STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

28 lutego 2014

Podsumowanie lutego

Ach, jakże wspaniały był ten luty! Cały miesiąc bez zajęć na uczelni - sielanka jakich mało! W weekendy bez oporów czytałam książki, przeglądałam ulubione czasopisma, oglądałam filmy i odpoczywałam. Do tego po raz pierwszy w życiu i z zaskoczenia (bo na nic nie liczyłam) zdobyłam stypendium Rektora za wyniki w nauce! Byłam tak szczęśliwa, że od razu kupiłam sobie Carcassonne z dodatkiem i Osadników z Catanu, a także kupiłam parę książek, na które wcześniej nie mogłam sobie pozwolić oraz opłaciłam ogromną fakturę za stos tytułów zamówionych w pracy. Dawno nie czułam się tak dobrze.

To był pomyślny miesiąc również dla mojej działalności na blogu, ponieważ:
- Zrecenzujemy odwiedziło 7 097 nowych osób;
- łącznych odwiedzin było 91 550;
- blog ma 298 obserwatorów, 265 fanów na Facebooku i 262 osoby w kręgach na Google+.

Bardzo bym chciała, żebyście w marcu pomogli mi osiągnąć dwa rekordy: 300 obserwatorów oraz 100 000 wyświetleń bloga. Liczę na Was i mam nadzieję, że nam się uda!

Przeczytałam też aż piętnaście świetnych książek:

1. Beta, Rachel Cohn
2. Zarządzanie kryzysem w social media, Monika Czaplicka
3. Dziewięć żyć Chloe King. Uprowadzona, Liz Braswell
4. Przywróceni, Jason Moth
5. Zagrożeni, C.J. Daugherty [RECENZJA]
6. Nieskończoność, Holy Jane Rahlens
7. Królowe, Sherry Jones
8. Kamerdyner, Wil Haygood
9. Zabójczyni i władca piratów, Sarah J. Maas
10. Chiny? Dlaczego nie..., Anna Karpa, Katarzyna Karpa
11. A suknię ślubną kupiłam w Suzhou. Codziennik chiński, Emilia Witkowska-Nery
12. Toksyna, Jus Accardo
13. Mroczne umysły, Alexandra Bracken [RECENZJA]
14. Wołanie Kukułki, Robert Galbraith
15. Gra Endera, Orson Scott Card

Łącznie było to 5117 stron, czyli jakieś 182 strony dziennie. 

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Pomnik Cesarzowej Achai. Tom III"
Najlepsza Książka: "Mroczne umysły", "Zagrożeni", "Wołanie Kukułki"
Najgorsza Książka: brak

PLAN NA MARZEC? Kolejny rozdział magisterki i swobodne blogowanie!



25 lutego 2014

"Mroczne umysły" - Alexandra Bracken [przedpremiera]


PRZEDPREMIERA!
Tytuł: Mroczne umysły
Seria: Mroczne umysły
Tom: #1
Autor: Alexandra Bracken
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 460



Niedaleka przyszłość. Matka Natura sprezentowała ludzkości nowe pokolenie: Psi. Dzieci po dziesiątym roku życia nagle zaczynają przejawiać zdolności psychokinetyczne - niektórzy potrafią poruszać przedmiotami za pomocą umysłu, inni wywoływać u drugiego człowieka omamy i halucynacje, a jeszcze inni dzięki pirokinezie wzniecać pożary lub wysadzać przedmioty w powietrze. Rządowi wolność tych dzieci nie jest na rękę, dlatego pod przykrywką rehabilitacji politycy postanawiają zamknąć wszystkie dziwadła w obozach, gdzie mają dochodzić do zdrowia pod ścisłą kontrolą lekarzy, naukowców i wojska.

Ale nic takiego tak naprawdę nie ma miejsca. W rzeczywistości nikt nie chce pokoleniu Psi zwrócić wolności. Uzdolnione dzieci, podzielone na potrzeby obozu na Zielonych, Niebieskich, Żółtych, Czerwonych i - tych najniebezpieczniejszych - Pomarańczowych, żyją w skandalicznych warunkach, powoli tracąc nadzieję na powrót do domu. Większość rodzin nie chce zresztą przyjąć ich pod swój dach. Boją się własnych dzieci.

Dzieckiem Psi jest szesnastoletnia Ruby Daly, dziewczyna od sześciu lat ukrywająca się wśród Zielonych, lecz przypuszczalnie jedyna ocalała Pomarańczowa. Pewnego dnia w jej obozie dochodzi do brutalnego ataku mającego na celu wykrycie zakamuflowanych jednostek. Wśród poszkodowanych jest Ruby, która nie może dłużej udawać kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Gdy ktoś, kogo nie posądziłaby o skłonności do buntu, postanawia jej pomóc, nastolatka bez zastanowienia ucieka z obozu, lecz jest to dopiero początek jej drogi do normalności. Jak sobie poradzi na zewnątrz? Odpowiedź na te pytanie znajdziecie w kwietniowej premierze Wydawnictwa Otwarte - fenomenalnych Mrocznych umysłach autorstwa Alexandry Bracken.

Pisarka, która wbiła się klinem pomiędzy najbardziej rozchwytywane autorki powieści dla młodzieży, to tak naprawdę dwudziestosześcioletnia pracownica wydawnictwa zajmującego się literaturą dziecięcą. Alexandra Bracken, bo to o niej mowa, mieszka w Nowym Jorku, kocha Gwiezdne wojny, słucha klasycznego rocka i ma słabość do mężczyzn o manierach osiemnastowiecznych dżentelmenów. Swoją debiutancką powieść, Brightly woven (tł. dosł.: Jaskrawe tkane), napisała w prezencie dla swojej przyjaciółki, ale dopiero cykl utrzymany w klimatach antyutopii przyniósł jej prawdziwą, międzynarodową sławę i - zapewne - większe pieniądze.

Mroczne umysły to książka bardzo klimatyczna, w pewnych założeniach przypominająca twórczość Tahereh Mafi i Lauren Oliver. Generalnie nie należy do zbyt oryginalnych tworów, bo o nastolatkach posiadających nadprzyrodzone moce powstało już mnóstwo tytułów. Tym, co wyróżnia powieść Alexandry Bracken, jest genialnie wykreowana antyutopijna rzeczywistość, opisana w zaskakująco sugestywny sposób. Po raz kolejny czytelnik ma do czynienia z ponurą wizją przyszłości, czyli światem kontrolowanym przez rząd i zniszczonym przez własną głupotę, lecz świeżość tematu polega tu na ukazaniu tego tak obrazowo i tak wiarygodnie, że nikomu nawet nie przechodzi przez myśl, by to zanegować. Dodatkowo autorka może się poszczycić dobrym stylem, który doskonale oddano w polskim przekładzie. Lekkie pióro pisarki sprawia, że książki się nie czyta - ją się pochłania. Ponad czterysta pięćdziesiąt stron bitego tekstu wciągnęłam w dwa dni, i to dosyć zawalone innymi sprawami! Przyznacie, że dla kogoś tak zaabsorbowanego codziennością jest to nie lada wyczyn.

Główna bohaterka, choć wykreowana na wielokrotnie powielanym schemacie, z miejsca zaskarbiła sobie moją sympatię. Co prawda zdarza jej się zachować głupio i dziecinnie, lecz w zupełności wszystkie jej wpadki rekompensuje mi historia, którą ukrywa z powodu wyrzutów sumienia. Przeszłość Ruby jest fascynująca i tutaj należą się ukłony Alexandrze Bracken, gdyż potrafiła doskonale utrzymać mnie w niepewności, stopniowo odkrywając kolejne karty. Dzięki temu Mroczne umysły trzymają w napięciu do ostatniej strony, czego nie można dziś powiedzieć o zbyt wielu tytułach. Akcja utrzymana jest na bardzo dobrym poziomie, a fabuła wciąga jak czarna dziura. Czytelnik siłą rzeczy staje się uczestnikiem wydarzeń i pragnie brać w nich udział, jakby to wszystko było prawdziwe. Jak dla mnie bomba!

Nie byłoby powieści młodzieżowej bez męskich charakterów. Absolutnie urzekającą postacią jest dla mnie Liam Stewart - otwarty i wesoły, a zarazem melancholijny chłopak. Tak uroczy i tak zabójczo przystojny (w moim wyobrażeniu przypominał Liama Hemswortha i nic na to nie poradzę - zbieżność imion), że aż się literacko zakochałam. Obok niego wymienić trzeba owianego tajemnicą legendarnego Uciekiniera - postać, która mocno zaskakuje swoim charakterem... a raczej jego zmiennością. Do tego dołóżmy jeszcze dziwnego i nieco humorzastego, ale jednocześnie oddanego Pulpeta i mamy przepis na świetnych bohaterów. Oprócz męskich postaci w fabule przewija się również postać Azjatki Suzume - dla niej straciłam głowę już za sprawą imienia, a co dopiero mówić o reszcie. Mówiąc krótko, Alexandra Bracken ma prawdziwy talent do tworzenia charakternych osobowości. Wierzę, że w kolejnym tomie utrzyma się to na równie przyzwoitym poziomie.

Nie da się ukryć, że Mroczne umysły to diabelnie dobra powieść. Gwarantuję Wam, że historia opowiedziana przez Alexandrę Bracken wciągnie Was bez reszty, zaś zakończenie złamie serce i rozbudzi apetyt na więcej. Ja już się podpisałam na liście fanów serii i teraz czekam tylko na Wasze zgłoszenia - bo jestem całkowicie przekonana, że po lekturze pierwszego tomu i Was na tej liście nie zabraknie. Polecam, fenomen.

Ocena:


22 lutego 2014

"Przegląd Końca Świata. Feed" - Mira Grant



Tytuł: Feed
Seria: Przegląd Końca Świata
Tom: #1
Autor: Mira Grant
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 496



Ta recenzja będzie najprawdopodobniej najbardziej wyczerpującym tekstem na Zrecenzujemy. Od dwóch dni się za nią zabierałam, bojąc się napisać choćby jedno słowo, które mogłoby ją zepsuć i w efekcie dać Wam niepełny obraz tego arcydzieła. Przysięgnę Wam na co chcecie, że nigdy w życiu nie miałam do czynienia z równie wspaniałą książką. Feed to najlepsza powieść, jaką kiedykolwiek miałam w rękach, a moim zachwytom nad przedstawioną w niej historią nie ma końca. Dziś zajmuje honorowe miejsce w mojej biblioteczce.

Zacznijmy może od cudotwórczyni, spod klawiatury której wyszła powieść. Mira Grant, bo to o niej mowa, jest wielką fanką horrorów, wirusów i wszelkich możliwych scenariuszy końca świata. Posiada status członka-założyciela obozu survivalowego Horror Movie Sleep-Away, a w jednej z konkurencji ustanowiła rekord nie do pobicia w długości przeżycia. Mieszka z kotami w otoczeniu komiksów i filmów grozy, a kiedy nie pisze nowej książki, spędza swój wolny czas na kursach wirusologicznych lub oglądaniu kolejnych horrorów. Sami widzicie, że z opisu Mira Grant sprawia wrażenie totalnie zwariowanej, ale wierzcie mi - trzeba być geniuszem, by napisać coś tak doskonałego jak Feed i w ogóle seria Przegląd Końca Świata.

Rok 2014 przyniósł cywilizowanej ludzkości zagładę. Naukowcy chcieli dobrze, tworząc lekarstwa na raka, czy też zwykłe przeziębienie, lecz nie przypuszczali, że razem zmutują one do formy niebezpiecznego wirusa, który doprowadza do śmierci i zmartwychwstania w postaci zombie. Ocalali z apokalipsy muszą dostosować się do nowych warunków życia, bo teraz żywe trupy stanowią tło dla ich codzienności. Świat zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni i nic już nie będzie takie jak przedtem. A przecież trzeba żyć dalej...

Przeszło dwadzieścia lat po wybuchu epidemii społeczeństwo zmodernizowało miasta i teraz większość ludzi mieszka na odizolowanych osiedlach, podczas gdy zombie trzymane są z dala dzięki nowoczesnym systemom bezpieczeństwa. Transformacji uległy również media - blogosfera, niegdyś deprecjonowana, stała się jednym z najbardziej rzetelnych źródeł informacji. Blogerzy cenią sobie szczerość i nie naginają faktów na potrzeby rządu - ich relacje to najczystsza prawda, dzięki czemu są całkiem popularni w społeczeństwie i jako jedni z nielicznych nie siedzą zamknięci na osiedlach.

W takiej rzeczywistości przychodzi żyć rodzeństwu blogerów - Georgii i Shauna Masonów. Ona jest Newsie skupiającą się na informowaniu społeczeństwa, on zaś Irwinem, żądnym wrażeń ryzykantem dostarczającym ludziom rozrywki. Chcesz dowiedzieć się o czym mówi się w politycznych kuluarach? Poczytaj wpisy Georgii na Przeglądzie Końca Świata. A może wolisz popatrzeć jak tykać kijem umarlaka? Zajrzyj do vloga Shauna. A na koniec ich wspólna koleżanka Buffy, specjalistka od sieci i komputerów, uraczy wszystkich porcją poezji.

Jak na wpływowych blogerów przystało, Georgia, Shaun i Buffy otrzymali wyłączność na relację z kampanii wyborczej jednego z kandydatów na prezydenta. Taka kampania to dla nich ogromna szansa oraz sposób na zarobienie góry pieniędzy, nic więc dziwnego, że bez wahania wsiedli do samochodu i przyjęli zaproszenie. Od tej pory mieli niepowtarzalną możliwość ukazania prawdziwego oblicza polityki, obserwując uprawiających ją ludzi z dotąd nieznanej nikomu perspektywy. Tylko czy aby na pewno jest to dla nich bezpieczne?

Po Feed sięgnęłam bardzo późno. Nie interesowałam się nim wcześniej, ponieważ z nieznanych mi przyczyn przeszkadzało mi połączenie wątku blogosfery z wątkiem o zombie. Jak bardzo byłam głupia! Dzisiaj, po lekturze obu tomów serii w języku polskich, mogę powiedzieć, że jestem absolutnie zakochana w Przeglądzie Końca Świata. Nie dość, że jest piekielnie dobrze napisany i przetłumaczony, to na dodatek Feed jest pierwszą powieścią w tej tematyce, która doprowadziła mnie do łez. Tak, dobrze czytacie - płakałam przy lekturze pozycji o żywych trupach! Mało tego: przyznaję się bez ogródek, że Feed wpędził mnie w depresyjny nastrój i bardzo długo nie mogłam dojść do siebie. Sponiewierał mnie jak żadna inna książka.

Absolutnie fenomenalne jest tutaj połączenie polityki, blogosfery i zombie apokalipsy. Rzadko kiedy spotyka się takie nagromadzenie wątków, a już zwłaszcza w powieściach bazujących na czystej fikcji. Mira Grant przedstawia jednak temat tak genialnie i obrazowo, że gotowa jestem uwierzyć w żywe trupy i razem z Amerykanami szykować się na najgorsze. Fabuła w jej wykonaniu jest magnetyzująca i nie ma mowy o tym, by oderwać się od lektury. Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z tak świetnie wykreowanymi bohaterami jak Georgia i Shaun. Pokochałam tę dwójkę już na samym wstępie i niesamowicie podoba mi się to, że są po prostu rodzeństwem - dogryzają sobie, kłócą się na każdym kroku, ale mimo wszystko widać, że się o siebie troszczą. Z uwagi na to, że główni bohaterowie są rodziną, w książce nie występuje klasyczny wątek miłosny, który pojawia się zazwyczaj w każdym jednym tytule. Mira Grant od tego odchodzi i skupia się na tym, by jak najlepiej pokazać świat po Powstaniu, co już jest genialnym pomysłem.

I to jest chyba w Feed najfajniejsze: tutaj zombie nie są głównym tematem, lecz tłem dla życia tych, którzy przeżyli. Akcja nie dzieje się w trakcie apokalipsy zombie, a kilkadziesiąt lat po najgorszych wydarzeniach. Z pewnością przyznacie mi rację, kiedy powiem, że zazwyczaj autorzy przedstawiają walkę wykreowanych przez siebie postaci z hordą żywych trupów. O tym, co dzieje się później, nie pisze nikt. Mira Grant wypełniła tę lukę i muszę powiedzieć, że zrobiła to doskonale.

Kocham Mirę Grant i kocham Przegląd Końca Świata, a wraz z nim Georgię i Shauna. Nigdy nie powiem złego słowa o tej serii i będę ją czytać do końca życia. Feed jest jedną wielką zaletą i absolutnie nie posiada żadnej wady ani nawet jej zalążka. To najlepsza książka, jaką czytałam i polecam Wam jej lekturę. Zdaję sobie sprawę z tego, że ta recenzja nawet w małym stopniu nie oddaje geniuszu autorki, ale liczę, że zaciekawiła Was na tyle, że sięgniecie po Feed. Wierzcie mi, ta książka zmieni Wasze podejście do zombie.

Ocena:



21 lutego 2014

"Zagrożeni" - C.J. Daugherty



Tytuł: Zagrożeni
Seria: Nocna Szkoła
Tom: #3
Autor: C.J. Daugherty
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 384




Pojęcia nie macie jak bardzo ucieszyłam się na wieść, że pomiędzy Dziedzictwem a Zagrożonymi nie będzie aż tak dużej różnicy czasu i będę mogła szybko zasiąść do lektury. W istocie nie czekałam długo, a po najnowszą część przygód Allie, Sylvaina i Cartera sięgnęłam zaraz w dniu premiery. To naprawdę jedna z niewielu serii, po której tomy rzucam się jak wygłodniałe zwierzę. C.J. Daugherty, wykonałaś kawał dobrej roboty!

Akcja Zagrożonych zaczyna się krótko po wydarzeniach przedstawionych w ostatnim rozdziale Dziedzictwa. Autorka nie pozwala nam ochłonąć i z miejsca wrzuca nas w wir wydarzeń, abyśmy przeczytali jej najnowsze dzieło z zapartym tchem od początku do końca. Dla mnie nie ma w tym nic złego - z miłą chęcią poddałam się emocjom i wczułam w lekturę, zachwycając się jednocześnie lekkim stylem Daugherty.

Allie dochodzi do wniosku, że Akademia Cimmeria nie jest już najbezpieczniejszym miejscem na świecie i po namyśle postanawia uciec. Niestety, nie jest to wcale takie proste, choć muszę przyznać, że jej pomysłowość przy planowaniu ucieczki i determinacja w jej wykonaniu są naprawdę godne podziwu. Łatwo zaplanować, ale trudniej wykonać, dlatego nie czuję się ani trochę zaskoczona faktem, że cały jej misterny plan szlag trafił. W końcu czym byłaby Akademia Cimmeria bez Allie Sheridan? Jak dla mnie jest ona nieodzownym elementem tej niezwykłej szkoły, dlatego strasznie się cieszę, że akcja nadal dzieje się w jej murach.

Jak na dziennikarkę śledczą przystało, C.J. Daugherty nadal kręci zmyślną intrygę kryminalną, coraz bardziej komplikując losy bohaterów. Nauczyciele i członkowie Nocnej Szkoły bezskutecznie poszukują w swoich szeregach szpiega donoszącego Nathanielowi o wszystkim, co dzieje się na terenie szkoły, podczas gdy on bez problemu zasiewa we wszystkich uczniach ziarenko strachu. Tak naprawdę nikt już nie jest bezpieczny, zaś każdy bez wyjątku czuje się zagrożony. Dziś jest w Akademii, jutro może go już zabraknąć. Co jak co, ale na emocjach czytelnika związanych z tym wątkiem autorka potrafi grać znakomicie.

Mistrzostwem jest jednak dla mnie wątek miłosny łączący Allie z Carterem i Sylvainem. Ciężko mi podjąć ostateczną decyzję odnośnie pary, której kibicuję. To, co wymyśliła dla całej trójki Daugherty, sprawia, że ich miłosne perypetie stają się naprawdę ekscytujące! I co według mnie najlepsze, autorka odchodzi od utartego schematu i serwuje czytelnikom coś zgoła innego. Szczerze podziwiam ją za to jak komplikuje życie swoim postaciom, ale dzięki temu powieść ma smaczek i wyjątkowo trudno się od niej oderwać.

Akcja zaserwowana przez pisarkę utrzymuje się na zadowalającym dla mnie poziomie: jest wartka, ma w sobie ikrę i zatrzymuje przy sobie czytelnika. Z ogromną przyjemnością śledzi się wydarzenia w Akademii Cimmeria i z równym zapałem, co sami bohaterowie, szuka się w jej murach szpiega odpowiedzialnego za współpracę z Nathanielem. Nie wiem jak inni, ale ja wysilałam szare komórki, aby odkryć prawdę przed zakończeniem książki. I choć C.J. Daugherty odkrywa przed czytelnikiem kilka kart, to tę mimo wszystko zdecydowała się zachować póki co w tajemnicy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - cykl będzie miał kontynuację! Cieszę się niesamowicie, bo będę mogła poznać więcej faktów z życia Nathaniela. Już teraz mogłam co nieco się o nim dowiedzieć, ale czuję, że to jeszcze nie wszystko i że autorka wymyśli coś, co powali na kolana mnie i całą resztę fanów. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się doczekać!

Po fascynujących Wybranych i nieco słabszym Dziedzictwie trzeci tom wzbija się na wyżyny. Znów mamy do czynienia z soczystą intrygą, niepewnością i poczuciem strachu. Zagrożeni to przykład doskonałej literatury młodzieżowej, o której powinno się mówić szerzej w literackim światku. C.J. Daugherty udowadnia, że nie potrzeba wampirów i wilkołaków, by stworzyć fascynujący świat, który pochłonie tysiące fanów. Wystarczą wątki kryminalne, intrygi z domieszką polityki, szkoła z internatem i uczący się w niej niebanalni uczniowie.

Ocena:


18 lutego 2014

Stos 2/2014

Najwyższa pora podzielić się z Wami moimi najnowszymi nabytkami. Zaszalałam ostatnio w Kumiko i kupiłam masę książek, co częściowo odzwierciedlają poniższe stosy. Wyjątkowo też wydawcy uparli się, by wysłać mi więcej książek niż zamawiałam - dla mnie tym lepiej!

Pochwalę się też, że mam z głowy rozdział mojej pracy magisterskiej, także wreszcie mam dla siebie trochę więcej czasu. To zaś owocuje podwojonymi mocami przerobowymi.


Po lewej:

1. Badacz potworów, Rick Yancey [Jaguar]
2. Tak wygląda szczęście, Jennifer E. Smith [Bukowy Las]
3. Król uciekinier, Jennifer A. Nielsen [Egmont]
4. Gra o miłość, Eve Edwards [Egmont]
5. Krucjata, Philippa Gregory [Egmont]
6. Poza czasem, Alexandra Monir [Jaguar]
7. Rywalki, Kiera Cass [Jaguar]
8. Rycerz Siedmiu Królestw, George R.R. Martin [Zysk i S-ka]

Po prawej:

1. Magia złota, Tamora Pierce [Jaguar]
2. Petrodor, Joel Sheperd [Jaguar]
3. Pas Deltory. Grota Mrokena, Emily Rodda [Jaguar]
4. Pas Deltory. Wyspa iluzji, Emily Rodda [Jaguar]
5. Buckingham za zamkniętymi drzwiami,  Bertrand Meyer-Stabley [Świat Książki]


Po lewej:

1. Kocham Paryż, Isabelle Laflèche [Literackie]
2. Wichrowe Wzgórza, Emily Brontë [Znak]
3. Taniec szczęśliwych cieni, Alice Munro [Literackie]
4. Rzeźnik drzew, Andrzej Pilipiuk [Fabryka Słów]
5. Tam, gdzie ty, Jodi Picoult [Prószyński i S-ka]
6. Z innej bajkiJodi Picoult, Samantha van Leer [Prószyński i S-ka]
7. To, co zostałoJodi Picoult [Prószyński i S-ka]

Po prawej:

1. Zniewolony, Solomon Northup [Replika]
2. Druga szansa, Katarzyna Berenika Miszczuk [Uroboros]
3. Zabójczyni i Władca Piratów, Sarah J. Maas [Uroboros]
4. Kamerdyner, Wil Haygood [Marginesy]
5. Przypływ, Daniela Sacerdoti [Dreams]
6. Serce gryfa, Jastek Telica [Novae Res]
7. Wilk z Wall Street, Jordan Belfort [Świat Książki]

I bonus w postaci przewodnika po Hobbicie kupiony za 7 zł w Fabryce!


Znaleźliście coś dla siebie?
Co polecacie, a co odradzacie?

16 lutego 2014

"Alicja w krainie zombi" - Gena Showalter




Tytuł: Alicja w krainie zombi
Autor: Gena Showalter
Wydawnictwo: Harlequin/Mira
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 510




O Alicji w krainie zombi słyszałam wiele dobrego. Nigdy nie czytałam oryginalnej książki Carrolla, nie miałam też styczności z twórczością Geny Showalter, ale uwierzyłam w recenzje, które udało mi się przeczytać, bo obiecywały mi dobrą lekturę. Poza tym trudno mnie odciągnąć od książek o nieumarłych - każda wzmianka na ich temat natychmiast wzbudza moją ciekawość. Finalnie autorka położyła wątek żywych trupów, jednak jakoś udało mi się dobrnąć do końca. Niestety, to chyba jedyne osiągnięcie Geny Showalter.

Sam początek powieści nie zwiastował niczego złego. Była sobie Alicja i jej młodsza siostra. I był sobie ich ojciec - mężczyzna z manią prześladowczą, który nie pozwalał im wychodzić z domu po zmroku, a zamiast lalek kupował im broń. Nic dziwnego, że któregoś razu Alicja się zbuntowała i wymogła na rodzicach wyjście na miasto i późniejszy powrót do domu. Niestety, rodzina głównej bohaterki zapłaciła za ten wypad najwyższą cenę. Dla Alicji chyba najgorsze okazało się to, że za śmierć jej bliskich odpowiedzialne były stworzenia, w które ona nie chciała wierzyć, a przed którymi wiecznie przestrzegał ją ojciec...

I tutaj zaczynają się schody. W ujęciu Geny Showalter zombie najwyraźniej nimi nie są. Różnice między kanonem a tym, co wymyśliła sobie autorka, są zatrważające i w głowie mi się nie mieści skąd pisarka wytrzasnęła taką wizję. Przede wszystkim w polskim tłumaczeniu przyjęło się słowo zombi, co kłuje w oczy na każdym kroku i wywołuje niesmak wśród fanów umarlaków. Idąc dalej: żywe trupy według autorki to istoty duchowe, z którymi walczy się tylko w takiej postaci. A co za tym idzie - nic nie da im się zrobić, nie będąc duchem. Czytając to na samym wstępie na usta wręcz cisnęły mi się przekleństwa. Nie rozumiem po co aż tak komplikować tak oczywistą sprawę? Zombie to chodzące trupy łaknące ludzkiego mięsa, rozkładające się i pozbawione ludzkich odruchów. Dlaczego więc Showalter dąży do tego, by za wszelką cenę było inaczej? Nie jestem w stanie tego przełknąć. I przyznaję, że tylko to wystarczyło, bym poczuła się rozczarowana tą lekturą.

Kolejna sprawa to nawiązania do Alicji w krainie czarów. Jak wspominałam, nie czytałam oryginału, ale - jak każdy - jestem w stanie wskazać pewne charakterystyczne elementy. W tej książce, niestety, nie ma mowy o wielu nawiązaniach. Właściwie to są one niedostrzegalne. Czytelnik zwabiony prozą Carrolla może poczuć się rozczarowany. Tymczasem osoba oczekująca nowej wizji przygód Alicji w krainie żywych trupów poczuje się podwójnie zawiedziona - tak jak ja. Naprawdę szkoda, że pisarka nie wykorzystała tak wielu interesujących motywów. Z pewnością byłoby o wiele ciekawiej, gdyby było tego więcej.

Sama Alicja Bell prezentuje się całkiem dobrze jak na główną bohaterkę. Początkowo bardzo mnie denerwowała swoją nieudolnością. Kiedy trafiła do nowej szkoły dodatkowo zaczęła mnie irytować swoją postawą typowej rozkapryszonej nastolatki, dla której liczą się tylko plotki, popularność w szkole oraz chłopcy. Z czasem, gdy zaczęła rozwijać swoje zdolności i ćwiczyć w celu pomszczenia swoich bliskich, powoli zyskiwała moje uznanie. Jak na bohaterkę wrzuconą do tak kiepsko wykreowanego świata, Alicja broni się do samego końca i w porównaniu z resztą nijakich bohaterów wypada nadzwyczaj dobrze.

Generalnie wymyślona przez autorkę fabuła, gdyby pominąć kwestię beznadziejnych zombie, jest naprawdę ciekawa i wciągająca. Akcja przyzwoicie brnęła do przodu, dostarczając mi odpowiedniej dawki rozrywki. Mnogość wątków była zadowalająca. Przy tak wielu wadach dziwię się, że czytanie w ogóle sprawiło mi jakąkolwiek przyjemność. Z ręką na sercu potwierdzam, że trudno mi było oderwać się od lektury. Kibicowałam Alicji w jej dążeniu do zemsty i starałam się przymknąć oko na krzywdę, jaką pisarka wyrządziła umarlakom. Dzięki temu finalnie książka zyskała w moich oczach. 

W żadnym romansie paranormalnym nie może zabraknąć wątku miłosnego. Jak na autorkę słynącą z pikantnych związków, ten w wykonaniu Alicji i Cole'a wyszedł jej naprawdę kiepsko. Przede wszystkim okoliczności, w jakich się poznali, są co najmniej śmieszne. Strasznie nie lubię ckliwych historyjek o przeznaczeniu i miłości od pierwszego wejrzenia. Dodatkowo Cole i Alice dość długo uskuteczniali podchody, które między nimi wypadły nieciekawie i niepotrzebnie wydłużały akcję.

Co prawda pod względem fabuły i akcji Alicja w krainie zombi nie wypadła źle, to jednak w ostatecznym rozrachunku czuję się dość mocno rozczarowana książką. Nie potrafię przecierpieć tej nienaturalnej wizji umarlaków, bo jest ona wyjątkowo sztuczna i niestrawna. Żałuję, że Genie Showalter nie udało się wykreować historii, w której nie byłoby tylu wad, ponieważ podobał mi się też sam język powieści. Niestety, wciągająca fabuła i prosty styl autora to za mało, by się obronić. Nie byłabym wobec Was uczciwa, gdybym bez żadnych refleksji poleciła Wam tę powieść. Nie jest ona tragiczna i miło spędza się przy niej czas, ale nie jestem pewna, czy oby na pewno warto go jej poświęcać. Musicie sami się nad tym zastanowić.

Ocena:


15 lutego 2014

"Stary, młodzi i morze" - Marcin Jamkowski, Jacek Wacłowski



Tytuł: Stary, młodzi i morze
Autor: Marcin Jamkowski, Jacek Wacłowski
Wydawnictwo: Bezdroża
Rok wydania: 2013

Liczba stron: 312




Mając dwadzieścia lat, zaczyna się odczuwać przemożoną potrzebę spełniania swoich marzeń. Z tego założenia najwyraźniej wyszli również członkowie załogi Starego, ponieważ postanowili opłynąć Amerykę Południową i przez niebezpieczny przylądek Horn dotrzeć do Polskiej Stacji Polarnej. Problemem było jedynie zdobycie pieniędzy na podróż. Trzeba było szukać sponsorów i przekonać rodzinę do wyjazdu. Mimo przeciwności dopięli swego i wyprawa doszła do skutku - co więcej, zakończyła się sukcesem. Młodzi podróżnicy poczuli jednak niedosyt i uznali, że czas zdobyć Amerykę Północną, a po przepłynięciu trudnego Przejścia Północno-Zachodniego także i wybrzeża Kanady. Ta książka to zapis ich niezwykłej podróży.

Stary, młodzi i morze to niezwykle emocjonująca relacja kilku przyjaciół, którzy postanowili spełnić swoje marzenia i wyruszyć w podróż życia. Spisania historii podjął się Marcin Jamkowski, który pracował głównie na materiałach przygotowanych przez kapitana obu rejsów, Jacka Wacłowskiego, i brał udział jedynie w drugiej wyprawie. Trochę szkoda, że takie zadanie przypadło komuś, kto nie widział wszystkiego. Zapewne z tego względu książka przybrała również formę trzecioosobową. Jak dla mnie jest to największa wada tej pozycji. W literaturze podróżniczej najbardziej lubię ten osobisty wydźwięk i narrację pierwszoosobową. Dzięki temu ma się lepszy wgląd w przemyślenia uczestników wyprawy. Tutaj nie mogłam w żaden sposób tego poczuć, co nie do końca mi się spodobało.

Mimo to jest to książka bardzo ciekawa i wciągająca, przedstawiająca ludzi połączonych pasją, jaką jest żeglarstwo. Pasję tę widać na każdym kroku - w relacji, w historiach, na zdjęciach, czy też... na dołączonym przez wydawnictwo filmie. Wszystko to sprawia, że opowiadana przez Jamkowskiego historia jest maksymalnie interesująca i bogata. Równie fajnie czytało mi się o relacjach bohaterów opowieści. Jako najlepsi przyjaciele przeżywali wspaniałe chwile, ale zdarzały im się również scysje. W sumie nie ma się czemu dziwić - pokład jachtu nie sprzyja izolacji, a co za tym idzie - kiedy ma się kogoś dość, nie ma dokąd uciec. Na szczęście bardziej liczył się dla nich cel podróży, dzięki czemu dążyli do niego mimo nieporozumień.

Jest jeszcze jeden plus Starego, młodych i morza: prawdziwą przyjemnością było dla mnie obserwowanie zmagań bohaterów z żywiołem wody. Niebezpieczeństwo groziło im na każdym kroku, mimo to nigdy się nie poddali i wytrwale walczyli z przeciwnościami losu. Tego oczekuję po dobrej książce podróżniczej i cieszę się, że kolejna powieść Bezdroży okazała się tak wspaniałą lekturą, nad którą warto spędzić kilka godzin.

Tym bardziej, że wydano ją z rozmachem i dbałością o detale.

Podsumowując: głównym mankamentem tej historii jest pozbawienie jej narracji pierwszoosobowej, która w dużej mierze przełożyła się na brak osobistego punktu widzenia bohaterów tej niezwykłej książki. Pod każdym innym względem jest to kawał wspaniałej literatury podróżniczej. Podobało mi się wydanie, a także pięknie wykonane zdjęcia do spółki z filmem, który tylko pogłębił moje wrażenia estetyczne. Najlepsza jednak okazała się pasja chłopaków, ponieważ to dzięki niej udało im się osiągnąć to, co sobie zamierzyli.

Ocena:



13 lutego 2014

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" - Matthew Quick




Tytuł: Niezbędnik obserwatorów gwiazd
Autor: Matthew Quick
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320




Nie czytałam jeszcze Poradnika pozytywnego myślenia, choć wiele osób go zachwalało. W dużej mierze przyczynił się do tego film o tym samym tytule, który był po prostu... mierny. Kiedy jednak nadarzyła się sposobność, by sięgnąć po Niezbędnik obserwatorów gwiazd - póki co nieskażony hollywoodzką ekranizacją - i zapoznać się z twórczością Quicka, zabrałam się do lektury z ogromną chęcią. I powiem Wam: warto było!

Matthew Quick okazał się dla mnie pisarzem godnym miana następcy Johna Greena. Co prawda nigdy go nie prześcignie, ale jednak ma w sobie to coś, dzięki czemu jego książkę wspominam bardzo mile i z pewnością do niej wrócę. Lubię takie perełki ukryte pod etykietką powieść młodzieżowa.

Bohaterem Niezbędnika obserwatora gwiazd jest nastoletni Finley, introwertyczny mieszkaniec Belmont w stanie Pensylwania i główny rozgrywający szkolnej drużyny koszykówki. Jego przytłumioną naturę zdaje się całkowicie akceptować jego dziewczyna Erin, również parająca się tym sportem. Niestety, życie Finleya nie jest usłane różami. Kiedy był małym chłopcem, stracił matkę, zaś jego dziadek uległ wypadkowi, w wyniku którego amputowano mu nogi. Teraz starszy pan potrzebuje stałej opieki, a ojciec głównego bohatera nie zarabia zbyt wiele. Mówiąc krótko: nie przelewa im się. Na dodatek Finley nie gra nawet w połowie tak dobrze jak Erin, w związku z czym nie może liczyć na stypendium sportowe. To z kolei skreśla jego plany na ucieczkę z Belmont, co dla chłopaka jest spełnieniem najskrytszych marzeń. Pewnego dnia Fin poznaje Russa Allena, który stracił rodziców i w specyficzny sposób przeżywa żałobę. Czy ta przyjaźń zmieni coś w ich życiu?

W gruncie rzeczy powieść Quicka jest bardzo prosta. Banalny jest jej język - autor nie używa w tekście skomplikowanego słownictwa, nie ma też skłonności do filozofowania i nie korzysta z trudnych w odbiorze metafor. Tak naprawdę jest to książka dla każdego - i w sumie dobrze, bo z jej treści można wynieść wiele dobrego. Przede wszystkim historia opowiedziana przez bohaterów pokazuje jak sobie radzić w trudnych sytuacjach, jak przeżywać utratę bliskich, jak walczyć o marzenia oraz jak powinna wyglądać prawdziwa miłość. Tak wiele wartości stłoczonych na niedużej w sumie liczbie stron dobrze świadczy o autorze. Mnie tematyka Niezbędnika obserwatorów gwiazd mocno poruszyła i w sumie zdziwiłabym się, gdybym nie zakochała się w prozie Quicka zaraz po skończeniu lektury. Tym bardziej, że bohaterowie wykreowani przez pisarza są wyjątkowi! Z jednej strony patrzą na świat przez pryzmat bycia nastolatkiem, ale z drugiej zachowują się nad wyraz dojrzale. Właśnie to mi się podoba w Erin i Finie - nie są to zwyczajne postacie, które niczego nie wnoszą do fabuły. Ta zresztą nie jest w tej książce aż tak ważna - bardziej liczy się bowiem to, by czytelnik zastanowił się nad pewnymi sprawami. Ta swoista refleksyjność stanowi największy atut powieści.

Bardzo mi się spodobał Niezbędnik obserwatorów gwiazd i nie zgodzę się, by szufladkowano go jako powieść dla młodzieży. Po tę książkę powinni sięgnąć także i starsi odbiorcy, ponieważ kryje ona w sobie wiele mądrości, nad którymi warto się pochylić. Jest to prosta, refleksyjna historia, dająca możliwość nabrania wiary w to, że wszystko jest możliwe i że nasze życie wciąż się zmienia. A raczej: to my możemy je zmienić.

Ocena:



11 lutego 2014

"Pomnik Cesarzowej Achai. Tom III" - Andrzej Ziemiański


PREMIERA!
Tytuł: Pomnik cesarzowej Achai
Seria: Pomnik cesarzowej Achai
Tom: #3
Autor: Andrzej Ziemiański
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 798



Od chwili, w której opublikowałam tu recenzję drugiego tomu Pomnika Cesarzowej Achai minął mniej więcej rok. Udało mi się skompletować całą serię oraz dodatkowo wszystkie części Achai, ale - rzecz jasna - zabrakło mi czasu, by zabrać się do ich lektury. Niemniej jednak brakowało mi Imperium tak bardzo, że i tym razem rzuciłam się na książkę jak wygłodniałe zwierzę. Przepadłam na tydzień, a więc podobnie jak poprzednim razem. Czy Ziemiańskiemu udało się sprawić, że mój sentymentalny entuzjazm do jego twórczości pozostał?

Bez dwóch zdań. Właściwie, jeśli mam być całkiem szczera, to moje uwielbienie do cyklu wręcz się pogłębiło. Nie przeraziła mnie zatrważająca liczba stron do przeczytania i z ochotą wzięłam się do wałkowania fabuły, raz po raz podglądając okładkę, która jest po prostu cudowna i doskonale pasuje do pozostałych. Początkowo czułam się zagubiona, bo choć żywo interesowałam się newsami na temat tego tomu prezentowanymi przez wydawcę, to jednak ani razu nie zajrzałam do książek autora w przeciągu całego roku! Trochę plułam sobie w brodę, bo czytanie Ziemiańskiego to prawdziwa frajda dla fanów polskiej literatury fantasy, jednak szybko złapałam odpowiedni rytm i wchłaniałam treści jak gąbka.

Polityczne zawirowania w Imperium wywołane wizytą żelaznych okrętów Rzeczypospolitej sięgają zenitu. Jak można się było spodziewać, obecność obcych nie wpłynęła dobrze na wszystkich mieszkańców ziem, które to Achaja zmieniła w potężne królestwo z tysiącletnią historią. Dla większości osób Polacy stanowią źródło łatwego zarobku - niektórzy zaczynają ich nawet czcić jak pradawnych bogów. Do Imperium napływają zdobycze techniki, potrawy, o których nie śniło się nawet tutejszym filozofom, a także nowe zasady kierowania armią. Dla obecnej cesarzowej Rzeczpospolita jest kurą znoszącą złote jajka, dlatego też robi wszystko, by zacieśnić stosunki i zatrzymać potężnych sojuszników przy sobie. Nie wszyscy jednak są z obecności Polaków zadowoleni. Tworzą się ugrupowania agitujące za usunięciem przybyszy z ziem należących do cesarstwa, a ponadto co mądrzejsi zaczynają widzieć i rozumieć, że wizyta ta nie ma na celu wyłącznie niesienia pomocy i wymiany międzykulturowej. Powstaje intryga za intrygą, wszyscy knują za plecami i kłamią na potęgę, formuje się siatka wywiadowcza i u Polaków, i u mieszkańców Imperium, a na dodatek nie wiadomo komu można ufać i kto jakie ma cele. Całą tę polityczną otoczkę uzupełnia również fakt, iż zarówno Rzeczpospolita, jak i Cesarstwo przeżywają wewnętrzny rozłam. 

Na tle tych niesamowitych wydarzeń, opisanych z godnym podziwu pietyzmem, czytelnik szybko staje się obserwatorem przełomowych zmian w Imperium. Dodatkowo ma możliwość przyglądania się jednostkom, które do owych zmian mogą się walnie przyczynić. Tylko komu przyjdzie zapłacić za to najwyższą cenę? Czarownicy Kai, która jawnie obnosi się ze swoją nabytą polskością i odrzuca nauki szkoły magii; rebeliantce Shen, o której krążą już legendy i która ma realną szansę odmienić losy Imperium; Wyszyńskiej, dla której liczy się tylko odnalezienie pomnika Achai; Polakom, którzy chcą się po kryjomu wzbogacić, a zarazem zyskać dominującą pozycję w cesarstwie, zanim przesmyk w Górach Pierścieniowych zostanie odkryty? Tego nie jestem w stanie powiedzieć, ale ktoś na pewno będzie musiał za to beknąć. A ja chętnie dowiem się kto.

Andrzej Ziemiański po raz kolejny zachwyca wielowątkowością fabuły zamkniętej na niemal ośmiuset stronach bitego tekstu. Dzięki temu można przyjrzeć się rozgrywkom politycznym pomiędzy dwoma mocarstwami z perspektywy różnych wydarzeń i bohaterów. Całość jak zwykle prezentuje się niesamowicie profesjonalnie. Wszystko za sprawą ogromu pracy, którą autor włożył w napisanie tak rozbudowanej, epickiej historii. Na dodatek w tekście pojawia się wiele intrygujących pomysłów, w zakamarkach barwnej fabuły kryją się tajemnice, a pomnik jak był enigmatyczny tak jest nadal i aż żal poznawać wyjaśnienie tego wszystkiego. Powieść Ziemiańskiego zawiera wszystkie elementy potrzebne do stworzenia świetnej historii.

I w sumie nie ma się czemu dziwić - autor posiada bujną wyobraźnię i nie ma powodu, by jej nie używać do kreowania własnego uniwersum. Zderzenie dwóch kultur wychodzi mu nader znakomicie, a dynamiczna akcja przepleciona lżejszymi wątkami uzupełnia całość. Jestem też zachwycona językiem powieści - co prawda Ziemiański nie stroni od przekleństw, ale bluzgi w wykonaniu żołnierzy imperialnych brzmią całkiem naturalnie, więc nie widzę problemu. Opisy i dialogi są w moim odczuciu dopracowane i cechują się pazurem - nie brak tu też dużej dozy specyficznego humoru autora. Pod każdym względem trzecim tom Pomnika Cesarzowej Achai wypada olśniewająco, przez co mój apetyt na kolejny, wieńczący cykl, tylko się wzmaga.

Nie zawiodłam się na najnowszej osłonie serii z Achają w tle i gorąco polecam ją wszystkim fanom fantasy. Soczysta fabuła przepełniona politycznymi rozgrywkami, widmem rewolucji i grozą wyzierającą z tajemniczego pomnika dawnej cesarzowej stanowi główny atut tej historii. Z pewnością nowa książka Andrzeja Ziemiańskiego przypadnie do gustu osobom, które mają za sobą poprzednie tomy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by i kolejni czytelnicy dołączyli do grona fanów autora. Ta powieść spełniła wszelkie moje oczekiwania i bez wątpienia stanowi bardzo udaną kontynuację cyklu. Oby tylko Ziemiański odszedł od pomysłu, który wyłania się z fabuły pod koniec tego tomu... 

Ocena:


Recenzja powstała na potrzeby portalu Upadli.pl.

10 lutego 2014

"Notatki z podróży" - Angelina Jolie




Tytuł: Notatki z podróży
Autor: Angelina Jolie
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 270




Działalność charytatywna to ważna część życia każdej gwiazdy. Dla jednych jest to naturalne, bo posiadając grube miliony na koncie można żyć w luksusie i jeszcze pomagać potrzebującym, zaś dla drugich to sprytny sposób na ocieplenie wizerunku. Nieważne jakimi pobudkami kieruje się obdarowujący, gdyż liczy się to, że ktoś inny może na tym zyskać, jednak zdecydowanie milej robi się na sercu, gdy udzielająca się dobroczynnie osoba robi to bezinteresownie. Do grona takich ludzi należy Angelina Jolie.

Miała 25 lat, kiedy wyjechała do Kambodży, by kręcić film o przygodach Lary Croft. Wróciła z pełnym bagażem doświadczeń i mocnym postanowieniem niesienia pomocy humanitarnej w regionach, w których bieda i nędza są na porządku dziennym. Jak postanowiła, tak zrobiła i dziś znajduje się w ścisłej czołówce hollywoodzkich gwiazd udzielających się charytatywnie. Na chwilę obecną wychowuje trójkę adoptowanych dzieci z biedniejszych krajów, hojnie wspiera fundacje i organizacje charytatywne, a sama nieustannie agituje wśród polityków, by zadbali o pokrzywdzonych, a także występuje z ramienia ONZ i UNICEF-u. Naprawdę mało kto może się pochwalić równie intensywną i bezinteresowną działalnością dobroczynną.

Notatki z podróży to bardzo osobisty dziennik Jolie, w którym aktorka opisuje wrażenia z pierwszych misji pokojowych ze swoim udziałem. Są to zapiski naznaczone emocjami, przez co wydają się nieco chaotycznie przedstawione. Dla mnie akurat nie było to żadną przeszkodą do cieszenia się z tekstu, ale lojalnie uprzedzam, że można się troszkę pogubić w lekturze książki. W żaden sposób nie umniejsza to jednak jej wartości. Można się z niej wiele dowiedzieć i przede wszystkim spojrzeń na problem biedy i uchodźstwa z perspektywy osoby, która tak jak my niezbyt się odnajdywała w tej smutnej rzeczywistości. Trzeba bowiem zapamiętać, że są to wspomnienia z pierwszych lat działalności charytatywnej aktorki - od tego czasu minęło już jakieś dziesięć lat i przyjemnie jest widzieć jak bardzo pogłębiła się jej wiedza w tym zakresie.

Dzienniki Angeliny Jolie napisane są bardzo prostym językiem, przy czym jawią mi się jako dość szerokie kompendium wiedzy o problemach krajów rozwijających się związanych z biedą i - szczególnie - uchodźstwem. Gwiazda na początku swojej działalności charytatywnej całkiem obszernie opisywała takie organizacje jak UNHCR oraz UNICEF. Chwaliła ludzi, którzy w nich pracują. Najczęściej jednak opisywała swoje osobiste przemyślenia, z których na pierwszy plan wysuwały się jej emocje, współczucie i empatia. Niejednokrotnie miewała wyrzuty sumienia, widząc u bohaterów swojej książki brak czystej wody i toalet, jednocześnie wiedząc, że sama nigdy nie miała takich problemów. Dla aktorki była to solidna lekcja życia i po dziś dzień widać, że wyciągnęła z niej właściwe wnioski.

Notatki z podróży urzekły mnie swoją prostotą i kryjącą się w nich emocjonalną podróżą, która raz na zawsze zmieniła życie Angeliny Jolie. Jest to pozycja niezwykle wartościowa, poruszająca niebanalny temat i pozwalająca spojrzeć na znaną hollywoodzką autorkę z innej strony. Szczerze podziwiam autorkę tej książki za wytrwałość w tym, co robi, a także hojność, wyróżniającą się na tle dobroczynności innych gwiazd kina, telewizji, czy muzyki. Polecam Wam lekturę Notatek z podróży, ponieważ czyta się je szybko, dzięki czemu lektura nie zajmuje wiele czasu, a mimo to daje do myślenia i uwrażliwia na problemy tzw. Trzeciego Świata.

Ocena:


1 lutego 2014

"Biuro kotów znalezionych" - Kinga Izdebska




Tytuł: Biuro kotów znalezionych
Autor: Kinga Izdebska
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 252




Kiedy w zapowiedziach wydawniczych wypatrzyłam utrzymaną w błękitach okładkę z opatulonym w kocyk kotkiem, wiedziałam, że szybko zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Blurb wieszczący bliski mi temat tylko dopełnił uczucia radości. Los chciał, bym miała możliwość zamienienia na temat książki kilku słów z autorką i muszę przyznać, że gdyby nie ten łut szczęścia, dziś na mojej półce nie stałby podpisany przez nią egzemplarz.

Biuro kotów znalezionych Kingi Izdebskiej to książka napisana z potrzeby serca. Przedstawia autentyczną historię autorki oraz jej drogę do stania się wolontariuszem i domem tymczasowym dla bezdomnych kotów. Chyba każdy miłośnik tych charakternych futrzaków w jakiś sposób pomagał im w powrocie do zdrowia i szukaniu domu. Czy to poprzez wsparcie finansowe, czy też akcje na Facebooku - wszak trudno przejść obok potrzebującego zwierzęcia obojętnie. Ja sama mam za sobą roczny wolontariat i rozważam kolejny, często dzielę się z kociastymi resztą pieniędzy z konta bankowego, odchowałam też przy wsparciu rodziny i sąsiadów kilka miotów porzuconych kociąt. Moje własne koty to zwykłe dachowce, z czego jeden wciąż mieszka z rodzicami. Kiedy wreszcie dorobię się większego mieszkania i przestanę płacić horrendalne sumy za studia, które nic mi nie dały, kolejna kocia kruszyna na mur beton zasili szeregi mojej rodziny. 

Słyszałam wiele zarzutów kierowanych w stronę Izdebskiej i jej Biura kotów znalezionych. Najczęściej przewijał się ten, w którym mowa była o wyzutym z emocji stylu pisania i odarciu tekstu z wszelkich ciepłych odczuć. Nie przeczę - książka ta ma ściśle pragmatyczny wymiar i w istocie pozbawiona jest emocjonalnej otoczki. Pamiętajmy jednak, że autorce nie chodziło o napisanie historii podobnej do Kleo i ja Helen Brown. Jej zależało na ukazaniu prawdy, która w tym przypadku oznacza niebywałe trudy w udzielaniu tym biednym kotom pomocy. To zadanie książka spełnia w stu procentach. Nie ma się zatem co łudzić, Izdebska bowiem nie sprzedaje w swoim tekście łzawych historyjek. Niektóre historie - owszem  - wywołują czasem łzy, ale to akurat drugorzędna sprawa. Ważniejsze jest pokazanie ludziom, że praca w charakterze wolontariusza jest ciężka i niekiedy wywołująca ogromny smutek, ale pod każdym względem ważna i potrzebna. Gdyby nie ci ludzie dobrej woli, wiele kotów straciłoby życie - podkreślić trzeba, że nierzadko właśnie z ręki człowieka. 

Dla mnie Biuro kotów znalezionych to niezwykle ważna pozycja. Reprezentuje sobą wszystko to, w co sama wierzę. A wierzę w swoich braci mniejszych. Podziwiam zatem i Kingę Izdebską, i wszystkich ludzi, którzy na co dzień pomagają kotom, niekiedy narażając się na docinki w stylu kociej mamy, drugiej Violetty Villas, czy innych uszczypliwości. Dzięki takim ludziom wciąż wierzę w dobroć tkwiącą w naszych sercach i jest mi to bardzo potrzebne, bo zazwyczaj wiarę tę odbierają mi oprawcy, o których ciągle słyszy się w mediach. Moja własna kotka Cori padła ofiarą takiego bestialstwa - naiwnie wierząc w człowieka, podeszła do kogoś i jedyne, co na tym zyskała, to ułamany ząb i szyty pyszczek. Słowo daję, że polałaby się krew, gdybym tego kogoś przyłapała na gorącym uczynku. Nie tak wyobrażam sobie dobro mojego zwierzęcia...

Nie przeszkadza mi zatem spartański styl książki Kingi Izdebskiej. Przy takiej tematyce wręcz nie chciałabym zagłębiać się w smutne historie napisane tylko po to, by wywołać łzy. Po stokroć wolę pragmatyzm opisów, pokazujący dokładnie to, co naprawdę dzieje się w życiu wolontariusza prowadzącego dom tymczasowy. Ponadto cenię sobie piękne wydanie tej pozycji. Wnętrze kryje w sobie mnóstwo kotów, a mój własny egzemplarz dodatkowo uwagi od autorki do poszczególnych fragmentów tekstu.

Z lektury jestem bardzo zadowolona. Zdaję sobie sprawę z tego, że tematyka dotyczy raczej wąskiego grona - czytających kociarzy z potrzebą niesienia pomocy braciom mniejszym. Lecz tak na dobrą sprawę może warto byłoby sięgnąć po tego typu książkę, by przekonać się, że wolontariusze, karmiciele i pomagający kotom wcale nie są tacy nawiedzeni, za jakich powszechnie się ich uważa? Polecam.

Ocena: