STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

30 lipca 2014

"Poza czasem" - Alexandra Monir


O podróżach w czasie napisano już mnóstwo książek, przy czym wiele propozycji w tej tematyce to okrutnie wtórne historie, podobne do siebie i niewiele wnoszące do gatunku. Mimo to chętnie po nie sięgam, szukając czegoś, co mile mnie zaskoczy. Mogą to być ciekawi bohaterowie, wciągająca fabuła lub interesujący świat przedstawiony. Debiut literacki Alexandry Monir, zatytułowany jakże trafnie Poza czasem, zawiera wszystkie te elementy i jednocześnie wciąż nie powala oryginalnością. Ale i tak jest fajnie!

Michele Windsor miała w swoim życiu wszystko, czego tylko mogła zapragnąć: kochającą matkę, wspaniałych i oddanych przyjaciół oraz dach nad głową. Niestety, los obszedł się z nią okrutnie - dziewczyna właściwie z dnia na dzień straciła wszystko i niechętnie przeprowadziła się do dziadków z Nowego Jorku, z którymi matka nigdy nie utrzymywała bliższego kontaktu. Tam, w przepychu i luksusie, miała rozpocząć nowe życie. Dla nastolatki ogromnym szokiem była sama śmierć najbliższej osoby, ale spotkanie z zupełnie obcymi ludźmi, którzy mieli ją wychować, było ponad jej siły. Sądziła, iż w życiu nie spotka jej już nic dobrego, jednak okazało się, że pewien dziennik i tajemniczy klucz mogą sprawić, że Michele znów odnajdzie szczęście.

Chcecie wiedzieć za co polubiłam Poza czasem? Za Nowy Jork, lata dwudzieste, a także atmosferę, której współcześnie nigdzie już się nie uświadczy. Kto mnie zna, ten wie, że posiadam kilka genialnych książek o tamtych czasach i mam kompletnego fioła na ich punkcie. Tym samym miejsce akcji książki, może i niezbyt ambitnej i w sumie średnio udanej, sprawiło, że chłonęłam tekst jak gąbka, oczami wyobraźni widząc siebie na miejscu bohaterów. Wiele bym dała, żeby choć raz w życiu poczuć się tak, jakbym żyła w tamtych czasach. Chciałabym przejechać się automobilem, posłuchać prawdziwego jazzu i iść na imprezę do Gatsby'ego. Alexandra Monir może i nie wspięła się na wyżyny dokładnego opisu Nowego Jorku sprzed kilkudziesięciu lat, ale dała mi jego namiastkę, a to wystarczyło, bym zachwyciła się jej powieścią.

Bohaterowie książki, Michele oraz Phillip, nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale posiadają za to jedną bardzo ważną dla mnie cechę: da się ich lubić. W literaturze istnieje wiele postaci, które irytują mnie samym swoim istnieniem, dlatego bohaterowie wykreowani w nie do końca udany sposób, ale za to znośni w tym, co robią, zdecydowanie są dla mnie godni uwagi. Nie mogę powiedzieć, bym się z ich historią jakoś szczególnie utożsamiała, jednak nie zmienia to faktu, że z przyjemnością śledziłam ich skomplikowane losy - nawet jeśli połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia, w którą absolutnie nie wierzę.

Wątek podróżowania w czasie póki co nie został zbyt dobrze rozwinięty, ale zapowiada się obiecująco. Dzięki niemu fabuła nie jest nudna i nie skupia się wyłącznie na perypetiach nastolatki. W istocie powieść tę czyta się znakomicie, bo i styl autorka ma lekki, i jakiś pomysł kiełkuje jej w głowie... W zasadzie to ciężko jest się do czegoś przyczepić - wprawdzie Poza czasem nie porywa i nie należy do oryginalnych utworów, ale nadal jest interesującą książką, która bez wątpienia spodoba się wielu nastolatkom. Mogą ją Wam z czystym sumieniem polecić. Myślę, że Alexandra Monir zasługuje na szansę - kto wie, może drugi tom będzie lepszy?

Poza czasem (Poza czasem #1), Alexandra Monir, Jaguar 2014, s. 320.

26 lipca 2014

"Dziennik Bridget Jones" - Helen Fielding


Będąc nastolatką i kompletnie nie rozumiejąc sensu lektury, zaczytywałam się w przygodach Bridget Jones i zaśmiewałam do łez za każdym razem, gdy zaliczała gafę za gafą. Było to dla mnie lekkie czytadło, które trafiło w moje ręce tylko dlatego, że proza Helen Fielding była wówczas bardzo popularna w Polsce, a na ekranach kin święciła triumfy ekranizacja Dziennika Bridget Jones z Renée Zellweger w roli głównej. Pal licho powody, dla których powieść trafiła na moją półkę - ważne, że świetnie się przy niej bawiłam i jak wiele osób na całym świecie pokochałam postrzeloną Brytyjkę z kompleksami i tendencją do wpadania w tarapaty. Dzisiaj, gdy od mojego pierwszego spotkania z Bridget minęło dobrych dziesięć lat, po raz kolejny sięgnęłam po dzieła Helen Fielding - tym razem z okazji premiery długo wyczekiwanego trzeciego tomu jej poczytnej serii.

Głównej bohaterki książki chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Dziś Bridget Jones jest ikoną popkultury - w nieco karykaturalnym sensie, ale jednak. Sympatyczną Brytyjkę z nadwagą poznaliśmy całkiem dawno, a dzięki ekranizacji jej przygód na dobre zachowała się w naszej pamięci. Od razu podkreślę, że osoby, które do książki przyciągnął film, mogą poczuć się nieco zawiedzione, gdyż jego fabuła znacząco różni się od tego, co napisała Helen Fielding w książkowym pierwowzorze. Najlepiej jest nastawić się na zupełnie inną Bridget.

Najważniejszym wnioskiem, jaki nasunął mi się po ponownym przeczytaniu Dziennika jest to, że w wieku lat kilkunastu kompletnie nie doceniałam jego wymowy. Traktowałam go jako tandetne i obciachowe czytadło, z którym trzeba się zapoznać, bo wszyscy inni już czytali. Nie widziałam wówczas żadnych ukrytych walorów tej powieści, połknęłam ją w dwa wieczory i w mig o niej zapomniałam. Dopiero za drugim podejściem nagle zaczęłam rozumieć o co chodziło autorce. Dostrzegłam, że Dziennik Bridget Jones to metafora współczesnego życia i zarazem słodko-gorzka wizja bycia singlem w otoczeniu wszędobylskich par. Muszę przyznać, że to świetne uczucie, kiedy po latach można przejrzeć zamiary pisarza. Cieszę się, że ponowne spotkanie z Bridget raz na zawsze wywiało mi z głowy pamięć o durnym czytadle, nawet jeśli nie jest to górnolotna literatura.

Podobno Bridget Jones albo się kocha, albo nienawidzi. Ja, mimo że wielokrotnie głupie zachowanie głównej bohaterki doprowadzało mnie do szewskiej pasji, pozostałam w tej pierwszej grupie. Jako osoba ponosząca porażki i irracjonalnie reagująca na niektóre sytuacje, jestem w stanie utożsamić się z sympatyczną Brytyjką i poczuć łączącą nas więź. Być może tak jak Jonesey jestem skończoną ciamajdą, ale podobnie jak ona walczę o lepsze jutro. Sądzę, że właśnie takie bohaterki budzą największą sympatię wśród czytelniczek. Ja złapałam się na urok Bridget i jestem przekonana, że nie jestem w tym osamotniona. Z przyjemnością analizowałam jej miłosne perypetie - najpierw z Danielem, potem z Markiem - i zastanawiałam się nad tym ile złego (i dobrego) może przytrafić się jednej osobie!? Może Wam się to wydać dziwne, ale w sumie zazdroszczę Bridget takiego życia - skomplikowanego, ale mimo wszystko przeżytego pełną piersią i na najwyższych obrotach.

Lekki i nieskomplikowany styl autorki oraz wszędobylski angielski humor uczyniły z Dziennika niezwykle przyjemną i prostą w odbiorze lekturę. Choć ilość wątków poruszonych w książce jest zatrważająca, a liczba wpadek głównej bohaterki woła o pomstę do nieba, warto sięgnąć po pierwszy tom serii o przygodach Bridget Jones, aby zrelaksować się przy czymś lekkostrawnym i niezobowiązującym. Osobiście powrót do tej historii uważam za udany i pewnie dlatego z tym większą chęcią sięgnęłam po kontynuację.


Dziennik Bridget Jones (Bridget Jones #1), Helen Fielding, Zysk i S-ka 2014, s. 368.

17 lipca 2014

"Pozostawieni" - Tom Perrota


O książce Toma Perroty dowiedziałam się dopiero po tym jak w telewizji wyemitowano serial zrealizowany na jej podstawie. Ze względu na niebanalną tematykę bardzo chciałam poznać oryginalnych Pozostawionych i w sumie szybko udało mi się to osiągnąć. Czy warto było sięgnąć po tę powieść, czy może jednak serial był od niej lepszy? Jako że jestem obeznana i z jednym, i z drugim, muszę przyznać, że książka spodobała mi się dużo bardziej od ekranizacji stacji HBO. Poniżej postaram się wyjaśnić dlaczego tak się stało.

Między serialem a powieścią widać jedną zasadniczą różnicę. Aby ekranizacja osiągnęła komercyjny sukces, zwykle coś musi się w niej dziać. W literackim pierwowzorze niewiele się dzieje, dlatego twórcy serialu musieli dużo nazmyślać i zbudować wokół fabularnej fasady coś na kształt akcji, której w książce się nie uświadczy. Odnoszę wrażenie, że Tom Perrotta, pisząc Pozostawionych, wcale nie zamierzał ciągnąć w nieskończoność wątku tajemniczego zniknięcia 2% populacji ludzkiej. W jego zamyśle to się po prostu stało, zaś tym, na czym autorowi zależało najbardziej, było ukazanie tego jak radzili sobie ze stratą ocalali. Nudy, prawda?

Nic bardziej mylnego! Dzięki temu, że autor skupił się na codziennym życiu bohaterów książki, pokazując jak najdokładniej ich sposoby radzenia sobie ze stratą bliskich lub po prostu samą ideą zniknięcia, powieść wręcz kipi emocjami i uczuciami. Wiadomo, że reakcje uzależnione są od indywidualnych predyspozycji człowieka i tutaj bardzo to widać. Jedni rozpaczają, drudzy w skrytości ducha tańczą z radości - każdy inaczej radzi sobie w niecodziennej sytuacji. Czasami to, co dla jednych jest powodem rozpaczy, dla drugich stanowi wybawienie od kłopotów. Pozostawieni to książka o zwykłych ludziach i próżno w niej szukać fantastyki naukowej, bo nie o to pisarzowi chodziło - i w gruncie rzeczy podziwiam go za to, że tak wszystko rozegrał.

Choć tematyka sama w sobie do najlżejszych nie należy, powieść Perrotty czyta się szybko i bezproblemowo. Najbardziej rzuca się w oczy to, że mimo wszystko czytelnik jest poruszony tym, co właśnie czyta, choć jest to przedstawione w przystępny sposób. Przywykłam chyba do tego, że zazwyczaj w parze z poważną tematyką idzie mocno przytłaczający styl - cieszę się, że u autora Pozostawionych zaobserwowałam, że łaknący emocji i powagi człowiek wcale nie musi być skazany na ciężkostrawny tekst, który trzeba później odchorować jakąś głupawą historyjką na rozluźnienie. Jest to według mnie cecha dobrej literatury.

Pozostawieni to naprawdę interesująca powieść, którą warto przeczytać. Dobrze się stało, że za pomocą serialu HBO Tom Perrotta otrzymał najlepszą z możliwych reklamę swojego dzieła. Mam nadzieję, że wielu zapalonych serialomaniaków postanowiło porównać ekranizację z książkowym pierwowzorem, bo uważam, że warto. Przeczytajcie koniecznie!

Pozostawieni, Tom Perrotta, Znak 2014, s. 368.
 

16 lipca 2014

Stos 7/2014

Najwyższa pora na prezentację moich najnowszych zbiorów! W tym miesiącu niemal zupełnie zrezygnowałam z egzemplarzy recenzenckich - w efekcie przyszły zaledwie trzy. Zdecydowana większość pozycji to moje własne zakupy - przełknęłam pocket Cecelii Ahern, bo jest to książka, na podstawie której nakręcono fajny film z Lily Collins, Thomas Harris rozumie się sam przez się, a jeśli nie - odsyłam do Hannibala, do tego mamy dwie anglojęzyczne perełki, bo nie chciałam czekać na polskie wydania, a także kilka innych tytułów, których tematyka mnie zaciekawiła. Widzicie coś dla siebie?


Po lewej:

1. Na końcu tęczy, Cecelia Ahern [Akurat]
2. Czerwony smok, Thomas Harris [Albatros]
3. Milczenie owiec, Thomas Harris [Albatros]
4. Hannibal, Thomas Harris [Albatros]
5. Hannibal. Początek, Thomas Harris [Albatros]
6. Night School. Resistance, C.J. Daugherty [Atom]
7. Monument 14. Odcięci od świata, Emmy Laybourne [Rebis]
8. Ukryta brama, Eva Völler [Egmont]
9. Budujące rozmowy. Szczęśliwy związek bez konfliktów, Laurie Puhn [Sensus]
10. The One, Kiera Cass [HarperCollins Children's Books]
11. Po pierwsze śniadanie. Jak jedzą szczupli, Renata Ruszniak [BIS]

Po prawej:

1. Maria Antonina. Z pałacu na szafot, Juliet Grey [Bukowy Las]
2. Apetyt, Philip Kazan [Znak]
3. Pozostawieni, Tom Perrotta [Znak]

11 lipca 2014

"Żywe srebro" - Neal Stephenson


Neal Stephenson to żywa legenda - pisarz, o którym mówi się tylko w superlatywach. Do tej pory nie miałam styczności z jego twórczością, jednak wiedziałam, że kiedy już dojdzie do naszego spotkania, mam spodziewać się czegoś wielkiego. I bynajmniej nie chodzi tu o gabaryty jego powieści, które, krótko mówiąc, wymykają się wszelkim miarom. Odnośnie Neala Stephensona otrzymałam wiele wskazówek - usłyszałam, że jego proza mnie oszołomi i jednocześnie może momentami znużyć, a nawet przerosnąć. Mimo to sięgnęłam po jedno z jego najsłynniejszych dzieł, Żywe srebro otwierające wielbiony za granicą Cykl Barokowy. Czy było warto?

Przede wszystkim, sięgając po pierwszy tom tej serii, musicie liczyć się z tym, że przyjdzie Wam się zmierzyć z ponad tysiącem stron bitego tekstu. Ilość kartek do przewertowania jest dość przerażająca, ale, moi drodzy, żebyście Wy wiedzieli jakie to są kartki! I wcale nie chodzi mi o wydanie składające się z pięknej okładki oraz dobrej jakości papieru, lecz o to, co one zawierają. Na kartach Żywego srebra znajdziecie genialną historię z przełomu XVII i XVIII wieku, napisaną z epickim rozmachem i zachowaniem wszelkich detali.

Akcja toczy się dwutorowo - z jednej strony mamy tu opis XVIII wieku, z drugiej zaś retrospekcje głównego bohatera, Daniela Waterhouse'a, sprzed niemal stu lat. Postać Daniela jest o tyle ważna, że to za jego sprawą mamy okazję poznać największe umysły tamtych czasów, a wśród nich Isaaca Newtona, Johna Locke'a, czy też Godfryda Wilhelma Leibniza i wielu, wielu innych. Co za tym idzie, nauka jest tu dość istotnym, jeśli nie najważniejszym elementem powieści. Wiele dyscyplin dopiero się wówczas rodzi, a naukowcy nie widzą nic złego w najróżniejszych eksperymentach, niekiedy naprawdę drastycznych. 

Stephenson dość dokładnie, czasami aż do przesady, rozprawia o narodzinach filozofii naturalnej, co dla osób niezainteresowanych tematem może być niezwykle trudne do przebrnięcia. Całość dodatkowo gmatwa fakt, iż akcja dzieje się praktycznie w każdym zakątku świata. Nie da się ukryć, że rozmach fabuły robi wrażenie, jednak można czasem zgubić wątek lub po prostu nie nadążać. Żywe srebro to monumentalne, wymagające dzieło, do którego lektury trzeba się przygotować, zarówno pod względem czasowym, jak i mentalnym.

Może i nie porwała mnie kwestia narodzin filozofii naturalnej, ale za to jestem zachwycona czasem akcji. Dla maniaka historii chyba nie ma nic lepszego niż przekrój przez najważniejsze wydarzenia z tamtego okresu. Mi najbardziej zapadło w pamieć wydarzenie z Londynu z 1666 roku, zwane Wielkim Pożarem, choć oczywiście to zaledwie wycinek z dużo większej całości. Jestem absolutnie przekonana, że wielu czytelników będzie miało podobne zdanie. A jeśli dodać do tego kwestie polityczne i związane z nimi intrygi? Po prostu żal nie czytać!

Pod względem językowym autor Żywego srebra zaskakuje. Widać jego zabawę słowem, swoistą metaforykę, w której najwyraźniej się lubuje, a także jego miłość do dokładnego określania rzeczywistości. Opisy w jego wykonaniu to gorzko-słodkie doświadczenie - z jednej strony czyta się to z prawdziwą rozkoszą, a z drugiej robi się z tego straszna tyrada. Niekiedy autor rozwleka się z czymś, co mogło zająć kilka zdań, na ładnych parę stron. A wtedy czytelnik nie wie, biedny, czy ma czuć radość, czy znużenie. To dopiero zabawa!

Żywe srebro to prawdziwy majstersztyk. Nie dziwię się, że Neal Stephenson ma tylu fanów na całym świecie, a jego książki wychwalane są pod niebiosa. Ja jestem przekonana, że Cykl Barokowy to seria, którą po prostu trzeba przeczytać. Ogrom faktów, wymieszanie fikcji z rzeczywistością, mnogość wątków oraz bohaterów - wszystko to składa się na bardzo długą, niekiedy nużącą, ale mimo wszystko fascynującą lekturę, o której nie sposób mówić bez emocji, a już zwłaszcza - zapomnieć. Gorąco polecam, warto przeczytać!

Żywe srebro (Cykl Barokowy #1), Neal Stephenson, MAG 2014, s. 1120.

8 lipca 2014

"Seksturysta" - Adam Ambler


Gdybym miała pokusić się o stworzenie listy zasad, którymi kieruję się przy doborze kolejnych lektur, na jednym z pierwszych miejsc byłby punkt: Nie tykam się się literatury erotycznej. Do tej pory przeczytałam jedną książkę z tego gatunku i było to Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ciekawiło mnie skąd wziął się fenomen tej książki i potem długo żałowałam tej decyzji. Z uwagi na to, gdy zaproponowano mi Sekturystę do recenzji, początkowo uznałam, że nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do przeczytania tej pozycji. Ale jak to z kobietami często bywa, poszłam po rozum do głowy i przemyślałam to raz jeszcze. Uprzedzono mnie, że będę miała do czynienia z niezwykle sugestywnym i obrazowym opisem aktów seksualnych, ale dano mi także do zrozumienia, że książka Adama Amblera składa się z czegoś więcej - i faktycznie sprawdziło się to co do joty.

Zatem co mnie ostatecznie przekonało do podjęcia tego wyzwania? Pominę moją niezdrową ciekawość, gdyż chciałabym zwrócić Waszą uwagę na coś innego. Seksturysta to nie tylko wulgarny opis seksu za pieniądze, to także - i może przede wszystkim - niezwykle wnikliwy i dość sprawnie napisany reportaż opisujący Indonezję z nieco innej perspektywy, rzadko branej pod uwagę w innych tego typu publikacjach.

Bohaterem książki jest Adam, dobrze usytuowany handlowiec z Polski, którego poznajemy w trakcie jego jednej z wielu podróży służbowych do Indonezji. Razem z nich przemierzamy ulice Dżakarty, zagłębiając się w podziemny świat seksturystyki. Dla Adama jest to świetne hobby i wyraźnie widać jego ogromną fascynację tą osobliwą odmianą turystyki. W pierwszej chwili był to dla mnie szok, ponieważ jednoznacznie odebrałam to jako przedmiotowe traktowanie kobiet, ale z czasem zrozumiałam, że mężczyzna traktuje płeć piękną z godnym podziwu szacunkiem. Niestety, nie zmienia to ani odrobinę faktu, że w moim odczuciu jeżdżenie po świecie tylko po to, by kupić sobie kilka nocy z wieloma kobietami, to skrajny przejaw... No właśnie, czego? Egoizmu? Czy może desperacji? Trudno mi to ocenić i, szczerze mówiąc, nie chcę wnikać głębiej w kwestie pobudek bohatera. Może i jest to dla niego swego rodzaju poszukiwanie miłości, lecz nie zmienia to faktu, że ani trochę nie polubiłam Adama, nie utożsamiłam się z nim, ani tym bardziej nie będę za nim tęsknić.

Zgodnie z zapowiedzią tekst wręcz ocieka wulgarnością - epatuje nią do tego stopnia, że w pewnym momencie poczułam ogromny niesmak i tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że za nic w świecie nie sięgnę już po tego typu książki. Nie przeczę, autor niezwykle sprawnie opisuje akty miłosne bohatera, ale, u licha, istnieje tyle zastępczych określeń dla męskich i żeńskich organów rozrodczych, że z pewnością można sobie darować słownictwo rodem z filmów porno, prawda? A przynajmniej nie trzeba nim rzucać na prawo i lewo niemal w każdym zdaniu. O nie, w tym przypadku autor nie zaskarbił sobie mojej sympatii, a zresztą, tak jak Wam wspomniałam wyżej, nie dla opisów skandalicznego seksu podjęłam się lektury tej książki.

Adam Ambler pozytywnie zaskoczył mnie wyłącznie tą częścią Seksturysty, której bliżej było do typowego reportażu. Indonezja widziana oczami autora pochłonęła mnie do tego stopnia, że zapragnęłam ją odwiedzić - i bynajmniej nie szukałabym tam klubów w wiadomym celu, lecz chciałabym poznać bliżej obyczaje, mentalność i kulturę mieszkańców tamtejszych metropolii. Opisywany przez autora świat zachwyca swoją barwnością i odmiennością, a plastyczny język książki zdecydowanie pomaga wyobraźni w kreowaniu własnej wizji tego niezwykłego miejsca. Z lektury wyniosłam mnóstwo ciekawych informacji na temat odwiedzanych przez Adama miast i doprawdy wdzięczna jestem autorowi za tak drobiazgowy opis.

Spomiędzy wulgarnych opisów świata seksturystyki wyłania się zaskakująco ciekawy obraz Indonezji - kraju tak egzotycznego, że większość z nas nawet nie wyobraża sobie podróży w takie miejsce. Seksturysta Adama Amblera to kontrowersyjne dzieło, w zasadzie intrygujące i na swój sposób nie żałuję jego lektury, niemniej jednak chcę być z Wami szczera: nie zabierajcie się za tę książkę, jeśli nie jesteście gotowi na aż tak śmiałą opowieść o podbojach bohatera. Jeśli zaś interesuje Was ukryty pomiędzy jednym opisem aktu miłosnego a drugim reportaż, to mam niezawodny sposób na przebrnięcie przez Seksturystę: przewijajcie sobie tekst w przypadku e-booka lub kartkujcie strony w przypadku książki tradycyjnej. Wyjdzie to Wam na zdrowie.

Seksturysta, Adam Ambler, 2014, s. 240.

7 lipca 2014

"Zabić Kennedy'ego" - Bill O'Reilly, Martin Dugard


"Prawda o prezydencie Kennedym czasem jest piękna, kiedy indziej niepokojąca.
A o tym, jak i dlaczego został zamordowany – okrutna."

John Fitzgerald Kennedy to nie tylko trzydziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych. To również symbol amerykańskiego Camelotu - wycinka z historii USA, który zakończył się wraz z tragiczną śmiercią prezydenta na ulicach Dallas w 1963 roku. Wreszcie to także materiał poddawany przeróżnym teoriom spiskowym. Mało kto dostrzega w tym wszystkim, że JFK był nie tylko charyzmatycznym i przystojnym politykiem, lecz także kochającym ojcem i mężem, który może i miał naturę amanta, ale mimo wszystko był oddany rodzinie. 

Dwaj biografiści, autorzy podobnej książki, tyle że o Abrahamie Lincolnie, pozwolili, abym dzięki ich biografii zrozumiała kim naprawdę był prezydent Kennedy. Ciężka praca Billa O'Reilly'ego i Martina Dugarda bardzo im się opłaciła, gdyż w efekcie powstała historia z krwi i kości - taka, której nie można zarzucić, że jest albo niewiarygodna, albo przekłamana. Wprawdzie występują w niej wszystkie znane autorom teorie spiskowe na temat śmierci JFK, ale ma to charakter ciekawostki - kolejnego rozdziału opowiadającego o prezydencie. Co ważne, nie można powiedzieć, by autorzy bronili którejkolwiek z tez - oni jedynie je przedstawiają i omawiają, ocenę pozostawiając czytelnikom. Takie podejście do sprawy podoba mi się najbardziej.

Być może niewiele współcześnie żyjących osób jest zainteresowanych kadencją Kennedy'ego, ale mnie zawsze fascynowały Stany Zjednoczone. Z nimi zaś łączy się nierozerwalnie historia kraju - wszak nie można patrzeć tylko na to, co jest teraz. Rodzina Kennedy'ch zwróciła moją uwagę jakiś czas temu, za sprawą Jackie, żony tragicznie zmarłego prezydenta. Zaczęłam czytać w pierwszej kolejności newsy na temat Pierwszej Damy i siłą rzeczy poszerzyłam zasięg poszukiwań. Można powiedzieć, że to dzięki żonie JFK zaczęłam tak na poważnie interesować się prezydentami USA. Zapewne o tym nie wiedzieliście, ale jednym z moich wielkich marzeń jest spotkanie na żywo Baracka Obamy... Podziwiam go przede wszystkim jako człowieka.

Biografia autorstwa O'Reilly'ego i Dugarda to drobiazgowy portret polityka, który zdecydowanie opierał się komunizmowi, interesował się losem kraju i dbał o bliskich. Solidna ilość tekstu urozmaicona jest licznymi fotografiami, które pomagają w wyobrażeniu sobie sytuacji, jaka panowała w latach 70' ubiegłego wieku. Przy tego typu dziełach zawsze pojawia się ten sam problem - trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby odbiorca nie poczuł się znużony. Styl, jakim posługują się autorzy, nie jest może wybitnie naukowy, ale też do nalżejszych nie należy, co może odstraszyć mniej wytrwałe jednostki. Ja nie miałam problemu z tekstem i wchłonęłam go jak gąbka w dwa wieczory - to jednak kwestia zainteresowania, nie braku zastrzeżeń co do tekstu. Uważam, że mógłby on być odrobinę luźniejszy, mniej akademicki, co nie oznacza, że widziałabym w nim kolokwializmy. Autorzy wykonali kawał dobrej roboty, bo dzięki nim dowiedziałam się o JFK więcej niż z lekcji historii.

Nie ma sensu opowiadać co znajdziecie w tej książce, bo w ten sposób streściłabym Wam życie Kennedy'ego, a nie o to przecież chodzi. Mogę Wam za to z czystym sumieniem polecić tę biografię ze względu na to, że jest szczera. Jej autorzy nie wybielają życiorysu prezydenta - pokazują zarówno dobre, jak i złe strony jego charakteru. Przedstawiają jego postępowanie takie, jakim było naprawdę, a nie takie, jakie przedstawiły nam media. Obiektywizm płynący z tej publikacji sprawia, że z przyjemnością przyswaja się kolejne fakty, a tych można w niej znaleźć mnóstwo. I każdy jeden ma naprawdę ogromne znaczenie.

Jestem zadowolona z lektury biografii Zabić Kennedy'ego. To pierwsza tego typu pozycja, którą bez wahania mogę nazwać wartościową. Uważam, że miłośnicy historii Stanów Zjednoczonych powinni się z nią zapoznać. J.F. Kennedy to człowiek, którego życiorys warto poznać nie tylko z uwagi na zamach, w którym stracił życie, ale przede wszystkim ze względu na to, że był niezwykłym człowiekiem także poza światem polityki.

Zabić Kennedy'ego. Koniec Camelotu, Bill O'Reilly, Martin Dugard, G+J 2013, s. 350.

6 lipca 2014

"Wołanie kukułki" - Robert Galbraith


Dla wielu osób w moim wieku seria o Harry'm Potterze to kwintesencja dzieciństwa i jedno z najważniejszych dzieł współczesnej kultury. Całkowicie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Potteromaniak raz złapany w sidła doskonałego cyklu przygód nastoletniego czarodzieja pozostanie nim już na zawsze. Tak było ze mną - dzieła J.K. Rowling po dziś dzień pozostają najczęściej przeze mnie czytaną serią książek, z których każdą czytałam po kilkanaście razy. Na ich filmowe adaptacje zawsze czekałam  z ogromną niecierpliwością, a na finale cyklu płakałam ramię w ramię z dziećmi - tak mocno mam w sobie zakorzenioną miłość do twórczości JKR.

5 lipca 2014

"Przypływ" - Daniela Sacerdoti

Recenzja poprzedniego tomu: Wizje

Lekturę pierwszego tomu przygód Sary Midnight wspominam dobrze, choć nie obyło się wtedy bez zgrzytów w postaci niedociągnięć w korekcie i dziwnych umiejętności głównej bohaterki. Wizje spodobały się przede wszystkim dlatego, że wszystko kręciło się tam wokół łowców demonów, co jednoznacznie kojarzy mi się z najdłużej oglądanym przeze mnie serialem - Supernatural. Sięgnęłam zatem po Przypływ, jako że nie mogłam się doczekać, by poznać dalsze losy postaci, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić. Czy dobrze zrobiłam?

Sara spodziewała się, że po pokonaniu hordy demonów Cathy zazna wreszcie odrobiny spokoju. Liczyła na to zwłaszcza po odkryciu okrutnej prawdy o jej kuzynie Harry'm, czy raczej Seanie Hannayu, który cały czas się pod niego podszywał. Dziewczyna leczy złamane serce dzięki znajomości z Liściem, ale jednocześnie próbuje odnaleźć się w licznych tajemnicach Midnightów. Aby otrzymać odpowiedź na nurtujące ją pytania, wybiera się w podróż do rodzinnej posiadłości na wyspie Islay. Tam też dochodzi do kolejnej konfrontacji z siłami zła.

Tym razem Daniela Sacerdoti postawiła na nieco bardziej wyważoną fabułę. Akcja w drugim tomie nie pędzi na łeb, na szyję tak jak to miało miejsce w pierwszym, a zamiast tego stopniowo rozwija się w czasie i w ten sposób staje się znacznie ciekawsza. Wydarzenia są szczegółowo przedstawione i zdecydowanie widać w tym progres pod względem języka powieści, ale, co najważniejsze, autorka zaczęła w końcu zwracać większą uwagę na kreację bohaterów kosztem dotąd zbyt dynamicznego przeskakiwania z wątku na wątek. W Wizjach trochę to zaniedbała, przez co niektórzy mogli nie utożsamiać się z jej postaciami, niemniej jednak teraz jest już dużo lepiej, a bohaterów nareszcie da się lubić, bo w końcu Sacerdoti daje czytelnikowi wgląd w ich uczucia.

W Przypływie spodobała mi się widoczna gołym okiem znacząca zmiana zachowania Sary. Zauważyłam, że wreszcie posługuje się swoim darem bez wahania i z zapałem dąży do poznania prawdy o rodzinie, która może przecież okazać się nie do przyjęcia dla wrażliwej osoby. Głównej bohaterce można byłoby wiele zarzucić, ale nie to, że się czegoś obawia. Młoda łowczyni demonów jest odważna i zdecydowana - wie doskonale, na czym jej zależy i z uporem maniaka realizuje to, co sobie założyła. Lubię postacie, które twardo stąpają po ziemi, a Sara bez wątpienia należy do ich grona. Do gustu przypadł mi również Sean, który osiągnął mistrzostwo w opiekowaniu się Midnightówną, ale przez to zaskarbił sobie moją sympatię. Na sam koniec zostawiłam sobie Liścia - tajemniczą postać, która najbardziej zaskakuje. Jestem przekonana, że osoby czytające książkę będą nim zachwycone tak jak ja. Cała wymieniona trójka nieźle zresztą namiesza w fabule, ale to dobrze, bo dzięki nim coś się w książce dzieje i w trakcie jej lektury nie ma mowy o nudzie.

Daniela Sacerdoti wykonała kawał dobrej roboty. Drugi tom przygód Sary Midnight uważam za dużo lepiej napisaną powieść - autorka dopracowała styl i wzięła pod uwagę krytykę Wizji, urozmaicając ich kontynuację o to, czego brakowało w fabule. Dzięki tym działaniom Przypływ okazał się zdecydowanie ciekawszą książką i z pewnością został dużo lepiej przemyślany niż tom inaugurujący serię. Gorąco polecam!

Przypływ (Sara Midnight #2), Daniela Sacerdoti, Dreams 2014, s. 392.
Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.


3 lipca 2014

"Milion słońc" - Beth Revis

Recenzja poprzedniego tomu: W otchłani

Milion słońc to długo wyczekiwana przeze mnie kontynuacja bardzo dobrze przyjętej na całym świecie serii W otchłani. Jej pierwszy tom, zatytułowany identycznie jak cykl, należał do grona najlepszych książek, które przeczytałam w 2013 roku. Zachwycił mnie rzadko spotykaną w książkach dla młodzieży wielowątkowością, a także licznymi intrygami wplecionymi w ciężkie życie mieszkańców Błogosławionego - statku kosmicznego, który miał ich bezpiecznie dowieźć na nową Ziemię. Czy i ten tom przypadł mi do gustu?

Nie ma sensu owijać w bawełnę - Milion słońc to równie wciągająca lektura, co jej poprzedniczka. Beth Revis po raz kolejny sprawiła, że zostałam wessana w intrygującą fabułę niczym materia kosmiczna przez czarną dziurę. Autorka co chwilę zaskakuje ciekawymi wątkami, niebanalnymi rozwiązaniami, a przede wszystkim dopracowaną i dopiętą na ostatni guzik wizją. Do tego warto wspomnieć o ciągle obecnym w fabule wątku kryminalnym, który w przypadku tej powieści wręcz się rozwija, dzięki czemu niezwykle trudno oderwać się od niej chociażby po to, by zrobić sobie herbatę. Wrażenia przy czytaniu Miliona słońc są niezapomniane.

Tym razem Amy i Starszy stają przed nowym wyzwaniem. Frustracja na Błogosławionym sięga zenitu i bunt załogi wisi na włosku. W sumie nie ma się czemu dziwić, bo każdy, kto dowiedziałby się, że prawdopodobnie nie dotrze do upragnionego celu i umrze w bezkresie Wszechświata, zachowałby się tak samo. Ja również, gdybym była zamknięta w ogromnej puszce bez szans na ucieczkę, najpewniej zmieniłabym radykalnie swoje zachowanie. Uważam zatem, że bunt to najmniejszy problem, z jakim główni bohaterowie mogą się borykać w trakcie międzygwiezdnej podróży. Ale Beth Revis nie byłaby sobą, gdyby nie utrudniła życia stworzonym przez siebie postaciom jeszcze bardziej niż dotychczas. W ten sposób powstał dość złożony, a przez to wprost fascynujący wątek, w którym Amy i Starszy próbują rozwikłać skomplikowaną zagadkę. Jej rozwiązanie przyniesie odpowiedzi na nurtujące ich pytania, ale zadanie nie jest ani proste, ani tym bardziej przyjemne.

Podobnie jak w tomie pierwszym i tutaj równolegle do wydarzeń, które opisałam wcześniej, toczy się wątek romantyczny. W przypadku Miliona słońc ujęcie tematu miłości jest surowe, wręcz okrojone do minimum. Wprawdzie uczucia targające bohaterami są silne i ważne dla ich wzajemnej relacji, ale mimo wszystko nie jest to coś, co wysuwa się na pierwszy plan i przyprawia o atak cukrzycy. Miłość w powieści Revis ukazana jest w sposób spokojny i wyważony, a mi bardzo się to podoba, bo nie lubię nachalności i słodzenia na potęgę.

Głównym wątkiem jest według mnie dążenie Amy i Starszego do odkrycia prawdy. Po drodze ta dwójka musi podjąć kilka ważnych decyzji i ze względu na to cieszę się, że narracja poprowadzona jest z dwóch punktów widzenia. Dzięki temu można poznać motywy, jakimi kierują się główni bohaterowie, a także spojrzeć na daną sprawę oczami dwóch całkiem odmiennych osób, co zawsze mnie fascynowało. Dodatkowo lekki styl autorki uprzyjemnia lekturę i nie wywołuje uśmiechu politowania na twarzy osób, dla których język powieści ma znaczenie. Wszystko to składa się na świetnie napisaną space operę - kolejną, która podbiła moje serce.

Milion słońc to zadziwiająco udana kontynuacja W otchłani. Zwykle drugie tomy nie dorastają do pięt swoim poprzednikom, a tu taka miła niespodzianka! Beth Revis stworzyła fascynującą opowieść rozgrywającą się w kosmosie, która od pierwszej do ostatniej strony intryguje, a jej lektura sprawia ogromną przyjemność. Bez wątpienia jest to książka, którą warto polecić osobom, które czytały pierwszą część historii Amy i Starszego, a bały się, że druga będzie porażką. Z ulgą mogę poświadczyć, że nie można się na niej zawieść.

Milion słońc (W otchłani #2), Beth Revis, Publicat 2013, s. 376.
Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.

2 lipca 2014

"Gra Endera" - Orson Scott Card


Od Gry Endera zaczęła się prawdziwa kariera Orsona Scotta Carda. Dzisiaj dla każdego fana science-fiction pierwszy tom Sagi Endera jest właściwie lekturą obowiązkową. Mimo że od momentu publikacji pierwszego wydania powieści wątki - wówczas nowatorskie - poruszone przez autora przestały być czymś zaskakującym, to jednak proza Carda wciąż pozostaje sztandarowym dziełem, które warto przeczytać.

Osobiście powiedziałabym, że wręcz trzeba to zrobić. Zapewne zabrzmi to idiotycznie, ale Gra Endera to mój nowy Harry Potter - jako książka odcisnęła na mnie trwałe piętno i wprawiła w bezbrzeżny zachwyt. Uczucia towarzyszącego mi w trakcie lektury nie zapomnę do końca życia. Mam za sobą wiele wspaniałych publikacji, ale takich, które zrobiły na mnie wrażenie, jest niewiele. I właśnie dla takich powieści nauczyłam się czytać.

Andrew Wiggin to tylko z pozoru zwyczajny sześciolatek. Ja w jego wieku bawiłam się lalkami i bez wątpienia sepleniłam bez ładu i składu, tymczasem on porzucił własną rodzinę, by wziąć udział w żmudnym szkoleniu zorganizowanym przez Szkołę Bojową. Jego celem było wyselekcjonowanie idealnego kandydata na dowódcę ziemskiej floty w walce z kosmicznymi najeźdźcami - Formidami, a Ender wydawał się stworzony do tej roli.

Grze Endera miałam okazję obserwować nie tylko zmagania głównego bohatera z morderczym treningiem, ale przede wszystkim przyglądać się temu jak na przełomie kilku lat dorasta w nieprzyjaznym środowisku zdominowanym przez przemoc i walkę. Pozbawiony rodziny i pozostawiony praktycznie bez opieki dorosłych cały czas próbuje dostosować się do otaczającego go świata i - co ciekawe - idzie mu to nader dobrze. Rygor Szkoły Bojowej, a następnie Szkoły Dowodzenia, daje mu się we znaki, co w sumie nie dziwi, zważywszy na zadanie, jakie przed nim postawiono. I, co najważniejsze, chłopak nadal zaskakuje swoich przełożonych i codziennie pokazuje im, że to on jest tym wielkim wybawicielem ludzkości, którego tak uparcie poszukują.

Orson Scott Card napisał książkę o całkowicie wybujałej wojnie Ziemian z kosmitami, a jej bohaterem uczynił dziecko o ponadprzeciętnej inteligencji. Brzmi średnio ciekawie, ale nic bardziej mylnego! Tak się bowiem składa, że autor wplótł w fabułę wiele egzystencjalnych smaczków, które sprawiają, że człowiek czyta powieść z zapartym tchem, non stop zadając sobie w myślach pytania o to, czy podejmowane przez Endera działania są słuszne, a decyzje jego przełożonych podyktowane rozsądkiem, czy strachem o przyszłość planety. Uważam, że Gra Endera jest czymś znacznie większym niż zwyczajna powieść science-fiction - to dzieło o niesamowitej wartości, ponadczasowe pod względem zawartych w nim uniwersalizmów, nie zaś z uwagi na styl autora, który zdążył się od czasu 1985 roku nieco przedawnić. Decyzję o przeczytaniu tej publikacji uważam zatem za jedną z lepszych w mojej karierze czytelniczej, a dodatkowym szczęściem napawa mnie fakt, że wcale nie przekonał mnie do tego nie tak dawno nakręcony film, lecz dziesiątki głosów, z których wyłaniał się jeden wniosek, a mianowicie, że ta powieść potrafi rozkochać w sobie nawet największego przeciwnika fantastyki naukowej.

To niesamowite jak głębokim i poruszającym dziełem może być książka o wojnie w kosmosie. Jestem zdania, że żadna recenzja nie jest w stanie oddać w stu procentach emocji, które czytelnik odczuwa w trakcie lektury Gry Endera. Mam wręcz wrażenie, że ten tekst nawet w minimalnym stopniu nie jest w stanie odzwierciedlić mojego bezbrzeżnego zachwytu. Czuję teraz niepohamowaną potrzebę szerzenia miłości do sztandarowej sagi Carda i liczę, że chociaż jedna osoba czytająca tę recenzję uzna ją za wystarczający powód do tego, by sięgnąć po pierwszy tom przygód Endera. Już to będzie dla mnie sukces, gdyż wiem, że wówczas ten ktoś przekaże nowinę kolejnym osobom, które jeszcze nie wiedzą, że są fanami Orsona Scotta Carda.

Gra Endera (Saga Endera #1), Orson Scott Card, Prószyński i S-ka 2013, s. 328.
Recenzja powstała na potrzeby portalu eFantastyka.pl.