycji, a wszystko przez to, że zachciało mi się w końcu zadbać o wzrok. Tym samym będę się starała w pierwszej kolejności nadrobić zaległości, a następnie ruszyć z kopyta z czytaniem. Na szczęście pisanie nie powinno zająć mi wiele czasu.

Co z nowości? W sumie mam Wam do zakomunikowania dwie sprawy. Pierwszą jest krok naprzód ze Zrecenzujemy: wreszcie zarezerwowaliśmy domenę .pl! Czeka mnie teraz dobieranie szablonu oraz migracja na nową platformę, co pewnie zajmie trochę czasu, ale warto czekać na efekty. Drugą sprawą jest mój nowy blog, na który zaproszę Was w momencie, gdy będzie gotowy. Tam znajdą się wszystkie te sprawy, o których chciałabym pisać, lecz niekoniecznie na blogu kulturalnym, jakim niewątpliwie jest ten blog.

A oto styczniowe statystyki bloga:
- odwiedziły mnie 7977 nowych osób;
- łącznych odwiedzin było 84 453
- blog ma 290 obserwatorów, 250 fanów na Facebooku i 243 osoby w kręgach Google+.

Przeczytałam pięć tytułów:

1. Gorączka 2, Dee Shulman
2. Kłamstwa Locke'a Lamory, Scott Lynch [RECENZJA]
3. Dziedzice krwi, Mateusz Sękowski [RECENZJA]
4. Magia indygo, Richelle Mead
5. Pomnik Cesarzowej Achai. Tom III, Andrzej Ziemiański

Łącznie było to 2661 stron, czyli jakieś 85 stron dziennie. 

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Dziedzice krwi"
Najlepsza Książka: "Pomnik Cesarzowej Achai. Tom III"
Najgorsza Książka: brak

PLAN NA LUTY? Napisać zaległe recenzje, czytać więcej, ale z umiarem i wystartować z nowym blogiem.


30 stycznia 2014

"Siedem minut po północy" - Patrick Ness



Tytuł: Siedem minut po północy
Autor: Patrick Ness
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 216





Siedem minut po północy trzynastoletniego Conora odwiedza potwór. Przybiera on formę starego cisowego drzewa i z założenia ma uosabiać największe lęki chłopca. Jednak wcale nie tak łatwo go przestraszyć, bowiem to, co najgorsze, dzieje się w jego życiu na co dzień. Matka chłopca choruje na nieuleczalną chorobę, przy której kolejne, momentami eksperymentalne, terapie nie dają rezultatu. Świadomość nieuchronności losu powoli kiełkuje w umyśle Conora, jednak na samym wstępie historii widać doskonale, że wciąż pozostaje w fazie zaprzeczenia. Z tego względu cisowy potwór pragnie mu pomóc w zrozumieniu tej trudnej sytuacji.

Patrick Ness nie napisał książki Siedem minut po północy po to, by czytelnik zrelaksował się przy lekturze. Ba, nie napisałby jej wcale, gdyby nie pomysł Siobhan Dowd, która zmarła na raka, zanim udało jej się przelać myśli na papier. Krótka, acz wartościowa historia Conora to hołd złożony jej twórczości i muszę przyznać, że dawno nie miałam do czynienia z tak dobrym pomysłem. Ta powieść zawiera w sobie całą prawdę o życiu!

Główny bohater bardzo szybko przekonuje się, że cis nie przychodzi do niego po to, by go straszyć, lecz po to, by wysłuchał trzech historii. Czwartą ma opowiedzieć sam. Co ciekawe, żadna historia opowiedziana przez potwora nie służy przedstawieniu rad odnośnie życia. Odnoszę wrażenie, że chodzi w nich raczej o pokazanie tego, że w życiu nic nie jest do końca pewne i nie możemy się spodziewać, że wszystko zawsze pójdzie po naszej myśli. Potwór jest zatem imaginacją chłopca pomagającą mu w pogodzeniu się z tym, co nastąpi.


Siedem minut po północy to bardzo mądra książka przeznaczona nie tylko dla młodszego czytelnika. I starszy może bowiem dojść do ciekawych wniosków po jej lekturze. Przedstawiona przez Patricka Nessa historia jest banalnie prosta, ale w tym też tkwi jej urok. Podobnie jak Moja siostra mieszka na kominku w najprostszy sposób przekazuje wartości, a co za tym idzie - daje do myślenia. Jest przy tym niesamowicie wzruszająca, gdyż łatwo uronić parę łez, czytając o chłopcu, który tak mocno kocha swoją mamę, że nie potrafi dopuścić do siebie myśli, by mógł ją stracić, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nic już nie da się zrobić. Postać Conora jest pięknie wykreowana i z przyjemnością czyta się o jego losach. Czytelnik mimowolnie zaczyna odczuwać smutek i żal z powodu nieszczęścia chłopca, choć jest to wymyślony bohater. Trudno jest, czytając tę książkę, nie czuć nic, gdyż ona bazuje głównie na emocjach - wywołuje w człowieku niesamowite stany, smuci i zatrważa, choć jest niemiłosiernie krótka i dziecinna. Nie ma w tym jednak nic złego.

Po raz drugi przekonuję się, że historia napisana w tak prosty sposób potrafi wywrócić cały mój światopogląd do góry nogami. Jestem głęboko poruszona opowiedzianą przez Patricka Nessa, a zapoczątkowaną przez Siobhan Dowd historią Conora walczącego z własnymi demonami. To przepiękna, gorzko-słodka opowieść o akceptacji nieuchronności losu, życiu i śmierci, miłości i przyjaźni, a najbardziej o dziecięcym spojrzeniu na to wszystko razem wzięte. Szczerze ją polecam wszystkim swoim czytelnikom i powiem więcej: gdyby takie książki były lekturami szkolnymi, wcale nie byłoby tak źle z naszym czytelnictwem. 

Siedem minut po północy jest nie tylko wartościową lekturą - jest to również pięknie ilustrowana książka, wydana w zupełnie niekonwencjonalny sposób i mam nadzieję, że po przeczytaniu tej recenzji będzie ona zdobić także i Wasze półki. Naprawdę warto mieć ją na własność i raz na jakiś czas do niej powracać...

Ocena:



28 stycznia 2014

"Bogowie i wojownicy" - Michelle Paver



Tytuł: Bogowie i wojownicy
Seria: Bogowie i wojownicy
Tom: #1
Autor: Michelle Paver
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 304



Dziesięcioletni Hylas oraz jego młodsza siostra Issi są Osobnymi – odmieńcami urodzonymi poza murami wioski, wyklętymi przez społeczność oraz skazanymi na życie w ciągłym strachu. Jak na dwójkę dzieci pozbawionych opieki dorosłych całkiem nieźle dawali sobie radę z wszelkimi przeciwnościami losu, który i tak w końcu z nich zakpił, rzucając im pod nogi kolejne kłody. Zaczęli ich ścigać wojownicy zwani Krukami, z niewiadomych przyczyn zdeterminowani, by złapać rodzeństwo. W trakcie szaleńczej pogoni dziewczynka zniknęła, zaś chłopiec ledwo uszedł z życiem i musiał ratować się ucieczką. Jednak Hylas nie byłby sobą, gdyby nie postanowił odnaleźć siostry. W tym celu udał się w mrożącą krew w żyłach morską podróż, stanął oko w oko z Duchem, po czym wylądował na wyspie i poznał na niej Pirrę – dziewczynę, która prawdopodobnie mogłaby mu pomóc wyjść cało z opresji.

Nazwisko Michelle Paver jest mi znane, choć do tej pory nie miałam do czynienia z jej twórczością. Swoją pierwszą książkę autorka napisała po śmierci ojca w 1996 roku. W Polsce największą popularnością cieszyły się Kroniki Pradawnego Mroku kierowane głównie do dzieci i młodzieży. Bogowie i wojownicy otwierają nową serię jej autorstwa, tak samo dedykowaną młodszym czytelnikom. Osobiście wieszczę, że kolejny projekt Paver ma równie duże szanse, by zyskać uznanie Polaków. Jakaż przyjemna była to lektura!
Zacznijmy od tego, że doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że wyrosłam z takich książek przysłowiowe wieki temu. Wydawnictwo Uroboros przyzwyczaiło mnie jednak do swoistej pewności, że z ich strony spodziewać się mogę wyłącznie interesujących powieści. Liczyłam, że pozycja Bogowie i wojownicy okaże się wciągającą przygodówką na miarę Pasa Deltory, lecz nie spodziewałam się, że aż tak dobrze wypadną! W istocie była to pasjonująca historia dwójki nastolatków, pełna niezwykłych wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Zadziwiła mnie mnogość wątków, a do tego bardzo przystępny styl autorki sprawił, że niemal zbierałam szczękę z podłogi. Takiego ćwieka nie wbił mi chyba żaden pisarz, z którym do tej pory miałam styczność.
Zauważyłam, że wątki mitologiczne są obecnie w modzie. Michelle Paver odważnie popłynęła z tym nurtem i zaserwowała swoim czytelnikom opowieść ze starożytnością i wszelkimi jej przejawami w tle. Ani mi w głowie wytykać to autorce! Pomysł tworzenia w takiej tematyce może i wydaje się wtórny, ale sądzą, że wielu czytelników zmieniłoby zdanie, dowiadując się, iż pisarka skupia się na epoce brązu, a więc nawet nie na czasach świetności cywilizacji takich jak Grecja czy Rzym. Jak dla mnie jest to dość odważny krok, bo jak ukazać w miarę dobrze postacie żyjące kilka tysięcy lat temu tak, aby nie wyszło to zbyt sztucznie? Uważam, że Paver wyszła z tego pojedynku obronną ręką, bowiem jej pomysły są świetne, a bohaterowie naturalni, nieprzekombinowani i na swój sposób uroczy.
Zaskakuje również to, że choć wątków jest całe mrowie, to jednak bez trudu można się w tym wszystkim połapać. Autorka dość klarownie przedstawia wydarzenia i przemilcza tylko to, czego nie chce zdradzić w danym rozdziale lub w ogóle w całym tomie. Dzięki temu powieść nabiera rumieńców i intryguje, a czytelnik nie ma czasu się nudzić, gdyż łapie się na tym, że na dobre wsiąka w to, co dzieje się w Bogach i wojownikach. A gdyby komuś było mało przygód, to Michelle Paver prezentuje również kilka całkiem uniwersalnych motywów, których celem jest nauczenie młodych odbiorców czegoś istotnego w życiu. Tym sposobem w powieści nieraz można znaleźć mądre słowa na temat rodziny, przyjaźni, odwagi czy nawet religii. Czuję się doprawdy oczarowana faktem, że tak prosta opowieść jest w stanie tak wiele zaoferować potencjalnemu czytelnikowi.
Bardzo podobała mi się kreacja świata przedstawionego oraz bohaterów. Autorka obrazowo i w przystępny sposób prezentuje opisy przyrody, a jej lekki styl sprawia, że o wszystkim czyta się z prawdziwą przyjemnością. Treści nie są zbyt rozbudowane i trzeba pamiętać o objętości książki, która pozostawia wiele do życzenia (wolałabym więcej!), niemniej jednak całość jest tak dopracowana i łatwa w odbiorze, że każdy będzie zadowolony z lektury. Jeśli zaś mowa o bohaterach, to nie mogłabym nie docenić trudów autorki związanych z wykreowaniem tak ciekawych jednostek. Hylas jest odważny i gotów do największych poświęceń, zaś Pirra mądra i rezolutna. Grzechem byłoby pominąć przy tym Ducha – postać najwspanialszą w całej książce i o tyle zaskakującą i enigmatyczną, że nie wspomnę, kim lub czym się okazuje.
Bogowie i wojownicy są lekturą dobrą dla każdego – zadowolone powinny być i dzieci, jak również dorośli, o ile docenią urok historii zaprezentowanej przez Michelle Paver. Dla mnie jest to książka, co do której będę żywić ciepłe uczucia, bowiem zapamiętam na zawsze ile przyjemności dało mi kilka chwil przy niej spędzonych. Oczywiście najbardziej rekomenduję ją młodym odbiorcom, bo to głównie do nich autorka adresuje tą niezwykłą powieść. Nie zaprzeczę jednak, gdy ktoś zapyta, czy po najnowszą serię autorki mogą również sięgnąć starsi czytelnicy. Mogą – i ja bez wyrzutów sumienia im ją polecam. Czasami warto wrócić do dziecięcego świata!

Ocena:




Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

27 stycznia 2014

"Iskra" - Amy Kathleen Ryan



Tytuł:
Iskra
Seria: Gwiezdni wędrowcy
Tom: #2
Autor: Amy Kathleen Ryan
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 407




Całkiem niedawno, bo w kwietniu zeszłego roku, rozpływałam się nad Blaskiem, który sprawił, że po raz pierwszy w życiu zwróciłam uwagę na space operę. Do tej pory była mi raczej obca i wręcz od niej stroniłam. Jakże byłam głupia! Pierwszy tom Gwiezdnych wędrowców spodobał mi się tak bardzo, że nie mogłam się doczekać chwili, w której wezmę do ręki kontynuację i powrócę myślami na pokład Empireum.

Amy Kathleen Ryan to kolejna z rzędu autorka, która przeczy tezie, jakoby drugie tomy zawsze były gorsze od pierwszych. Guzik prawda - choć jest wiele przykładów na poparcie tej tezy, to i tak zazwyczaj można też znaleźć pisarza, który jej zaprzeczy. Co prawda autorka Blasku i Iskry nie przebiła pod tym względem Miry Grant, będącej w mojej opinii niekwestionowaną mistrzynią, lecz depcze jej po piętach.

Na Empireum rządzi teraz Kieran. Niestety, z pogodnego i normalnego chłopca nic już nie zostało - na jego miejscu pojawił się przywódca sekty i - jakby nie patrzeć - kretyn pozbawiony zdrowego rozsądku. To z jego powodu Seth siedzi w więzieniu bez żadnych szans na sprawiedliwy proces. Za bardzo nie ma też dokąd uciec, gdyż ogranicza go przestrzeń statku kosmicznego, którym podróżują. Z kolei dla Waverly przemiana Kierana to prawdziwy cios w serce. Z pewnością nie tego spodziewała się po nim spodziewała, wracając z bliźniaczej jednostki opanowanej przez nawiedzoną staruszkę. Na dodatek dziewczyna boryka się z wyrzutami sumienia i obwinia o pozostawienie dorosłych na pokładzie Nowego Horyzontu. A jako że los lubi płatać ludziom figle, to na dokładkę na Empireum grasuje sabotażysta. Waverly musi szybko odnaleźć osobę odpowiedzialną za eksplozję na statku, inaczej życie stracą wszyscy, a na Nową Ziemię nie trafi żaden człowiek...

Iskra jest nie tylko udaną kontynuacją Blasku. To także wspaniały przykład tego, że historie dojrzewają - ulegają zmianom, przekształcają się, nabierają ukrytej głębi. To już nie jest tylko historia o locie kosmicznym statkiem, bowiem w grę zaczynają wchodzić elementy polityki, a co najciekawsze - także i wiary. Wspominałam o tym już przy okazji recenzji pierwszego tomu, ale nie sposób pominąć te kwestie teraz, gdy akcja nabiera rozpędu, a fabuła przesiąknięta jest wątkami znacznie dojrzalszymi i skłaniającymi do refleksji. Duże znaczenie zyskuje również wątek władzy i dążenia do utrzymania jej wbrew wszystkiemu. Kieran to wzorcowy i wręcz podręcznikowy przykład idioty, który leci na stołek przywódcy, w ogóle nie patrząc na konsekwencje swoich czynów. Pukam się w głowę, gdy pomyślę, że mogłam go lubić. Teraz nie mogę patrzeć nawet na jego imię pojawiające się w książce. Przy czym podkreślam, że mam tak bardzo rzadko.

Podoba mi się za to postać Setha, któremu autorka dała niewiele pola do popisu w Blasku, zapewne po to, by mógł rozwinąć skrzydła w następnej odsłonie Gwiezdnych wędrowców. Muszę przyznać, że podoba mi się postawa tego chłopaka - niby taki z niego recydywista, ale jednak widać, że to co robi, robi z myślą o członkach załogi. Prawda, że brzmi to lepiej niż Kieran drżący o swoją ciepłą posadkę? Otóż właśnie. Ale nie tylko Seth jest godzien uwagi, bo i z Waverly sprawa ma się dużo lepiej niż poprzednio. U niej najbardziej widać dążenie do tego, by na Empireum zapanował spokój. Widać też jak bardzo zależy jej na powrocie rodziców i obaleniu przywódczyni Nowego Horyzontu. Waverly jest niezwykle upartą osobą i z pewnością jeszcze niejeden raz uda jej się mnie zaskoczyć. Mam nadzieję, że tylko pozytywnie!

Toczący się gdzieś w tle wątek miłosny dodaje smaczku tej i tak już bardzo dobrej historii. Jego największym plusem jest to, że dzieje się pomiędzy wydarzeniami i nie wysuwa się na pierwszy plan. Tak samo zresztą wygląda kwestia normalnego życia na pokładzie Empireum. Autorka daje nam wgląd w codzienność mieszkańców, nie zapominając o tym, że nie o to w tej historii chodzi. Naprawdę fajnie to wypada. A jeśli dodać do tego porażające zakończenie, to czego chcieć więcej!?

Jestem zachwycona lekturą Iskry i nie byłabym sobą, gdybym Wam jej nie poleciła. Jeśli tylko czytaliście pierwszy tom, nie wahajcie się i lećcie do księgarni lub biblioteki, bo naprawdę warto! A jeśli przygoda z Gwiezdnymi wędrowcami jeszcze przed Wami, to mogę Wam zagwarantować, że przy obu książkach Amy Kathleen Ryan nie będziecie się nudzić. Ja już nie mogę się doczekać trzeciego tomu i z pewnością przeczytam go od razu po premierze. Oby tylko ta historia skończyła się tak jak to sobie wyobrażam...

Ocena:




GWIEZDNI WĘDROWCY:
Blask | Iskra

21 stycznia 2014

"Gone: Zniknęli. Faza szósta: Światło" - Michael Grant



Tytuł: Faza szósta: Światło
Seria: Gone: Zniknęli
Tom: #6
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 373



Możecie już opuścić ETAP - napisał Michael Grant w Świetle wieńczącym jego bestsellerową i przez wielu (w tym mnie) ukochaną serię Gone. Kłopot w tym, że ja wcale nie chciałam go opuszczać. Pokochałam tę mocno wynaturzoną historię oraz jej różnorodnych bohaterów, więc to oczywiste, że wolałabym czytać o Perdido Beach w nieskończoność. Ale wiedziałam, że ten dzień prędzej czy później nadejdzie. Autor otwarcie mówił o zakończeniu serii. Światło zbliżało się nieubłaganie, a ja jednocześnie chciałam i nie chciałam jego premiery. Nienawidziłam Granta za doprowadzenie Gone do końca i zarazem byłam mu wdzięczna, że je dokończył.

I w końcu nadszedł ten dzień. Sięgając po tę powieść, nie bardzo wiedziałam czego się po niej spodziewać. Zastanawiałam się, czy w końcu autorowi uda się doprowadzić mnie do łez? Wszak do tej pory zdążył mnie już niejednokrotnie wytrącić z równowagi, ale reagowałam złością i niezadowoleniem, a nie wzruszeniem. Pewna byłam tylko dwóch rzeczy: Światło będzie ohydne jak wszystkie pozostałe tomy cyklu i będzie epickie.

Bariera okalająca Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej stała się nieprzewidywalna. Najpierw pogrążyła Perdido Beach w ciemnościach, a zaraz potem zrobiła się przezroczysta. Tuż za jej granicami widać było normalny świat. Tyle, że świat ETAP-u nie był normalny i z pewnością nie można było powiedzieć o mieszkających w nim dzieciakach, by zachowały choć odrobinę normalności - mutacje, morderstwa i Gaiaphage zrobiły swoje. Wszyscy wiedzieli, że cała ta farsa powoli dobiega końca, ale jak to się skończy dla jej ofiar - tego nie wiedział nikt. Świadomość tego, co stało się w miasteczku, sprawiła, że część mieszkańców wolałaby, by ETAP pozostał nienaruszony. Większość marzyła jednak o powrocie do rodzin. Niestety, kosmiczny potwór nazywający siebie Gaiaphage znalazł sposób, by stać się potężniejszym przeciwnikiem dla Małego Pete'a i posiadł ciało Gai, siejąc wokół siebie zamęt i zniszczenie. Ludzie przebywający na zewnątrz widzieli co dzieje się w ETAP-ie - i znowu część chciała zmieść go z powierzchni ziemi, a część, w tym i papież, nawoływała do okazania współczucia. Koniec był coraz bliżej... Ale czy powinno do niego dojść?

Choć nazywam siebie wielką fanką Gone, nie snułam z nikim teorii spiskowych i nie szukałam ich w sieci. Miałam własne przypuszczenia, ale wolałam zachować je dla siebie. Jak się okazało, miałam rację, gdyż zakończenie wyglądało dokładnie tak jak się spodziewałam. Nie to, bym czuła się rozczarowana! Po prostu wiedziałam, że jest to najsensowniejsze wyjście z sytuacji i nie zdziwiłam się, gdy autor zdecydował się właśnie na nie. Ale jakże ja nie chciałam, by ta historia dobiegła końca! Wściekłam się nawet, gdy przyszła do mnie książka i okazała się taka cieniutka - przy poprzednich wygląda marnie. Jeśli już jest koniec, to powieść, zwłaszcza zawierająca tak świetną historię, powinna mieć z tysiąc stron. I pewnie widzieliście to na wielu blogach, ale i ja nie zgodzę się ze słowami Pete'a: zakończenie wcale nie jest najlepszą częścią historii. Jest najgorszą, bo gdy nadejdzie koniec, w sercu pozostaje jedynie pustka...

Michael Grant zadbał o to, by przy lekturze Światła targało mną mnóstwo emocji. Były krzyki, żal, oburzenie, a nawet potężny gniew, ale łez nie. Nie wiem dlaczego, bo przecież dość mocno przeżywałam losy moich ulubieńców... Powodem pewnie jest to, że autor jednak przyzwyczaił mnie do negatywnych emocji, wywoływanych głównie przez wszechobecną w Gone ohydę. W książce nie zabrakło również akcji, która prężnie posuwała się naprzód i jak zwykle trzymała mnie w napięciu do ostatnich minut. Strasznie mi się podobało, że pisarz dał wreszcie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Wielokrotnie też mnie zaskakiwał niecodziennymi rozwiązaniami, a i muszę przyznać, że poziom obrzydzenia osiągnął w Świetle swój punkt kulminacyjny. Tego, co leżało na dnie jeziora, nie zapomnę do końca życia!

Pragnę wyrazić swoją wdzięczność autorowi za to, że postanowił napisać tak dobrą serię i że dał nam możliwość poznania jej zakończenia. Już zawsze będę z rozrzewnieniem wspominać Gone i tak na dobre nigdy ETAP-u nie opuszczę, bo będę do niego powracać wielokrotnie w swoim życiu. Sama, Edilia i Małego Pete'a będę wspominać z sentymentem, bo były to postacie do bólu prawdziwe i wyjątkowe. Historia Perdido Beach na zawsze pozostanie w mojej pamięci i zapewne jeszcze przez długi czas będę rozpamiętywać wydarzenia, które miały tam miejsce. Na szczęście mogę też liczyć na to, że serial na podstawie Gone w końcu ujrzy światło dzienne i będę mogła na nowo przeżywać to, co w książkach. Dziękuję również Jaguarowi, że w swej przenikliwości postanowił wydać książki Granta w Polsce i sprawił nam wszystkim tyle radości.

Ocena:


20 stycznia 2014

"Prawdziwa królowa" - Andrew Marr




Tytuł: Prawdziwa królowa
Autor: Andrew Marr
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 400




Kobieta uśmiechająca się nieśmiało z okładki to jedna z najważniejszych osób w Zjednoczonym Królestwie. Zazwyczaj widujemy ją w telewizji, rzadko kiedy na żywo, a  i tak większość z nas nigdy nie będzie miało okazji jej zobaczyć. Królowa Elżbieta II, bo to o niej mowa, rządzi Wielką Brytanią już 60 lat, a na tron wstąpiła, mając ich zaledwie 26. Dziennikarz Andrew Marr, autor Prawdziwej królowej, w formie biografii pokazuje nam nieznane życie brytyjskiej monarchini. I muszę przyznać, że wychodzi mu to dobrze.

Choć sprzeczałabym się z tym podtytułem - Elżbieta II, jakiej nie znacie, bo jednak sporo faktów znałam już wcześniej i nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Na szczęście zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma fizia na punkcie Windsorów i monarchii brytyjskiej, a to już spory postęp - kiedyś się dziwiłam, gdy ktoś nie znał podstawowych faktów. Tak czy inaczej biografia autorstwa Marra nada się zarówno dla laików, jak i starych wyjadaczy. Powiedziałabym wręcz, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie - ucieszą się i miłośnicy historii, i brytofile, i amatorzy biografii, i fani porządnej literatury non-fiction.

Analizę panowania Elżbiety II rozpoczyna autor od prezentacji czasów, w których rządził jej dziadek - Jerzy V. Nigdy nie przepadałam za tym monarchą, dlatego dużo bardziej ucieszyły mnie strony poświęcone Królowi Jąkale - ojcu obecnej królowej. Swoje pięć minut miał też jej niesławny wuj Edward, który nie wytrzymał na tronie nawet roku, bo od rządzenia wolał romans ze swoją wieloletnią kochanką, Wallis Simpson. Historia rodziny Windsorów, która zmieniła prawdziwe nazwisko na inne, byle nie kojarzyć się z nazistami, zdaje się mieć dla Marra duże znaczenie, gdyż autor wyraźnie doszukuje się w niej powiązań ze stylem panowania królowej Elżbiety. Ale bądźmy szczerzy - nie wszyscy poprzednicy monarchini palili się do rządzenia. Ona - w przeciwieństwie do wuja czy chociażby ojca, który rolą króla był przerażony - była do tego przygotowana. Od dziecka uczono ją wszystkiego, co przyda się jej w przyszłości. Kiedy przyszła na nią pora, z godnością przyjęła stanowisko i po dziś dzień służy społeczeństwu - tak bowiem pojmuje swój urząd.

Życie brytyjskiej królowej to istny cyrk - publiczne wystąpienia, akcje charytatywne, wyjazdy zagraniczne, wizyty dyplomatyczne to tylko kilka przykładów z jej codzienności. Do tego należy dołączyć spotkania z rządem, przeglądanie dokumentów i korespondencji, wydawanie bankietów i wiele innych obowiązków. Dziwne, że królowa znajduje czas dla swoich ukochanych piesków rasy corgi oraz wyścigów konnych, od których najchętniej w ogóle by się nie odrywała. A przecież nawet jeśli człowiek jest arystokratą, to musi mieć jakieś w miarę normalne życie - i tutaj w grę wchodzą spotkania z rodziną, zwłaszcza z księciem Williamem, jego żoną - księżną Catherine, a teraz także i ich synem, księciem George'm. Nie jest łatwe życie królowej. Ponadto biorąc pod uwagę, że Elżbieta II reprezentuje lud, ale nie ma wstępu do świata polityki, a mimo to ma z nią wiele wspólnego, można wręcz uznać, że ma przekichane. Jednak nawet to nie przeszkadza jej w byciu wspaniałą reprezentantką dynastii Windsorów - i za to ją podziwiam.

Najbardziej jednak rzuca się w oczy to, że Andrew Marr stara się pokazywać królową tylko z jak najlepszej strony. Celowo nie wspomina o wielu skandalach z jej udziałem i o opowieściach z czasów, gdy Diana Spencer była żoną księcia Karola, które od lat krążą w kuluarach, ale nikt o nich głośno nie mówi. A podobno prawdą było, że Elżbieta II i Diana się nie znosiły. Prawdą było, że w relacjach między nimi działo się coś niedobrego. Ale skoro Marr przyjął taką taktykę, to siłą rzeczy musiał oczerniać Lady Di. Jest to w sumie nieładny zabieg z jego strony, ale nie można odmówić mu prawdy: Diana w istocie miała być kapryśną gwiazdką łaknącą uwagi mediów, która by zwrócić na siebie uwagę, rzucała się ze schodów, będąc w ciąży z jednym z książąt. O tym jednak głośno się nie mówi, bo byłą księżną kreuje się na świętą i wielu wciąż ją za taką uważa...

Prawdziwa królowa to wspaniała biografia napisana świetnym językiem i prezentująca różne oblicza Elżbiety II. Znaleźć w niej można wiele ciekawych faktów o monarchii brytyjskiej, a także tych z życia samej królowej. W moim odczuciu jest to jedna z ciekawiej napisanych książek w tej tematyce i już zajmuje miejsce na mojej półce z ulubionymi pozycjami literatury wszelakiej. Gorąco Wam polecam dzieło Andrew Marra - nadaje się ono na lekturę nie tylko dla zapalonych fanów historii Wielkiej Brytanii, ale i dla osób, które lubią sobie poczytać porządną literaturę faktu. Prawdziwa królowa kwalifikuje się do obu kategorii. Majstersztyk!

Ocena:


18 stycznia 2014

"Dziedzice krwi" - Mateusz Sękowski





Tytuł: Dziedzice krwi
Autor: Mateusz Sękowski
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 418




Co prawda okładka szału nie robi, a o autorze nie dowiemy się z Internetu niczego, gdyż nie udostępnił swoim czytelnikom nawet krótkiego życiorysu, jednak już po lekturze pierwszych kilkudziesięciu stron Dziedziców krwi jedno i drugie przestaje mieć znaczenie. Ta książka jest po prostu dobra. Obrzydliwie, po polsku dobra.

Aerdin Veske jest ćwierćelfem, który od wielu lat podróżuje po świecie w poszukiwaniu morderców rodziców i poddanych. Gdy w jego rodzinnym domu doszło do masakry, Aerdin był jeszcze młodym chłopakiem, ale od tamtego czasu wydoroślał i skupił się na zemście, do której dąży po trupach, nierzadko korzystając z podstaw magii zakazanej dla wszystkich z wyjątkiem zrzeszonych magów. Znalezienie przestępców nie jest jednak takie łatwe: trop się urywa, zabójcy są niemalże nieuchwytni, a informacje o nich niepełne i pochodzące z różnych podejrzanych źródeł. Ścieżka bohatera jest niezwykle wyboista, a kłopoty piętrzą się przed nim stosami, że aż trudno nie zadać pewnego pytania... Czy Aerdin wypełni swoją misję?

Dziedzice krwi to pełnokrwista historia, którą czytałam z niekłamaną przyjemnością z uwagi na język, jakim ją napisano. Delikatnie stylizowany na starodawny, pełen kąśliwości, drapieżny i niestroniący od soczystych wiązanek - siłą rzeczy przypominał mi trochę styl Andrzeja Sapkowskiego. Wielokrotnie zaśmiewałam się do łez, czytając co niektóre dialogi Veskego i jego kompanów w podróży. Brawa dla Mateusza Sękowskiego, że potrafił w pełni wykorzystać swój talent, bo dzięki temu powieść jest naprawdę wartościową pozycją na półce.

Nie wiem, czy tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale Aerdin był bardzo podobny do Geralta. Nie dość, że potrafił walczyć i nieraz tylko on jeden wystarczył za cały oddział, to na dodatek posługiwał się magią, był nieprzyjemny w obyciu i raczej stronił od towarzystwa ludzi. Postać wykreowana w ten sposób nie mogła mi się nie spodobać - bardzo szybko polubiłam głównego bohatera i kibicowałam mu do samego końca. A trzeba przyznać, że przygód miał co nie miara! Ćwierćelf pakował się we wszelkie możliwe kłopoty, zupełnie jakby same go szukały, a tam, gdzie trwała jakaś bitka, można było się spodziewać i jego. W pewnym stopniu Aerdin był awanturnikiem i wpadał w tarapaty, ale spowodowane to było faktem, że robił to, by pomóc innym.

Opowiedziana w powieści historia charakteryzuje się wartkością - akcja płynnie biegnie do przodu i nie ma się czasu na nudę, zwłaszcza że bohater ma milion przygód mniej lub bardziej istotnych, o których czyta się szybko, chętnie i z uśmiechem na ustach. Oczywiście zdarzały mi się momenty, gdy zachowywałam powagę, bo - jakby nie patrzeć - świat przedstawiony w Dziedzicach krwi jest brutalny i mocno hartuje bohaterów. Może dzięki temu Sękowski napisał tak dobrą, dojrzałą historię.

Książka zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie i bez wahania polecam ją fanom polskiego fantasy. Kiedy czyta się tak obiecujące pozycje autorstwa rodzimych pisarzy uśmiech sam się pojawia na twarzy, bo to świadczy o tym, że i my potrafimy dobrze pisać. Mateusz Sękowski stworzył świat pełen niebezpieczeństw i wrzucił do niego wyrazistego bohatera, aby walczył z potworami, ludzką podłością i samym sobą. Polecam!

Ocena:


17 stycznia 2014

"Łza" - Lauren Kate



Tytuł: Łza
Seria: Łza
Tom: #1
Autor: Lauren Kate
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 472




Choć zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce Lauren Kate nie trzeba nikomu przedstawiać, to jednak dla mnie Łza jest pierwszym spotkaniem z jej twórczością. Wcześniej nie sięgałam po książki jej autorstwa, mimo że na mojej półce można dostrzec Upadłych. Dopiero pierwszy tom nowej serii pisarki zmienił moje podejście, a wszystko to za sprawą obłędnej okładki oraz świetnego imienia głównej bohaterki. Eureka to niecodzienne imię i muszę przyznać, że te dwa czynniki wystarczyły, bym z ochotą zabrała się do lektury.

Eureka Boudreaux straciła matkę w tragicznym wypadku. Jako że nauczono ją, by nigdy nie płakała, śmierć ukochanej osoby tłumiła w sobie. Skończyło się na próbie samobójczej i wizytach u psychiatrów, z którymi nastolatka nie chciała mieć do czynienia. Na dodatek mama pozostawiła jej w spadku trzy dziwne przedmioty związane z jej pracą archeologa, ale po co to zrobiła - tego Eureka nie potrafiła zrozumieć. Gdyby tego było mało, dziewczynę prześladuje tajemniczy chłopak o imieniu Ander. Czego od niej chce i jak skończy się ta znajomość? Na wszystkie pytania odpowiedź znajdziecie w książce.

Już wiem, że zwlekanie z zapoznaniem się z twórczością Lauren Kate było błędem. Łza zachwyciła mnie pod każdym możliwym względem i z przyjemnością wspominam mile spędzony nad nią czas. Przede wszystkim totalnie zakochałam się w zaprezentowanym przez autorkę wątki mitologicznym. Opisanie go wyszło jej tak naturalnie, że nawet Gwen Frost przy nim wymięka. Ponadto jest to mit dosyć rzadko wykorzystywany w powieściach dla młodzieży - ja jeszcze się z taką nie spotkałam. Wszechobecna woda dodatkowo potęguje owe piorunujące wrażenie, jakie wywarł na mnie ten wątek. Celowo nie wspominam o jaki mit chodzi, gdyż bardzo bym chciała, byście poczuli się równie zaskoczeni jak ja. To całkiem miłe uczucie!

Kolejnym plusem powieści jest jej niewątpliwie lekki i przystępny język. Lauren Kate bez problemu operuje słowem i dzięki temu Łzę czyta się w zastraszającym tempie, co w połączeniu z wciągającą fabułą sprawia, że książka znika w oczach! Trzeba się powstrzymywać, by nie przeczytać jej w jeden dzień. Spodziewałam się, że autorka będzie miała nieskomplikowany styl, ale nie sądziłam, że będzie on trzymał poziom. Choć Łza to typowy romans paranormalny, to jednak nie można mu zarzucić stylu dla półgłówków (czyli zbyt prostego), czy też fabuły, która nikogo nie zainteresuje. Pod tym względem powieść jest doprawdy genialnie napisana.

Zbrodnią dla książki byłoby nie wspomnieć o świetnie poprowadzonym wątku miłosnym. Nikogo z pewnością nie zdziwi, że Eureka i Ander poczują do siebie miętę - tak po prostu jest w paranormalach i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. Tak czy inaczej mylą się ci, co sądzą, że jest to kolejny głupawy romans dwojga nastolatków. Otóż nie! Związkiem głównych bohaterów kieruje przeznaczenie i właśnie to odróżnia ich miłość od tych opisywanych w dziesiątkach książek młodzieżowych. I nie mówię w tym momencie o przeznaczeniu w stylu "on na mnie spojrzał, jesteśmy sobie przeznaczeni". Tutaj chodzi o prawdziwe fatum ciążące na Eurece i Anderze. Muszę przyznać, że ich wątek prezentuje się znakomicie i jest kolejną już z rzędu cegiełką, która podpiera moją nader pozytywną opinię na temat świetnie napisanej Łzy.

Bardzo spodobała mi się również kreacja Eureki. Lauren Kate wykreowała ją na postać bardzo chwiejną i emocjonalną, lecz nigdy nie zapomniała o tym, by nastolatka nie roniła łez. Jest to wyjątkowo interesujący aspekt osobowości dziewczyny, gdyż wydaje mi się, że bardzo trudno jest nie płakać - chyba że choruje się na jakąś chorobę, która to uniemożliwia. Tym samym nasza chwiejna i emocjonalnie podchodząca do wielu spraw bohaterka tak naprawdę jest twarda niczym skała i nic nie może jej złamać. Andera z kolei uważam za niezwykle intrygującą postać, o której wciąż wiem za mało. Przyznaję jednak, że nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Eureka - wydawał mi się zbyt ckliwy i melancholijny. O przyjaciołach Eureki nie chciałabym się wypowiadać, gdyż uważam ich za mniej istotne dodatki, aby fabuła była pogmatwana, choć podpowiem Wam, że warto śledzić poczynania Brooksa, jako że w kolejnym tomie jego postać odegra znaczącą rolę.

Przyznaję się bez bicia - Łza autorstwa Lauren Kate spodobała mi się tak bardzo, że przebieram nogami na myśl o kontynuacji. Nie mogę się doczekać dalszych przygód Eureki i Andera, zwłaszcza że pod koniec pierwszego tomu akcja nabiera przyzwoitego tempa i jeszcze bardziej intryguje. Fabuła naprawdę mnie porwała i jestem pod wrażeniem pomysłu autorki. Z czystym sumieniem polecam Wam tę powieść, a sama idę wygrzebać Upadłych - kto wie, może i ta książka będzie tak wspaniałą lekturą, co Łza?

Ocena:




Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.

16 stycznia 2014

"Upadające królestwa" - Morgan Rhodes




Tytuł: Upadające królestwa
Seria: Falling Kingdoms
Tom: #1
Autor: Morgan Rhodes
Wydawnictwo: Gola
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 512




Niegdyś Mytica była jedną wielką krainą szczęścia i dobrobytu. Teraz podzielona jest na trzy odrębne królestwa - Auranos, Limeros i Paelsię. O ile to pierwsze zagarnęło najlepsze ziemie i dobrze prosperuje, o tyle dwa ostatnie żyją na skraju nędzy i powoli chylą się ku upadkowi. Rażące różnice między trzema królestwami doprowadzają do napiętych stosunków, które mogą prowadzić tylko do jednego - wojny. Rozlewowi krwi może jednak zapobiec pradawna magia. Od lat mówi się o wyjątkowej dziewczynce, która za pomocą swoich magicznych zdolności zdoła odnaleźć cztery artefakty przepełnione mocą i zapewniające władzę temu, kto je posiądzie. Rozpoczyna się wyścig z czasem - kto pierwszy zdobędzie tajemnicze kamienie?

Wspaniały świat stworzony przez Morgan Rhodes zachwycił mnie magią. I to taką, która wywołuje na plecach ciarki - pradawną, mroczną, zakazaną. Muszę przyznać, że autorce udało się stworzyć ten niepokojący, a zarazem przyciągający czytelnika klimat. Ale nie tylko magią Upadające królestwa żyją. Przede wszystkim zachwycające okazały się opisy trzech królestw, niby rozbudowane, a jednak przystępnie zaserwowane w tekście. Dzięki nim mogłam bez problemu zobrazować sobie poszczególne regiony, a dołączona do książki mapka dodatkowo rozbudziła moją wyobraźnię. Bardzo lubię wszelkie powieści, w których można znaleźć takie dodatki, dlatego dzieło Rhodes ma za to u mnie dużego plusa.

Do bohaterów również zdążyłam się przywiązać - w szczególności do księżniczki Cleiony, która była uparta i nieznośna, a zarazem uczuciowa i rozsądna. Generalnie w Upadających królestwach miałam do czynienia z prawdziwą plejadą bohaterów - i pewnie dlatego w książce umieszczono całkiem obszerny wpis ze wszystkimi postaciami występującymi w historii. Zapewne bez niego szybko bym się pogubiła, a tak wystarczyło zerknąć do spisu i wszystko stawało się jasne. Przy tak obszernie wykreowanych bohaterach taki zabieg jest według mnie obowiązkowy. Na szczęście autorka o tym nie zapomniała, a i świetnie poradziła sobie z wprowadzeniem na karty powieści tak wielu różnorodnych charakterów. Na początku mogą się oni czytelnikowi mylić, ale z czasem wrażenie zagubienia mija i czerpie się przyjemność z towarzyszenia im w niezwykłych przygodach.

W Mytice rządzą też moce silniejsze od zwykłych ludzi, dzięki czemu fabuła jest jeszcze ciekawsza i prezentuje się nader atrakcyjnie. Mowa o Obserwatorach - magicznych istotach, które mają na oku ludzkość i jestem przekonana, że w przyszłych tomach odegrają niemałą rolę. Właściwie cała fabuła roi się od niesamowitych wydarzeń - akcja rozwija się dość szybko i trzyma się na stałym poziomie, co daje masę wrażeń i nie pozwala się nudzić. Mnie ani przez chwilę nie dopadło znudzenie, a z czasem było nawet lepiej!

Upadające królestwa to świetna i wciągająca lektura na wieczór. Co prawda sporo jest w niej błędów (głównie literówek), ale spokojnie można przymknąć na to oko i cieszyć się dobrą opowieścią o magii, wojnie, walce dobra ze złem i bohaterstwie. Polecam!

Ocena:



15 stycznia 2014

Stos 1/2014

Kochani, oto pierwszy stos upolowanych przeze mnie książek prezentowany w roku 2014! Zdecydowanie jest to jeden z najlepszych stosów, jakie kiedykolwiek pokazywałam, bo zawiera kilka bardzo ważnych dla mnie książek, w tym zwłaszcza Nowy Jork zbuntowany. Nie mogę się również doczekać książek Philippy Gregory, która bardzo szybko podbiła moje serce. W przyszłym miesiącu będę musiała przystopować z zakupami, ale z drugiej strony jak mam to zrobić, skoro pracuję w księgarni i na co dzień widuję takie cuda jak chociażby Miłościwie nam panujący? Oj, ciężkie życie mola książkowego, gdy za pracę ma Kumiko...


Po lewej:

1. Chiny? Dlaczego nie..., Anna Karpa, Katarzyna Karpa [Novae Res]
2. Troje przeciw Światu Czarownic, Andre Norton [Nasza Księgarnia]
3. Gra Endera, Orson Scott Cards [Prószyński i S-ka]
4. Wołanie kukułki, Robert Galbraith [Publicat]
5. Milion słońc, Beth Revis [Publicat]
6. A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński, Emilia Witkowska-Nery [Novae Res]
7. Władczyni rzek, Philippa Gregory [Publicat]
8. Biała królowa, Philippa Gregory [Publicat]

Po prawej:

1. Królestwo słońca. Tom I, Brian D'Amato [Fabryka Słów]
2. Królestwo słońca. Tom II, Brian D'Amato [Fabryka Słów]
3. Kings of Leon. Sex on fire, Michael Heatley, Drew Heatley [SQN]
4. Smocza Cesarzowa, Juraj Červenák [Erica]
5. Wilk. Szlakami życia Jacka Londona, James Haley [Świat Książki]
6. Pani Kennedy i ja, Clint Hill, Lisa McCubbin [G+J]
7. Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów, Ewa Winnicka [PWN]
8. Wielka gramatyka języka angielskiego [Edgard]
9. Miłościwie nam panujący, Peter Conradi [Świat Książki]

I dodatkowo: Nowa Fantastyka 376 (1/2014) i Dzienniki kamikadze, Emiko Ohnuki-Tierney [Fontanna]

Widzicie coś dla siebie?
Co polecacie, a co odradzacie?

12 stycznia 2014

"Gra o tron" - George R.R. Martin



Tytuł: Gra o tron
Seria: Pieśń Lodu i Ognia
Tom: #1
Autor: George R.R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2003
Liczba stron: 774



Nie wypada obecnie mówić o współczesnej fantastyce, nie wspominając o twórcy Pieśni Lodu i Ognia. George R.R. Martin plasuje się w ścisłej czołówce najpopularniejszych i najbardziej utalentowanych żyjących pisarzy fantasy na świecie. Jego książki sprzedają się jak świeże bułeczki, mimo że autor pisze bardzo wolno i w dość kontrowersyjny sposób obchodzi się z wykreowanymi przez siebie postaciami. Pierwsze tomy sagi doczekały się bardzo dobrej adaptacji na małym ekranie, która, notabene, należy do moich ulubionych seriali.

Słynna Gra o tron, a więc wstęp do serii, podobnie jak serial znajduje się w gronie moich ulubieńców, a dzisiaj nadszedł właściwy moment na to, by podzielić się z Wami opinią na jej temat. Od razu podkreślę, że nie jestem zwolenniczką okładek serialowych, dlatego też z pełną premedytacją umieściłam na górze grafikę pochodzącą ze starego wydania, które osobiście preferuję i posiadam na własnej półce. Zupełnie nie potrafię wytłumaczyć powodów mojego postępowania, ale przyznam się, że podobnie mam z cyklem przygód Harry'ego Pottera - otóż nie wyobrażam sobie dorosłych okładek w mojej biblioteczce i jestem właścicielką tych z czasów mojego dzieciństwa. Tak czy inaczej: starsze wydanie Gry o tron w niczym nie ustępuje nowszemu i wręcz posiada nad nim pewną przewagę - mam gwarancję, że na pewno uda mi się zebrać całą kolekcję książek.

Zanim przejdę do merytorycznej części tekstu, wypadałoby, bym w skrócie nakreśliła Wam fabułę. Otóż rzecz dzieje się w Siedmiu Królestwach, gdzie na Żelaznym Tronie zasiada Robert Baratheon. Nie jest to król, o którym mogliby marzyć poddani - wiecznie pijany hulaka zdaje się myśleć o wszystkim, tylko nie o dobru swoich krajan, a na dodatek ożenił się ze żmijką z rodu Lannisterów, o której krążą plotki, że dzieli łoże z własnym bratem... Do tronu pretenduje wielu kandydatów - prawowitych i takich, co chcieliby go zdobyć szturmem... podobnie zresztą jak sam Baratheon, który władzę wydarł z rąk Aerysa Targaryena, skazując jego dzieci na wieczną tułaczkę w dzikiej krainie Dothraków. W samym środku gry o tron król Siedmiu Królestw prosi o pomoc w rządach swojego starego przyjaciela, lorda Eddarda Starka - pana na Winterfell. Nie bardzo widząc możliwość odmowy, Ned obejmuje posadę Namiestnika i wraz z Baratheonem udaje się do stolicy. Tymczasem za Wielkim Murem zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Członkowie Nocnej Straży obawiają się, że pradawna groza opuściła tamtejsze lasy i przygotowuje się do ataku. Czy w takiej sytuacji Siedem Królestw połączy swoje siły i wspólnie stawi czoła zagrożeniu?

George Martin jest mistrzem pod wieloma względami. Na szczególną pochwałę zasługuje jego niesłychana umiejętność wymyślania dziesiątków różnych wątków i wydarzeń, a następnie łączenia ich w jedną, logiczną całość. Mało który pisarz potrafi pisać tak skomplikowane i rozbudowane powieści, nie tracąc przy tym na logice. U Martina czytelnik może czuć się z lekka przytłoczony ilością zdarzeń, ale nigdy nie zostanie na lodzie, nie rozumiejąc czegoś. Jedynymi momentami, w których pisarz czegoś nie wyjaśnia, są te chwile, gdy chce zbudować napięcie i wyjawić jakiś sekret na końcu książki, w kolejnym tomie bądź... na samym finiszu serii. Z nim nigdy nie wiadomo jak będzie - autor szokuje, zaskakuje, wzbudza wybuchy smutku i złości. Na dodatek tworzy całość z takim zaangażowaniem, że trudno byłoby mu zarzucić brak dbałości o szczegóły.

W świecie wykreowanym przez Martina znajdziecie wszystko, co powinno zawierać fantasy - te brutalne, surowe i pozbawione cukierkowatości. Krew leje się tu bez pardonu, bitwy są na porządku dziennym, intryga kręci się bez ustanku, a romanse są intensywne i daleko im do harlequinów. Jednak to, co charakteryzuje prozę autora, niekoniecznie przynosi mu uznanie wśród czytelników: twórca Pieśni Lodu i Ognia zdaje się nie przywiązywać do stworzonych przez siebie bohaterów, bowiem znany jest z tego, że tworzy ich na pęczki, a następnie okrutnie pozbawia życia. Nikt nie jest bezpieczny - nieważne czy postać jest trzecio-, drugo-, czy pierwszoplanowa. Całe szczęście, że jak już czytamy fragment powieści z punktu widzenia danego bohatera, to jest on tak wciągający i intensywny, że aż sypią się iskry i wióry. Ponadto postacie stworzone przez Martina są z krwi i kości - z pewnością nie mamy tu do czynienia z osobami przerysowanymi, niespotykanymi w realnym życiu. Czy to Ned Stark, czy to Robert Baratheon, Jon Snow, Tyrion Lannister, czy ktokolwiek inny - każda z tych postaci jest nader prawdziwa i wiarygodna, z wszelkimi ludzkimi przywarami, które sprawiają, że nikt nie jest z gruntu dobry lub zły, bo każdy popełnia błędy i podejmuje złe decyzje. Martin tego nie neguje i właśnie dlatego zarówno świat, który wykreował, jak i bohaterowie, których powołał do życia, prezentują się tak zaskakująco realistycznie - a przecież wciąż mówimy tylko o Grze o tron! Wraz z kolejnymi tomami ta krwista historia powoli zamienia się w prawdziwie epicką epopeję! Trudno uwierzyć, że mogłoby być jeszcze lepiej i ciekawiej, ale taka jest prawda. Większość współczesnych pisarzy nie dorasta Martinowi do pięt.

Mało jest książek, które mogłyby konkurować z Grą o tron. Jest to powieść nie bez kozery zaliczana do grona najlepszych - o czym świadczą setki pozytywnych recenzji oraz silny fandom zbudowany wokół sagi. Ja sama określam się fanką Martina i choć momentami czuję się zagubiona, wkurzam się na zgony ulubionych bohaterów i nierzadko muszę powracać do wcześniejszych wydarzeń, by zrozumieć późniejsze, to i tak nie dam sobie wmówić, że proza tego człowieka posiada jakiekolwiek wady. Nie posiada i już!

Ocena:


10 stycznia 2014

"Kłamstwa Locke'a Lamory" - Scott Lynch




Tytuł: Kłamstwa Locke'a Lamory
Seria: Niecni Dżentelmeni
Tom: #1
Autor: Scott Lynch
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 556



Do sięgnięcia po pierwszy tom trylogii Niecnych Dżentelmenów namówił mnie Jarek z bloga ZaBOOKowany. Skoro Scott Lynch został przez niego uznany za jednego z najlepszych pisarzy, stwierdziłam, że coś w tym jest i faktycznie zaczęłam rozglądać się za serią, a już zwłaszcza za Kłamstwami Locke'a Lamory, które otwierają cykl. Krótko po naszej rozmowie w tym temacie ujrzałam w zapowiedziach MAG-a nowe, odświeżone wydanie wszystkich trzech powieści Lyncha z dużo ładniejszymi okładkami i od razu wzięłam na ruszt tom pierwszy.

Mówię Wam, miałam ochotę udusić Jarka gołymi rękami tuż po tym jak wymęczyłam pierwszych pięćdziesiąt stron. Trudno mi było wczuć się w styl autora, a na dodatek wydawało mi się, że próbował on już na samym wstępie umieścić tyle istotnych informacji, że w efekcie ledwo mogłam się połapać w imionach bohaterów, miejscach i wydarzeniach. Skończyło się na tym, że nieustannie wertowałam książkę w tę i z powrotem i... powoli zaczęłam zmieniać zdanie. Im mocniej odczuwałam łączącą mnie więź z Niecnymi Dżentelmenami, tym bardziej zakochiwałam się w każdym słowie napisanym przez Lyncha. Najbardziej polubiłam tytułową postać.

Powieść opowiada historię gangu Niecnych Dżentelmenów, którzy na czele z Cierniem Camorry (przydomek głównego bohatera) okradają ludzi. Nie muszą jednak martwić się ci, co noszą w kieszeniach niewielkie ilości pieniędzy - gang Locke'a Lamory woli dużo bardziej prestiżowe łupy. Za pomocą przebieranek, podstępów i machlojek okradają arystokratów, bowiem to oni posiadają najwięcej kosztowności. Wszystkie pieniądze sprytni złodzieje zostawiają sobie, niepodzielnie opanowując przestępczy światem Camorry. Pewnego razu do pozornie ułożonego życia Lamory wkrada się problem w postaci Szarego Króla, który może mu pokrzyżować szyki. Jak dzielny przywódca Niecnych Dżentelmenów sobie z nim poradzi?

Trudno uwierzyć, że Kłamstwa Locke'a Lamory to debiut literacki Scotta Lyncha. Pod względem językowym autor po prostu wymiata! Zasób jego słownictwa jest naprawdę bogaty, a tym, co wyróżnia go spośród jego kolegów po fachu to niesamowite poczucie humoru widoczne niemal na każdej stronie, zwłaszcza w dialogach Niecnych Dżentelmenów. Cenię sobie książki, które bawią, a zarazem barwnie przedstawiają rzeczywistość świata przedstawionego. Lynch doskonale operuje opisami, gdyż są one na tyle sugestywne, że bez problemu można sobie wyobrazić Camorrę oraz członków gangu. Pochwała należy się tutaj również duetowi tłumaczy, bo to oni w końcu doskonale oddali kunszt językowy autora. Oby tak dalej!

Z czasem fabuła zaczyna coraz bardziej wciągać. Siłą rzeczy następujące po sobie wydarzenia pochłania się bez mrugnięcia okiem! A u Lyncha dzieje się naprawdę sporo! Na dodatek autor wplata między właściwe rozdziały dodatkowe historie, dzięki którym jeszcze lepiej poznaje się stworzone przez niego uniwersum, a zwłaszcza żyjących w nim bohaterów. Ci zaś wykreowani są po mistrzowsku - nie wiem jak inaczej to nazwać, zwłaszcza że pisarz posiada tak silny dar przekonywania, że nawet banda łotrów wzbudza moją sympatię. Słowo daję, Locke Lamora to jedna z najciekawszych postaci literackich, jakie mol książkowy może spotkać na swej drodze. Z jednej strony jest przecież złodziejem i to w dodatku takim, co nie dzieli się łupem z biednymi, zaś z drugiej chuderlawym żartownisiem o ponadprzeciętnej inteligencji. Z pewnością słynny Cierń Camorry dorobi się w swojej karierze kolejnych fanów.

Myślę, że ja dołączę do jego fanklubu. Z początku rzeczywiście Kłamstwa Locke'a Lamory przerosły mnie treścią, ale im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym lepiej poznawałam świat stworzony przez Scotta Lyncha. Pierwszy tom Niecnych Dżentelmenów to doskonała  lektura  na jesienno-zimowy wieczór(nie mogę się zdecydować co do pory roku, bo niby mamy zimę, ale bliżej jej do jesieni), która rozbawi Was do łez i wprowadzi w łobuzerski świat przestępców tak podobnych do szajki z filmy Ocean's Eleven, że nie będziecie się mogli temu nadziwić. Podsumowując, Kłamstwa Locke'a Lamory to w istocie udany debiut i już się nie dziwię Jarkowi, że zalicza Scotta Lyncha do trójki swoich ulubionych autorów.

Ocena:




8 stycznia 2014

"Amerykańscy bogowie" - Neil Gaiman





Tytuł: Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 464




Nazwisko Neila Gaimana wielokrotnie obijało mi się o uszy, lecz do tej pory nigdy nie miałam okazji zapoznać się bliżej z jego twórczością. Co ciekawe, Amerykańscy bogowie już od bardzo dawna widnieli na mojej liście książkowych must-have. Nigdy jednak nie potrafiłam znaleźć chwili na lekturę, a z czasem powieść stała się towarem trudnodostępnym. Kiedy więc dowiedziałam się o zaplanowanym przez MAG wznowieniu, byłam szczęśliwa i podekscytowana, bo słyszałam, że to jeden z lepszych tworów fantasy, z jakim można się spotkać w świecie literatury. Uznałam, że takie opinie muszą o czymś świadczyć, lecz czy faktycznie Amerykańscy bogowie przypadli mi do gustu tak jak tysiącom czytelników na całym świecie?

Kochani, powiem Wam jedno: w życiu nie czytałam lepszej książki bazującej na mitach! Piszę to w pełni władz umysłowych i ze świadomością, że może to zabrzmieć jak hiperbola. Ale taka jest prawda. Neil Gaiman musiał chyba przewertować setki publikacji dotyczących każdej znanej człowiekowi mitologii, gdyż panteon pojawiających się w jego książce starych bogów jest po-ra-ża-ją-cy. Autor zaskakuje przy tym doborem boskich bohaterów, bowiem z premedytacją przedstawia zarówno tych najbardziej znanych, jak Odyn, Loki, Horus, czy Bastet, jak i takich, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Ogromny trud, jaki pisarz włożył w stworzenie całej mitologii, chociażby z tego prostego względu się opłacił. Amerykańscy bogowie fascynują i zachwycają, przenosząc czytelnika w świat, o jakim dotychczas nawet nie próbował marzyć.

Ale o czym właściwie są ci Amerykańscy bogowie? Gaiman przedstawia w nich plejadę dawnych bogów - zapomnianych, zignorowanych i zastąpionych przez współczesne bóstwa: Internet, zakupy, media masowe. Najbardziej znamienne w wizji autora jest to, że udowadnia nam bolesną prawdę o tym, że wraz z upływem czasu zmieniają się nasze wierzenia. Dawniej wierzono w Polsce w Peruna, dzisiaj jest to nie do pomyślenia. A takich przykładów jest na świecie wiele! Twórca Gwiezdnego pyłu dosadnie odkrywa przed nami karty: zawsze w coś wierzymy, tylko z czasem zmieniają się nasze upodobania co do bóstw. Samotni i rozgoryczeni bogowie dawnych dni powinni zatem czuć się w pełni usprawiedliwieni, gdyby zechcieli wypowiedzieć wojnę obiektom współczesnego kultu, prawda? Ja uważam, że tak. Co więcej: gorliwie bym im kibicowała!

Gdzieś w środku owych niesamowitych wydarzeń, między bitwą starych i nowych bogów, pojawia się ludzki czynnik. Główny bohater powieści, Cień, jest niewiele mniej wyrazistą postacią. Tak naprawdę stanowi on dla czytelnika zagadkę: trudno go rozgryźć bądź poznać, bo raz gra główne skrzypce, a raz okazuje się być mało istotnym uczestnikiem wydarzeń. Jest jak cień - nie do poskromienia. Jest przy tym bohaterem wyjątkowym - literackim Everymanem, człowiekiem, któremu chce się towarzyszyć po to, by poznać jego motywacje.

W gruncie rzeczy Amerykańscy bogowie to intelektualna zabawa w kotka i myszkę. Neil Gaiman, swobodnie żonglując mitami i filozoficznymi interpretacjami współczesnego świata, zmusza czytelnika do zastanowienia się nad głównym tematem, czyli naszą wiarą. Słyszałam, że autor posługuje się specyficznym stylem, który nie każdemu przypadnie do gustu, ale dla mnie czytanie tej książki było prawdziwą przyjemnością. Wręcz żałowałam, gdy dotarłam do ostatnich stron powieści i już teraz wiem, że będę do niej wracać. Jestem również przekonana, że za każdym razem dostrzegę coś nowego i inaczej zinterpretuję niektóre słowa, wydarzenia i czyny. Nie zastanawiajcie się więc ani chwili - Amerykańscy bogowie to w istocie jedna z najlepszych książek fantasy, jakie kiedykolwiek powstały. Arcydzieło, obok którego nie da się przejść obojętnie!

Ocena:


7 stycznia 2014

"Sezon burz" - Andrzej Sapkowski




Tytuł: Sezon burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: SuperNowa
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 404





Nadzieję straciliśmy już dawno. Ostatni tom przygód Geralta z Rivii wydano w 1999 roku i od tamtej pory Andrzej Sapkowski próbował nas przekupić bardzo dobrą trylogią husycką bądź wyjątkowo nieudaną Żmiją. Nieważne jednak jak mocno autor starał się odwrócić naszą uwagę od kultowej sagi, my i tak czekaliśmy na cud. Pragnęliśmy towarzyszyć Białemu Wilkowi w kolejnych przygodach, bo to on był dla nas najważniejszy. Ku naszej rozpaczy jednak Sapkowski uparcie powtarzał w wywiadach: nowego Wiedźmina nie będzie. I kiedy wreszcie wydawało się, że pogodziliśmy się z decyzją pisarza, sięgając raz po raz po opowiadania lub Krew elfów, aby uleczyć zranione serca, nastąpiło coś, czego nikt się już nie spodziewał. Dosłownie na kilka tygodni przed oficjalną premierą 6 listopada 2013 roku w sieci gruchnęła informacja: Geralt wraca w Sezonie burz!

Fakt, że Andrzej Sapkowski po bardzo długiej wiedźmińskiej emeryturze zdecydował się powrócić do pisania o moim ulubionym odmieńcu był dla mnie wystarczającym wstrząsem, jednak wraz z rzeszą fanów dałam się również ponieść fali spekulacji. Nieważne było co, lecz kiedy. W jakim okresie życia wiedźmina autor umieści fabułę najnowszej powieści? Wszak Pani Jeziora miała być definitywnym końcem sagi. Wątpliwości rozwiał blurb, który zapowiadał, że nie będzie to ani przed, ani po wydarzeniach rozgrywających się na kartach pięcioksiągu. Oznaczało to więc, że pisarz postawił na międzyczas. Pal licho - uznałam, że może być fajnie, po czym wraz z wszystkimi odliczałam dni do premiery. Nadchodził Sezon burz, a ja nie mogłabym być bardziej gotowa do zapoznania się z jego treścią. W końcu tak długo na niego czekałam!

W mediach i zwłaszcza w środowisku fanowskim dało się zauważyć tendencję do kwestionowania powodów, dla których Sapkowski podjął się napisania kolejnej książki z fabułą osadzoną w uniwersum wiedźmińskiej sagi. Zrobił to dla fanów czy pieniędzy? Tak samo poddawano w wątpliwość ostrość pióra pisarza, który tak na dobrą sprawę swoją sławę zawdzięcza ciętemu, niekiedy dosadnemu stylowi. Niejeden fan Geralta zna na pamięć co ciekawsze dialogi, anegdoty i monologi ociekające rzadko spotykanym inteligentnym sarkazmem. Zastanawiano się zatem czy autor da sobie radę z powrotem do branży po tylu latach literackiej posuchy?

Zapewne znajdzie się wielu takich, którzy powiedzą, że spartaczył sprawę, a powieść napisał dla zysku. Nigdy bowiem nie będzie tak, że wszyscy będą zadowoleni, bo zawsze pojawi się ktoś z odmiennym zdaniem, z czym trzeba się pogodzić, bo tak właśnie zachowują się ludzie. Ja należę do tego grona osób, które z Sezonu burz są zadowolone. Owszem, dostrzegłam w nim wtórność i brak pomysłu na brawurową całość, jakby powieść stanowiła zbitek opowiadań pisanych do szuflady, lecz mimo wszystko zauważyłam również to, co urzekło mnie już w sadze: wartką akcję przetykaną opisami, legendy i ludowe podania wplecione w normalną fabułę (Lisica!), bohaterów z krwi i kości, którzy w pewnym stopniu przypominają samych siebie z siedmioksiągu, lecz nie są do końca ulepieni z tej samej gliny (zapewne z uwagi na to, że rzecz dzieje się na ileś lat przed właściwą akcją, gdy byli młodsi, a niektóre ich poglądy mogły się dopiero zacząć krystalizować), i wreszcie tak bardzo przeze mnie ukochany cięty styl autora, dzięki któremu niejeden raz zaśmiewałam się do rozpuku. Brawa dla Addaria i jego krasnoludzkiej przyśpiewki marszowej, brawa dla autora za tekst na licytowanym dzwonku (No i czego, ciulu, dzwonisz?) i zabawne dialogi z przydrożnej oberży. Właśnie za to pokochałam sagę i właśnie dlatego Sezon burz uważam za udany powrót Sapkowskiego na literackie łono. Powieść może i nie uniknęła drobnych nieścisłości i potknięć, ale za to zachwyca wiedźmińskim światem, który nieznacznie różni się od pierwowzoru. Na dodatek epilog i liczne wątki nawiązujące do właściwych wydarzeń pozwalają mi sądzić, że to nie koniec tej historii i że za kilka lat być może będzie na mnie czekać kolejna niespodzianka.

Opowieść trwa, historia nie kończy się nigdy.

Ocena: