STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 kwietnia 2014

Podsumowanie kwietnia

Dzisiaj będzie tylko krótkie podsumowanie mojej działalności - przykro mi to pisać, ale najprawdopodobniej w maju nie będę się zbytnio udzielać na Zrecenzujemy z uwagi na to, że zostało mi mało czasu na napisanie magisterki, a jestem daleko od jej ukończenia. Martwi mnie to, ale powinnam dać radę.

A zatem króciutko, w tym miesiącu:
- bloga odwiedziło 11 990 nowych osób;
- łącznych odwiedzin było 113 562;
- blog ma 315 obserwatorów, 278 fanów na Facebooku i 309 osób w kręgach Google+.

Przeczytałam dwadzieścia książek:

1. Podzieleni, Neal Shusterman
2. Władczyni rzek, Philippa Gregory
3. Troje przeciw Światu Czarownic, Andre Norton
4. Polowanie, Andrew Fukuda
5. Poza czasem, Alexandra Monir
6. Gra o miłość, Eve Edwards
7. Serce gryfa, Jastek Telica
8. Druga szansa, Katarzyna Berenika Miszczuk
9. Sen Kleopatry, Christian Jacq
10. Światło się mroczy, George R.R. Martin
11. Droga do zapomnienia, Eric Lomax
12. Anioły jedzą trzy razy dziennie, Grażyna Jagielska
13. Złodziejka książek, Markus Zusak
14. Rywalki, Kiera Cass [RECENZJA]
15. Król uciekinier, Jennifer A. Nielsen
16. Zimowa opowieść, Mark Helprin
17. Cmętarz zwieżąt, Stephen King
18. Elita, Kiera Cass
19. The Prince, Kiera Cass
20. The Guard, Kiera Cass

No, to już wiecie dlaczego jestem w tyle z magisterką...

Książka Miesiąca wg Czytelników: "Zarządzanie kryzysem w social media"
Najlepsza Książka: "Rywalki", "Elita"
Najgorsza Książka: "Troje przeciw Światu Czarownic"

PLAN NA MAJ? Napisać te dwa rozdziały i  w końcu mieć święty spokój...

27 kwietnia 2014

"Rywalki" - Kiera Cass


Rocznikowo może i nie jestem najmłodsza, ale książki młodzieżowe nadal czytać lubię i pewnie minie sporo czasu, zanim coś się w tej materii zmieni. Kiedy zobaczyłam okładkę Rywalek, nawet nie musiałam czytać ich opisu, bo wiedziałam, że muszę ją mieć i przeczytać. W końcu do mnie dotarła, piękna i pachnąca drukiem, lecz nie miałam czasu, by od razu zasiąść do lektury. Tak jakoś wyszło, że czytanie odwlekało mi się aż do przedwczoraj. I powiem Wam jedno: nie wiem jak mogłam być tak głupia i patrzeć na nią z utęsknieniem, a mimo to nie czytając jej zawartości. Sama się sobie dziwię, bo to, co towarzyszyło mi przy lekturze, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Rywalki okazały się tak fascynującą powieścią, że dzisiaj, zaledwie trzy dni po sięgnięciu po pierwszy tom Selekcji, mam za sobą lekturę Elity i jestem w trakcie składania zamówienia na trzecią część. Nie potrafiłabym spokojnie czekać na polską premierę, a wydaje mi się, że 35 zł już z wysyłką za anglojęzyczne wydanie to niedużo. Wydałabym drugie tyle, byleby tylko poznać dalsze losy bohaterów.

Fabuła powieści Kiery Cass opiera się na koncepcji reality show oraz historii Kopciuszka. Jak zapewne wiecie, kandydatek do roli księżniczki może być wiele, ale ostatecznie wybrana zostanie tylko jedna - ta, którą książę uzna za wybrankę swojego serca. Na takim mniej więcej pomyśle opierają się Rywalki: trzydzieści pięć dziewcząt pochodzących z różnych kast krainy zwanej Illèą zbiera się w pięknym zamku, by rywalizować o serce księcia Maxona. Wśród nich znajduje się America Singer, siedemnastolatka, która kocha innego, ale bierze udział w eliminacjach, ponieważ wiąże się to z licznymi korzyściami dla jej głodującej rodziny.

Uwielbiam takie motywy. Nie ma dla mnie nic lepszego jak czytanie o pięknym zamku ociekającym luksusem i zamkniętej w nim zbuntowanej nastolatki. Z miejsca zaczęłam darzyć Ami sympatią, a w Maxonie, co pewnie nikogo specjalnie nie zdziwi, zakochałam się na zabój. Przy lekturze Rywalek piszczałam i śmiałam się do siebie, a także do książki, zaś od lektury nie było w stanie odciągnąć mnie ani jedzenie, ani cokolwiek innego. Czytałam jak w jakimś amoku, chłonąc słowa i wrażenia, tymczasem radość, jaką odczuwałam, poznając tę historię, nie miała sobie równych. Zdaję sobie sprawę z tego, że to powieść dla nastolatek, które pragną księcia z bajki, ale za nic w świecie nie potrafiłabym nie ekscytować się jej lekturą.

A wszystko za sprawą Maxona, dla którego najzwyczajniej w świecie straciłam głowę. Każda scena, w której się pojawiał, zapierała mi dech w piersiach i wręcz czekałam na kolejne jak narkoman wyczekujący nowej działki. Książę Illèi jest tak fenomenalnie wykreowany, że nie potrafię powiedzieć o nim choćby jednego złego słowa. W porównaniu z nim żaden bohater książkowy nie wywołał we mnie aż takich emocji. No okej, było kilku takich, co wzbudzili we mnie masę pozytywnych uczuć, ale to właśnie Maxon stał się moim ulubieńcem (obok Augustusa Watersa, bo jego nigdy nie przestanę kochać). Przemawiało za tym wiele argumentów: jest księciem, do tego diabelnie przystojnym (w moim wyobrażeniu wygląda jak Andrew Garfield), a poza tym jest zabawny, inteligentny, oczytany, słodki, uroczy, po prostu... idealny. Aż do ostatniej strony bałam się, że Maxon kryje w sobie coś złego, coś, co sprawi, że przestanę go tak postrzegać, ale po lekturze Elity mogę już powiedzieć, że nie ma niczego takiego. Książę jest wyjątkowym bohaterem i nie zmienię o nim zdania.

Akcja powieści jest wyważona i raczej biegnie jednostajnym rytmem, ale dzięki temu mogłam rozkoszować się każdym pojawieniem się w książce mojego ulubieńca. Podobał mi się również wkład tłumaczki w uczynienie z Rywalek naprawdę przystępnej lektury - teraz, gdy mogę je porównać do anglojęzycznej Elity, bez wątpienia doceniam pracę włożoną w przetłumaczenie dzieła Kiery Cass na język polski. Książka okazała się lekka i przyjemna w odbiorze i choć gdzieś głęboko kryje się w niej wątek polityczny związany z systemem kastowym oraz historią kraju (Illèa to państwo zbudowane na zgliszczach Stanów Zjednoczonych zniszczonych przez III i IV wojnę światową), to jednak motyw selekcji jest w niej najmocniej akcentowany, a dla mnie osobiście - najbardziej atrakcyjny. Z przyjemnością obserwowałam poczynania Ami w rywalizacji i z jeszcze większym entuzjazmem przyglądałam się temu jak się zmienia oraz poddaje w wątpliwość to, co do tej pory myślała o księciu Maxonie. Uważam, że dokładnie takie relacje powinny łączyć następcę tronu z ewentualną kandydatka na żonę, choć w przypadku Americi nie można mieć żadnej pewności. I właśnie to mnie tak bardzo frustruje i wręcz doprowadza do szału. Strasznie bym chciała, żeby seria skończyła się tak jak ja chcę. Niestety, jest już za późno na próbę ustalenia z autorką zakończenia, bowiem ostatni tom poszedł do druku i czeka na swoją premierę. Rzecz jasna, zapoznam się z nim od razu po jego pojawieniu się w sprzedaży.

Rywalki to niesamowicie dobra książka, której lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. O takiej historii marzyłam od dłuższego czasu, dlatego też Jaguar nie mógł mi sprawić większej przyjemności, wydając powieść Kiery Cass w naszym kraju. To fascynująca opowieść o miłości rodzącej się w blasku reflektorów i polityce, która wkrada się w każdy zakamarek naszego życia. Z całego serca polecam wszystkim lekturę Rywalek i jednocześnie zastrzegam: Maxon jest mój i nie oddam go absolutnie nikomu!

Rywalki (Selekcja #1), Kiera Cass, Jaguar 2014, s. 336.

26 kwietnia 2014

"Kamerdyner" - Wil Haygood


Przed 2008 rokiem, nim w Białym Domu zamieszkał pierwszy czarnoskóry prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama, nikt nie słyszał o Eugenie Allenie. Mało kogo obchodził wówczas kamerdyner wychowany na plantacji bawełny, mimo że usługiwał najbardziej wpływowym ludziom w Ameryce. W końcu był służącym i w nawet najśmielszych snach nie mógł liczyć na choćby namiastkę sławy. Pewnie dlatego sporym zaskoczeniem okazał się dla niego telefon od Wila Haygooda, który postanowił napisać o nim artykuł. Wieszcząc kto zasiądzie na fotelu prezydenckim po George'u Bushu, autor chciał prześledzić zmiany w postrzeganiu czarnoskórych ludzi przez obywateli USA. Trafił z tematem w dziesiątkę, bowiem Obama rzeczywiście wygrał tamte wybory.

Kamerdyner to forma minireportażu zamknięta na niecałych dwustu stronach. Opowiada o życiu Allena w trakcie pełnienia licznych obowiązków w Białym Domu, począwszy od prezydentury Dwighta Eisenhowera, na Ronaldzie Reaganie kończąc. Niestety, biografia ta jest bardzo skondensowana i okrojona, co nie do końca przypadło mi do gustu, gdyż liczyłam na coś więcej niż tylko zajawkową opowieść. Właściwie książka Haygooda stanowi jedynie dodatek do filmu, w którym główną rolę gra fenomenalny Forest Whitaker. Bez podstawowej znajomości obrazu wyreżyserowanego przez Lee Danielsa zawartość książki zdaje się nie mieć celu, czy też motywu przewodniego. Dopiero w połączeniu z wrażeniami wyniesionymi z seansu można powiedzieć, że dzieło to ma jakiś sens. W tym jednym, odosobnionym przypadku podpisuję się pod opinią, że najpierw warto pójść do kina, a dopiero później poszerzyć swoją wiedzę o tę ciekawą, ale niezbyt obszerną pozycję. Bez filmowego odpowiednika historia przedstawiona przez autora okazuje się boleśnie nijaka i absolutnie nie jest w stanie zainteresować potencjalnego czytelnika.

Eugene Allen był służącym w trakcie rządów ośmiu prezydentów i obracał się w środowisku, którego działania miały wpływ na losy całego świata. Wil Haygood w dziele poświęconym temu sympatycznemu kamerdynerowi dość obszernie przedstawił kwestię segregacji rasowej, a także pokusił się o krótkie podsumowanie kariery czarnoskórych aktorów w Hollywood. W książce znaleźć można również niedługie opisy prezydentów działających na rzecz obalenia murów między obywatelami Stanów Zjednoczonych. Większą część treści stanowi opowieść o tym jak doszło do tego, że życie Allena zekranizowano i zaprezentowano całemu światu jako przykład prawdziwego bohaterstwa. Całość uzupełniają liczne fotografie z filmu oraz kilka zdjęć z prywatnych zbiorów słynnego pracownika Białego Domu. Trzeba przyznać, że dzięki temu Kamerdyner stanowi cenne źródło informacji, a także wspaniałą lekturę na jeden wieczór.

Dla mnie najważniejsza była historia Eugene'a. Szczególnie wzruszająca okazała się opowieść sprzed wyborów, w których wygrał Barack Obama. Bohater książki opowiedział o swoim największym marzeniu, czyli o dojściu do władzy czarnoskórego człowieka, a także podzielił się z autorem swoimi wspomnieniami z pracy. Po tylu latach służby u białych kamerdyner w końcu doczekał się przełomowych wydarzeń. Szkoda, że żona Allena nie dożyła tych dni i nie mogła wraz z mężem wrzucić swojego głosu do urny wyborczej.

Może i Kamerdyner to jedynie dodatek do filmu, który odniósł wielki sukces, niemniej jednak nadal potrafi wzbudzić zainteresowanie. Niestety, lepiej po niego sięgać tylko w połączeniu z widowiskowym obrazem Lee Danielsa. Jest to dzieło wybitnie komercyjne, nastawione na zakup przez ludzi oczarowanych gwiazdorską obsadą filmowej adaptacji życia Eugene'a Allena, lecz mimo wszystko warto się nad nim pochylić. Wśród kinowych ciekawostek historia dążenia Ameryki do uznania praw osób czarnoskórych zasługuje na największą uwagę.

Kamerdyner, Wil Haygood, Marginesy 2013, s.184.
Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

25 kwietnia 2014

"Więźniowie w Widmowym Zamku" - Anna Łagan


Gdyby pół roku temu ktoś dał mi do przeczytania yaoi, kazałabym mu mocno popukać się w czoło. Że niby ja miałabym studiować książki o tematyce związków homoseksualnych? Nigdy w życiu! Wcześniej wydawało mi się to nie do pomyślenia. Ale przyszedł taki dzień, gdy w moje ręce wpadła powieść Anny Łagan, Więźniowie w Widmowym Zamku, i muszę przyznać, że spodziewałam się wszystkiego, tylko nie bezbrzeżnego zachwytu, który mnie ogarnął po zakończeniu lektury. Od razu przeszły mi też skojarzenia z japońską wersją yaoi, bo to tego najbardziej się obawiałam. Tym samym z ręką na sercu potwierdzam: Anna Łagan napisała dobrą, wręcz zdumiewająco wciągającą historię, o której długo nie zapomnę!

Alric i Arla są dziećmi króla Belerika zrodzonymi z kazirodczego związku. Nie mają łatwego życia, ponieważ z ojcem łączą ich napięte stosunki, a eskalacja konfliktu uzurpatora z ludźmi wiernymi władcy, którego obalił w niesprawiedliwej walce, stają się dla rodzeństwa źródłem zmartwień i kłopotów. Tylko ich wspólny przyjaciel, Vantes, stara im się pomóc w tej patowej sytuacji. Niestety, to za mało, gdyż w krótkim czasie bliźnięta tracą wszelkie wpływy i przestają być mile widziane we własnym domu. Wskutek wielu nieprzyjemnych zdarzeń trafiają na Mgliste Mokradła, gdzie wśród mrocznych lasów stoi Widmowy Zamek. W nim zaś mieszka czarnoksiężnik Jaeden, który szybko zamienia życie rodzeństwa w koszmar.

Więźniowie w Widmowym Zamku to rozczarowująco krótka, lecz niezwykle wartościowa lektura, utrzymana w baśniowym klimacie klasycznego fantasy z domieszką yaoi. Anna Łagan odważnie prezentuje w niej wątki homoseksualne, nie stroniąc od brutalności i tabu, a jednocześnie trzymając się z dala od dokładnych opisów, które mogłyby wzbudzić u odbiorcy konsternację, a nawet szok. Dzięki temu zabiegowi powieść zyskuje subtelność, aurę tajemniczości oraz w jakimś stopniu okazuje się bardziej mroczna niż sądziłam, że będzie. Mimo to świat, w którym egzystują bohaterowie, wydaje mi się barwny i niezwykły. Tym bardziej trudno mi było uwierzyć, że w takiej krainie przychodzi Alricowi i Arli przeżywać najgorsze chwile w ich życiu.

W powieści warto zwrócić uwagę na postać władcy Widmowego Zamku, który jest na wskroś złym, ale i skrzywionym psychicznie człowiekiem. Jego osobowość autorka zarysowuje wręcz po mistrzowsku, dbając o wszelkie detale i pamiętając o tym, by Jaeden sprawiał wrażenie pogrążonego w chaotycznym letargu szarlatana. Sposób, w jaki ów czarnoksiężnik torturuje swoich więźniów, momentami przechodzi ludzkie pojęcie i w zasadzie odbiór tego bohatera po zaledwie pierwszym z nim spotkaniu sprowadza się do pytania: Czy to na pewno jest człowiek? Muszę przyznać, że czarownik wzbudzał we mnie największe emocje. Jednak nie świadczy to o złej kreacji bliźniąt. O ile Arla kryje się w cieniu brata, o tyle Alric reprezentuje prawość, odwagę i szlachetność. Przyjemnie było kibicować mu w odzyskiwaniu wolności.

Nie mogę jednak zapomnieć o samej fabule książki, ponieważ jest ona na tyle interesująca, że czasami zapominałam, iż mam do czynienia z powieścią yaoi. Mocno zaangażowałam się w śledzenie losów rodzeństwa, nierzadko ignorując wszelkie wątki homoseksualne, które i tak z czasem przestały tak bardzo rzucać się w oczy. Z kolei wspomniana przeze mnie wcześniej baśniowość Więźniów w Widmowym Zamku przejawiała się nie tylko w kreacji świata przedstawionego, lecz również w wydarzeniach rozgrywających się na kartach tej historii. Zwłaszcza motyw szkatułki skrywającej największą tajemnicę Jaedena na długo zapadł mi w pamięć.

Choć początkowo mocno wzbraniałam się przed sięgnięciem po powieść Anny Łagan, to finalnie nie żałuję poświęconego jej czasu. Uważam, że jest to nieprzeciętna pozycja warta uwagi oraz godna pochwały, gdyż łączy ze sobą kilka wątków mniej lub bardziej kontrowersyjnych i z na pozór błahej opowiastki zamienia się w dojrzałą historię. Jestem zadowolona z tej lektury i bez skrupułów polecam ją każdemu, kto nie boi się sięgnąć po yaoi. Ja się przemogłam i dzisiaj mogę już powiedzieć, że była to słuszna decyzja.

Więźniowie w Widmowym Zamku, Anna Łagan, The Cold Desire 2013, s. 195.
Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

22 kwietnia 2014

"Zabójczyni i władca piratów" - Sarah J. Maas


Jeśli śledzicie mojego bloga w miarę regularnie i czytacie to, co dla Was piszę, to wiecie, że w podsumowaniu 2013 roku uznałam Szklany tron za jedną z najlepszych powieści, które udało mi się wtedy przeczytać. Pokochałam charakterną Celaenę Sardothien i nie mogłam się doczekać Korony mroku, dlatego też pomiędzy premierami obu książek z miłą chęcią sięgnęłam po nowelę przedstawiającą przeszłość zabójczyni.

Zabójczyni i władca piratów, bo to o tej książce mowa, jest pierwszą opowieścią z uniwersum stworzonego przez Sarah J. Maas. To krótka historia z przeszłości Celaeny, zamknięta na niecałych stu stronach i w sumie niewiele wnosząca do fabuły Szklanego tronu, ale mimo wszystko wciągająca i przynosząca mnóstwo frajdy fanom najsłynniejszej zabójczyni w całym Adarlanie. Dla mnie, osoby totalnie zakochanej w powieści Sarah J. Maas, nawet tak krótki kontakt z tym światem to nie lada gratka i prawdziwa przyjemność.

Mimo że z pewnością po premierze tej noweli pojawiło się mnóstwo głosów o odcinaniu kuponów, ja uważam to za świetny pomysł. Jeśli ktoś napisał powieść, która spodobała się czytelnikom na całym świecie, to niby dlaczego miałby na tym nie skorzystać? Zresztą tak samo korzystają z tego fani, bo w efekcie otrzymują nową książkę - cienką, bo cienką, ale mimo wszystko dodatkową. Jakby nie patrzeć, coraz więcej autorów decyduje się na taki krok i nikt jakoś nie narzeka. Jako fanka Szklanego tronu nie widzę problemu, by wydać 20 zł na nowelę, która do niego nawiązuje, zwłaszcza jeśli opowiada o przeszłości Celaeny.

W gruncie rzeczy jest to naprawdę dobra historia, choć jej lektura trwa maksymalnie dwie godziny. Dobra dlatego, że dobitnie przedstawia bohaterkę jako osobę troszczącą się o innych. Kiedy Sardothien otrzymuje rozkaz ściągnięcia długu z władcy piratów, a na miejscu okazuje się, że zapłatą będą niewolnicy, dziewczyna nie przyjmuje tego do wiadomości i postanawia pomóc pozbawionym wolności ludziom. To chyba świadczy o tym, że nie jest zła do szpiku kości, prawda? Nie zdziwiłabym się, gdyby Celaena była zabójczynią, ale taką, która zabija tylko osoby, które naprawdę zasługują na śmierć. To by do niej pasowało.

Jedyne, co bym zmieniła w Zabójczyni i władcy piratów, to ilość faktów zaprezentowanych przez autorkę. Spodziewałam się większej ilości informacji o głównej bohaterce, a otrzymałam ich niewiele i w sumie nie były to żadne konkrety. Na szczęście jest to dopiero pierwsza część czterotomowej serii nowel. W Polsce dostępny jest już drugi tom, a niedługo premierę będzie miał trzeci. A przecież czeka na mnie jeszcze Korona w mroku!

Zabójczyni i władca piratów to króciutka, ale bardzo przyjemna lektura, którą mogą przeczytać zarówno fani Szklanego tronu, jak i osoby niezaznajomione z prozą Sarah J. Maas. Książka ta nie zdradza niczego z fabuły właściwej powieści, ponieważ akcja dzieje się na wiele lat po wydarzeniach opowiadanych w nowelach. Za to z pewnością historia ta uzupełnia wiedzę fanów o Celaenie Sardothien i właśnie dlatego ją polecam!

Zabójczyni i władca piratów (Szklany Tron Opowieść #1), Sarah J. Maas, Uroboros 2013, s.88.

19 kwietnia 2014

"Królowe" - Sherry Jones


Odkąd na nowo zakochałam się w powieściach historycznych, sięgam po niemal każdą książkę o tej tematyce, jaka tylko wpadnie mi w ręce i mnie zainteresuje. Historia czterech sióstr, które z powodu wygórowanych ambicji matki zostały królowymi, z pewnością warta była mojej uwagi. Również osiemnastowieczna Europa była powodem, dla którego postanowiłam, że przeczytam Królowe Sherry Jones. Była to lektura wciągająca, niezwykle barwna, lecz mimo wszystko... straszliwie uproszczona i spłycona.

Jak zapewne wiecie, w czasach średniowiecznych kobiety nie mogły decydować o swoim losie. Kluczowe dla ich życia decyzje podejmował ojciec, brat, syn lub władca, a one musiały się temu podporządkować, nawet jeśli skazywało je to na wieczną zgryzotę lub nieszczęśliwe małżeństwo. Wpływ na swoje córki mieli nie tylko mężczyźni, a doskonałym tego przykładem jest Beatrycze Sabaudzka, matka bohaterek książki Sherry Jones.

Silna, ambitna i apodyktyczna kobieta wychowywała swoje córki jak chłopców. Dała im wykształcenie, gdyż wierzyła, iż kluczem do zyskania władzy jest wiedza, a także wpoiła im najważniejszą dla niej zasadę: przede wszystkim liczy się rodzina. Tym sposobem Małgorzata, Eleonora, Sancha i Beatrycze wychowały się po to, by wyjść za królów. Można byłoby uznać, że matka robi to dla ich dobra, lecz tak naprawdę chodziło jej tylko o to, by poszerzyć wpływy dynastii sabaudzkiej, dzięki którym liczyliby się z nimi na każdym europejskim dworze. Jest to smutne, ale i prawdziwe - kiedyś walczono nie o szczęście, lecz o korzystne koneksje. I oto po osiągnięciu przez córki hrabiny Prowansji odpowiedniego wieku do zamążpójścia, Beatrycze Sabaudzka wcieliła swój plan w życie: Małgorzata została królową Francji, Eleonora - Anglii, Sancza królową Niemiec, zaś Beatrycze - Sycylii, Neapolu, Albanii i Jerozolimy. Powinny być szczęśliwe, że wyszły za najpotężniejszych władców Europy, ale w rzeczywistości przeszły twardą szkołę życia.

Zdaje się, że średniowiecze nie mogłoby istnieć bez licznych dworskich intryg, zakulisowych walk o władzę, królewskich romansów i obyczajowych skandali. Cztery siostry zostały wrzucone w wir tych wydarzeń, starając się zaskarbić sobie miłość mężów i poddanych. Nie było to jednak proste, ani też przyjemne zadanie. Osiemnasty wiek stanowił nie lada wyzwanie dla ówczesnej polityki, trzeba też pamiętać o tym, że wtedy kształtowała się Europa, a kobiety - choć bardzo chciały - nie miały na to żadnego wpływu.

Sherry Jones napisała wielowątkową i fascynującą historię, lecz mocno ją spłyciła, pomijając co ciekawsze wątki oraz maksymalnie uproszczając fakty. Wszystko po to, by zmieścić się w jednej książce z całą opowieścią o prowansalskich siostrach. Przez ten zabieg powieść straciła na jakości, stała się płytka i zabrakło w niej wielu istotnych szczegółów. A przecież uczynienie przez Beatrycze Sabaudzką ze wszystkich swoich córek królowych europejskiego świata to był prawdziwy precedens w historii! Można na tym było zbudować fantastyczną, wieolotomową sagę na miarę książek Philippy Gregory. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby autorka napisała osobną pozycję o każdej z sióstr. Wręcz przeciwnie - byłabym szczęśliwa, mogąc dokładnie poznać ich życiorysy, i zapewne nie jestem w tym osamotniona.

Sądzę, że Królowe to taki przyjemny wstęp do historii o królewskich siostrach. Z pewnością warto po nią sięgnąć i zapoznać się z losami Małgorzaty, Eleonory, Sanchy i Beatrycze, by po rozbudzeniu apetytu sięgnąć po publikacje, które dokładniej opisują ich życie. Sherry Jones wykonała kawał dobrej roboty i choć zawiodła mnie licznymi uproszczeniami, polecam jej książkę wszystkim miłośnikom historii i powieści historycznych. 

Królowe, Sherry Jones, Pascal 2013, s. 432.

17 kwietnia 2014

"Rycerz Siedmiu Krolestw" - George R.R. Martin


Podczas gdy fani na całym świecie z niecierpliwością wyczekują Wichrów wojny, miłośnicy prozy Martina z Polski mają okazję skorzystać z małego pocieszenia w postaci pozycji Rycerz Siedmiu Królestw, która za granicą znana jest jako Opowieści o Dunku i Jaju. Pierwotnie zbiór ten miał zawierać cztery opowieści, lecz ostatecznie w skład książki wchodzą trzy - ostatnią autor ma napisać dopiero po ukończeniu najnowszej części cyklu Pieśń Lodu i Ognia. Znajdujące się w tej publikacji historie Martin pisał w latach 1998-2010, a zawarte w nich wydarzenia opisują Siedem Królestw na długo przed czasami znanymi z Gry o tron i kolejnych tomów.

Bohaterami tej książki są młody rycerz Dunk oraz jego giermek Jajo. Ten pierwszy został wychowany przez wędrownego rycerza i teraz, po jego śmierci, kontynuuje swoją podróż tak, jak kiedyś robił to jego zbawca i zastępczy rodzic. Ten drugi nie jest zaś zwykłym człowiekiem - to potomek rodu Targaryenów, pozbawiony szans na objęcie władzy w Westeros, którego ojciec wysłał w świat, aby nie marniał w murach zamku, skoro i tak nigdy nie zasiądzie na tronie. Prawda, że już sam zarys fabuły wydaje się interesujący?

A przecież nawet nie o to chodzi! Cały pic polega na tym, by fani wychwycili wszystkie występujące w tekście nawiązania do najsłynniejszego dzieła Martina. To, że akcja opowiadań o Dunku i Jaju dzieje się na wiele lat przed właściwymi wydarzeniami, nie znaczy, że nie mają one nic wspólnego z Pieśnią Lodu i Ognia. Fani wiedzą, że po latach Dunk zostanie dowódcą Gwardii Królewskiej, a jego giermek Jajo - wskutek splotu nieprawdopodobnych zdarzeń - zasiądzie na tronie jako Aegon V Targaryen. Kojarzymy go jako pradziada Roberta Baratheona, a ponadto możemy przeczytać w sadze, iż jego bratem był Maester Aemon, którego możecie pamiętać z Nocnej Straży. Całość zgrabnie się ze sobą łączy, a wyszukiwanie wszelkich nawiązań do sagi to czysta przyjemność. Niby to tylko trzy opowiadania, a ile dają frajdy!

To, co odróżnia Rycerza Siedmiu Królestw od Pieśni Lodu i Ognia to klimat panujący w Westeros. O wojnie nie było wtedy mowy, pokój i dobrobyt sprawiły, że ludzie wędrowali bez obaw z jednego miasta do drugiego, sypiali pod gołym niebem i nie martwili się, że w nocy stracą życie lub cały swój dobytek. Oczywiście nadal można było spotkać liczne przypadki machlojek i przekrętów, ale nie dochodziło do poważnych konfliktów. W książce zabrakło mi typowych dla Martina intryg politycznych, zawiłości wątków oraz poziomu jego sztandarowej sagi, ale mimo to uważam ten zbiór za niezwykle przyjemną lekturę.

Rycerz Siedmiu Królestw to nie lada gratka dla wszystkich fanów kunsztu George'a Martina. Polecam go wyłącznie czytelnikom zaznajomionym z Pieśnią Lodu i Ognia, ponieważ osoby, które dotąd nie miały z nią styczności, mogą pogubić się w gąszczu nazwisk, nazw i tytułów. Dla mnie zbiór opowiadań Martina okazał się strzałem w dziesiątkę i choć nie trzeba mnie było namawiać do jego przeczytania, to jednak wdzięczna jestem wszystkim głosom, które mi o tym nieustannie przypominały. Jeśli tylko lubicie sagę tego autora, oglądacie serial i macie ochotę na większą ilość Westeros, to serdecznie polecam Wam pokojową wersję tej krainy.

Rycerz Siedmiu Królestw, George R.R. Martin, Zysk i S-ka 2014, s. 357.

15 kwietnia 2014

"Toksyna" - Jus Accardo

Recenzja poprzedniego tomu: Dotyk

Lekturę Dotyku, pierwszego tomu serii Denazen, wspominam dobrze. Nie były to może fajerwerki, ale całkiem przyjemna książka, której warto było poświęcić trochę czasu. Gdy tylko na horyzoncie pojawiła się kontynuacja historii Deznee i Kale'a, ucieszyłam się, że znów mogę poczytać o niesamowitych przygodach tej dwójki. Czy Jus Accardo po raz drugi udało się przyciągnąć moją uwagę? I tak, i nie.

Przede wszystkim powinniście wiedzieć, że Dez w końcu wydoroślała! Sądziłam, że nic już nie będzie w stanie zmienić jej mocno irytującego sposobu życia, a tu proszę, taka niespodzianka! W Toksynie dziewczyna nie przypomina już dawnej siebie, co można zrzucić na karb kłopotów, w jakie się wplątała. Denazen na czele z jej psychopatycznym ojcem ściga ją i Kale'a po to, by wykorzystać ich do własnych celów, moc jej ukochanego zaczyna mieć na nią zgubny wpływ, a na dodatek pomiędzy nimi pojawia się tajemnicza dziewczyna, co do intencji której Dez ma wątpliwości. Problemy piętrzą się przed nią jak nigdy przedtem, więc nic dziwnego, że po tak długim czasie w końcu zaczęła zachowywać się doroślej. Choć okoliczności tej przemiany nie są zbyt miłe, to jednak wyszło to jej na dobre. Wiele osób nie trawiło jej bezczelności, a teraz istnieje cień szansy, że część czytelników wreszcie się do niej przekona, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę to, iż wciąż ma ona wiele do powiedzenia w tej historii. Z pewnością główna bohaterka Toksyny jeszcze nieraz nas czymś zaskoczy.

Z przykrością zauważyłam, że akcja nieco zwolniła, przez co zdarzało mi się nudzić w trakcie lektury. Większość wydarzeń ma miejsce w kryjówce, w której schronienie znaleźli Dez i Kale, więc siłą rzeczy nie może być ciekawiej niż w pierwszym tomie. Mimo to miałam nadzieję, że w tej części serii fabuła będzie dużo bardziej ekscytująca. Przyznaję, że pod tym względem troszkę się na Jus Accardo zawiodłam. Prezentowanej przez autorkę historii smaczku dodaje jedynie trójkąt miłosny, choć mnie osobiście ten wątek nie przypadł zbytnio do gustu. W literaturze młodzieżowej jest to tak mocno eksploatowane, że po prostu przestało mi się to podobać. I wiem, że nie jestem w tych odczuciach osamotniona.

Całe szczęście, że autorka zachowała luźny, młodzieżowy styl pisania. Bardzo uprzyjemniało mi to lekturę i sprawiło, że była ona lekka i niezbyt wymagająca. Prostota stylu Jus Accardo pomogła mi również przełknąć wszelkie sceny z udziałem ojca Deznee. Człowiek ten nie dość, że działa mi na nerwy, to na dodatek z książki na książkę staje się coraz bardziej nikczemny. Nie cierpię takich bohaterów, a jeśli zwróci się uwagę na to, że ten mężczyzna dał naszej głównej bohaterce życie, to w głowie mi się nie mieści, że teraz na nie czyha.

Podsumowując Toksynę nie mogę nie wspomnieć o tym, że jest to próba zgapienia pomysłu na fabułę od Tahereh Mafi, autorki Dotyku Julii i kilku innych książek o dziewczynie posiadającej śmiercionośny dar. Nie do końca spodobało mi się to w serii Denazen, na szczęście Accardo ma w zanadrzu kilka własnych pomysłów na swój cykl i myślę, że w pełni udowodni to w kolejnym tomie przygód Deznee i Kale'a. Zakończenie Toksyny zwaliło mnie z nóg i teraz nie mogę wprost doczekać się kontynuacji tej historii! Spodziewam się wielu zaskakujących zwrotów akcji i przede wszystkim jej przyspieszenia. Mam nadzieję, że autorka już mnie więcej nie zawiedzie. Jeśli zastanawiacie się, czy warto czytać Toksynę, to powiem Wam, że owszem - dla Kale'a.

Toksyna (Denazen #2), Jus Accardo, Dreams 2013, s. 416.

13 kwietnia 2014

"Przywróceni" - Jason Mott


Jason Mott kupiłby mnie nawet wtedy, gdyby Przywróceni mieli najohydniejszą okładkę na świecie zamiast pięknego zdjęcia, które na niej widnieje. Po przeczytaniu opisu książki byłam pewna, że pokocham ją na wieki wieków, a jej lektura pozwoli mi zanurzyć się w świecie, o którym zaczęłam skrycie marzyć jakiś czas temu. W końcu kto nie chciałby spotkać się z kimś, kto odszedł? Chyba tylko ktoś zupełnie pozbawiony uczuć.

Tematyka Przywróconych już na samym wstępie wydała mi się porażająca. Muszę przyznać, że to niezwykle odważny koncept i szczerze podziwiam Jasona Motta za wcielenie go w życie. Od razu wiedziałam, że wywoła to u mnie reakcję z cyklu "Co by było, gdyby...", i nie myliłam się. Wszak nie od wczoraj myślałam o tym jak bardzo chciałabym mieć z powrotem dwie Babcie. Niby minął już rok od Jej śmierci, ale ja nadal łapię się na tym, że po prostu strasznie za Nią tęsknię i chciałabym znów Ją odwiedzić, opowiadając co u mnie słychać.

Przywróceni to w gruncie rzeczy bardzo smutna książka. Jej lektura nie sprawiła mi przyjemności, a raczej mocno zdołowała i niemal doprowadziła do łez. Wszystko przez to, że gdy do życia zaczęli powracać ludzie na całym świecie, ich rodziny nie cieszyły się z tego, a rząd podjął środki mające na celu schwytanie dziwolągów i odizolowanie ich w gettach. Zdarzały się przypadki, że ludzie wracali po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach, zaś ich wciąż żyjący bliscy odmawiali spotkania lub wręcz pozbywali się niechcianych gości, nasyłając na nich ludzi odpowiedzialnych za getta. To straszne i przerażające, bo ja sama nigdy w życiu nie oddałabym swojej Babci do takiego miejsca. Jasne, że byłabym wystraszona i zdezorientowana, ale za nic w świecie nie dopuściłabym do takiej sytuacji. Nawet rodzicom głównego bohatera przeszło przez myśl, aby odseparować się od niego raz na zawsze. Jak dla mnie to przejaw absolutnego braku serca. Być może chciałabym za wszelką cenę dowiedzieć się co sprawiło, że moi bliscy wracają z tamtego świata, ale nigdy nie zrobiłabym czegoś tak złego jak wielu ludzi w tej książce. Jeśli pomyślicie o tym dłużej, zrozumiecie dlaczego tak mnie zasmuciła.

Autorowi należy pogratulować wybitnego pomysłu na powieść. Choć nie jest to optymistyczna wizja świata, to jednak doceniam w pełni zaangażowanie Jasona Motta w napisanie tej historii. Gdybym była pisarką, nie wiem, czy byłabym w stanie podjąć się podobnego zadania. Jest to dla mnie zbyt trudna tematyka i zapewne nie podołałabym temu z powodu emocji. Odznaczam się ogromną empatią i bardzo łatwo wzrusza mnie ludzka lub zwierzęca niedola. Gdybym więc miała napisać tak dołującą powieść jak Przywróceni, to bez wątpienia wyczerpałoby mnie to psychicznie. Dlatego też autorowi książki należy się głęboki szacunek, a także podziw, jako że historia przez niego napisana na długo zapada w pamięć. A przy tym jest świetnie napisana.

Powieść Jasona Motta to dzieło, które wstrząsnęło mną do głębi i dużo dało do namysłu. Książka odznacza się sporą dawką emocjonującej akcji, walk, buntów i polityki, ale to, co w niej chyba najważniejsze, to sama idea przywrócenia. Jak byśmy się zachowali, gdyby umarli wstali z grobów? I nie, nie mówię tutaj o apokalipsie zombie, ale o chwili, w której dawno niewidziana Babcia podchodzi do drzwi Waszego domu i puka... Co w tym momencie robicie? Płaczecie i mocno Ją przytulacie, czy może zatrzaskujecie Jej drzwi przed nosem i dzwonicie na policję, bo to przecież niemożliwe i zwiastuje koniec świata? O tym właśnie jest ta książka.

Przywróceni, Jason Mott, Harlequin/Mira 2013, s. 400.


12 kwietnia 2014

"Dziewięć żyć Chloe King. Uprowadzona" - Liz Braswell

Recenzja poprzedniego tomu: Upadła

Chloe King zna już swoje pochodzenie i zdaje się akceptować fakt, iż wywodzi się ze starożytnego, egipskiego rodu Mai, czyli ludzi-kotów. Pod okiem Stada zaczyna zdobywać nowe umiejętności i wiedzę, która pozwoli jej przetrwać w niebezpiecznym świecie. Bractwo Dziesiątego Ostrza poluje na nią ze zdwojoną siłą, ponadto nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto nie. I tutaj rodzi się moje pytanie: czy Chloe wystarczy żyć, by przeżyć?

Muszę w końcu przestać sugerować się tym, co dany pisarzy studiował ileś lat temu. Liz Braswell podobno studiowała egiptologię i fajnie, że przemyciła to do swojej książki, robiąc z tego niejako trzon całej fabuły, ale mogła już, u licha, zrobić z tego większy użytek! Tak jak pierwszy tom, Upadła, był wstępem obiecującym fascynującą historię ze starożytnym Egiptem w tle, tak Uprowadzona jest zaledwie liźniętym tematem, który mógłby skraść mi serce. Sądzę, że czasy, w których czczono koty, mogły być znacznie szerzej opisane, zwłaszcza jeśli cała seria o Chloe King ma się kończyć na trzech tomach. Wyjaśnianie podstawowej tajemnicy na samym końcu według mnie nie ma najmniejszego sensu. Ale pożyjemy, zobaczymy.

Muszę przyznać, że nadal darzę główną bohaterkę sympatią. Zapewne większość z Was ma mnie w związku z tym za masochistkę, bo zdaniem dużej liczby osób Chloe to rozwydrzona nastolatka z manią wielkości, z czym w sumie się zgadzam, ale mimo to ją lubię. Jak już wspominałam w recenzji pierwszego tomu, dziewczyna ma typowo kocią naturę. I nic dziwnego w tym, że czytelnicy jej nie cierpią - ludzie generalnie nie lubią kotów, bo są wredniejsze od psów, chadzają własnymi ścieżkami, nie przychodzą na zawołanie i są diabelnie inteligentne. Co prawda ostatnia cecha Chloe raczej nie dotyczy, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę jej podejście do związków międzyludzkich, ale cała reszta jak najbardziej pasuje. Buntowanie się jest w modzie, a ja to lubię.

Pod względem fabuły Uprowadzona wypada blado na tle swojej poprzedniczki. Niby dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o Mai i przeszłości głównej bohaterki, ale poza tym odniosłam wrażenie, że niewiele się dzieje. Cały czas wydawało mi się, że akcja mozolnie idzie naprzód i niewiele wnosi do treści książki. Intryga ukuta wokół Bractwa Dziesiątego Ostrza bardzo ładnie się rozwinęła i dzięki temu stała się najlepszą częścią drugiego tomu, znacznie poprawiając jego jakość. W połączeniu z przystępnym stylem autorki i ilością stron, która - delikatnie mówiąc - nie powala, daje to całkiem przyzwoity wynik oraz pozwala mieć nadzieję, że finał przygód Chloe King będzie spektakularny i z tego względu warto na niego czekać.

Uprowadzona to słabsza od pierwszego tomu kontynuacja serii, ale przyjemnie się ją czyta, a także spędza przy niej czas. Lektura nie pochłania go zbyt wiele, dlatego można uznać, że drugi tom przygód Chloe idealnie nadaje się na przerywnik między bardziej absorbującymi książkami. Choć zawiodłam się srodze na wątku starożytnego Egiptu, a raczej jego braku, to i tak dobrze wspominam Uprowadzoną i niecierpliwie wyczekuję momentu, w którym będę mogła sięgnąć pod kolejną, a zarazem ostatnią część cyklu, czyli Wybraną.

Uprowadzona (Dziewięć żyć Chloe King #2), Liz Braswell, Filia 2013, s. 278.

10 kwietnia 2014

Stos 4/2014

Przed Wami kwietniowy stos - niby to, co zwykle, ale jednak nieco inaczej. Oprócz standardowego stosu w formie obrazkowej prezentuję Wam również mój pierwszy vlog inaugurujący moją obecność na youtubie. Jeśli spodoba Wam się taka forma przekazu, to przy niej pozostanę. Co Wy na to? Czy może jednak wolicie same zdjęcia? A może i to, i to? Właściwie nie widzę przeszkód, by co miesiąc publikować obie wersje.


Po lewej:

1. Polowanie, Andrew Fukuda [Fabryka Słów]
2. Przyzwoitka, Laura Moriarty [Bukowy Las]
3. Krwawy szlak, Moira Young [Egmont]
4. Szkatułka pełna sahelu. Subsaharyjska przygoda, Mirosław Kowalski [Bezdroża]
5. Słońce jeszcze nie wzeszło, Piotr Bernardyn [Bezdroża]
6. Dziennik Bridget Jones, Helen Fielding [Zysk i S-ka]
7. Bridget Jones. W pogoni za rozumem, Helen Fielding [Zysk i S-ka]
8. Bridget Jones. Szalejąc za facetem, Helen Fielding [Zysk i S-ka]
9. Sherlock Holmes. Tom I, Arthur Conan Doyle [Zysk i S-ka]

Po prawej:

1. Apokalipsa Z. Początek końca, Manel Loureiro [Muza]
2. Wiecznie żywy, Isaac Marion [Replika]
3. Mroczne umysły, Alexandra Bracken [Otwarte/Moondrive]
4. Crux, Ramez Naam [Drageus]
5. Przebudzenie Arkadii, Kai Meyer [Media Rodzina]
6. Niezgodna, Veronica Roth [Amber]
7. Zakochana modelka. Ostatnia muza Vincenta Van Gogha, Alyson Richman [Bukowy Las]
8. Tajemnica Filomeny, Martin Sixsmith [Prószyński i S-ka]
9. Życie Pi, Yann Martel [Albatros]
10. Maria Antonina. Podróż przez życie, Antonia Fraser [Twój Styl]
11. Pigułka wolności, Piotr Czerwiński [Wielka Litera]
12. Poradnik nowoczesnego ochroniarza, Peter Consterdine [Bellona]

Jak Wam się podobają moje nabytki?

A poniżej znajduje się mój pierwszy vlog. Wiem, że za bardzo macham rękoma i za często się zacinam lub też gadam bzdury, ale następnym razem będzie lepiej - obiecuję!


6 kwietnia 2014

"Zarządzanie kryzysem w social media" - Monika Czaplicka




Tytuł: Zarządzanie kryzysem w social media
Autor: Monika Czaplicka
Wydawnictwo: One Press
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 288




Boom na social media trwa. Znane marki i celebryci prześcigają się w kreowaniu swojego wizerunku na Facebooku, mimo że "nie każdy może i powinien robić internety". W myśl tej zasady powstała książka Moniki Czaplickiej, kobiety, którą podziwiam za pasję oraz chęć dzielenia się nią z innymi ludźmi. Zarządzanie kryzysem w social media szybko okrzyknęłam na swoje prywatne potrzeby jedynym słusznym kompendium wiedzy i z czystym sumieniem polecam tę pozycję wszystkim osobom chcącym zgłębić tajniki mocy.

Książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza zawiera dość szczegółowy opis działań, jakie warto podjąć w momencie pojawienia się sytuacji kryzysowej, a także szereg informacji, które autorka uznała za godne uwagi i uwiecznienia. Wydaje mi się, że nie do końca jest to pozycja dla osób początkujących w branży social media, gdyż należy posiadać jakąkolwiek wiedzę w tym temacie, aby należycie odebrać treści zawarte w owym rozdziale "poradnikowym". Mimo to sądzę, że warto przebrnąć przez pierwszych kilkadziesiąt stron, wyciągnąć z nich wnioski, a także nauczyć się czegoś nowego, by lekką ręką przejść do wisienki na torcie, czyli... drugiej części książki. Prezentuje ona najsłynniejsze kryzysy w social media wraz z komentarzem osób uważanych za fachowców oraz sposobem na zażegnanie problemu, czy wreszcie osobistym zdaniem autorki na temat danej sytuacji. Tego właśnie najbardziej potrzebowałam i z ochotą zabrałam się do lektury.

Przyznaję, że ta druga część zainteresowała mnie o wiele bardziej niż pierwsza. Głównie dlatego, że Monika Czaplicka z właściwą sobie wnikliwością analizuje moje własne poletko, czyli blogosferę. Jako osoba mocno interesująca się tą tematyką, wiele z wymienionych przez autorkę kryzysów znałam z własnych obserwacji, aczkolwiek nigdy nie odważyłabym się na ich analizę, zwłaszcza tak drobiazgową, jak ta w wykonaniu Czaplickiej. Zapewne nie są Wam obce konflikty Kominka z marką DrOetker, Fashionelki z Schaffashoes, czy też Segritty z Nikonem. W oparciu o swoją wiedzę, wyciągałam wnioski na temat wspomnianych wyżej sytuacji kryzysowych, z nikim się nimi nie dzieląc, a teraz, dzięki tej pozycji, mogłam porównać je z tymi ukutymi przez profesjonalistów. I zapewniam Was, że jest to niezwykle interesująca działka social media

Jak mówi popularne w sieci hasło, kryzysy w social media wybuchają w weekendy, a Monika Czaplicka stara się nauczyć nas sposobów radzenia sobie w takich sytuacjach. Jej rozległa wiedza, która tak hojnie się z nami dzieli, pozwala nam zgłębić arkana sztuki, jaką jest poprawne zarządzanie kryzysem w mediach społecznościowych. Moim zdaniem książka ta jest obowiązkową pozycją dla wszystkich, którzy chcą mieć z nimi cokolwiek wspólnego. Dzięki niej jestem bogatsza w nową wiedzę, a także święcie przekonana, że słusznie poświęciłam czas na czytanie najnowszego dzieła Czaplickiej. Tak jak śledziłam jej działalność przed lekturą, tak i teraz będę to robić. A jeśli nazwisko autorki nie było Wam do tej pory znane, to gorąco zachęcam do nadrobienia informacji i uważnego śledzenia jej poczynań w sieci. 

Ocena: