STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

25 sierpnia 2014

"Anioły jedzą trzy razy dziennie" - Grażyna Jagielska


Grażyna Jagielska to żona korespondenta wojennego, Wojciecha Jagielskiego, któremu szczęśliwie udało się przeżyć ponad pięćdziesiąt konfliktów zbrojnych. Jej mąż opisał w kilku głośnych książkach piekło wojny, nie będąc świadomym, że piekło zgotował przy okazji swojej żonie, którą paraliżował okropny strach o jego życie i bezpieczny powrót do domu. Być może kojarzycie Grażynę Jagielską z inną książką jej autorstwa, Miłością z kamienia, również wydaną przez Znak. Dla mnie jest to pierwsze spotkanie z jej twórczością. Wiedziałam, że historia opisana w książce Anioły jedzą trzy razy dziennie będzie trudna i bolesna, ale ja rozumiałam Jagielską i jej lęki. Dzięki temu mogłam przejść przez lekturę tej krótkiej publikacji niemal bez szwanku.

Historia zawarta w tej niewielkiej objętościowo książce przedstawia wycinek z życia autorki, a dokładniej pół roku, które spędziła na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym. Razem z nią przebywali tam także byli żołnierze polskiego kontyngentu, którzy powrócili z misji w Iraku i Afganistanie, lecz nie mogli przejść do porządku dziennego z tym, co tam przeżyli. Udręczoną grupę pensjonariuszy uzupełniali kobieta, która sama odcięła sobie ucho, dziewczyna utrzymująca, że jest aniołem oraz dziwna staruszka. Wszyscy musieli uporać się z własnymi demonami, lecz to oczywiste, iż najważniejszym elementem historii był przypadek autorki.

Trzeba wykazać się nie lada odwagą, by publicznie przyznać, iż ma się problemy natury psychicznej, a ma to związek z zacofaniem poglądów społeczeństwa. Stany lękowe i depresja nie świadczą o braku rozumu, a mimo to człowiek otwarcie mówiący o swojej chorobie często szufladkowany jest jako nienormalny. Być może taką książkę trzeba było napisać, aby ludzie w końcu uzmysłowili sobie, że nerwice i depresje to też choroby, które mogą przytrafić się każdemu z nas. Podziwiam autorkę, ponieważ nie tylko miała odwagę powiedzieć na głos, że leczy się u psychiatry, ale i sięgnęła po pomoc, kiedy uznała, że najwyższa pora się po nią zgłosić. Uważam, że autorka jest kobietą silną i wytrwałą, lecz rozumiem też, że mogła się załamać. Każdy ma jakieś granice, a te należące do Jagielskiej najwyraźniej zostały przekroczone, skoro dobrowolnie poszła się leczyć.

Anioły jedzą trzy razy dziennie to lektura nader przygnębiająca, ponieważ bezpardonowo obnaża prawdziwe piekło, przez które przechodzą rodziny żołnierzy i dziennikarzy wyjeżdżających na misje pokojowe z polskim kontyngentem. W książce dokładnie opisane też jest funkcjonowanie szpitala psychiatrycznego, co dla wielu z Was może być ciekawe - choć wierzcie mi, że wcale nie jest tak jak w amerykańskich filmach! Nade wszystko jest to jednak książka dająca wiarę w to, że można podnieść się po nawet największym upadku, potrzeba tylko sił i chęci, by wykonać ten najtrudniejszy, bo pierwszy, krok.

Trudno byłoby mi kogokolwiek zachęcać do sięgnięcia po tak smutną książkę, ale jeszcze trudniej byłoby mi kategorycznie jej Wam odradzić. Najlepiej będzie, jeśli sami zdecydujecie, czy zależy Wam na poznaniu losów Grażyny Jagielskiej, czy też nie. Dla mnie była to bardzo wartościowa lektura i ani trochę nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Czasami trzeba przeczytać coś smutniejszego, by potem bez oporów śmiać się przy czymś innym.

Anioły jedzą trzy razy dziennie, Grażyna Jagielska, Znak 2014, s. 208.

23 sierpnia 2014

"Między teraz a wiecznością" - Marie Lucas


Nazwisko Marie Lucas nic mi nie mówiło, kiedy otrzymałam propozycję zrecenzowania jej książki, która nosi nieco przydługi tytuł - Między teraz a wiecznością. Nie miało to dla mnie większego znaczenia, ponieważ zakochałam się w okładce i uznałam, że skoro jest to kolejna powieść wydana w popularnej serii Poza czasem, to musi mieć w sobie coś wyjątkowego. Niestety, wyjątkowo to ja się co do tej książki pomyliłam.

Nie powiem, że fabuła książki mnie nie wciągnęła, bowiem przeczytałam ją z przyjemnością. Problemem tego tytułu jest to, że autorka po mistrzowsku spartaczyła dwie sprawy. Po pierwsze - kreację bohaterów, z główną postacią na czele, a po drugie - sam pomysł na fabułę. Zacznę może od pierwszego powodu, dla którego Między teraz a wiecznością uznałam za niewypał. Rzadko kiedy czepiam się postaci, ale te, które występują w tej książce, wołają o pomstę do nieba. Powieść opowiada historię Julii, nastolatki zmuszonej do udawania kogoś, kim nie jest. Zaraz, zaraz. Zmuszonej!? To była jej własna, suwerenna decyzja, by stworzyć sobie nową tożsamość, dzięki której zabłyśnie w towarzystwie osób - delikatnie rzecz ujmując - nie reprezentujących sobą żadnych większych wartości. Nie wiem jak Wam, ale mi nie zależałoby na pozyskaniu uwagi bandy snobów, którzy uważają się za lepszych od innych. Dla głównej bohaterki jest to jednak szczyt marzeń. Julia zresztą nie należy do grona inteligentnych nastolatków. Kiepsko idzie jej logiczne myślenie, a pod względem uczuciowym jest niewiele lepsza od ulicznicy, latając od jednego chłopaka do drugiej i mieszając im w głowach.

Przechodząc do kwestii zmarnowanego pomysłu na książkę, chciałabym mocno podkreślić, że miał on duży potencjał. Wydaje mi się, że wciąż niewiele mamy na rynku powieści o duchach i chociażby z tego względu byłam lekturą dzieła Marie Lucas co najmniej podekscytowana. Szkoda, że wszystko potoczyło się tak, jakby autorka za wszelką cenę chciała podążać jak najprostszą drogą do zakończenia. W efekcie kilka dość ważnych wątków spłycono bądź zignorowano, przez co sporej części fabuły nie można zrozumieć lub dogłębnie poznać. Autorka podejmuje wiele ciekawych tematów, ale są to sprawy ledwie liźnięte, potraktowane po macoszemu, jakby głównym powodem ich istnienia była potrzeba zapełnienia większej ilości stron. Nie cierpię takiego pisania na siłę i uważam, że jeśli już autor podejmuje jakiś temat, to powinien doprowadzić go do końca, a nie urywać w połowie i skazywać czytelnika na wieczne domniemania.

Co na pewno mogę powiedzieć o tej powieści? To, że jest schematyczna i przewidywalna. Tak naprawdę nic w niej nie zaskakuje i nie dziwi. Czytelnik prowadzony jest za rękę od początku do samego końca i nie dość, że w niektórych przypadkach musi obejść się smakiem, to jeszcze na dodatek zabrania mu się myślenia. Osobiście lubię zastanawiać się nad czymś razem z bohaterami, ale tutaj tak się nie da - i nie tylko dlatego, że nie można się z nimi jakkolwiek utożsamić, ale i ze względu na to, że fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Nie trzeba się nad niczym zastanawiać, bo autorka wszystko daje nam na tacy.

Chyba po raz pierwszy jestem tak rozczarowana pozycją wydaną w serii Poza czasem. Bardzo cenię Egmont za ten cykl, a zwłaszcza za jego piękną oprawę graficzną, ale tym razem coś im nie wyszło, bo czuję głęboki niedosyt. Między teraz a wiecznością to mocno przeciętna powieść, nie wyróżniająca się od innych niczym poza perfekcyjnie zmarnowanym potencjałem. Jest to wyłącznie lekkie czytadło, dość dobrze napisane, ale ani trochę nie porywające fabułą, bohaterami, czy też światem przedstawionym. Szkoda.

Między teraz a wiecznością, Marie Lucas, Egmont 2014, s. 464.

22 sierpnia 2014

"Podzieleni" - Neal Shusterman


Gdybym miała ocenić Podzielonych Neala Shustermana po okładce, ominęłabym tę książkę szerokim łukiem. Nie to, że mi się nie podoba, po prostu odstręczające są dla mnie wszystkie te kable wystające z ręki niczym wyrwane żyły. Okropieństwo! Za to, oceniając powieść po blurbie, wzięłabym ją ze sobą na bezludną wyspę, i to bez wahania, tak bowiem intrygujący jest jej opis. Uznałam więc, że wezmę Podzielonych na warsztat.

W środku znalazłam cudownie wciągającą historię, która wbiła mnie w fotel. W niedalekiej przyszłości opinia publiczna dzieli się na dwa obozy - jedni są za ochroną życia, inni popierają wolny wybór kobiety w kwestii posiadania bądź nie potomstwa. Brzmi znajomo? Bez wątpienia, choć w rzeczywistości wykreowanej przez Shustermana na obrzucaniu się publicznie wyzwiskami, niestety, się nie kończy. Tutaj ustalono Kartę Życia - prawo, na podstawie którego życie ludzkie jest chronione, ale tylko do pewnego czasu. Kiedy dziecko kończy trzynaście lat, rodzice mają prawo dokonać aborcji wstecz. Jednak, aby nie było to zwyczajne morderstwo, dziecko przechodzi zabieg podzielenia. Lekarze rozczłonkowują je na części pierwsze, organ po organie, dzięki czemu ludzie, którzy potrzebują ich do przeżycia, otrzymują je i przy odrobinie szczęścia żyją dalej.

Będę szczera i napiszę wprost: pomysł na fabułę Podzielonych jest chory i zakrawa na psychopatię, ale pewnie dlatego tak niesamowicie wciąga. Ludzie lubią przeżywać szok w trakcie czytania książek i pod tym względem autor spisał się na medal. Niby jest to powieść dla młodzieży, napisana potocznym stylem i pełniąca funkcję rozrywkową, ale mimo wszystko i tak skłania do myślenia. Przede wszystkim odbiorca zastanawia się tu nad wartością życia i oto też chyba Shustermanowi chodziło. Refleksje towarzyszą czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony i choć w trakcie lektury człowiek dobrze się bawi za sprawą świetnie poprowadzonej akcji, to i tak kwestia argumentów za i przeciw aborcji nieustannie czai się gdzieś z tyłu głowy, nie dając mu o sobie zapomnieć. Zresztą u Shustermana problem aborcji wydaje się być o wiele bardziej złożony - wolałabym uniknąć publicznej dyskusji w tym temacie, dlatego też napiszę jedynie, że dla mnie system dzielenia to dzieło szarlatana. W książce zabieg został tak drobiazgowo opisany, że ciarki przeszły mi po plecach, ogarnęło mnie poczucie bezbrzeżnej grozy, a szok nie opuścił mnie przez kilka kolejnych dni. Okropne uczucie.

Doceniam jednak innowacyjność autora, bowiem oryginalności jego dziełu odmówić nie można. Inni pisarze mogą się schować, bo w porównaniu z Podzielonymi ich antyutopie to śmiech na sali. Zero polotu! A tutaj, moi drodzy, oryginalność jest jednym z wielu atutów przedstawionej w książce historii. Trzeba pamiętać o tym, że autor postarał się o wartką akcję, wiele ciekawych wątków, lekki styl oraz efektowne zakończenie. Warto również mieć na uwadze, że stworzeni przez Neala Shustermana bohaterowie są naprawdę ciekawymi osobowościami. Connor to typowe dziecko z problemami, Risa jest wychowanką domu dziecka, której to utrzymanie przestaje się opłacać jej opiekunom, zaś Levi to tzw. dziesięciorodny, czyli dziecko poczęte tylko po to, by po ukończeniu trzynastego roku życia jego rodzice mogli je poświęcić bogom. Makabra, ale za to jak fajnie się to czyta! Jedno jest pewne - ta książka dostarczy Wam wielu emocji.

Podzieleni to obrzydliwie dobra i zarazem dość brutalna powieść, o której tak łatwo nie da się zapomnieć. Nie należy ona może do literatury najwyższych lotów, ale ma ogromny potencjał. Neal Shusterman zdecydowanie zasługuje na Waszą uwagę i mam nadzieję, że kogoś moja recenzja zachęci do lektury. Nie da się ukryć, jest to książka mocna, do przemyślenia, ale kto powiedział, że musimy czytać wyłącznie lekkie i niezobowiązujące młodzieżówki? Najwyraźniej są też takie, które mają jakieś przesłanie. Podzieleni są jedną z nich.

Podzieleni (Podzieleni #1), Neal Shusterman, Papierowy Księżyc 2012, s. 445.

21 sierpnia 2014

"Polowanie" - Andrew Fukuda


Wampiry się przejadły, i to dawno temu. Był Zmierzch, który totalnie odmienił oblicze wampiryzmu, przez co nastolatki, zamiast odczuwać przed krwiopijcami lęk, zaczęły zakochiwać się w posągowych postaciach, które łaskawie uznały, że nie będą pożywiać się na ludziach. Była także Akademia wampirów, która wprawdzie nie zrobiła z wampirów iskrzących się w słońcu wegetarian, ale daleko jej było do literackiego pierwowzoru, do którego tęskniłam. Pogodziłam się zatem z faktem,  że młodzieżowe książki o wampirach nie wybiegną daleko poza wątek miłosny i nigdy nie będą takie jak kiedyś. Ale pojawił się Andrew Fukuda i dał mi nadzieję.

Polowanie opowiada historię Gene'a, który miał pecha urodzić się w świecie zdominowanym przez wampiry. Ludzkość w tych czasach zdegradowano do roli zwierzyny, podczas gdy faktyczną władzę dzierżą krwiopijcy, dla których heperzy - dawniej homo sapiens - stanowią jedynie przekąskę. Gene i jego ojciec, zmuszeni przez niemiłe okoliczności, opanowali technikę kamuflażu do perfekcji - nastolatek uczęszcza nawet do szkoły, w której każdego dnia otaczają go dziesiątki wampirów, nieświadomych, iż mają przed sobą człowieka. Zbliżają się jednak Wielkie Łowy, w których nagrodą jest możliwość zapolowania na ostatnich przedstawicieli naszego gatunku. Ku wielkiemu zaskoczeniu Gene'a zostaje on wybrany spośród wszystkich wampirów do roli łowcy. Teraz chłopak musi zapolować na własnych pobratymców...

Muszę przyznać, że pomysł Fukudy na fabułę Polowania bardzo mi się spodobał. Uważam, że jest to świeże i w sumie udane spojrzenie na wampiryzm w młodzieżowej odsłonie. Dzięki temu historia Gene'a przypadła mi do gustu mimo paru zgrzytów, o których napiszę Wam za chwilę. Wiem, że tematyka łowów nie jest niczym oryginalnym, ale jeśli dodać do tego świat zbliżony klimatycznie do postapokalipsy, wojnę ludzi i wampirów, w której to ci pierwsi stanowią słabszą stronę konfliktu, i wreszcie wątek miłosny, od którego nie dostaje się ataku cukrzycy - wtedy możemy mówić o dobrej książce. I takie jest Polowanie.

Jak wiele powieści młodzieżowych dzieło Andrew Fukudy posiada też kilka mankamentów. Na pierwszy rzut oka są to jedynie drobiazgi, jednak w trakcie lektury, a zwłaszcza po jej ukończeniu, uwierają one niczym drzazga. Przede wszystkim autor nie określił dokładnie o jakie czasy mu chodzi. Z jednej strony mamy do czynienia z ewidentnym postapo, z drugiej - z archaicznymi powozami, które zastąpiły normalne samochody. Dlaczego tak się stało i jak mamy interpretować tę zmianę? Tego autor nie wyjaśnia. Druga sprawa, to kwestia samego wampiryzmu. Kiedy i w jaki sposób ludzie zaczęli mutować? I dlaczego, u licha ciężkiego, posiadając tak wyostrzone zmysły, nie potrafią wyczuć stojącego obok nich człowieka? Wyjaśnienie, że Gene obsesyjnie brał kąpiel, żeby nie śmierdzieć, to durna wymówka - ludzki pot wytwarza się na długo zanim człowiek zacznie cuchnąć. Ponadto są jeszcze takie niuanse jak inna akcja serca, inne odruchy, inna fizjonomia. Wydawać by się mogło, że autor zrobił z wampirów idiotów. I niby to ludzie są tymi gorszymi? Coś mi tu nie pasuje...

Podsumowując, uważam Polowanie autorstwa Andrew Fukudy za całkiem przyjemną i udaną powieść, której niewiele brakuje, by być jeszcze lepszą historią. Liczę na to, że autor w drugim tomie nie poskąpi mi wyjaśnień i dowiem się wreszcie jak to się stało, że wampiry opanowały świat. Książka posiada pewne wady, ale łatwo je wyeliminować lub usprawiedliwić - o ile autor będzie miał na to ochotę. Ja po drugi tom sięgnę na pewno. Czy Wy sięgnięcie po pierwszy - to już od Was zależy. Według mnie - warto.

Polowanie (Polowanie #1), Andrew Fukuda, Fabryka Słów 2014, s. 356.

20 sierpnia 2014

"Przegląd Końca Świata. Blackout" - Mira Grant [przedpremiera]

Recenzje poprzednich tomów: Feed | Deadline

[NAJWYŻSZY PRIORYTET NAJWYŻSZY PRIORYTET NAJWYŻSZY PRIORYTET]

Przegląd Końca Świata skradł mi serce za sprawą dwóch pierwszych tomów serii, czyli Feed i Deadline. Niemal od razu okrzyknęłam Mirę Grant cudotwórczynią, zaś jej książki ucztą dla wyobraźni - arcydziełami, które powinien znać absolutnie każdy mieszkaniec Ziemi. Jestem nieodwołalnie zakochana w wykreowanym przez autorkę postapokaliptycznym świecie opanowanym przez żywe trupy, pełnym intryg na najwyższych szczeblach władzy oraz medycznych niuansów, które dały początek wirusowi Kellis-Amberlee. Ubóstwiam całą ekipę Przeglądu Końca Świata, a także wszystko, co ma związek z blogowaniem. Wiedziałam, że prędzej czy później seria będzie musiała się zakończyć, ale powiem Wam szczerze: nie umiem pogodzić się z faktem, że Blackout zamyka trylogię i tym samym kończy się mój ukochany cykl. To nie może być koniec!

Pod względem fabularnym można uznać, że Feed był thrillerem politycznym, zaś Deadline - medycznym. W Blackout mamy do czynienia z wybuchową mieszanką jednego i drugiego, w efekcie czego powieść wgniata w fotel i bez reszty wciąga. Nie zetknęłam się wcześniej z równie fascynującą historią, która - jakby nie patrzeć - jest wytworem wyobraźni Miry Grant, a mimo to chwilami tak bardzo przypomina prawdziwe życie, że można poczuć się nieswojo. Zaraz, zaraz, zombiaki może i są zmyślone, ale już cała ta heca z wirusem i ukrywaniem prawdy przez rząd bardzo przypomina naszą rzeczywistość - takie myśli przychodziły mi do głowy w trakcie lektury Blackout. Prawda stanowi w sumie sedno fabuły Przeglądu Końca Świata. Choć autorka ustanowiła apokalipsę zombie tłem dla wszystkich wydarzeń, najistotniejszym elementem treści wciąż pozostaje dążenie do prawdy za wszelką cenę - można uznać, że w przypadku tytułowej ekipy blogerów powiedzenie Po trupach do celu nabiera głębszego sensu. Tak czy inaczej, książka wydaje się być przemyślana najlepiej ze wszystkich trzech dotychczas wydanych, prezentując najwyższy możliwy poziom wśród powieści postapokaliptycznych. 

Mira Grant kupiła mnie już przy Feed, podczas gdy Deadline podtrzymał moje uwielbienie do serii, a nawet je wzmocnił. Wiedziałam, że i na Blackout nie będę miała najmniejszej szansy się zawieść. Autorka Przeglądu Końca Świata jest absolutną mistrzynią i inni pisarze powinni brać z niej przykład, bo wtedy świat byłby piękniejszy! Zapewne zabrzmi to śmiesznie, ale ja w trzecim tomie trylogii nie widzę żadnych wad i jedyne, co potrafię napisać, to kolejne peany pochwalne na cześć Georgii i Shauna Masonów. Blackout to dzieło pełne, idealne w każdym calu - fabuła przemyślana jest od początku do końca, nie ma w niej niedomówień, wszystko wyjaśnia się w racjonalny sposób, bohaterowie są wspaniale wykreowani, zaś pozostałe elementy powieści godne pochwały. Nie mam się do czego przyczepić - Mira Grant wiedziała, co robi, i zrobiła to perfekcyjnie.

Pierwszy tom trylogii wycisnął ze mnie potok łez, których nie spodziewałabym się po sobie w trakcie czytania książki o żywych trupach. Drugi tom rozwalił mnie zakończeniem - i to do tego stopnia, że skakałam po łóżku jak idiotka, nie mogąc uwierzyć w to, co czytam! Tymczasem trzeci to już wyższa szkoła jazdy. Ogrom emocji towarzyszących mi przy czytaniu zalał mnie do tego stopnia, że zupełnie traciłam kontakt z rzeczywistością. Potrafiłam czytać w każdym miejscu i o każdej porze - nie liczyło się dla mnie nic poza tą książką. Co tu dużo mówić - Mira Grant totalnie mnie sponiewierała i - co więcej - udało jej się znowu mnie zaskoczyć. Jednak jest też jedno ale: mamy w książce taki element fabuły, któremu skrycie kibicowałam od samego początku. TA SCENA miażdży i powie Wam to każdy, kto tak jak ja fangirluje serii. Po prostu musicie przeczytać ją sami - weźcie sobie zawczasu Nerwosol na uspokojenie, bo gwarantuję, że emocje sięgną zenitu!

Bohaterowie z krwi i kości, sensowna fabuła, wielowątkowość, precyzja, niepowtarzalny styl i nieskończone pokłady niebanalnych rozwiązań to główne elementy, z których składa się Blackout. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej lektury do przeczytania i wspanialszego zwieńczenia cyklu. Mimo że nie potrafię pogodzić się z definitywnym końcem serii, uważam, iż jest to doskonały przykład tego jak powinno się kończyć opowiadane w kilku tomach historie. Poza tym wiem, że Georgia i Shaun znaleźli sobie idealną miejscówkę w moim sercu i zostaną ze mną już na zawsze - wszystkie książki i wszystkich bohaterów będę oceniać przez pryzmat tego, co stworzyła Mira Grant. Majstersztyk - inaczej się tego nazwać nie da.

Dziękuję, Sine Qua Non, że w całej swej mądrości uznaliście, że warto wydać u nas Przegląd Końca Świata. Dzięki Wam nareszcie dowiedziałam się jak wygląda genialna literatura. Gdyby nie Wy, mogłabym nigdy nie poznać tej historii, a to byłby ewidentnie koniec świata, przy którym Powstanie to pikuś. Dziękuję, genialna Miro Grant, że napisałaś tak wspaniałą historię, szczerą, prawdziwą i jedyną w swoim rodzaju, a także za to, że stworzyłaś Georgię i Shauna, którzy są dla mnie wzorem do naśladowania i już nigdy nie zapomnę emocji, jakich dzięki nim doznałam. A teraz Wy, drodzy Czytelnicy, jeśli kiedykolwiek liczyliście się z moim zdaniem w kwestiach doboru lektur - sięgnijcie po cały Przegląd Końca Świata, bowiem nie znajdziecie książek tak perfekcyjnych, co te, które napisała Mira Grant. Jeśli mielibyśmy wierzyć w istnienie natchnienia, to wierzcie mi na słowo - autorka tej serii z pewnością go doświadczyła.

I najważniejsze.

Powstańcie, póki możecie.

[KONIEC PRZEKAZU NA ŻYWO]


Blackout (Przegląd Końca Świata #3), Mira Grant, Sine Qua Non 2014, s. 512.

19 sierpnia 2014

Stos 8/2014


Po lewej:

1. Wielki Błękit, Veronica Rossi [Moondrive]
2. Dieta bez pszenicy, William Davis [Bukowy Las]
3. Ostatni dzień lata, Joyce Maynard [Muza]
4. Księgarenka w Big Stone Gap, Wendy Welch [Black Publishing]
5. Lawendowy pokój, Nina George [Otwarte]
6. Przez ciebie, Emily Hainsworth [Amber]
7. Player One, Ernest Cline [Amber]
8. Zagadki tolkienowskie, Andrew Murray [Amber]
9. Dni krwi i światła gwiazd, Laini Taylor [Amber]
10. Zacisze Gosi, Katarzyna Michalak [Znak]
11. Wielki Gatsby, Francis Scott Fitzgerald [Znak]
12. Dziewczyny z Powstania, Anna Herbich [Znak]

Po prawej:

1. Spacerem po Londynie, Sara Calian [G+J Polska]
2. Cress, Marrisa Meyer [Puffin Books]
3. Will Grayson, Will Grayson, John Green, David Levithan [Penguin Books]
4. Dobrani, Ally Condie [Prószyński i S-ka]
5. Monument 14. Niebo w ogniu, Emmy Laybourne [Rebis]
6. Nomen Omen, Marta Kisiel [Uroboros]
7. Przejrzeć Anglików, Kate Fox [Muza]
8. 15 dni bez głowy, Dave Cousins [Ya!]
9. Tajemnica Diabelskiego Kręgu, Anna Kańtoch [Uroboros]
10. Przegląd Końca Świata. Blackout, Mira Grant [Sine Qua Non]

A tutaj mamy bonus w postaci kolejnego przewodnika po Hobbicie.

Widzicie tu coś dla siebie?


17 sierpnia 2014

"Kot Bob i ja" - James Bowen


James Bowen w momencie, gdy na jego drodze stanął rudy kocur Bob, był bezrobotnym muzykiem, ledwo wiążącym koniec z końcem i leczącym się z uzależnienia od narkotyków . Nic dziwnego, że po spotkaniu Boba nie chciał brać za niego odpowiedzialności. Kot miał jednak w sobie coś tak niezwykłego, co poruszyło serce mężczyzny i w efekcie uroczy rudzielec stał się przyjacielem Jamesa, a na dodatek zabrał się za zmienianie życia swojego nowego pana na lepsze. I niech tylko ktoś powie, że koty to niewdzięczne zwierzęta!

O tym, że jestem kociarą, wspominałam Wam wielokrotnie. Jest to główny, a właściwie jedyny powód, dla którego sięgnęłam po książkę Kot Bob i ja Jamesa Bowena. Nie potrafiłabym przejść obojętnie obok okładki, na której widać puszysty łebek jakiegoś sierściucha, dlatego z ogromną chęcią zabrałam się do lektury dzieła londyńskiego artysty, którego historia poruszyła tysiące czytelników z całego świata.

Przede wszystkim pochwały należą się autorowi za wzorową postawę wobec zwierząt. Słowa, które znamy z Małego Księcia, dzięki Bowenowi nabierają nowego znaczenia. Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś, tak brzmi słynny cytat. Autor, początkowo sceptycznie nastawiony do opieki nad kotem, mimo wszystko przygarnął go do siebie, na co nie może liczyć większość bezdomnych zwierząt. Sam był praktycznie bezdomny, bez środków do życia, ale nie zostawił chorego Boba w potrzebie. Wyleczył go, zapewnił mu dach nad głową, ciepły kąt do spania oraz pełną miskę. Ogromnie mnie to wzrusza, nawet gdy o tym piszę, i zawsze będę podziwiać ludzi, którzy zachowują się tak jak James Bowen. Już za to darzę go szacunkiem, a przecież mężczyzna może również pochwalić się innymi sukcesami, w tym ucieczką od narkotyków.

Kot Bob, co niektórych z Was mogłoby zaskoczyć, odpłacił się muzykowi oddaniem i miłością. Zapewnił mu też stałe źródło dochodów, bowiem odkąd Bowen go przygarnął, wszędzie za nim chodził, w tym do pracy na ulicach Londynu. Dotąd niezauważany mężczyzna, traktowany jak element dekoracji miasta i niewart niczyjej uwagi, za sprawą kota zaczął błyszczeć. Ludzie podziwiali rudego kota, który zawsze mu towarzyszył i chętniej opróżniali kieszenie z drobniaków. Jamesowi i Bobowi zaczęło się lepiej powodzić, co dodatkowo wzmocniło ich ludzko-zwierzęcą więź. Ta niecodzienna przyjaźń okazała się dla nich darem z niebios.

Dlaczego ta książka okazała się takim fenomenem? Na pewno nie względu na jej jakość, bowiem Kot Bob i ja to przeciętny tekst napisany potocznym stylem zrozumiałym dla każdego. Książka Jamesa Bowena stała się popularna ze względu na to, że daje nadzieję. Pokazuje, że przy odpowiednim podejściu można przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. Wreszcie jest też dowodem na to, że niepozorne zwierzę może stać się przyczynkiem do zmian w naszym życiu. Na sam koniec można dodać, że jest również ciepłą i wzruszającą opowieścią o tym jak silna może być przyjaźń człowieka z kotem. Polecam, warto poświęcić jej kilka chwil.

Kot Bob i ja, James Bowen, Nasza Księgarnia 2014, s. 288.

12 sierpnia 2014

"Sasha" - Joel Shepherd


Joel Shepherd to urodzony w Adelaide pisarz specjalizujący się w gatunku science fiction. Jego pierwsze dzieło to lubiana za granicą powieść Crossover, której bohaterką jest superżołnierka, Cassandra Kresnov. W Polsce zrobiło się o nim głośno, kiedy Jaguar zapowiedział wydanie epickiej serii fantasy, zatytułowanej Próba Krwi i Stali. Tomem otwierającym słynną tetralogię Shepherda jest Sasha.

Królestwo Lenayin podzielone jest na wyznawców starych bogów i kodeksu Goeren-yai, a także arystokrację verentyjską, która przyjęła nową wiarę i pragnie nieudzielnej władzy w całym kraju. Gdzieś pośrodku tego znajduje się Sashandra, księżniczka Lenayin, która odrzuciła swoje dziedzictwo i zaczęła żyć na własną rękę między Goeren-yai, zgłębiając tajniki svaalverdu, czyli tradycyjnej sztuki walki mieczem. Sasha, choć bardzo by chciała odciąć się raz na zawsze od swoich korzeni, nadal musi borykać się z dworskimi intrygami, polityką i upierdliwą rodziną. Wszystko na dodatek komplikuje pewne niefortunne zabójstwo, które na nowo rozognia konflikt pomiędzy dwoma zwaśnionymi frakcjami i doprowadza do wojny.

Pierwsze, co musicie wiedzieć o Sashy: ta książka to niezła cegła! Zwykle spora objętość zapowiada w takim przypadku naprawdę epicką fabułę i powiem Wam, że owszem, w powieści Joela Shepherda dokładnie taką znajdziecie. Musicie też wiedzieć, że autor stworzył tak rozbudowane uniwersum i tak szczegółową historię kraju, wierzeń i tradycji, że wcale się nie dziwię, że tetralogię Próba Krwi i Stali porównuje się do słynnego cyklu George'a R.R. Martina. Tu również aż roi się od bohaterów i fascynujących miejsc akcji, a na dodatek autor daje odbiorcy możliwość zapoznania się z nimi dzięki stopniowemu dawkowaniu napięcia. Co za tym idzie, akcja Sashy rozwija się powoli i później nie ma się najmniejszego problemu z odnalezieniem się wśród ogromu imion i nazw. Lubię, gdy fabuła nie rozwija się od razu - jest to dla mnie idealny sposób na poznanie bohaterów. Tych w powieści jest od groma, ale tylko jeden szczególnie wart zapamiętania.

Mowa, rzecz jasna, o tytułowej postaci - księżniczce Sashy. Bardzo ją polubiłam, ponieważ jest podobna do jednej z moich ulubionych kobiecych bohaterek, Celeany Sardothien ze Szklanego Tronu. Jest pewna siebie, uparta, odważna i buntowniczo nastawiona do świata. Wie, czego chce od życia i stroni od tego, co oferuje dwór jej ojca, a więc fałszu i nikczemności. Wydaje się być antypatyczna, ale według mnie to tylko maska. Nie mogę też przejść obojętnie obok jej niebywałych umiejętności w walce. Słowo daję, takich postaci mi trzeba! W powieści znaleźć można wiele innych postaci, którym autor poświęca sporo uwagi, toteż wachlarz emocji, charakterów i wyglądów jest dosyć szeroki. Joel Shepherd dba o to, by jego czytelnicy się nie nudzili.

Fabułę można byłoby określić jednym słowem: zagmatwana. I taka w sumie jest prawda, bowiem w książce tyle się dzieje i występuje tyle nowych słów, miejsc i osób, że na początku można się pogubić. Autor z premedytacją kreśli iście epickie uniwersum, przy czym warto mieć na uwadze, że to dopiero wstęp do całej tetralogii, stopniowo naprowadzający fabułę na właściwe tory. Sasha to lektura wymagająca, ale i niezwykle satysfakcjonująca. Na pochwałę zasługuje tu dobre tłumaczenie, które w niczym nie umniejsza przyjemności płynącej z czytania. Wielowątkowość, odpowiednie rozplanowanie elementów powieści oraz rozmach - oto, czym w skrócie jest Sasha. Jeśli to Was nie przekonuje, to nie wiem, co innego by mogło.

Reasumując, pierwszy tom Próby Krwi i Stali to zaskakująco (a może nie?) niezła książka, przy której nie da rady się nudzić. Opowiadana w niej historia wciąga do samego końca i nie daje o sobie zapomnieć. W każdym aspekcie powieści widać, że jest ona niezwykle dopracowana i przemyślana, a nie ma dla nie mnie nic lepszego niż dobrze wykonana robota pisarza. Uważam, że wokół Sashy słusznie powstał taki szum i liczę, że wielu z Was pójdzie po rozum do głowy i sięgnie po tę powieść. Naprawdę warto!

Sasha (Próba Krwi i Stali #1), Joel Shepherd, Jaguar 2013, s. 700.

10 sierpnia 2014

"Demony miłości" - Eve Edwards

Recenzja poprzedniego tomu: Alchemia miłości

Historyczne powieści młodzieżowe nie cieszą się tak dużą popularnością jak ich odpowiedniki dla dorosłych, jednak systematycznie pojawiają się na rynku książki i kuszą młodzież przepięknie przedstawionymi realiami, świetnie dobranymi wątkami oraz dobrze wykreowanymi postaciami. Według mnie jest to doskonały sposób na to, by przemycić choć odrobinę historii do życia młodych czytelników, zwykle niechętnie podchodzących do wszystkiego, co wiąże się z zamierzchłymi czasami. Eve Edwards, której twórczość zaczęłam poznawać dzięki Alchemii miłości, należy do grona pisarzy tworzących w takim właśnie nurcie i naprawdę odnosi na tym polu spore sukcesy. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że idzie jej to lepiej niż Philippie Gregory, która jest co prawda królową powieści historycznych, ale dla młodzieży nie potrafi pisać - w przeciwieństwie do Edwards, dającej sobie radę bez problemu. Demony miłości to drugi tom jej serii zatytułowanej Kroniki rodu Lacey.

Podobnie jak to miało miejsce w pierwszym tomie, autorka po raz drugi zaprasza swoich czytelników na dwór królewski z czasów tudorowskich, a konkretniej - do okresu panowania Elżbiety I. Bohaterami opowieści nie są już jednak Ellie i Will, nad czym trochę ubolewałam, lecz Jane i James. Młody Lacey powraca na dwór po niebezpiecznych wojażach w Ameryce, zaś Lady Jane to wdowa po starszym człowieku, którego poślubiła, aby ojciec nie mógł jej wydać za kogoś, kogo nie będzie widziała w roli własnego męża. Młoda kobieta, tak jak Ellie przed poślubieniem Willa, nie wyobraża sobie małżeństwa bez miłości. Zresztą w jej sercu i tak od dawna gości James, problem tkwi jednak w tym, że los wiecznie rzuca im kłody pod nogi i przez to związek z Laceyem wydaje się być niemożliwy do zaaranżowania. Czy młodzi w końcu będą razem?

Nie będę ukrywać, że pytanie jest idiotyczne, niemniej jednak nie udzielę na nie odpowiedzi, bo może ktoś się mimo wszystko łudzi, że fabuły tej powieści nie da się przewidzieć. Prawdą jest, że zakończenie Demonów miłości zna się doskonale, zanim zacznie się je czytać. Atrakcją w tym przypadku jest jedynie dążenie do tego, by wszystko skończyło się tak, jak przewidzieliśmy. Fabuła kręci się zatem wokół wątku romantycznego Jane i Jamesa, który jest dość zawiły i w sumie dla mnie niepojęty, ale co ja tam wiem o czasach tudorowskich? Być może wtedy takie wieczne podchody były na porządku dziennym. Obecnie ludzie idą ze sobą do łóżka, zanim na dobre staną się parą. Chyba wolałabym jednak ten dwór elżbietański... Tak czy inaczej perypetie miłosne tej dwójki są całkiem ciekawe i nawet przyjemnie się je śledzi, lecz nie z aż tak dużym zaangażowaniem jak w Alchemii miłości. Zdecydowanie bardziej polubiłam Ellie i Willa - Jane wydaje mi się oschła i wyobcowana, a James to dziwak i w ogóle nie pałam do niego sympatią. Trochę szkoda, że zabrakło jakichś fajerwerków...

Tym razem, ku mojemu głębokiemu rozczarowaniu, dwór Tudorów został niejako zepchnięty na dalszy plan. Wprawdzie w fabule wielokrotnie wspomina się o odkryciach geograficznych i kwestii kolonizowania nowych ziem, jednak brakuje tu elementów politycznych, tamtejszych zawiłości na dworze, a zwłaszcza samej Elżbiety I, która jest absolutnie fascynującą postacią i warto o niej pisać zawsze, nawet w książkach dla młodzieży. Można powiedzieć, że Eve Edwards kosztem całej tej historycznej otoczki wykreowała iście harlequinowski wątek miłosny, ale dla mnie to trochę za mało. Chciałabym jednak podkreślić, że książka bardzo spodoba się miłośniczkom pięknych historii o miłości, którą to autorka opisała w sposób nieodbiegający od ówczesnych realiów. O dziwo, zachował się również dawny język arystokracji, co bardzo się pisarce chwali.

Demony miłości to udana, choć wyraźnie słabsza kontynuacja Alchemii miłości. Nawet jeśli w tekście brak jest elementów urozmaicających fabułę, sądzę, że warto ją przeczytać, zwłaszcza gdy miało się styczność z pierwszym tomem Kronik rodu Lacey. Zawsze może się okazać, że ta książka powstała jako przeciwwaga dla dużo bardziej obfitującej w akcję części pierwszej i stanowi przedsmak dla równie ekscytującej Gry o miłość.

Demony miłości (Kroniki rodu Lacey #2), Eve Edwards, Egmont 2013, s. 230.

9 sierpnia 2014

"Tak wygląda szczęście" - Jennifer E. Smith


Jak wygląda szczęście zdaniem Jennifer E. Smith? Według autorki szczęście to wakacje w małym miasteczku, ekipa filmowa kręcąca zdjęcia do megahitu o czarodziejach oraz dwójka nastolatków, która poznała się, gdy jedno z nich omyłkowo wysłało maila do drugiego. Już sam opis fabuły powinien skutecznie mnie odstraszyć swoją infantylnością, lecz okładka Tak wygląda szczęście jest tak urocza, że nie potrafiłabym odmówić sobie jej lektury. Okazało się zresztą, że powieść była warta świeczki, a zatem mój instynkt mnie nie zawiódł i po raz kolejny dzięki niemu udało mi się przeczytać wspaniałą książkę idealną na wakacje.

Wszystko zaczęło się od źle wysłanego maila. Osobiście uważam, że nie ma aż takich zbiegów okoliczności jak to miało miejsce w książce, ale w sumie fajnie by było omyłkowo wysłać wiadomość do Roberta Downeya Juniora i dostać odpowiedź. Niemniej jednak, gdy Ellie O'Neill, główna bohaterka powieści, otrzymała maila od niejakiego G. w sprawie opieki nad jego psem, nie mogła nie odpowiedzieć, skoro zwierzak był w potrzebie. Pojedyncza wymiana informacji szybko zamieniła się w zdecydowanie dłuższe wiadomości, a z czasem - w internetową znajomość. Wielu rodziców z pewnością już dawno zaczęłoby bić na alarm: A co jeśli to pedofil?

Dla mnie nie ma w tym nic dziwnego - prywatnie swojego chłopaka poznałam właśnie przez internet i nie dość, że mnie nie zabił, to na dodatek zamieszkał ze mną i piąty rok jesteśmy razem. Mimo, że jest mi to doskonale znane i nie widzę w tym nic niebezpiecznego, to jednak sądzę, że autorka popłynęła z tożsamością Grahama. Ale jeśli uznała, że zwyczajna osoba może przypadkowo dostać maila od kogoś znanego, to niech tak będzie. Będę się łudzić co do tego RDJ, może faktycznie kiedyś odpisze i zaprosi mnie do Stanów...

Tak wygląda szczęście to opowieść o młodych dla młodych. Świetnie sprawdzi się jako wakacyjna lektura, ponieważ jej tematyka jest lekka i przyjemna, a otoczka do wydarzeń przywodzi na myśl wakacje. Wprawdzie w fabule nie brakuje problemów, bo bez nich w ogóle nie można mówić o książce, ale umówmy się - trudności związane z letnim zauroczeniem to nie prawdziwe problemy. Myślę jednak, że powieść przypadnie do gustu młodym czytelnikom, a zwłaszcza czytelniczkom. Wakacyjna miłość, uroczy kurort i fajny chłopak - o tym z przyjemnością powinny czytać współczesne nastolatki, które nie uciekają na widok książki.

Niestety, nie mogę powiedzieć, by książka Jennifer E. Smith niosła za sobą jakieś przesłanie. Jeśli mam być szczera, to tak naprawdę jest to kolejna historia bez morału, przy której człowiek może się tylko zrelaksować. Powieść napisano w lekkim, odmóżdżającym stylu, co idealnie pomaga, gdy na zewnątrz panują temperatury rzędu trzydziestu stopni i nie chce się za bardzo myśleć przy czytaniu.

Nie traktujcie tego jako wadę - Tak wygląda szczęście to naprawdę świetna książka i z czystym sumieniem gotowa jestem ją Wam polecić. Dzięki takim dziełom robi się cieplej na sercu, a zatem jeśli tylko ktoś lubi lać na nie miód - niech sięgnie po najnowszą powieść Smith, a na pewno poczuje się usatysfakcjonowany lekturą.

Tak wygląda szczęście, Jennifer E. Smith, Bukowy Las 2014, s. 400.

7 sierpnia 2014

"Chiny... Dlaczego nie?" - Anna Karpa, Katarzyna Karpa


Chiny w dwa tygodnie? Do niedawna, gdyby ktoś powiedział mi, że zamierza w czternaście dni przebyć ten kraj wzdłuż i wszerz, kazałabym mu postukać się w czoło. Autorki książki Chiny... Dlaczego nie? postanowiły udowodnić, że jest to możliwe i pojechały w podróż życia. Sypiały u couchsurferów, zwiedzały najpiękniejsze zakątki Chin, podglądały tamtejszą kulturę i podróżowały wszelkimi możliwymi środkami transportu. Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem ich odwagi - ja raczej nie odważyłabym się na taki krok. Niemniej jednak Anna i Katarzyna, matka i córka, dopieły swego, a ta książka to zapis ich przeżyć.

Zawsze marzyłam o podróży do Chin, lecz ze względu na permanentny brak środków na takie przedsięwzięcie, zwykle zwiedzam ten kraj palcem po mapie. Dlatego też ubóstwiam wszelkie lekkie książki podróżnicze, które pokazują uroki Chin, ich bogatą kulturę oraz tę jakże pociągającą odmienność od naszych - europejskich - standardów. Chiny... Dlaczego nie? jest taką właśnie lekką i przyjemną lekturą, z której można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o tym zakątku Azji. Co więcej, podróż autorek nie jest sztywno zaplanowana przez biuro turystyczne - ich dwutygodniowa wycieczka to efekt spontanicznie podjętych decyzji. Anna i Katarzyna postawiły na zaufanie couchsurferom, a więc osobom, które za darmo oferują nocleg podróżującym w zamian za historie z ich kraju oraz wspólnie spędzony czas, i przyznaję, że bardzo im się to opłaciło, bo tylko w ten sposób można naprawdę poznać Chińczyków. A o to też naszym podróżniczkom chodziło.

Autorki w ciekawy sposób przedstawiły Chiny z własnego punktu widzenia. Choć ich wycieczka była krótka i intensywna, nie można powiedzieć, by nie skorzystały z każdej nadarzającej się okazji do poznania nowych ludzi i zwiedzenia nowych miejsc. Lekka forma pamiętnikarska sprawiła, że tekst chłonęłam niczym gąbka i nawet drobne błędy nie robiły mi różnicy. Najważniejsze dla mnie było to, by razem z autorkami powędrować w kolejne interesujące miejsca, poznać kolejne szczegóły o życiu w Chinach i zdobyć informacje, które być może przydadzą mi się, kiedy już będę sławna i bogata i będę się szykować do własnej podróży.

Największą frajdę sprawiło mi czytanie o typowych zachowaniach i obyczajach Chińczyków. Z przyjemnością obserwowałam jak autorki radzą sobie w nieznanym im świecie. Były takie momenty, gdzie popełniały gafę kulturową, ale generalnie nie miały problemu z dostosowaniem się do chińskich realiów. Najbardziej cieszę się z tego, że i ja w ten sposób czegoś się nauczyłam - choć jestem już po studiach, to uważam, że człowiek uczy się całe życie i każda kolejna ciekawostka wzbogaca moją wiedzę, którą bardzo sobie cenię.

Chiny... Dlaczego nie? to książka podróżnicza, przy której miłośnicy Azji nie będą się nudzić. To naprawdę lekka lektura w sam raz na letnie popołudnie. Spędziłam przy niej kilka miłych godzin i uważam, że nie był to czas zmarnowany. Książkę tę cenię sobie za prostotę i bogactwo wiedzy, a autorki za odwagę i pokazanie mi, że couchsurfing wcale nie jest taki zły jak myślałam. Polecam, warto przeczytać!

Chiny... Dlaczego nie?, Anna Karpa, Katarzyna Karpa, Novae Res 2014, s. 268.

3 sierpnia 2014

"Księga Cmentarna" - Neil Gaiman


Po genialnych Amerykańskich bogach przyszedł czas, bym sięgnęła po Księgę Cmentarną, niezbyt obszerną powieść zaadresowaną do młodszych czytelników, którą mimo to chciałam przeczytać z uwagi na niebanalną tematykę. Neil Gaiman raz już mnie zaskoczył, w związku z czym po jego kolejnej książce spodziewałam się wiele dobrego. W pamięci pozostał mi niesamowity styl pisania autora, a także ogromna wiedza przekładająca się na wspaniałą fabułę. Czy i tym razem pisarz wywarł na mnie pozytywne wrażenie?

Zdecydowanie muszę przyznać jedno: Księga Cmentarna ani trochę nie wyglądała mi na powieść dla dzieci. Gaiman rozpoczął swoje dzieło od brutalnego morderstwa i usiłowania zabicia niemowlęcia, które umknęło swojemu oprawcy i schroniło się w najdziwniejszym możliwym miejscu - na pobliskim cmentarzu. Zapewne można byłoby uznać, że schowało się w jakiejś krypcie albo w kępie krzaków, ale autor postanowił inaczej - dzieckiem zaopiekowała się grupa duchów, która mieszka tam od setek lat. Pomysł wydaje się całkowicie absurdalny i nie zdziwię się, jeśli to będzie Wasza pierwsza myśl po przeczytaniu tych słów. Ale wierzcie mi, że plejada bezcielesnych bohaterów Gaimana to coś wspaniałego! Każda zjawa reprezentuje odmienną warstwę społeczną, ma własne poglądy i zasady, według których egzystuje (by nie napisać: żyje), a wszystko to stara się przekazać małemu chłopcu, którego pewna para duchów wzięła na wychowanie. To jest tak absurdalne, że aż głupio o tym pisać... A mimo to naprawdę uważam tę powieść za kawał świetnej literatury!

Nie tylko poczet duchów z cmentarza zrobił na mnie dobre wrażenie. Spodobał mi się także główny bohater powieści, Nik, którego mamy okazję poznać jako niemowlę, a następnie obserwujemy proces jego dorastania i poszukiwania własnej tożsamości, który w przypadku dziecka wychowywanego przez duchy nie należy do najprostszych. Każda zjawa ma inne prawdy do przekazania, inne postawy do nauczenia - chłopiec może się czuć zagubiony i chyba nie ma się czemu dziwić. Tyle różnych osobowości próbujących wpoić najważniejsze zasady żywej istocie, przy czym warto podkreślić, że chłopcem zajmują się ludzie pochodzący m.in. ze starożytności i XIX wieku? Na miejscu Nika już dawno bym zwariowała, ale on, od dziecka zamieszkujący cmentarz, jest ulepiony z dużo twardszej gliny. Dla niego jest to dom, dla mnie miejsce budzące smutek i jakąś niepojętą grozę. Ciekawa jestem skąd Gaiman czerpał inspirację do napisania tej książki.

Księga Cmentarna nie ustrzegła się pewnych mankamentów. Przede wszystkim jest to według mnie powieść napisana po łebkach - zdecydowanie za krótka i nierozwinięta w wielu przypadkach. Autor ledwo się z czymś rozkręcał, a już kończył wątek. Część fabuły w ogóle wygląda, jakby została wymyślona przez przypadek i przez to pisarz nie zdecydował się na jej rozwinięcie. Postacie drugoplanowe, dość oryginalne i warte naszej uwagi, zostały zignorowane, tak samo jak cmentarz, który opisano niezbyt dokładnie i z pominięciem wielu detali. Wydaje mi się, że z tej historii można było wycisnąć dużo więcej, ale widocznie taka forma Gaimanowi odpowiada i dlatego jej nie zmienił. Książce zabrakło również stron na rozwinięcie najważniejszych wątków. Osobiście nie określiłabym też jej jako powieści dla dzieci - po takiej lekturze mogą się śnić koszmary, także nie polecam podsuwania tego dzieła czytelnikom poniżej czternastego roku życia.

Podsumowując, jest to dla mnie kolejne udane spotkanie z twórczością Neila Gaimana. Mimo wad powieści w postaci niewielkiej ilości stron na rozwinięcie skrzydeł, Księga Cmentarna okazała się świetną i bardzo mądrą książką, której lektura sprawiła mi wiele przyjemności. Wiem już, że zaprzyjaźnię się z autorem i chętnie sięgnę po jego kolejne dzieła. Na pierwszy rzut pójdą chyba Chłopaki Anansiego. Tymczasem zachęcam Was do sięgnięcia po Księgę Cmentarną i Amerykańskich bogów - naprawdę nie pożałujecie!

Księga Cmentarna, Neil Gaiman, MAG 2014, s. 240.