STRONA GŁÓWNA      PRZECZYTANE      O MNIE       PARTNERZY       KONTAKT/WSPÓŁPRACA             Facebook Instagram  Ask.Fm  Lubimy czytać

19 września 2014

"Nigdy nie gasną" - Alexandra Bracken

Recenzja poprzedniego tomu: Mroczne umysły

Na tę powieść czekałam już od dawna, odliczając dni do premiery i w międzyczasie zanurzając się w dziesiątkach rysunków, kolaży i obrazków nawiązujących do serii. Sięgnięcie po Nigdy nie gasną było dla mnie formalnością, bowiem po fascynujących Mrocznych umysłach wiedziałam, że jest to mój absolutny must read.

Minęło pół roku od tragicznych wydarzeń z Liamem w roli głównej. Ruby szkoli się w Lidze Dzieci i nawet zostaje liderką jednej z grup. Mimo że jest oddana sprawie ratowania dzieci z obozów stworzonych przez rząd, to samej organizacji nie ufa, gdyż widzi, że priorytety jej przywódców już dawno uległy zmianie. Czas mija, a dziewczyna nadal nie potrafi zapomnieć o tym, co zrobiła ukochanemu. Wypełnia misje, ale czuje, że jej życie nigdy nie wróci do normy. Pewnego dnia otrzymuje zadanie, w którym bardzo ważnym elementem są Liam oraz jego starszy brat, Cole. Jak to wpłynie na jej i tak mocno pokomplikowane życie? Tego można dowiedzieć się z książki.

Wiedziałam, że tak będzie. W sumie to i tak nie mogło być inaczej. Zasiadając do lektury, byłam z góry nastawiona na kolejną dawkę genialnej historii i w istocie takową od autorki otrzymałam. Nigdy nie gasną były zdecydowanie lepszą książką pod względem dynamicznej akcji, bo działo się naprawdę dużo i ciekawie. Problemem powieści było jednak coś innego, coś, co nie dawało mi spokoju od początku do końca i w efekcie doprowadziło do tego, że drugi tom oceniłam troszkę słabiej od pierwszego. Mowa o zmianie charakteru Ruby, a raczej braku pokazania tej zmiany. Jasne, że w ciągu pół roku i po traumatycznych przeżyciach można się zmienić, ale ja wolałabym nawet, żeby autorka pokusiła się o cztery tomy zamiast trzech i w jednym z nich skupiła się na tej konkretnej historii, eliminując ów półroczny przeskok w fabule. Zawsze uważałam, że przeskoki w czasie są pójściem na łatwiznę i nie inaczej jest w przypadku tej powieści. Naprawdę wolałabym, żeby autorka popełniła tetralogię, ale za to dokładnie pokazała jak zmieniała się Ruby. Pobieżne tłumaczenie pomiędzy jednym wątkiem z Nigdy nie gasną a drugim do mnie nie przemawia, bardzo mi przykro. Potrzebuję czegoś więcej.

Obawiam się również, że Ruby to nie jedyna skopana postać w książce. Jak zapewne wiecie, w tym tomie pojawia się kilku nowych bohaterów. I tak jak Vida i Cole są pełni ikry i warto o nich czytać, tak praktycznie cała reszta występujących w powieści osób raczej nie zachęca do lektury. Ani Nico, ani Jude, ani tym bardziej przywódcy Ligi Dzieci, których imion już nawet nie pamiętam (niezbyt dobrze to o nich świadczy), nie są na tyle interesujący i wyraziści, żebym mogła ich polubić. Uwielbiam za to nieodmiennie Liama i Pulpeta, których nie mogło przecież zabraknąć, bo bez nich nie byłoby to samo, a także nadal fascynuje mnie Clancy, jako że nie mam pewności co do jego zamiarów. Niestety, w powieści nie występuje Zu - poza kilkoma lichymi wzmiankami nie dowiedziałam się o niej niczego nowego i boję się, że autorka kosztem nowych bohaterów postanowiła więcej o niej nie pisać.

Tyle, jeśli chodzi o minusy, przejdźmy teraz do plusów. Przede wszystkim autorce należy się pochwała za kreację świata przedstawionego. Tak jak poprzednim razem, tak i teraz nie mam mu nic do zarzucenia. Stworzone przez Alexandrę Bracken uniwersum jest wyjątkowo dobrze zobrazowane, gdyż nie mam problemu z wyobrażeniem go sobie w trakcie lektury. Autorka zaskarbiła też sobie moje uznanie za sprawą kreacji bohaterów, Liama i Cole'a. Trochę przypominają mi oni Stefana i Damona z Pamiętników wampirów i jeśli choć trochę mnie znacie, wiecie, że jestem fanką tego pierwszego, a jego odpowiednikiem w serii Mroczne umysły jest młodszy Stewart. Jak widać system sprawdza się już po raz drugi, więc coś musi w tym być, choć nie ukrywam, że zawadiacka natura Cole'a też w jakimś stopniu mnie oczarowała, podobnie jak miało to miejsce z awanturniczą postawą Damona.

Zachwycił mnie też najważniejszy element tej powieści, a zatem wielka tajemnica wyjawiona przez Clancy'ego na samym końcu książki. W głębi ducha spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń, ale z drugiej strony nie miałam pewności, że autorka w taki właśnie sposób poprowadzi fabułę. Na szczęście moje wyobrażenie przeistoczyło się w rzeczywistość i teraz wiem, że niedługo będzie mi dane po raz trzeci sięgnąć po fascynujące dzieło utalentowanej Amerykanki. Oby było na co czekać, inaczej będę zła i tym razem nie będę tak wyrozumiała!

Podsumowując, Nigdy nie gasną to przyzwoita kontynuacja Mrocznych umysłów, których w moim odczuciu nie udało jej się przyćmić. Powieść posiada kilka plusów i minusów, więc w sumie nie jest tak źle. Biorąc pod uwagę fakt, że nadal ślinię się na samą myśl o Liamie, a także czekam na trzeci tom jak na zmiłowanie, możecie uznać, że Alexandra Bracken z pojedynku ze mną tak czy siak wyszła obronną ręką.

Nigdy nie gasną (Mroczne umysły #2), Alexandra Bracken, Otwarte 2014, s. 456.


18 września 2014

"Król uciekinier" - Jennifer A. Nielsen

Recenzja poprzedniego tomu: Fałszywy książę

Fałszywy książę, pierwszy tom Trylogii władzy, zrobił na mnie dobre wrażenie, dlatego gdy na rynku pojawiła się kontynuacja serii, Król uciekinier, nie mogłam doczekać się chwili, w której usiądę do lektury i znów zatopię się w niezwykłym świecie Carthyi. Wiedziałam, że po raz kolejny przyjdzie mi dobrze się bawić przy czytaniu barwnych przygód Jarona aka Sage'a, bystrego chłopaka, wokół którego zawsze dużo się dzieje.

Trwa uroczystość pogrzebowa rodziców Jarona. Razem z nim w uroczystości bierze udział tutejsza arystokracja, choć chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że większość przybyszy pojawiła się na dworze tylko po to, by na własne oczy zobaczyć młodego króla Carthyi. Świeżo upieczony władca robi dobrą minę do złej gry, gdyż we własnym królestwie posiada więcej wrogów niż przyjaciół. Kiedy Jarona napada dawny przyjaciel i stawia mu ultimatum, chłopak nie ma innego wyjścia i po raz kolejny wciela się w swoje alter ego i... opuszcza kraj. Tylko w ten sposób może go uratować, ale czy przy tym sam nie zapłaci najwyższej ceny?

Król uciekinier okazał się ciekawą odsłoną przygód wyszczekanego chłopaka, którego najpierw poznałam od strony żebraka, a następnie księcia wstępującego na tron po tym jak zginął jego ojciec. Powiedziałabym, że był minimalnie słabszy od Fałszywego księcia, ale tylko dlatego, że bardziej spodobał mi się motyw alter ego Jarona niż ten z ucieczką przedstawiony w drugim tomie. Strasznie rajcowałam się tą całą otoczką przygotowań do tego, by odgrywać rolę księcia i pewnie dlatego fabuła Króla uciekiniera wydała mi się mniej interesująca. Ale powiem Wam za to, że w tej części również wiele się dzieje i w sumie nawet widać, że historia powoli zaczyna ewoluować w pożądanym przeze mnie kierunku. Jest tak jak sobie wymarzyłam po lekturze pierwszego tomu - opowieść rozwija się dalej, a wraz z nią jej bohaterowie, a w szczególności ten, którego najbardziej polubiłam.

Nie ukrywam, że do całej tej historii przyciągnęła mnie postać Jarona. Uwielbiam takie charakterne osobowości. Taka jest Celeana ze Szklanego tronu i taki też jest główny bohater Trylogii władzy. Wprawdzie nie rozumiem co właściwie przyciąga mnie do tego wyszczekanego dzieciaka, niemniej jednak wolę Jarona w takiej odsłonie. Gdyby był zahukanym chłopczykiem, który wymaga czyjejś nieustannej opieki, zapewne zanudziłabym się na śmierć, a tak z przyjemnością czytam o jego kolejnych przygodach i z dumą patrzę jak sobie radzi z przeciwnościami losu.

Podoba mi się to, że Jennifer A. Nielsen próbuje rozwinąć tę historię i sprawić, że będzie ona dużo poważniejsza niż mi się z początku wydawało. Cieszę się, że pozwala Jaronowi dorastać, zachowując przy tym jego młodzieńczy urok i buńczuczność, które tak bardzo mi się w nim podobają. Wydarzenia przedstawione przez autorkę nadal zaskakują, a jej przyjemny w odbiorze styl nie pozwala oderwać się od lektury. Król uciekinier to lekka lektura, do której nie trzeba się specjalnie przygotowywać. Jedyne, co trzeba zrobić, to przeczytać pierwszy tom, bo świetnie wprowadza do uniwersum i pozwala poznać Jarona z tej najciekawszej strony.

Jestem w pełni zadowolona z kontynuacji Trylogii władzy. Nie sprawiła mi ona nawet najmniejszego zawodu i nadal mocno mnie ciekawi, a zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by sięgnąć po kolejny tom. Wam zaś polecam zarówno Fałszywego księcia, jak i Króla uciekiniera, bowiem obie książki są napisane w taki sposób, by każdy czytelnik choć na chwilę zapomniał o szarej codzienności. Czego chcieć więcej?

Król uciekinier (Trylogia Władzy #2), Jennifer A. Nielsen, Egmont 2014, s. 372.

17 września 2014

"Zdobycz" - Andrew Fukuda


Pierwszy tom serii autorstwa Andrew Fukudy spodobał mi się na tyle, bym chciała sięgnąć po jego kontynuację, choć nie obyło się bez kilku zgrzytów, które przeszkodziły mi w pełni pozytywnym odbiorze Polowania. Mimo to po Zdobycz sięgnęłam pełna optymizmu, z nadzieją na to, że tym razem będzie lepiej. Zaczynając lekturę, w życiu bym się nie spodziewała, że autor aż tak bardzo mnie zaskoczy, ale jednak tak się stało. Drugi tom cyklu był nie tylko lepszy od pierwszego, ale i obłędnie wciągający, interesujący i emocjonujący!

Gene wraz z mieszkańcami Kopuły ucieka z Instytutu Badań Heperystycznych i kieruje się wskazówkami ojca do miejsca, które ten uznał za bezpieczne. Jednocześnie chłopak boryka się z wyrzutami sumienia, ponieważ wśród krwiopijców pozostawił Ashley June, jedyną przyjaciółkę z ośrodka. Podróż jest wyczerpująca i niebezpieczna, ale w końcu przynosi rezultaty, bowiem uciekinierzy trafiają do miejsca zwanego Misją. Dla chłopców wyczerpanych trudami ucieczki obóz zdaje się być rajem na Ziemi, ale Sissy i Gene nie są tego tacy pewni. Z tym miejscem jest coś bardzo nie w porządku, a oni muszą dowiedzieć się o co chodzi, zanim będzie dla nich za późno.

Nie będę owijać w bawełnę i powiem Wam, że ja po skończeniu Zdobyczy zbierałam szczękę z podłogi. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że Fukuda tak spektakularnie podniesie sam sobie poprzeczkę. Tak jak Polowanie było lekturą najwyżej dobrą, tak jej kontynuacja okazała się książką wprost zjawiskową! Znalazłam w niej wszystko - tajemnice, intrygi, wątek miłosny, kilka nieprzewidzianych zwrotów akcji oraz fantastyczną fabułę. Autor wyjaśnia też dość szczegółowo kwestię wampiryzmu oraz osadza akcję w konkretnym przedziale czasowym, a zatem eliminuje wszystko to, co nie podobało mi się w Polowaniu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak Fukuda poprowadził fabułę i nadał jej zupełnie inny, głębszy sens. Spodziewałam się średniej lektury, tymczasem dostałam kawał świetnej literatury młodzieżowej! Duże brawa dla autora za ogromny progres!

Powiedzieć, że spodobało mi się rozwiązanie kwestii powstania nowej rasy, byłoby niedopowiedzeniem. W istocie jestem szalenie zadowolona z wyjaśnienia przedstawionego w książce i nie mogę doczekać się dalszego rozwoju wypadków. Fukuda co rusz wywoływał we mnie szok i w efekcie czytałam Zdobycz coraz szybciej i intensywniej, nie mogąc się od niej oderwać, a to chyba największa rekomendacja dla tego typu powieści. Nie jest to literatura piękna, przy której można się zadumać i wzruszyć, niemniej jednak pod wieloma względami uważam drugi tom Polowania za naprawdę udany. Z pewnością zaskoczy on tych, którzy do serii podchodzili ze sceptycyzmem.

Podsumowując, Zdobycz to niesamowicie wciągająca historia, którą Andrew Fukuda ostatecznie mnie do siebie przekonał. Nie sądziłam, że powieść aż tak mi się spodoba, a to dlatego, że w poprzedniej książce trochę zgrzytało i miałam do jej kontynuacji niemałe obawy. Jak się okazało, autor nie dość, że owych błędów się pozbył, to na dodatek tak niesamowicie rozwinął opowieść, że mam ochotę skamleć o więcej! Obym nie musiała długo czekać na trzeci tom, bo do tego czasu oszaleję z niecierpliwości i z pewnością osiwieję!

Zdobycz (Polowanie #2), Andrew Fukuda, Fabryka Słów 2014, s. 356.

12 września 2014

Stos 9/2014


Po lewej:

1. Krzyk Icemarku, Stuart Hill [Galeria Książki]
2. Zdobycz, Andrew Fukuda [Fabryka Słów]
3. Dawca, Lois Lowry [Galeria Książki]
4. Złodziejska magia, Trudi Canavan [Galeria Książki]
5. Gwiezdny wojownik, Katarzyna Berenika Miszczuk [Uroboros]
6. Hopeless, Colleen Hoover [Otwarte]
7. Nigdy nie gasną, Alexandra Bracken [Otwarte]
8. Drzewo migdałowe, Michelle Cohen Corasanti [Sine Qua Non]
9. Wierni wrogowie, Olga Gromyko [Papierowy Księżyc]

Po prawej:

1. Mała księżniczka, Frances Hodgson Burnett [Egmont]
2. Alchemik z Hagi, Leszek Konopski [Bellona]
3. Druga burza, Marcin Mortka [Fabryka Słów]
4. Z zimną krwią, Robert Foryś [Fabryka Słów]
5. Eleanor&Park, Rainbow Rowell [Orion]
6. Dash&Lily's Book of Dares, Rachel Cohn, David Levithan [Ember]
7. Czekając na Gonza, Dave Cousins [Ya!]
8. Mara Dyer. Tajemnica, Michelle Hodgin [Ya!]
9. Zła krew, Sally Green [Ya!]
10. Anna i pocałunek w Paryżu, Stephanie Perkins [Amber]
11. Kręci mnie Mads Mikkelsen, Hedda H. Robertsen [WAB]
12. Opowieść o 47 roninach, John Allyn [Fabryka Słów]
13. Przegląd Końca Świata. Blackout, Mira Grant [Sine Qua Non]
14. Jedyna, Kiera Cass [Jaguar]
15. Wyścig śmierci, Maggie Stiefvater [Wilga]
16. Wet, Luke Gamble [WAB]
17. Chłopaki Anansiego, Neil Gaiman [MAG]

Czytaliście coś z tej listy?
Podzielcie się opinią w komentarzach!

10 września 2014

"Złodziejka książek" - Markus Zusak


Śmierć to dla mnie temat tabu. Kiedy tylko zaczynam o niej myśleć, ogarnia mnie przerażenie i momentalnie się rozklejam. Nie chcę umierać, ani też mieć świadomości, że kiedyś nadejdzie mój ostateczny koniec. Nienawidzę takich myśli, bo wpędzają mnie w depresję i przyznaję szczerze, że nigdy się z tym stanem rzeczy nie pogodzę. Złodziejka książek nieco ukoiła mój strach przed śmiercią, a w pewnym stopniu nawet go zmniejszyła.

Markus Zusak w swoim najbardziej znanym utworze uczynił narratorem Śmierć. Spersonalizowany obiekt mojego lęku nie jest tu jednak ani trochę straszny. Śmierć okazuje się mężczyzną wnikliwie przyglądającym się światu, który potrafi współczuć i posiada ogromne pokłady empatii. W książce dość wyraźnie jest podkreślone, że to nie on jest przyczyną zgonu danej osoby, lecz istotą przeprowadzającą na drugą stronęZ punktu widzenia Śmierci poznajemy historię Liesel - dziewczynki żyjącej w niewielkim miasteczku na terenie Niemiec. Towarzyszymy jej na co dzień w poszukiwaniach nowych lektur do przeczytania, a także przyglądamy się temu jak jej rodzina radzi sobie podczas II wojny światowej. Niewdzięczny temat na książkę i smutna historia do opowiedzenia, niemniej jednak bardzo ważna ze względu na istotne dla naszych dziejów wydarzenia w niej przedstawione.

Kiedy raz przysiądzie się do lektury Złodziejki książek, trudno się potem od niej oderwać. Styl pisania Zusaka jest naprawdę świetny, a książka, choć tematycznie trudna i wymagająca, należy do gatunku tych, co same wchodzą. Treść jest zresztą tak ciekawa, że nie sposób w ogóle przerwać czytania na rzecz czegokolwiek innego. Czytając ją, doświadcza się całej gamy najróżniejszych emocji - można się śmiać i płakać na zmianę, co mogę potwierdzić na podstawie własnych doświadczeń. Liesel i jej rodzina to postacie, których nie da się nie lubić, zaś ich historia jest niezwykle emocjonująca i wzruszająca. Na dodatek można tu poczytać o tym jak ważną rolę w naszym życiu mogą odgrywać książki. Ale dla nas to nie jest przecież nic dziwnego, prawda?

Jedno jest pewne: książka bez wątpienia zapada w pamięć, a wszystko to dzięki wyjątkowej wrażliwości autora, który opowiada o śmierci jak jeszcze nikt inny przed nim. Wojna zresztą też przedstawił z innej perspektywy, co z jednej strony fascynuje, a z drugiej przeraża. Przede wszystkim jednak Złodziejka książek to poruszająca opowieść o miłości, przyjaźni i potędze współczucia. Nie można przejść obok niej obojętnie. Zapamiętajcie też sobie imię Maks, ponieważ gwarantuję Wam, że jest to postać, która najbardziej do Was przemówi. 

Podsumowując, Złodziejka książek to wspaniała powieść poruszająca dość trudną tematykę, ale w oryginalny i przystępny sposób. Jej lektura to czysta przyjemność, ale i w pewnym stopniu masochizm, bowiem obok śmiechu jest też czas na rzewne łzy, zwłaszcza pod koniec. Zdecydowanie jest to książka, którą mogę Wam szczerze polecić.

Złodziejka książek, Markus Zusak, Nasza Księgarnia 2014, s. 496.

9 września 2014

"Dawca" - Lois Lowry


Zazwyczaj narzekamy na ekranizacje książek, ponieważ ograniczenia czasowe wymuszają na ich twórcach cięcie scen, wśród których zawsze znajdą się takie, które fani uznają za ważne dla całokształtu filmu. Ich brak niemal za każdym razem wywołuje w widzach poczucie zawodu, co przekłada się na niezadowolenie i kiepskie wyniki w Box Office. Czasem jednak filmowa adaptacja daje jakiejś powieści drugie życie. Tak też się stało w przypadku Dawcy Lois Lowry. Premiera pierwszego tomu Kwartetu Dawcy miała miejsce w 1993 roku, a zatem ponad dziesięć lat temu. Niedawno, właśnie z okazji premiery filmu, Galeria Książki wznowiła i wypuściła na rynek Dawcę w nowej odsłonie. W kinie jeszcze nie byłam, ale lekturę powieści mam już za sobą i dziś z przyjemnością opowiem Wam co o niej myślę. Co więcej, sądzę, że wielu z Was po przeczytaniu tej recenzji razem ze mną popędzi na seans.

7 września 2014

"Hopeless" - Colleen Hoover


Miłość nastolatków to wdzięczny temat na powieść młodzieżową. Nie trzeba się wysilać, bo i tak zawsze znajdą się chętni do przeczytania książki o licealnych miłostkach. Aby z typowej historyjki dla niewymagających powstało coś wartego naszej uwagi, trzeba już bardziej się przyłożyć. Należy obowiązkowo obarczyć swoje fikcyjne postacie masą problemów, uważając, aby nie przesadzić z dramatyzmem, a następnie za sprawą świetnie wykreowanych bohaterów, sensownej i refleksyjnej fabuły oraz chwytliwego stylu podbić serca czytelników.

Colleen Hoover podjęła się wyzwania i popełniła Hopeless. Pamiętam doskonale jak mocno zdziwiłam się, widząc nieprzetłumaczony tytuł książki na półkach księgarnianych. Wtopa czy celowy zabieg? Początkowo optowałam za czystym lenistwem, jednak lektura książki skutecznie wyleczyła mnie z cynizmu, bowiem okazało się, że celowość pozostawienia tytułu w oryginale to jedna z lepszych decyzji podjętych przed wydaniem Hopeless w Polsce. Chyba nie dałoby się lepiej niż w ten właśnie sposób oddać ducha dzieła Colleen Hoover. Brawo za odważną decyzję!

W książce znajdziecie historię Sky, nastolatki trzymanej pod kloszem przez jej nadopiekuńczą, adopcyjną matkę. Dziewczynie udaje się przekonać rodzicielkę, że pójście do publicznego liceum nie równa się zesłaniu do czeluści piekielnych - perspektywa chodzenia do szkoły razem z innymi dzieciakami wydaje jej się niezwykle ekscytująca. Wprawdzie wybiera się do niej sama, ponieważ jej najlepsza przyjaciółka, Six, wyjeżdża na wymianę do Europy, ale najważniejsze jest to, że w końcu wyrwie się z domu. Tam, a właściwie w supermarkecie, jeśli mam trzymać się faktów, poznaje Deana Holdera, który nie pozostawił po sobie dobrego wrażenia, lecz w efekcie wywrócił życie Sky do góry nogami. Trąca banałem, ale zapewne domyślacie się, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Odnoszę wrażenie, że Hopeless powstało z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest chęć złamania serc wszystkim swoim czytelnikom, a drugim potrzeba udowodnienia wszystkim wokół, że brak oryginalnej fabuły nie wyklucza zmajstrowania książkowego cudu. Dokładnie tym jest dla mnie dzieło autorki. A także, jeśli już mogę przełączyć się na tryb chwalenia, przepiękną, wzruszającą, mądrą i skłaniającą do refleksji historią, której przeczytanie było dla mnie jednocześnie i nagrodą, i zaszczytem. Dla takich książek zarywa się noce!

Szczerze mówiąc, spodziewałam się niezbyt ambitnej opowiastki dla nastolatek. Pewnie dlatego lektura Hopeless była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Myślałam, że tak poruszających książek już się nie pisze, bo wszyscy chcą happy endów, a dramaty już się nie sprzedają, ale bardzo się myliłam. Cieszę się, że Colleen Hoover zdecydowała się wydać tę powieść, bo dzięki niej odzyskałam wiarę w to, że istnieje coś takiego jak dobra powieść z gatunku young adult. Hopeless poruszyła mnie jak mało która książka i choć nie wylałam przy niej morza łez tak jak przy Gwiazd naszych wina, to jednak w myślach odkładam ją już na półkę z najlepszymi powieściami, które udało mi się przeczytać. Fizycznie powinno to nastąpić niebawem, jako że wreszcie dorobię się nowego regału i wyniosę do piwnicy stary telewizor, robiąc sobie więcej miejsca na książki. Serio, po co komu telewizor, kiedy wokół jest tyle świetnych lektur do odkrycia?! Warto zacząć od Hopeless - wtedy byłby do idealny start w świat książek.

Hopeless autorstwa Colleen Hoover to powieść, obok której trudno przejść obojętnie. Do lektury zachęca nas nie tylko piękna oprawa, ale i obiecująca treść blurba. Podsumowując, jest to niezwykle emocjonująca książka, która zaskoczyła mnie i zachwyciła do tego stopnia, że wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co przeczytałam. Polecić ją Wam z całego serca to za mało, dlatego napiszę po prostu, że Hopeless to absolutny must read!

Hopeless (Hopeless #1), Colleen Hoover, Otwarte 2014, s. 424.

2 września 2014

"Niebezpieczne związki" - Pierre Choderlos de Laclos


Pierwsze wydanie Niebezpiecznych związków datowane jest na 1782 rok. Pierre Choderlos de Laclos, pisarz urodzony w Amiens, zapewne nie spodziewał się, że ponad dwieście lat później jego powieść epistolarna nadal będzie czytana, a co dopiero uznana za klasykę gatunku. Dzięki niej nazwisko autora poznała cała Europa, co można uznać za ogromny sukces. Egmont, kontynuując swoją klasyczną serię, postanowił wznowić romans wszechczasów także w naszym kraju i dobrze się stało, bo z klasyką warto być w stałym kontakcie.

To, co wyróżnia dzieło Choderlosa de Laclosa, to jego forma - napisanie tak skomplikowanej i emocjonującej powieści w formie listów było zapewne ogromnym wyzwaniem. W czasach, w których książka ujrzała światło dzienne, nie było to, o dziwo, niczym niezwykłym. Za to problemem była zaprezentowana na jej kartach treść. Niebezpieczne związki uznano nawet za dzieło skandaliczne i deprawujące, ponieważ jak na tamte czasy było napisane odważnie - autor bez zażenowania opisywał wiele odcieni miłości, nie stronił od erotyzmu, a wręcz nim epatował. Dziś nie jest to nic szczególnego, ale wtedy było nie do pomyślenia.

Bohaterowie powieści prowadzą między sobą niebezpieczną grę na emocjach. Intryga goni intrygę, zaś fałsz zdaje się być motywem przewodnim ich działań. Choć słowa te przywodzą na myśl bandę ludzi, która utraciła resztki zdrowego rozsądku, muszę przyznać, że powieść Choderlosa de Laclosa jest nader poważna i głęboka. Na niecałych trzystu stronach można doświadczyć całej gamy emocji, a lektura stanie się przyczynkiem do przemyśleń o tym jak kształtują się relacje międzyludzkie. Postacie występujące w książce dodatkowo ułatwią percepcję - dzięki temu, że różnią się od siebie i pozwalają nam spojrzeć na dane zjawisko z wielu perspektyw.

Najbardziej ucieszyło mnie to, że pomiędzy wątkami miłosnymi i intrygami mogłam poczytać o obyczajach i zwyczajach panujących w XVIII wieku. Życie rządziło się wtedy zupełnie innymi prawami, co autor dobitnie pokazuje w swojej powieści epistolarnej. Ogromną przyjemnością było dla mnie czytanie o tym jak to kiedyś zachowywali się ludzie. Niestety, liczne archaizmy i momentami patetyczny styl Choderlosa de Laclosa może utrudnić lekturę lub wręcz zniechęcić do jej rozpoczęcia. Trzeba wykazać się nie lada cierpliwością, aby zapoznać się z treścią Niebezpiecznych związków, ale kiedy minie pierwszy szok, ujrzy się na własne oczy jak wartościową pozycją jest to klasyczne dzieło.

Bez wątpienia romans ten nie przypadnie do gustu wszystkim. Jest to specyficzny typ literatury, a styl autora i tematyka niekoniecznie przysporzą jej nowych czytelników. Mimo to ja uważam, że warto od czasu do czasu sięgnąć po coś, co wydano przed kilkudziesięciu laty, aby przekonać się o tym jak rozwijała się literatura, jakim przeobrażeniem się poddawała i o czym najchętniej pisano i czytano.

Niebezpieczne związki, Pierre Choderlos de Laclos, Egmont 2014, s. 288.